We were and we are the Dark Lord's „most loyal" servants...
Gdy dochodziła północ, Snape podniósł się z niechęcią z fotela i wszedł do kominka, przenosząc się do gabinetu Dumbledore'a. Miał nadzieję, że dyrektor postanowił nie czekać na niego aż tyle i że poszedł spać, ale oczywiście – jak się należało spodziewać – Dumbledore z uśmiechem wciąż siedział za swoim biurkiem.
– Cieszę się, że przyszedłeś – powitał go Albus. – Więc możemy iść na nasz spacer po zamku.
– Nie powiem, że jest to moje marzenie, aczkolwiek... niech ci już będzie.
Wyszli z gabinetu i zaczęli przechadzkę po korytarzach. Aby jednak mieć spokój od wszelkich duchów, patrolujących nauczycieli czy Irytka, postanowili udać się w stronę najmniej znanej części Hogwartu, gdzie nie było żadnych pomieszczeń mieszkalnych. Snape nie mógł jednak wiedzieć, że właśnie tam znajdowała się teraz rozmyślająca nad nim samym Victoria, która tylko czekała na okazję, by na czymś go przyłapać.
– Więc jakie są twoje dalsze plany dotyczące zniszczenia Czarnego Pana? – zapytał Snape. – Sądzę, iż sam doskonale zdajesz sobie sprawę, że pora wreszcie zacząć jakieś konkretne działania. Sama nadzieja w Pottera nie wystarczy, poza tym nie wierzę mimo wszystko, że liczysz tylko na niego. Masz coś w rękawie, prawda? – zapytał Severus, czując w duszy lekki niepokój. Marzył, żeby wreszcie naprawdę odłączyć się od śmierciożerców, żeby Czarny Pan zginął. Wciąż żył w strachu, że kiedyś jego szpiegostwo zostanie przez Voldemorta odkryte. Miał też świadomość, że im bliżej była wojna, tym więcej będzie przed nim trudnych wyborów i że pewnego dnia wreszcie będzie musiał ostatecznie pokazać światu, a właściwie Lordowi i śmierciożercom, po której stronie jest tak naprawdę.
– Oczywiście, że nie liczę tylko na Harry'ego, Severusie – Dumbledore szedł tak wolnym, spokojnym krokiem, że Snape musiał się wręcz wysilać, by iść na równi z nim.
– Pewnie masz na myśli tę sprawę, o której nie możesz mi powiedzieć? O której wie Potter, a ja nie?
– W rzeczy samej – odparł z uśmiechem Albus.
– No cóż, niestety nie mogę ocenić, czy faktycznie można temu czemuś nadać miano asa w rękawie, ponieważ, tak się składa, nie mam pojęcia, co to jest – rzucił obrażonym tonem.
– Dowiesz się w swoim czasie. Na razie nie chcę zaprzątać ci tym głowy, skup się na szpiegowaniu. Czy coś wiadomo więcej w sprawie Charla Iwanowa?
– Nie, Czarny Pan tylko wspomniał na ostatnim zebraniu, że niebawem Iwanow do nas dołączy, ale nie wiadomo kiedy... Co o tym sądzisz?
– Niedobrze. Co prawda Iwanow był nauczycielem w Durmstrangu i tam też uczęszczał za młodu, więc nie znam go osobiście, ale skoro wstępuje do śmierciożerców oraz mając w pamięci liczne jego nawoływania do zabijania mugolaków, mugoli, obalenia wszystkich tolerancyjnych ministrów, śmiem twierdzić, że nie będzie życzliwym przeciwnikiem dla Zakonu.
– Słyszałem od pewnego znajomego z bułgarskich stron, że jest psychopatą. I że doskonale opanował przeróżne gałęzie magii. Pozostaje tylko czekać, aż przybędzie i się rozeznać w sytuacji. A co do tego jego nawoływania do zabijania, to tym właśnie otworzył sobie drogę u Czarnego Pana, który mówił o nim wręcz z uśmiechem na twarzy – bo robił to wszystko głośno i publicznie. Czarny Pan uwielbia właśnie takich ludzi. I takich potrzebuje. Którzy publicznie nagle nie zmienią swoich poglądów pod wpływem presji narażenia się. Ale dziwię się, że przy tym wszystkim tak długo zachowywał posadę nauczyciela...
– Durmstrang, mimo iż naprawdę jest ciekawą i dobrą szkołą, to jednak ma ponure poglądy i raczej niezachęcającą przeszłość. Dlatego niezbyt uśmiechała mi się wizja przybycia Karkarowa do naszej szkoły w czasie Turnieju Trójmagicznego.
– Racja, jednak to nie Karkarow był atrakcją tamtego pamiętnego Turnieju, a jeden z naszych absolwentów.
– Oj tak... – mruknął Dumbledore, uśmiechając się lekko pod nosem i patrząc w posadzkę.
Vicky długo jeszcze siedziała z nosem w podręczniku Księcia Półkrwi. Gdy zegar wskazywał pierwszą w nocy, postanowiła wreszcie wstać, wrócić do siebie i iść spać, ponieważ rano musiała wstać na piątkowe lekcje. Wyciągnęła z kieszeni swojej szaty pomniejszoną, czarną pelerynę, przywróciła ją do normalnych rozmiarów i okryła się nią szczelnie, biorąc w dłoń podręcznik i idąc wolno korytarzem. Wciąż miała na sobie Zaklęcie Kameleona i wyciszające, więc nawet nie przystanęła, kiedy zobaczyła przed sobą dwa cienie. Była pewna, że to nauczyciele patrolujący korytarze, typu Sprout albo Flitwicka. Gdy usłyszała jednak niski głos Snape'a, poczuła, jak serce niemal wyskakuje z jej piersi.
– W ten weekend?
– Tak – poznała głos Dumbledore'a. – Opuszczę zamek na jedną noc i chciałbym, żebyś trzymał rękę na pulsie. W ostatnim czasie z trudem przenoszę się choćby kominkiem gdziekolwiek na pół minuty. Trudno mi opuszczać to miejsce, bo zawsze gdy mnie tu nie ma, towarzyszy mi myśl, że ktoś niepowołany zechce to wykorzystać.
– Przecież nikt niepowołany się tu nie dostanie, zaklęcia jakie ochraniają Hogwart są nie do przebicia. Przynajmniej w czasie jednej nocy.
– Owszem, ale pamiętasz, Severusie? Pół godziny temu wspominaliśmy syna Bartemiusza Croucha... Myślisz, że nie został mi po tym uraz? Wtedy nawet nie wpadłem na to, że któraś z osób, które mijałem każdego dnia podczas posiłków w Wielkiej Sali, tak naprawdę jest oszustem kryjącym się pod działaniem Eliksiru Wielosokowego.
– Nikt na to nie wpadł, a to przecież ja jestem specjalistą od eliksirów – powiedział honorowo Snape, próbując zmniejszyć wypisany w oczach dyrektora żal i wyrzuty sumienia.
– Ale ja jestem stróżem tego zamku. Moim obowiązkiem było...
– Już daj spokój. Czasu nie cofniemy.
– Jak zwykle mądrze powiedziane, mój drogi Severusie...
Nie weszli w ten korytarz, w którym znajdowała się Victoria, ale w następny. Dziewczyna na trzęsących się nogach chciała iść za nimi, ale wiedziała, że oni by ją w końcu wyczuli, mimo iż była niewidzialna. Odczekała chwilę i puściła się biegiem w stronę lochów. Nie wiedziała, co myśleć. Dlaczego Snape spaceruje sobie z Dumbledore'em nocą po zamku i rozmawia z nim wręcz po przyjacielsku? Czy pielęgnował swoje zaufanie u Dumbledore'a? Czy może chodziło o coś więcej? Chwila. Stop. Victoria zatrzymała się. Miała zdobyć coś na Snape'a i wymierzyć wreszcie sprawiedliwość. A właśnie sama uciekła od okazji na to. Powinna dowiedzieć się, o czym tak naprawdę rozmawiał Snape z Dumbledore'em. Przecież siwobrody ufał mu już wystarczająco, po co więc te gesty w postaci nocnych spacerów? Dlatego też, myślała, to nie mogą być zwykłe nocne spacery... Musi o coś chodzić. Wiedziała, że być może to się nie uda, ale postanowiła zawrócić i podsłuchać więcej. W jej sercu zrodził się cel, aby ukarać Snape'a za to całe zło, za to okłamywanie wszystkich wokół, za to że – mimo iż sama była w kręgach Czarnego Pana – zdradzał Dumbledore'a i tak naprawdę wbijał mu noże w plecy, za to iż był taki zły i... uważał ją za wroga. Wiedziała, że nie odpuści. Zaczęła biec w przeciwną stronę niż przed chwilą szła i po krótkim czasie już była w tym miejscu, w którym poprzednio spotkała obu mężczyzn. Ruszyła dalej, mając nadzieję na spotkanie ich ponownie. Co tak naprawdę zamierzała zrobić? Sama nie wiedziała. Z jednej strony tłumaczyła sobie, że to przecież Voldemort kazał jej go szpiegować, a niespełnianie jego rozkazów było niezbyt poprawne. Jednak czy powinna robić to w aż tak przebiegły sposób? Śledząc i podsłuchując? Przecież ona taka nie była. Ona nie robiła tego po to, by spełnić zachcianki Lorda. Ona robiła to dlatego, ponieważ uważała Snape'a za zdrajcę z każdej strony i chciała go ukarać. Tylko wciąż nie wiedziała, kiedy Snape grał, a kiedy nie... Czy robił to teraz, spacerując z dyrektorem po zamku? Czy raczej to oni spacerowali teraz, w nocy, w tej części zamku, gdzie nikt nie chodził, bo jednak mieli jakieś tajemnice? Jeśli by mieli... Victoria na chwilę zawahała się. Jeśli Snape i Dumbledore byliby prawdziwie sprzymierzeni... To była jakaś nadzieja... Może by wtedy miała jakieś szanse na ocalenie się ze szponów Voldemorta... Ale nie. To niemożliwe. Nie Snape. On nigdy nie byłby prawdziwie po tej właściwej stronie. No właśnie, więc czy nie mogła wykorzystać tego faktu, że Snape jest blisko z Dumbledore'em, spaceruje z nim, rozmawia i to wręcz z uczuciami, i donieść o tym Lordowi, gdy będzie pytał o jakieś wiadomości z zamku? Potrzebowała jeszcze choć krzty pewności, że to, co sobie ułożyła właśnie w głowie, miało choć minimalne pokrycie w rzeczywistości. Jeszcze niech tylko usłyszy jedno słowo padające z ust Mistrza Eliksirów, które będzie w jakiś sposób podejrzane... Ruszyła dalej w poszukiwaniu dwóch czarodziejów.
– Prosiłeś mnie, żeby dać jej szansę, a teraz sam mówisz, że się jej obawiasz... – w końcu usłyszała głos siwobrodego.
– Nie obawiam się jej, nie jestem idiotą. Po prostu uważam, że może być nieco nieobliczalna, co zresztą nie zdarza się nieczęsto w jej rodzinie, biorąc pod uwagę jej matkę chrzestną...
Victoria, która przystanęła i oparła się o ścianę, znajdując się w wystarczająco dalekiej odległości od nich, ale jednak na tyle, aby ich dokładnie słyszeć, choć nie widzieć, rozwarła lekko usta. Czy oni mówili o...
– Mówiłeś, że jest inteligentna.
– A czy to i to nie może iść ze sobą w parze? Jakbyś nie zauważył, ludzie inteligentni są często nieobliczalni. Chodzi mi o to, że ona może się czegoś dowiedzieć i donieść... Sam wiesz gdzie donieść.
– Próbowałeś z nią rozmawiać i dowiedzieć się czegoś o tym, co uważa?
– Za każdym razem, gdy z nią rozmawiam, ona nagle wstaje i wychodzi. Niezmiernie mnie to irytuje. Nigdy nie spotkałem tak wkurzającej dziewuchy, nie licząc tej twojej koleżanki z młodych lat, która dwa lata temu złożyła ci wizytę w zamku, gdy przyszedłem do ciebie po spotkaniu, pamiętasz?
– Wciąż tęsknię za moją słodką Melanią... Ale o niej porozmawiamy później, skoro tak bardzo chcesz... Wracając... Czyli ona wychodzi, tak? I co, rozmawiasz z nią, czy raczej wyzywasz ją, poniżasz lub nieumiejętnie wyciągasz informacje?
Oddalali się coraz dalej i trudno było już cokolwiek usłyszeć, więc Ślizgonka – z bijącym sercem i na trzęsących się nogach – ruszyła w ich stronę. Chociaż nie musiała... Już i tak usłyszała wystarczająco dużo, aby mieć coś na Snape'a... Ale... oni mówili o niej. Ciekawość wzięła nad nią górę i postanowiła słuchać dalej.
– Severusie, musisz coś z tym zrobić, nim będzie za późno – usłyszała, gdy znalazła się bliżej.
– Ona wykryje każdy mój ruch, rozumiesz? Ona taka jest. Dobra jak ja, a może jeszcze lepsza, kto to wie? – Snape nerwowo machnął rękami, co Victoria zauważyła, obserwując jego cień na przeciwległej ścianie.
– Za bardzo się boisz, że on się dowie. I że zrobi im krzywdę, prawda?
– Komu znowuż? Co znowu wymyśliłeś, kogo włożyłeś do mojego biednego serca, wedle swoich kolejnych urojeń i natchnień uczuciowych?
– Malfoyów. A szczególnie tych młodych.
– Wiesz, tak się składa, że Lucjuszem akurat gardzę, więc dobrze, iż dodałeś do tej wypowiedzi tę drugą część. I nie, nie martwią mnie oni. Bardziej boję się o siebie. Tyle lat szpiegowałem, byleby móc w końcu na stare lata zaznać choć odrobiny spokoju...
– Miałbyś ten spokój z góry, gdybyś parę ładnych lat temu nie włączył się tam, gdzie nie trzeba...
– Będziesz wypominać mi to do końca życia?
– Tak, aby cię motywować. Zrobisz z nią coś czy może twoje włączenie się do nich kiedyś, twoje przejście do mnie i twoje szpiegowanie mają pójść na marne?
Victoria w momencie podjęła decyzję – uciec z tego miejsca. Odwróciła się w drugą stronę i puściła się biegiem w stronę lochów. W głowie wciąż słyszała tylko jedne słowa, które wypowiedział Dumbledore: „Zrobisz z nią coś?". Kim ona była? Zwykłym czymś? Zwykłą nią? Kimś, kogo należy unicestwić? Kimś, kto stoi na przeszkodzie? Przeszkodzie do czego, tak właściwie? Co tu się działo? Po której stronie był Snape? Z tej rozmowy jasno wynikało, że był szpiegiem, faktycznie, ale szpiegiem dla Dumbledore'a, a nie – u Dumbledore'a. Mimo iż jeszcze przed chwilą miała na to nadzieję, to jednak teraz coś jej się tu nie podobało... Oni spiskowali na takim samym poziomie, jak robił to Snape u Voldemorta. Cholera. Kto tak właściwie walczył w słusznej sprawie? Dumbledore, który pragnie unicestwić kogoś, kto staje mu na drodze czy Voldemort, który pragnie unicestwić każdego, kto nie przyłączy się do jego drogi? Nie wiedziała, co myśleć. Miała swój rozum, ale jednak od zawsze w jej domu mówiono cicho, że to Voldemort ma rządzić, że Dumbledore jest stuknięty, że jest nieobliczalny, że się nie nadaje do władzy. W Hogwarcie jednak poznała na tyle Dumbledore'a, by wiedzieć, iż to co o nim słyszała, było nieprawdą. Czuła, że kręci jej się w głowie. Snape znów wyszedł na zdrajcę, ale tym razem z kolejnej strony – zdradził Voldemorta. Miała go w garści. Pytanie tylko... Co powinna z tą wiedzą uczynić? Wciąż miała wszystko niepoukładanie w głowie. Nie do końca rozumiała to, co przed chwilą usłyszała. Nie wiedziała, co myśleć. Przecież Snape jest potworem. Jakim cudem mógłby tak prawdziwie współpracować z – no, niech będzie, pomyślała – tą dobrą stroną, czyli Dumbledore'em?
Stanęła przy oknie i spojrzała na chmury, które zasłaniały księżyc. Co robić? Co myśleć o tym wszystkim? Z jednej strony czuła ulgę, jeśli faktycznie Snape w jakimś stopniu prawdziwie współpracowałby z Dumbledore'em. Jednak nie mogła w to uwierzyć... Z drugiej strony czuła strach i presję, że Voldemort powinien się o tym dowiedzieć, ponieważ zlecił jej szpiegowanie go, a jeśli – jakimś cudem – dowiedziałby się o tym wszystkim od kogoś innego, mogłoby nie być dla niej ciekawie, bo wyszłoby na to, iż poważnie zawaliła swoją misję. Jednak chciała też w jakiś sposób skrzywdzić Snape'a, ale jeśli on faktycznie ryzykował życie i był szpiegiem dla Dumbledore'a...? Jeśli faktycznie to robił, dążąc przy tym do obalenia Czarnego Pana i przywróceniu spokoju w świecie czarodziejów? Ale znowu – jeśli nie? Jeśli ta rozmowa, którą podsłuchała, była jego grą aktorską...? Sama nie wiedziała. Czuła się tak pogubiona, jak nigdy.
– Victorio, jesteś tu? – usłyszała szept.
Odwróciła się i spostrzegła swojego brata, Dracona, który niepewnie rozglądał się po otoczeniu. Podobnie jak ona, mimo środka nocy, nie był w piżamie, za to w koszuli i spodniach.
Dziewczyna machnęła różdżką i ściągnęła z siebie zaklęcia. Blondyn spojrzał na nią i mimo wszystko uśmiechnął się do niej, ponieważ nigdy nie umiał powstrzymać tego ironicznego, ale i troskliwego uśmiechu na jej widok.
– Skąd wiedziałeś, że tu jestem? – zapytała, a jej długie, ciemne włosy zawirowały niebezpiecznie, gdy odwróciła głowę w bok.
– Wiem, że lubisz tu przychodzić. I, no cóż – Draco zaczął iść w jej stronę – Przebywamy ze sobą od pierwszego dnia naszego życia, myślisz, że nie jestem w stanie poznać twojego zapachu?
– Myślałeś nad mugolską pracą psa tropiciela, który potrafi wywęszyć zagubionego? – Vicky uniosła jeden kącik ust.
– Dzięki za podsunięcie pomysłu, ostatnio zastanawiałem się akurat, co właściwie chciałbym robić w przyszłości... – stanął obok niej i oparł się o parapet, wyglądając przez okno na rozciągające się wokół zamku błonia. – Dlaczego łazisz nocą po zamku?
Victoria westchnęła i wyciągnęła z kieszeni podręcznik do eliksirów.
– Uczysz się? – oniemiał Draco.
– Chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz – prychnęła. – Masz. Przejrzyj ją. Należała do Snape'a.
– Do Snape'a?
Draco wziął od niej książkę i zaczął ją przeglądać.
– Niezwykle intrygująca – rzucił bez przekonania. – Ale jaki to ma związek z tym, że wymykasz się nocami?
– Chcę donieść Czarnemu Panu na Snape'a – powiedziała wprost.
– Co? – chłopak spojrzał na nią z niedowierzaniem i zatrzasnął książkę. – O czym chcesz na niego donieść?
– Możliwe, że jest tak naprawdę po stronie Dumbledore'a.
– Czy ty się słyszysz? Snape? Naprawdę jesteś w stanie w coś takiego uwierzyć?
– Draco, ja podsłuchałam ich rozmowę. Dumbledore'a i Snape'a. Zaledwie dziesięć minut temu.
Blondyn pokręcił głową i spojrzał z pewnym przerażeniem w jej oczy.
– Przestań – powiedział i spuścił wzrok.
– O co ci chodzi, Draco? – zapytała łagodnie.
– Nieważne, co usłyszałaś. Nieważne, po której stronie jest Snape i nieważne, po której stronie jest ktokolwiek. Nie mieszaj się w nic, co nie jest konieczne, rozumiesz? Jeśli doniesiesz o czymkolwiek... jemu... to on o tobie będzie wciąż pamiętał, będzie na ciebie patrzył na spotkaniach, będzie bardziej zainteresowany naszą rodziną, będzie...
– Draco, uspokój się! Naprawdę jesteś aż takim tchórzem?! To nie twoja sprawa, co zamierzam! Z pewnością cię w nic nie wciągnę, o to się nie martw! Chciałam tylko to z siebie wyrzucić, ale widzę, że niepotrzebnie!
Odwróciła się i szybkim krokiem zaczęła odchodzić, jednak chłopak złapał ją za rękę i obrócił w swoją stronę.
– Chodzi mi o ciebie, rozumiesz? Nie widzisz granic. Nie rozumiesz, że niektórym nie należy wchodzić w drogę. Co do diabła, zrobił ci Snape, że chcesz go wydać? Przecież on jest skurwysynem z krwi i kości, czym ci zawinił, co? Czarny Pan cię wyśmieje, jak do niego z tym polecisz. Nieważne, co słyszałaś. On cię wyśmieje, bo Snape jest jego najwierniejszym człowiekiem.
– Oj, jak ty mało wiesz, Draco, jak ty mało rozumiesz – ze złością wyrwała swoją rękę z jego uścisku i szybkim krokiem oddaliła się, zabierając od niego własność Księcia Półkrwi.
