Ed czuł się tak jakby major Armstrong zrobił sobie z niego worek treningowy, a następnie ktoś przejechał po nim kilkanaście razy walcem. Plus na dobitkę Elicia stratowała go swoim nowym rowerkiem. Trójkołowym.
Po wyjątkowo męczących zakupach Ed leżał bez życia, rozwalony w pozycji krzyżowej na brzuchu, pozbawiając się przy okazji możliwości oddychania. Przynajmniej pościel z łóżka Winry ładnie pachniała sosną, czy innym cholerstwem. Te proszki do prania to jednak robią cuda- Stalowemu przez chwilę naprawdę się zdawało, że wypoczywa na ściółce otoczony drzewami iglastymi.
-Długo jeszcze zamierzasz tak leżeć?- w głosie Winry dało się wyczuć troskę. Przysiadła na łóżku odgarniając swojemu przyjacielowi włosy z twarzy. Blondyn spojrzał na nią niechętnie.
-Nie mam nawet siły iść do Ala i go przeprosić za ten cały cyrk z pilnowaniem Linga- wymruczał mało przyjaźnie. Przewrócił się na drugi bok i wydał z siebie westchnienie człowieka umęczonego życiem i gorzko doświadczonego przez los. To niesamowite, że w ogóle się rusza po noszeniu takiej ilości ciuchów i innych niepotrzebnych do szczęścia rzeczy.
Winry już chciała użyć nieco brutalniejszych metod w celu przywrócenia go do stanu jako takiej używalności, gdy drzwi od łazienki skrzypnęły i otworzyły się.
-Dziwnie się w tym czuję- jękliwy głos Ranfun dotarł do uszu Eda. Chłopak z mściwą satysfakcją pomyślał, że czarnowłosa Xingjanka nie działa na niego w ten sam sposób co kilka godzin temu. Teraz już nic do niej nie czuje. Nic, zupełnie nic. Słyszy jej głos i nie ma tych przyjemnych dreszczy. A jak na nią spojrzy pewnie będzie tak samo...
Stalowy natychmiastowo musiał zweryfikować swoją opinię.
Ranfun była... była... nie, śliczna to złe słowo. Za delikatne. Piękna już bardziej pasuje, chociaż też nie zupełnie. Wamp, albo seksbomba. Inne wyrażenia nie przychodziły mu do głowy.
Ranfun była ubrana w krótką, krwistoczerwoną, obcisłą i maksymalnie seksowną sukienkę na ramiączkach. Jej włosy były rozpuszczone i błyszczące, nieznośne, zbuntowane kosmyki zostały okiełznane plastikową opaską pod kolor sukienki. Na nogach czarne szpilki, całość podkreślona srebrną biżuterią. Do tego ostry, ciemny makijaż na oczach, lekko brązujący puder i różowy, perłowy błyszczyk. Ed poczuł, że dla takich momentów warto żyć.
Dziewczyna nieświadoma swego magnetyzmu przeciągnęła się i usiadła nieumiejętnie, odsłaniając sobie całe uda. Edwardowi prawie poszła krew z nosa.
-Gotowa?- Winry wymówiła to krótkie pytanie niczym zawodowa swatka- gotowa na swój wielki wieczór i spotkanie z przeznaczeniem? Albo raczej- z przeznaczonym?
-To chyba nie jest dobry pomysł. Nie umiem chodzić w tych butach, a co dopiero mówić o bieganiu. A przecież możliwe, że sytuacja mnie do tego zmusi. Poza tym... wyglądam idiotycznie. Z resztą jak zawsze...- te ostatnie, powiedziane niemal szeptem słowa, ledwo przeszły jej przez usta. Najwyraźniej sama trochę wstydziła się swoich nastoletnich odruchów kiedy to wydaje nam się, że jesteśmy wstrętni. Okropne złudzenie prześladujące nas o każdej porze dnia i nocy.
-Co ty mówisz, wyglądasz zabójczo- protetyczka wyszczerzyła się- Patrz jak Ed się ślini na twój widok, on to wygląda teraz jak buldog! (Ej, Winry, co ty gadasz!!) A jak Ling cię zobaczy to dopiero nie utrzyma hormonów na wodzy. Co do biegania- w razie czego Ed i Al z wielką przyjemnością powstrzymają wszelkich wrogów waszego klanu od zrobienia krzywdy twojemu ukochanemu. O wszystkim pomyślałam Moja Droga, nie musisz się niczym martwić.
***
Ranfun pomyślała, że Państwowi Alchemicy rzeczywiście całkiem sporo zarabiają skoro z pieniędzy Eda dało się opłacić kolację w TAKIEJ restauracji.
Kryształowe lampy, marmurowe ściany i podłogi ze złoconymi ozdobnikami, kelnerzy we frakach... Wszystko idealne, bez skazy. Tylko jeden niepasujący element, a mianowicie dwoje nieco zagubionych obcokrajowców siedzących przy stoliku na środku sali. Obcokrajowców, którzy jeszcze nigdy nie byli postawieni w sytuacji takiej jak ta.
Ranfun spojrzała na ubranego w garnitur Linga. Spodziewała się, że będzie wyglądać dobrze, wręcz świetnie, ale nie sądziła, że efekt będzie aż tak piorunujący. On był po prostu doskonały. Przystojny, czarujący... i jej. Tylko i wyłącznie jej.
Ling ponownie zajrzał jej głęboko w oczy przez co twarz dziewczyny oblała się delikatnym rumieńcem.
-Ładnie ci w czerwonym- powiedział swoim normalnym tonem. Każda inna osoba płci żeńskiej stwierdziłaby, że książę Xing zachowuje się dziecinnie, zbyt pretensjonalnie. Ale nie ona. Ona wiedziała, że pod maską głupawego chłopaczka znajduje się prawdziwy mężczyzna.
-Proszę cię, dzisiaj nie traktuj mnie jak kogoś kim trzeba się zajmować- Ranfun z lekka się speszyła. Nigdy nie sądziła, że panicz może zauważyć, że jej stosunek do niego przypomina nieco stosunek opiekunki do dziecka- traktuj mnie jak równego sobie, a nie jak pracodawcę. Zapomnijmy o naszych codziennych relacjach. Winry wszystko przygotowała, zadbała o każdy szczegół. Nie pozwólmy, żeby to się zmarnowało.
Dalej rozmowa potoczyła się gładko. Osoby, które przebywały ze sobą praktycznie od urodzenia dopiero teraz zaczęły poznawać siebie nawzajem.
***
-Czyż nie wyglądają na zakochanych?- Winry po raz kolejny się rozpływała, zaś Ed po raz kolejny miał wrażenie, że zaraz puści pawia.
-No... ja się na tym nie znam. Nie wiem- odparł wymijająco starając się odegnać od siebie wizje Linga pokonanego w walce na ringu w której on byłby zwycięzcą. Po raz kolejny zerknął przepraszająco w stronę Ala, który stał nieopodal udając zwykłą, mającą stanowić ozdobę, zbroję. Oni zaś ukrywali się za wielkimi doniczkami z równie wielkimi kwiatami. Jednak te wojskowe wpływy na coś się przydają- można wymusić na właścicielu zakładu gastronomicznego zgodę na wyprawianie dziwnych ekscesów w jego lokalu.
-Ed, chciałabym się ciebie o coś spytać tylko nie wiem od czego zacząć. Trochę mi głupio- Winry najwyraźniej mówiła całkiem poważnie. Normalnie chłopak od razu by się zaniepokoił i zmartwił, jednakże teraz co innego przykuło jego uwagę.
-Czy mi się wydaje czy oni się kłócą?- prawie wykrzyknął za co blondynka zgromiła go wzrokiem i też spojrzała w stronę „obiektów swatanych". Rzeczywiście, wyglądało na to, że między nimi wybuchła mała sprzeczka, jakby on się o coś na nią zdenerwował: Ling wymachiwał rękoma w intensywnej gestykulacji i mówił bardzo szybko i głośno, choć nie dało się zrozumieć co, zaś Ranfun wyglądała na odrobinę... przerażoną? Stalowy poczuł, że to za bardzo godzi w jego męską dumę- nikt nie będzie w jego obecności obrażał kobiety, a zwłaszcza tej konkretnej!
-Ed, co ty robisz, oszalałeś? Wszystko zepsujesz- Winry syknęła ostrzegawczo, ale było już za późno. Stalowy był w połowie drogi do stolika.
***
-Nie przeszkadzam?- spytał Edward nonszalanckim tonem. Ranfun rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
-Ed, coś się stało?- odpowiedziała pytaniem na pytanie. Była czymś wyraźnie podenerwowana i zestresowana, nawet nieświadomie przeszła z pełnego imienia na zdrobnienie. Te sygnały w zupełności alchemikowi wystarczyły. Bestia w skórze pozornie nieszkodliwego, skośnookiego palanta musiała ją w jakiś sposób skrzywdzić.
-Mi nic, ale twój chłopak chyba nie traktuje cię z należytym szacunkiem- brunetka ze szczerym zdumieniem spoglądała to na niego, to na swojego pana, pewnie nie domyślając się o jakiego chłopaka mu chodzi. Z kolei Ling...zdawał się być spokojny i opanowany, lecz gdzieś głęboko w jego oczach dało się zauważyć gniew, wściekłość. Ed, jak zwykle, nie wyłapał tego niuansu.
-Chodźmy stąd Ranfun- chwycił ją za łokieć i pociągnął do góry. Zdezorientowana dziewczyna dała się poprowadzić niczym marionetka- zasługujesz na kogoś lepszego niż ten... księżulek od siedmiu boleści- gdy to mówił patrzył swojemu rywalowi prosto w oczy. Przez jakieś pół minuty przeszywali się wzajemnie pełnymi rządzy mordu spojrzeniami, nieznośna cisza wypełniła całą restaurację niczym gęsta mgła. Ludzie trącali się łokciami i wymieniali między sobą szeptem uwagi na temat zaistniałej sytuacji. W końcu kogo nie interesuje dwóch młodych chłopaków zapewne będących się zaraz bić w miejscu publicznym o dziewczynę?
Ciszę przerwały szybkie postukiwania płaskim obcasem o posadzkę. Cała trójka spojrzała się w stronę pochodzenia owego dźwięku i ujrzała rozeźloną Winry zmierzającą w ich kierunku. Zapewne chciała nakrzyczeć na Eda za całkowite zniszczenie jej planu, ale nie zdążyła. Zwyczajnie nie miała najmniejszych szans tego zrobić.
Niespodziewanie Ling wstał, przyprawiając wszystkich na sali o niemałą porcję rozkosznego napięcia. Wyglądało na to, że chce podejść do tego niższego blondyna i przywalić mu prosto w szczękę. Albo w brzuch, czy kopniakiem potraktować jeszcze inne, bardziej wrażliwe miejsce. Stało się jednak coś zupełnie innego.
Winry już, już zamierzała wygarnąć Stalowemu co myśli o jego zachowaniu, gdy Ling nagle znalazł się tuż przed nią. Zaskoczona dziewczyna zdołała z siebie wydać jedynie pełen zaskoczenia, niewyartykułowany dźwięk, kiedy została pochwycona mocno w ramiona. A następnie pocałowana. Głęboko, namiętnie. Właściwie to Ling przyssał się do jej twarzy.
Ed, Al, Ranfun, a także goście i pracownicy restauracji patrzyli w osłupieniu na ów bardzo długi pocałunek, któremu towarzyszyły rozchodzące się mlaszczące odgłosy. Kiedy Ling postanowił się wreszcie „odkleić", puścił protetyczkę, która jak bezwolna lalka opadła na krzesło, niedawno przez niego zajmowane, ciężko dysząc.
Chłopak z niezdrowym wręcz brakiem emocji na twarzy poprawił sobie kitka i, jak gdyby nic, zapytał się Winry czy się jej podobało. Tego było już dla Ranfun za wiele.
-Ty idioto!- wykrzyknęła na całe gardło, podchodząc do niego. Gdyby spojrzenie mogło zabijać Ling leżałby już martwy, pozbawiony życia w bardzo okrutny sposób.
Stanęła przed nim i otwartą ręką uderzyła go prosto w twarz. Chłopak aż się zatoczył.
-Co by się stało, gdyby miała truciznę schowaną w ustach? Zginąłbyś od razu, jesteś taki nieostrożny!- łzy złości, smutku i rozczarowania spływały jej po twarzy. Nie doczekawszy żadnej odpowiedzi brunetka rozpłakała się i wybiegła na ulicę.
Ed patrząc na Linga, który jedynie patrzył za swoją uciekającą poddaną i nawet nie ruszył się by ją dogonić, poczuł zalewającą go, wszechogarniającą wściekłość.
-Nie zamierasz nic teraz zrobić? Przecież to twoja wina- syknął przez zaciśnięte zęby, a następnie począł biec za Ranfun i wołać ją po imieniu. Po romantycznej randce nie zostało ani śladu.
C.D.N.
