Disclaimer: This is a translation of Shezza88 fic The Denarian Renegade. The idea is his. All Harry Potter characters/places/items/etc. belong to J.K. Rowling. All Dresden Files characters/places/items/etc. belongs to Jim Butcher.

Ogłoszenie: Poniższy tekst jest tłumaczeniem opowiadania The Denarian Renegade autorstwa Shezza88. Pomysł i realizacja są jego. Wszystkie postacie/miejsca/przedmioty/itp. związane z uniwersum Harry'ego Potter'a należą do J.K. Rowling. Wszystkie postacie/miejsca/przedmioty/itp. związanie z uniwersum Akt Harry'ego Dresdena należą do Jim'a Butcher'a.

Za betowanie dziękuje MichiruK.


Informacja: Jest to crossover między cyklem o Harry'm Potterze, a cyklem Akta Harry'ego Dresdena. Znajomość drugiej serii nie jest wymagana by zrozumieć to opowiadanie, gdyż terminy z uniwersum Dresden'a są wyjaśniane na bieżąco.

Informacja #2: Tekst jest tłumaczony we współpracy z Guyver87pl.


Rozdział 4 – Pierwsza przegrana

Harry przyglądał się nosicielce demona stojącej przed nim ze skupionym wyrazem twarzy. Jego prawa ręka nadal zaciskała się na rękojeści miecza, a w lewej trzymał rewolwer, w każdej chwili gotowy do strzału, choć nadal nie wycelowany w tajemniczą kobietę. Ta natomiast stała rozluźniona, emanując opanowaniem i pewnością siebie, gdy z leniwym uśmiechem mierzyła go taksującym spojrzeniem. Wolnym, wypracowanym gestem poprawiła swoje jedwabiste włosy, a wyraz jej twarzy powiedział Harry'emu, że uznała go za niegroźnego, pozbawionego siły. Chłopiec poczuł narastającą wściekłość i groźnie zmarszczył brwi.

— Kim jesteś? — zapytał, czując coraz większy niepokój i niecierpliwość Meciel.
Kobieta parsknęła zimnym, przerażającym śmiechem, który sprawił, że Harry poczuł gęsią skórkę na karku.

— Nazywam się Deidre, Meciel — odpowiedziała rozbawionym głosem. — Jestem pewna, że już wcześniej się spotkałyśmy.

— Deidre, tak? Ja jestem Harry — stwierdził chłopiec tonem fałszywej grzeczności, ze sztucznym uśmiechem. — I wiesz co? Chyba jednak się nie znamy…

Deidre zamrugała zdziwiona, patrząc na chłopca z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Gdy jej ciemne, rozgorączkowane oczy omiotły go po raz kolejny, było w nich widać autentyczną ciekawość.

— A więc to nie Meciel panuje nad tym ciałem? — zapytała cicho, wyraźnie nie mogąc czegoś zrozumieć. — Więc jesteś jej… gospodarzem?

— Tak, jestem jej gospodarzem — potwierdził Harry sucho, nadal nie zbliżając się do niej bliżej, niż to konieczne.

Deidre pozwoliła sobie na lekki, przyjazny uśmiech, w którym jednak czaiło się coś bardzo niebezpiecznego. Po raz kolejny zmierzyła chłopca uważnym spojrzeniem, w którym teraz skrywał się dziwny głód. Roześmiała się znowu, powodując, że Harry poczuł nienaturalne zimno.

— A więc Meciel-zdrajczyni stoi tu przede mną w ciele słabego i niewytrenowanego dziecka, nad którym nawet nie ma kontroli! — powiedziała głosem przepełnionym ogromnym rozbawieniem. Nagle humor zniknął z jej twarzy, ustępując miejsca zimnej, przerażającej powadze. —– To będzie jeszcze łatwiejsze, niż się spodziewałam.

Zacznij szukać jakiejś sposobności do ucieczki, ukochany. Na razie nie jesteś dość silny, aby walczyć z kimś takim, jak ona — ostrzegła go Meciel cichym głosem, teraz przepełnionym niepokojem. — Twoja przeciwniczka ma za sobą setki lat ćwiczeń i doświadczenia bojowego, a nawet ktoś słaby może zyskać potęgę dzięki wiedzy i ciężkiej pracy.

Potter wiedział, że Meciel ma rację. Przez ostatnie półtora roku nauczył się wykorzystywać swoją moc przy rytuałach przyzwania i tworzeniu magicznych kręgów. Zdobył podstawowe umiejętności z dziedziny Ewokacji oraz wiedzę o niezliczonej ilości istot nadprzyrodzonych. Zdawał sobie jednak sprawę, że jego prawdziwa siła leżała w magii, używanej przez czarodziejów. Tyle, że na nieszczęście dla niego, wciąż nie miał różdżki.

Wiesz, Meciel, po tym wszystkim musimy zdobyć jakąś różdżkę — odezwał się w myślach i usłyszał pomruk aprobaty ze strony Upadłej. Po chwili na powrót skupił się na Deidre, która uśmiechała się lekko, najwidoczniej wiedząc, że chłopak rozmawia z Meciel.

— Co niby będzie łatwiejsze niż myślałaś? — zapytał spokojnie, wciąż mierząc kobietę czujnym spojrzeniem. Ta nadal nie wykonała żadnego ruchu, by go zaatakować, najwyraźniej rozbawiona prowadzoną rozmową. W zamyśleniu przejechała dłonią po włosach i odezwała się ponownie:

— Całkowite i nieodwołalne zniszczenie gospodarza Meciel oraz zdobycie jej monety — odpowiedziała spokojnie Deidre, nadal wpatrując się w niego pełnym rozbawienia wzrokiem. Pokręciła lekko głową z dezaprobatą i pomachała ręką w geście zwykle używanym do karcenia dzieci. — Naprawdę, nie powinieneś był wybierać Meciel, mój mały.

— Och, przepraszam, ale nie wiedziałem, że macie jakiś sklepik, gdzie można ją wymienić na nowszy model — stwierdził bezczelnie, pozwalając jednocześnie, aby pierwsza fala demonicznej mocy przepłynęła przez jego ciało. Poczuł zniewalające uczucie siły i ciepła wypełniającego jego wnętrze.

Deidre nie wydawała się obrażona jego zachowaniem, raczej nieco rozbawiona. Na jej szczupłej twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu aprobaty. — No, no… Pomimo swojego wyglądu, z pewnością nie zachowujesz się jak dziecko, nieprawdaż? — wymruczała cicho.

— Meciel ma na mnie zły wpływ — stwierdził, wzruszając lekko ramionami, ale nie rozluźnił uścisku na żadnej ze swoich broni. Wciąż kontrolował swoją moc, przygotowany na atak. — Chociaż z drugiej strony słyszałem, że demony tak mają…

— Tak, myślę, że jestem w stanie to zrozumieć — Deidre skinęła głową, a jej ciemne oczy na moment rozbłysły dziwnie. — Drandruil czasem sprawia, że zachowuję się irracjonalnie, ale zalety naszej współpracy przyćmiewają te drobne niedogodności. Poza tym chwile, gdy on przejmuje kontrolę, to najlepsze momenty w moim życiu.

— Czy zanim mnie zabijesz, mogłabyś wyjaśnić, co takiego zrobiła Meciel, że jesteście na nią tacy wkurwieni? — zapytał kobietę Harry z autentyczną ciekawością w głosie. — Przecież nie zabrała ci, na przykład, duszy, bo już jej nie masz, no nie?

— Więc nie powiedziała ci o zbrodniach, jakie popełniła wobec nas? — zapytała Deidre, wyglądając na zdziwioną jego niewiedzą.

— Tak właściwie, to mi powiedziała — odpalił przesadnie poważnym tonem, z którym jednak kłócił się złośliwy uśmiech na jego twarzy. — Pomyślałem, że tak po prostu zapytam, żeby wyglądać na idiotę…

Rozbawienie zniknęło z jej twarzy, ustępując miejsca lekkiej irytacji. Przestała poprawiać włosy, a jej szczupłe palce poruszyły się w geście sugerującym, że rozważa uduszenie go.
— Wiesz, chłopcze, twoja bezczelność robi się nieco denerwująca — stwierdziła zdenerwowanym tonem. — Powinieneś po prostu oddać mi monetę i odejść w swoją stronę.

— A ty oczywiście pozwoliłabyś mi żyć? — zapytał sceptycznym tonem, a na jego twarzy odbiło się niedowierzanie. — Tak, jasne, już w to wierzę!

— A jednak tak bym uczyniła. Zależy nam jedynie na Meciel — powiedziała ze szczerym, przyjaznym uśmiechem, jakby zachęcając go, aby się zgodził. Lecz pod powierzchownym chłodem jej ciemnych oczu, czaił się niepokojący płomień, a Harry od razu rozpoznał, że kobieta kłamie.

Ona kłamie, ukochany. Nie możesz jej wierzyć, że pozostawi cię przy życiu. To nie w jej stylu.

Wiem o tym, Meciel — odpowiedział szybko. — A nawet gdyby mówiła prawdę, to nigdy bym cię nikomu nie oddał.

A więc musisz albo uciec, albo walczyć. Uważaj jednak, bo jest bardzo potężna.

Harry ponownie skupił się na Deidre, która zaczęła mówić, gdy on, na ułamek sekundy, zajął się czymś innym. Przez jego ciało przelewała się gwałtowna, niepowstrzymana fala energii, którą jednak bez problemu utrzymywał pod kontrolą, dzięki wcześniejszemu treningowi.

— Możesz być dla nas przydatny nawet bez monety — stwierdziła miękkim, przekonywującym tonem. — Kto wie, może nawet mój ojciec obdarzy cię jedną z innych monet, jeśli będziesz mu wiernie służył… Musisz tylko oddać swoją monetę.

Właśnie w tym momencie Harry odrzucił pochwę miecza i skierował błyszczące ostrze w stronę Denarianki stojącej przed nim. Poczuł, jak miecz pulsuje energią, a jego nozdrza wypełnia zapach dymu i siarki. Machnął ręką jakby coś rzucał i kula ognia z sykiem wystrzeliła w stronę Deidre. Jednocześnie wycelował w nią rewolwer, trzymany w lewej dłoni, gdy Meciel pokazywała mu, jak strzelać. Psycholog mógłby określić proces zachodzący w jego głowie jako „manipulację pamięcią długotrwałą, a zwłaszcza pamięcią proceduralną w celu stworzenia fałszywych wspomnień, pozwalających na wytworzenie się podświadomych odruchów", ale chłopiec zauważył tylko, jak jego ręka podnosi się i pewnym, wytrenowanym ruchem, naciska spust.

Trzy głośne trzaski rozległy się echem w uliczce, gdy jego przeciwniczka zachwiała się, unosząc ręce w górę. Prawie natychmiast na jej bluzce pojawiły się trzy niewielkie dziurki, z których wypłynęła krew, co spowodowało, że kobieta skrzywiła się nieco. Nie poruszyła się jednak, widząc kulę magicznego ognia pędzącą w jej stronę, wciąż wyciągając ku niej otwarte dłonie. Ogień piekielny uderzył w niewidzialną ścianę jakiś metr od niej, zmieniając się w kilka małych płomyczków i chmurę dymu. Harry mógłby przysiąc, że przez moment widział krąg bladozielonej energii wypływającej z jej dłoni, ale dziwne zjawisko zniknęło zanim zdołał mu się bliżej przyjrzeć.

Tymczasem Deidre pochyliła głowę i spojrzała na swoją bluzkę. Na jej twarzy pojawiła się wściekłość, gdy dostrzegła plamy krwi oraz dziury po pociskach.

— Wiesz, mały, jeśli mam być szczera, to muszę przyznać, że to trochę boli — warknęła wściekle. — Ale czy naprawdę wierzyłeś, że powstrzymasz mnie trzema nabojami? Nie ma w nich magii, nie ma żadnej siły. Taki drobiazg jest niczym dla osoby o mojej mocy, mogę to wyleczyć w kilka sekund. Potrzebowałbyś ciężarówki amunicji, żeby mnie w ogóle skrzywdzić.

Rozległo się pięć kolejnych metalicznych szczęknięć rewolweru, gdy chłopiec raz za razem naciskał spust. Po chwili zrozumiał, że wyczerpał całą amunicję, a wystrzelone pociski nie osiągnęły zamierzonego celu. Tym razem zamiast trafić Denariankę, uderzyły w jej zielonkawą tarczę, która wydała z siebie dziwny brzdęk, zamieniając je w pył.

— Nie jestem jednym z tych żałosnych Denarianów, których można zabić zabawkami śmiertelników! — syknęła wściekle kobieta, a na jej twarzy pojawił się okrutny uśmiech. — Cóż, obawiam się, że będziesz musiał…

Urwała nagle, widząc, że Harry wpycha bezużyteczny rewolwer do kieszeni i, przyciskając miecz do piersi, biegnie w jej stronę. Przez chwilę wyglądało na to, że Deidre wybuchnie śmiechem, widząc nacierającego dziewięciolatka z wyrazem dziecinnej wściekłości na twarzy. Ale jej rozbawienie szybko zmieniło się w szok, gdy w przeciągu dwóch sekund Harry przybrał postać demona.


Najpierw pojawiły się jego skrzydła, dwa łuki ostrych, piaskowoszarych kości, wystrzeliwując z jego pleców i powiewając nad głową w rytm kolejnych kroków. W biegu ciało Harry'ego rozciągało się i rosło w mgnieniu oka, przechodząc z niezbyt imponującego wzrostu metra trzydzieści, do ponad dwóch metrów. Ciało chłopca, rosnąc, jednocześnie zmieniało kształt. Jego małe dłonie wydłużyły się i pociemniały, pokrywając się twardymi, błyszczącymi łuskami, pod którymi drgały rozszerzające się twarde mięśnie. Z grubych, szerokich palców jego dłoni, wystrzeliły twarde pazury o ostrych, ząbkowanych krawędziach. Nogi wydłużyły się i zwiększyły objętość, gdy rozrastające się mięśnie, pokryte łuskami, dosłownie wciągały w siebie materiał jego spodni. Blade, ludzkie stopy, przekształciły się w zdeformowane łapy zakończone czterema długimi szponami, a jego buty rozpłynęły się w powietrzu. Klatka piersiowa Harry'ego rozszerzyła się pod naporem rosnących mięśni, a od jego ramion aż do podbrzusza, zaczęła rozlewać się szara substancja, twardniejąca i formująca się w grubą, kościaną zbroję, ochraniającą organy wewnętrzne. Zza jego pleców wystrzelił ogon, szybko pokrywający się kościanymi wypustkami. Na końcu przekształciła się jego głowa. Drobne usta rozszerzyły się w paszczę wypełnioną ostrymi jak brzytwa kłami, nos cofnął się i zdeformował w dwie długie, wąskie szparki. Jego włosy uniosły się i zgęstniały, przekształcając się w swoistą koronę ostrych i twardych kościanych wypustek. Ostatnie zmieniły się oczy. Na jego przerażającej twarzy pojawiły się dwie pary oczu: jedne płonęły niepokojącym, zielonym ogniem, drugie błyszczały barwą wypolerowanego srebra. W końcu na jego płaskim, szerokim czole, pojawił się krwistoczerwony symbol, identyczny z tym wyobrażonym na monecie Meciel.

— Kościożmij! — syknęła wściekle Deidre, gdy bestia ryknęła i rzuciła się w jej stronę. Ciężkie kroki potwora dudniły głośno, odbijając się echem w ciemnej alejce. Twarz kobiety wykrzywiła się w wyrazie nieludzkiej furii, po czym i ona zaczęła się zmieniać. Jej skóra rozbłysła, pokrywając się błyszczącymi, jasnozielonymi łuskami. Nogi z trzaskiem wygięły się do tyłu, zginając się i przekształcając w coś na podobieństwo tylnych łap lwa. Wyciągnęła dłonie, a metalowe pierścienie na jej palcach stopiły się i uformowały w długie, połyskujące szpony. Na, z grubsza ludzkiej, twarzy, pojawiły się dwie pary oczu: jedne miały barwę jasnej zieleni, a drugie były wiśniowo-czerwone. Najbardziej zmieniły się jej włosy: rosły w niesamowitym tempie, osiągając długość czterech metrów, falując w rytm jej kroków. Każdy włos stwardniał i zabłysł blaskiem metalu, sprawiając wrażenie, że grzywa Deidre to długie kłębowisko stalowego drutu. Włosy falowały wokół niej jak skrzypiąca, metalowa chmura, podpierając jej ciało, jak tysiące nowych kończyn.

Deidre splunęła i syknęła, a w jej oczach pojawiła się demoniczna furia, szał identyczny z tym, który odbijał się w oczach Harry'ego. Dwa stworzenia nie z tego świata rzuciły się na siebie z mrożącym krew w żyłach rykiem.


Gdy rozwścieczone demony zbliżyły się do siebie, jedno ze skrzydeł Harry'ego wystrzeliło do przodu, próbując nabić przeciwniczkę na twarde, kościane ostrze. Deidre syknęła z furią i ugięła nogi, odskakując do tyłu. Jej krzywe kończyny musiały odznaczać się niezwykłą siłą, jako że z łatwością wylądowała jakieś siedem metrów dalej. Ale Potter zaczął biec w jej stronę zanim jeszcze wylądowała na ziemi, błyskawicznie zmniejszając dystans między nimi. Jego dwie pary oczu płonęły wściekłością i żądzą krwi, gdy ryknął głośno, unosząc swój ciężki, opancerzony ogon i używając go jak bicza. Najeżony kościanymi płytkami, przejechał po pobliskiej ścianie, rozdzierając cegły jak papier, lecz Deidre z gracją uchyliła się przed ciosem. Ogon z ogłuszającym hukiem uderzył w podłoże, rozbijając asfalt i pozostawiając w nim mały krater. Harry ponownie uderzył skrzydłami w drugiego demona, ale ten natychmiast przeszedł z obrony do ataku i wystrzelił w niego swoje metalowe włosy. Setki srebrzystych nici oplotły szczelnie jego skrzydła, skutecznie powstrzymując atak. Harry wydał z siebie warknięcie, będące zapowiedzią długiej i brutalnej śmierci. Zaciskając swoje ogromne kły, z całych sił walczył ze stalowym uściskiem włosów przeciwniczki. Kościane skrzydła drżały, próbując przebić się przez obronę demonicy, ale ta okazała się zbyt silna, nie pozwalając mu nawet na najmniejszy ruch. Widząc złośliwy uśmiech zwycięstwa na jej metaliczno-zielonej twarzy, Harry warknął ponownie i machnął swoim ciężkim ogonem, próbując zbić przeciwniczkę z nóg. Jednak długowłosa kobieta po raz kolejny uniknęła ciosu, sprawiając, że następna fala jej srebrzystych włosów owinęła się wokół ogona przeciwnika, całkowicie go unieruchamiając. Chłopiec szarpał się w tym potężnym uścisku, z całych sił próbując zerwać krępujące go więzy. Jednak Deidre tylko się uśmiechnęła i wysłała przeciw niemu kolejną falę metalowych nici, które uderzyły go w pierś z siłą, jakiej się nie spodziewał. Każde z setek uderzeń odczuł jak cios młotem, a na jego kościanej zbroi zaczęły pojawiać się pierwsze rysy i pęknięcia. Kobieta zauważyła to i, wciąż unieruchamiając jego kończyny, bezlitośnie ponawiała atak, raz po raz uderzając go z całą mocą. Harry bezskutecznie szarpał z całej siły i warczał, próbując dosięgnąć wroga zakrzywionymi pazurami.

Ukochany, posłuchaj mnie! Musisz przestać walczyć! Poczekaj na odpowiedni moment!

Harry warknął, szczerząc swoje ogromne kły, ale głos Meciel przebił się na moment przez ścianę furii i żądzy krwi, która zazwyczaj towarzyszyła mu po przemianie w demona. Gdy jego rywalka przygotowywała się do kolejnego ciosu, Harry rozluźnił się, pozwalając swoim więzom nieco opaść. Gdy siła uderzenia przeciwniczki szarpnęła nim do tyłu, stalowe więzy rozluźniły się jeszcze bardziej, dzięki czemu w końcu miał szansę się uwolnić. Błyskawicznie użył całej swojej siły, rozrywając nici unieruchamiające jego skrzydła i ogon. Deidre zaślepiona wściekłością, ruszyła do przodu, ale w ułamku sekundy uspokoiła się i cofnęła na poprzednią pozycję. Harry także się cofnął, zmuszając się do ostrożności, pomimo rozsadzającego gniewu.

Nie, ukochany! Idź naprzód! Musisz się do niej zbliżyć. Deidre ma nad tobą przewagę w zasięgu. Musisz ją zniwelować!

Potter ponownie wydał z siebie mrożący krew w żyłach ryk i skoczył do przodu, a ciężar jego ciała spowodował, że ziemia zadrżała. Minęło tylko kilka sekund zanim para demonicznych wojowników znowu stała naprzeciw siebie. Harry odsunął się nieco i, wziąwszy potężny zamach, wyprowadził uderzenie swoją ogromną pięścią. Włosy Deidre uniosły się natychmiast, tworząc coś w rodzaju gęstej, metalowej siatki. Jego mięsista pięść wbiła się w ścianę metalu i choć sam impet uderzenia sprawił, że kobieta zachwiała się nieco, to mimo wszystko osłona zablokowała jego atak. Tak samo stało się z serią kolejnych uderzeń, które wyprowadził z furią młody demon – metaliczna tarcza odbijała ciosy jego pazurów. W końcu potężne uderzenie głową wbiło się w srebrną siatkę z taką siłą, że Deidre przysiadła z jękiem bólu, podczas gdy połamane nici upadały z brzdękiem na ziemię. Kobieta znowu ugięła nogi, wykonując potężny skok do tyłu, jednocześnie wysyłając kolejną falę włosów w jego stronę. Harry odskoczył i tylko kilka z nich wbiło się w jego pierś, podczas gdy pozostałe uderzyły w ziemię, ryjąc głębokie dziury w asfalcie, które wyglądały, jakby były wykonane wiertłem.

Jego przeciwniczka z łatwością wylądowała jakieś dziesięć metrów od niego, ale Harry natychmiast rzucił się w jej kierunku. Ziemia zadrżała pod jego stopami, a Deidre cierpliwie czekała, aż jej przeciwnik znajdzie się w zasięgu kolejnego ataku. Gdy tylko podbiegł dostatecznie blisko, w jego stronę ze świstem poleciała kolejna seria śmiercionośnych stalowych nici. On jednak biegł dalej, w furii odbijając kolejne ataki, rozrywając kolejne przeszkody. Obniżył głowę, kierując kościane ostrza prosto w kobietę i z rykiem uderzył potężnym szarpnięciem karku. Denarianka zręcznie uniknęła ciosu, sprawiając, że Harry z impetem wbił się w ceglany mur, który zadrżał i popękał od siły ciosu. Popękane i zmiażdżone cegły opadały z ogromnej dziury, z której po chwili wyłonił się Potter, pokryty tynkiem i kawałkami muru.

Deidre, która teraz stała za nim, nie czekała, aż jej przeciwnik się odwróci, ale bezlitośnie wymierzyła kolejny atak w nieosłonięte plecy przeciwnika. Włosy uniosły się nad jej ramiona i skręciły w coś w rodzaju włóczni, która ze świstem popędziła do przodu. Harry ryknął z bólu i na oślep machnął ogonem, mając nadzieję na trafienie przeciwniczki. Głośny trzask i okrzyk bólu powiedział mu, że osiągnął sukces. Uderzona w brzuch Deidre z jękiem poleciała do tyłu, z hukiem uderzając w ścianę za swoimi plecami. Szybko jednak wstała, unosząc się za pomocą włosów w tym samym czasie, gdy Harry zdołał się odwrócić.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była kolejna fala włosów Deidre, które spadły na niego jak setki srebrzystych biczy. Jego oczy rozbłysły wściekłością, a z gardła wydobył się ryk, gdy atak przeciwniczki zdarł mu kilka pasów skóry z głowy oraz nieosłoniętych części ramion i brzucha. Jego dłonie poruszały się w nieskoordynowanych, bezmyślnych ruchach, które jednak od czasu do czasu trafiały w cel, co potwierdzały jęki i wściekłe syki rywalki. Kobieta ryknęła z bólu, gdy pazury młodego Denarianina przecięły kilkadziesiąt włosów, które opadły na ziemię i zmieniły się w gęsty, czarny dym. Harry wykorzystał moment jej słabości i szybko wyszarpnął kolejne kilkaset metalowych włosów przeciwniczki.

Deidre wydała z siebie wibrujący ryk wściekłości i bólu, jej oczy płonęły demonicznym ogniem, gdy ponownie ugięła nogi i skoczyła do tyłu. Z gracją wylądowała niecały metr od niego, a Harry machnął ogonem, próbując zmiażdżyć jej kości, zanim ta znowu zaatakuje. Nie trafił, a ogon rozdarł betonowe podłoże, natychmiast jednak ponowił ofensywę, tym razem za pomocą skrzydeł. Kobieta po raz kolejny uniknęła ciosu, a kościane skrzydła ze zgrzytem zaryły w podłoże. Srebrne włosy demonicy uniosły się i zaczęły skręcać i wyginać, tak jak wtedy, gdy stworzyła z nich tarczę. Teraz jednak uformowały się w coś, co przypominało topór o szerokim ostrzu albo lekko wygiętą kosę. Ta syknęła wściekle i machnęła swoją nową bronią w jego stronę.

Zablokuj to, ukochany! W jej włosach jest potężna czarna magia! Jeśli cię dosięgnie, przebije nawet twój pancerz!

Potter z rozmachem uderzył swoim opancerzonym ogonem i ryknął triumfalnie, gdy trafił w broń przeciwniczki. Topór krzesał fontannę iskier, próbując odepchnąć ogon Harry'ego, pragnąć wbić się w zdeformowaną głowę młodego Denarianina. Nagle Deidre cofnęła atak i natychmiast uderzyła z innej strony, ale Harry błyskawicznie zablokował atak swoimi skrzydłami. W powietrzu rozbłysła kolejna kaskada fioletowych i czarnych iskier.

Kobieta warknęła i cofnęła się do tyłu, a włosy wirowały nad jej głową, gdy wpatrywała się w niego z czystą, nieskalaną nienawiścią. Uformowała z nich ogromne ostrze, które opadło na głowę Kościożmija. Deidre pozwoliła sobie na sadystyczny uśmiech, który jednak przemienił się w agonalny ryk, kiedy Harry na ślepo rozciął pazurem jej ostrze i trafił ją w pierś. Krzyk rywalki wibrował w powietrzu, a z rany kobiety wylewała się smoło-podobna, dymiąca substancja. Zachwiała się, a jej włosy straciły kształt i miękko opadły na ziemię. Harry wyczuł swoją szansę i widząc, że włosy Deidre formują się w coś przypominającego ząbkowaną włócznię, pozostawiając ją bezbronną, zaatakował. Chłopak, rozwścieczony bólem, czując przepływającą przez swoje ciało furię, jaką zapewniała mu forma demona, ruszył do przodu, ustawiając skrzydła w pozycji do ofensywy . Nagle usłyszał krzyk Meciel:

Nie! To pułapka!

Ale umysł Harry'ego był już zamglony gniewem i rozkoszą, jakie dawała jedynie czarna magia. Deidre z łatwością uniknęła ciosu, a Potter natychmiast zrozumiał swój błąd. Srebrzysta włócznia z chrzęstem wbiła się w jego pierś, przebijając pancerz, wrzynając się w niechronione, miękkie ciało, rozrywając wnętrzności i wybijając otwór w jego plecach. Chłopiec myślał, że wie już wszystko o bólu, ale to, co przeżywał teraz, nie dało się porównać z niczym innym. Krzyczał, a jego głos nie przypominał już ryku potężnego demona, ale jęki krzywdzonego dziecka. Oczy Deidre zamgliły się z rozkoszy, czując, jak jej włócznia wbija się w ciało przeciwnika, ale i ona czegoś nie przewidziała. Siła uderzenia, połączona z impetem szarży Harry'ego, zachwiała jego ciałem i spowodowała, że jego łuskowate ramię wbiło się w twarz kobiety. Uderzenie miało siłę tarana i gwałtownie odrzuciło ją do tyłu. Odruchowo przyłożyła dłonie do krwawiącej twarzy, wydając z siebie niezbyt demoniczny pisk i uderzyła o bruk dwa metry dalej, jak worek kartofli. Siła odrzutu wyrwała włócznię z ciała Harry'ego, który natychmiast odskoczył do tyłu, wykorzystując całą siłę swoich muskularnych nóg. Czuł, że słabnie, jakby coś obcego, coś niezwykle bolesnego pożerało jego moc i odporność. Słaniając się na nogach, potrząsnął głową w zdezorientowanym geście. Przed oczami tańczyły mu jaskrawe iskry i nieregularne czarne plamy, a pulsująca mu w uszach krew zagłuszała wszystkie odgłosy, nawet jego własny oddech. Choć Harry nie mógł tego zauważyć, nienaturalne zielone światło w jego demonicznych ślepiach przygasło. Coś rozlewało się w jego ciele, odbierając jego demonicznej formie wszystkie siły. Gdzieś w zakamarkach swojego umysłu usłyszał pełen paniki i przerażenia krzyk Meciel.

Ukochany, zostałeś zatruty potężną czarną magią! Musisz uciekać! Zmień się w człowieka, bo trucizna zabije to ciało! Uciekaj, szybko!

Harry zamrugał i bezwiednie warknął, widząc, że jego przeciwniczka się podnosi, wbijając w niego wzrok zza swoich włosów, zakrywających pokrwawioną twarz. Chwiejnym krokiem ruszył w jej stronę, zdezorientowany, czując, jak ponownie wzbiera w nim nieludzki gniew, gdy po raz kolejny usłyszał błagania Meciel:

Umrzesz w kilka minut, jeśli się nie przemienisz! Uciekaj, ukochany, błagam cię! Jeśli uciekniesz, przeżyjesz! Jeśli będziesz nadal walczył, umrzesz! Proszę, ukochany, uciekaj!

Słowa Upadłej odbijały się echem w umyśle chłopaka, przytłumiając chwilowo jego gniew i dezorientację. Harry rzucił ostatnie spojrzenie rannej Deidre, która wpatrywała się w niego z nienawiścią i odwróciwszy się, zaczął biec najszybciej, jak umiał. Echo jego kroków brzmiało jak grzmot w pustej ciemnej uliczce, nawet w chwili, gdy przystanął przy załomie muru, patrząc na ulicę przed sobą. Zobaczył, że jest przepełniona niezliczoną ilością ludzi i całą siłą woli na powrót przybrał swoją ludzką formę. Mroczna moc przepływająca przez jego ciało osłabła, a zmysły zamgliły się. Czuł każdą zachodzącą przemianę, jak uczucie utraty zakończeń nerwowych, gdy jego ogon i skrzydła kurczyły się i znikały pod skórą. Czuł, jak jego ciało kurczy się, mięśnie tracą swoją nadnaturalną siłę, ale jednocześnie odczuł też, że przejaśnia mu się w głowie, a palący ból zmniejsza się nieco, choć nie znika całkowicie. Po chwili Harry był już tylko człowiekiem – słabym, bezbronnym i drżącym. Czuł ciężar rewolweru w kieszeni, wciąż ściskał miecz w mdlejącej dłoni. Drżącymi rękoma wepchnął broń do pochwy i chwiejnym krokiem wyszedł na ruchliwą ulicę Londynu.


Ulica była zapchana biegnącymi ludźmi, parkującymi samochodami i rozbrzmiewała ogłuszającym gwarem. Kilka osób stało w pobliżu wejścia do alejki, wbijając w nie zaniepokojone spojrzenia, a Harry zrozumiał, że musieli usłyszeć odgłosy jego walki z Deidre. Większość z nich wbiła w niego zaciekawione spojrzenia, podszyte pewnym strachem, ale widząc jego oszalałe spojrzenie i wykrzywioną twarz, nie próbowali go zatrzymywać. Potter, pojękując lekko i powłócząc nogami, zszedł w dół ulicy, wymijając przechodniów nieświadomych tego, co stało się kilka metrów od nich. Ból, który palił całe jego ciało jak ogień i ogólne osłabienie, jakie odczuwał, zelżało zauważalnie, odkąd wrócił do ludzkiej postaci. Patrząc na swoją klatkę piersiową, Harry dostrzegł, że na jego koszulce pojawiła się rozszerzająca się plama ciemnej krwi. Tracił jej coraz więcej, a rana zadana przez zaklętą broń Deidre, okazała się znacznie poważniejsza, niż myślał. W jego umyśle strach zaczął zastępować ból i dezorientację.

Szybko, ukochany! Tam jest taksówka! Wsiądź do niej, natychmiast!

Harry zatoczył się lekko i, patrząc w tamtą stronę, zobaczył, jak starannie ubrany mężczyzna z teczką, wysiada z czarnej taksówki i odwraca się, żeby zapłacić kierowcy. Zaciskając zęby, ruszył w tamtą stronę tak szybko, jak tylko mógł, czując zwiększającą się sztywność nóg. W jego żyłach płonął ogień, odmienny jednak od mocy Ognia Piekieł, który napełniał jego ciało mocą. Ten ogień był jak kwas, jak trucizna, a ból, jaki czuł, musiał być widoczny na jego twarzy, bo gdy wszedł do taksówki, kierowca spojrzał na niego z niepokojem.

— Hej, mały, czy wszystko w porządku? — zapytał ostrożnie. Chłopiec jak przez mgłę zobaczył, że mężczyzna ma krótką brodę i przepełnione niepokojem błękitne oczy. — Nie wyglądasz za dobrze…

— Wszystko w porządku — odpowiedział słabym głosem chłopak i, sięgając do kieszeni, wyciągnął banknot o nominale pięćdziesięciu funtów. Lekko drżącą ręką podał go kierowcy, który spojrzał na niego z powątpiewaniem, ale przyjął pieniądze i odpalił silnik samochodu.

— Co za popieprzone czasy… Nawet takie dzieciaki już ćpają… — mruknął cicho mężczyzna, po chwili znowu się odzywając powolnym, ale głośnym i wyraźnym głosem, tak jakby podejrzewał, że Harry może mieć problemy z jego zrozumieniem. — Więc gdzie chcesz jechać?

Mogę uleczyć twoje rany, ukochany, a także pomóc ci zwalczyć moc klątwy — odezwała się Meciel łagodnym głosem. — Jednak aby to zrobić, potrzebuję jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie nikt nam nie przeszkodzi… Może jakiś motel?

— Hej, mały, gdzie jedziemy? — warknął kierowca, wyraźnie zniecierpliwiony przedłużającą się ciszą. — Obudź się i podaj jakiś adres, bo nie mam całego dnia na czekanie, aż się wyśpisz!

— Motel — powiedział Harry cicho pomiędzy kolejnymi chrapliwymi oddechami. — Jakiś tani motel, jak najdalej stąd.

— A możesz być trochę bardziej konkretny? — zapytał mężczyzna, ale gdy nie otrzymał odpowiedzi, tylko westchnął ciężko— – Dobra, wszystko jedno… Znam taką jedną dziurę, która jest całkiem tania, ale trochę daleko stąd. Chociaż te pięć dych, które mi dałeś, powinno wystarczyć jako moja zapłata…

— Może być — przerwał gwałtownie Harry, próbując ukryć swój narastający ból. To, co z początku było tylko pulsującym, tępym pieczeniem, teraz zmieniło się w ostre, niewyobrażalne cierpienie, rozsadzające mu klatkę piersiową. Czując ogień pożerający jego wnętrzności, syknął tylko. — No niech pan w końcu jedzie!

Harry poczuł, jak taksówka powoli rusza z miejsca i z jękiem ulgi zagłębił się w tylnym siedzeniu. Nie musiał nawet otwierać oczu, żeby zrozumieć, że iluzja Meciel przytuliła się do niego, napełniając jego ciało przyjemnym ciepłem, powoli walcząc z narastającym bólem. Z oczu chłopca wyciekły dwie gorące łzy.


Deidre, trzęsąc się z wściekłości, szybkim krokiem wyszła z alejki. Na powrót przybrała formę człowieka, ale w jej ciemnych oczach płonął nienaturalny blask, gdy pełnym nienawiści spojrzeniem omiatała ulicę w poszukiwaniu Meciel i dziecka będącego jej gospodarzem. Nie zważając na mały strumyczek krwi płynący z jej nosa, rozglądała się energicznie, przenosząc spojrzenie od setek ludzi maszerujących zatłoczoną ulicą do dziesiątek czarnych taksówek sunących po ulicy. Z furią na twarzy odwróciła się gwałtownie, pozwalając sobie na wściekłe prychnięcie, które spowodowało, że kilka osób w pobliżu cofnęło się bezwiednie, i weszła powrotem do ciemnej alejki, dosłownie rozpływając się w powietrzu.


Harry nie pamiętał zbyt wiele z kolejnych kilku godzin. Jedyne, co udało mu się zapamiętać, to ogromny ból, wzmagająca się gorączka i dezorientacja. Jak przez mgłę pamiętał też, jak wytoczył się z taksówki, konwulsyjnie zaciskając palce na pochwie swojego miecza. Pamiętał, jak patrzył na odrapany i niechlujny napis głoszący „Motel", udało mu się też zapamiętać obleśnego mężczyznę, który siedział z nogami na zapleśniałym biurku, wpatrzony w mały telewizor, stojący przed nim. Pamiętał też, jak z trudem formułując słowa, zapytał martwym, nienaturalnym głosem o możliwość wynajęcia pokoju na tydzień. Przypomniał sobie również, jak wyciągnął zwitek banknotów, które natychmiast zgarnął człowiek za biurkiem, po czym, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora, rzucił mu niewielki klucz.

Następną rzeczą, która kołatała mu się w głowie, był ciemny i zimny pokój. Potem były już tylko strzępki wspomnień od momentu, gdy wycinał runy na drzwiach, podłodze i oknach, nie zdając sobie sprawy, że nawet nie zna tych symboli. Pamiętał też uczucie, gdy jego moc, przepływając przez jego ciało, zdała się słaba i nic nieznacząca przy potędze trucizny rozrywającej mu ciało. Wiedział też, jak krańcowo wycieńczony padł na łóżko i zobaczył stojącą nad nim Meciel, która miała bardzo zmartwioną minę.

— Dobrze się dziś spisałeś, ukochany — powiedziała z dziwnym błyskiem w swoich srebrnych oczach. — Odzyskałeś miecz i przetrwałeś walkę z przeciwnikiem znacznie potężniejszym od siebie. Jestem z ciebie bardzo dumna.

— To boli — jęknął chłopiec głosem dziecka, którym przecież powinien być, a na twarzy Meciel na moment pojawiło się cierpienie. Upadła anielica spojrzała na niego z uczuciem, nie potrafiąc ukryć emocji, których chłopiec nigdy wcześniej tam nie dostrzegł.

— Śpij, mój ukochany — wyszeptała łagodnym, ciepłym głosem. — Wszystko będzie dobrze, obiecuję.

Harry zamknął oczy i poczuł, jak Meciel odgarnia mu spocone włosy z czoła. Każde dotknięcie sprawiało, że czuł się coraz bardziej śpiący, a po jego ciele rozlewał się przyjemny chłód. Ból zelżał, jakby szalejące płomienie w jego wnętrzu przygasały w kontakcie z ciepłym blaskiem, którym emanowała Meciel. Odczuł to tak, jakby ktoś przykładał mu lód do oparzonego ciała. Z westchnieniem pełnym nieopisanej ulgi, zasnął.

Meciel przez chwilę stała nad nim z prawdziwym uczuciem na twarzy, z autentyczną sympatią… A może czymś więcej? Po chwili zniknęła i zaczęła walczyć z klątwą niszczącą ciało Harry'ego.

Musiał to przetrwać.


By zostawić komentarz naciśnij na przycisk Review this Story/Chapter. Napisz komentarz, a następnie naciśnij na Submit.