Witam, ludzie. Pewnie już spisaliście mnie na straty, co? Och, wy niedowiarki! :D Nie, żebym sobie nie zasłużyła. A jednak dokończę ten tekst. Amen!

Dziękuję za komentarze i inne formy aktywności. Nie spodziewałam się takiego odbioru! Ola, Twój komentarz naprawdę mnie ucieszył, tym bardziej, że zabrzmiał, jakbyś spisywała wszystkie swoje odczucia w ten mały, biały prostokącik pod tekstem. W to mi graj! Giustina: Czy przynudzałaś? W życiu! Wypowiedź Twoja sprawiła, iż cieszyłam się jak głupia do monitora przez dobre pięć minut. Preferuję szczere wypowiedzi, ujawniające tok myślowy opiniodawcy, uwzględniający jego uczucia, spostrzeżenia, pomysły, perspektywę i to wszystko, o czym żywnie ma ochotę napisać. Dzięki Tobie wiem, że w jednej przynajmniej osobie wywołałam te właśnie reakcje, których wywołanie obrałam sobie za cel. Masz rację, Harry miał być właśnie taki: ludzki, autentyczny i nade wszystko - wiarygodny. W niektórych fickach tej właśnie racjonalno-oryginalnej wiarygodności najbardziej mi brakuje, dlatego tak ważne jest dla mnie tło opowieści, jej realia, a także charakter postaci. Cieszę się ponadto, że odbierasz "BO" jako coś innego... to wymarzony komplement. (Niemożność zaszufladkowania, wzbudzanie wątpliwości, wybicie czytelnika ze schematów, do których przywyknął - poprzez alternatywne ich wykorzystanie, większe wgłębienie się w przedstawienie tematu bądź, co tu dużo mówić, odpowiednio stopniowana dawka szoku to coś, co mnie interesuje... a zarazem swoisty miecz obosieczny.) Jak właściwie każde Twoje słowo. Z niecierpliwością oczekuję na ślady Twojej obecności! Uwielbiam niezależność, wnikliwość i zdolność do formułowania wniosków. W żadnym wypadku nie musisz czuć się jednak do wspomnianej aktywności zobowiązana : ) (poza tym, masz fajny język. Jesteś dość drobiazgowa w tych sprawach, prawda?)

Dobra, zapraszam do zgłębienia kolejnego rozdziału. Wolicie, żebym pisała coś od siebie na górze, czy na dole strony? A może macie to w dupie? (przepraszam za brak cenzury, ale serio. Jeśli przeczytaliście jakiś mój tekst, nie powinniście czuć się szczególnie zgorszeni) Czy ta melancholia was zanudza?


Rozdział czwarty

Jak ślepiec

"Wiem, że też to pamiętasz i tylko nie chcesz widzieć,

idąc nie chcesz przestać, ślepiony przez życie."

- Buka, "Przebiśniegi"

Jagger uwierzył w Boga. W którymś momencie zobaczyłem go z Biblią; to był ten sam koleś, który chciał wyskoczyć przez okno i wciąż mówił o ludziach, których możemy okraść czy miejscach, do których możemy się włamać, żeby zdobyć kasę, ale wtedy, z tą jego małą, granatową książeczką w dłoniach sprawiał wrażenie całkowicie odmienionego, zupełnie jakby nigdy nie napadał wraz z nami na bankierów i przedsiębiorców ani nie dawał łapówek co bardziej upierdliwym gliniarzom, jeśli krążyli zbyt blisko Clawsland, słusznie węsząc w miasteczku rozwiązanie spraw spędzających tamtejszej policji sen z powiek. Chłopaki wkurzali się, kiedy siadał w kącie, z daleka ode mnie, Bacha czy Szpona, i tymi wytatuowanymi dłońmi, w których niegdyś trzymał pistolet bądź papierosa, zaczynał wertować coraz bardziej pomięte i poplamione stronice Pisma Świętego, uzbrojony w swój nowy, dziwny uśmiech, jakiego z całą pewnością nie widywało się już w Hearse. Mówiłem, żeby dali mu spokój, kiedy przestał przeklinać; prosiłem, żeby wrzucili na luz, kiedy znaleźli jego spluwę, rzuconą w stertę śmieci zalegających przy parapecie, i zajmowałem ich rozmową za każdym razem, kiedy odmawiał wzięcia LSD. W którymś momencie przestał wrzeszczeć przez sen. Obserwowaliśmy, jak zasypia, nafazowani i nazbyt zmęczeni samotnością, rozkwitającą w głębi duszy jak paskudny, wszędobylski chwast, i widzieliśmy jak się budzi, jak otwiera oczy, błyszczące i żywe, i w którymś momencie zaczęliśmy go za to nienawidzić. Wszyscy byliśmy więźniami rzeczywistości, niezdolni do zaczerpnięcia oddechu, miażdżeni przez mrok, na który otworzyliśmy się zbyt mocno i który nie dawał nam zaznać spokoju; i kiedy jeden z nas nagle odnalazł ten spokój, potrafił nam sprzedać tylko te tanie gówno o światłości, która oświeca każdego człowieka* i Chrystusie, który jest prawdą i życiem**.

- Jagger, do kurwy nędzy - powiedział któregoś wieczoru Wayne - albo teraz z nami zajarasz, albo wypierdalaj. Zrozumiałeś?

Byliśmy w Orszaku, podziemnej plątaninie wąskich, brudnych, przeludnionych pomieszczeń, kończących się, tradycyjnie, Karawanem. Wokół tłoczyli się ludzie; przerośnięci mężczyźni podnosili ciężary, jakiś zwinny małolat uczył się od obcego Japończyka sztuk walki. Z oddali dobiegały nas odgłosy walki i krzyki podnieconego tłumu nierobów, przychodzących tu tylko dla hazardu, patrzących z lubością na upływ krwi i wydających resztki pieniędzy, jedzenia i alkoholu na zakłady i dziwki. Z drugiej strony, w podłużnym, betonowym schronie, uprawiano boks; kobieta przed czterdziestką czatowała w wejściu, trzymając w dłoni coś, co wyglądało na prowizoryczną apteczkę, popijając whiskey i obserwując obojętnie ring. Spike został w strzelnicy, a Szpon nadal instruował walczących, żeby nie byli takimi ciotami, chyba że chcą nie pokazywać mu się więcej na oczy.

- Koniec tych bzdur. To twoja ostatnia szansa. Dotarło? My albo ta pieprzona książka. Wybieraj.

- Wayne... - mruknął wywołany, odsuwając się. Mężczyźni dookoła umilkli, ktoś ściszył muzykę; rozdygotane, jękliwe dźwięki gitary elektrycznej utonęły w szumie złożonym z głosów ludzkich i dźwięków uderzeń. Ricky za moimi plecami oparł się wygodniej o bieżnię i prychnął, kiedy nieświadomie zacisnąłem dłoń w pięść.

- Nie tym razem, Wojaczek - mruknął. - Musiało do tego dojść, przecież wiesz.

Zwróciłem profil w jego stronę. - Nie mam zamiaru stać i patrzeć, jak jeden z nas...

- On już nie jest jednym z nas, Potter - przerwał mi Najeżony, który teraz stał w przejściu, trzymając dłonie w kieszeniach. - I o to właśnie chodzi, co nie? Chyba już nie jesteśmy dla niego wystarczająco dobrzy. Prawda, Jagger? Myślisz, że jesteś teraz święty? Że jesteś choć odrobinę mniejszym śmieciem? Wspaniały Jagger! - krzyknął, rozkładając ramiona i przechadzając się po sali. - Poznał wolę Boga! Został zbawiony! Więc co tu jeszcze robisz? - Spike zwrócił się w stronę chrześcijanina, zniżając głos do szeptu. Ostatnie walki dobiegły końca i w Orszaku zaległa cisza, ostra i ciężka. Zobaczyłem Szpona, do połowy przesłoniętego przez kurtynę przypadkowych ludzi. Stał z założonymi rękami i chyba wtedy zrozumiałem, że zbliża się koniec; na tafli pojawiła się pierwsza rysa i lód niedługo pęknie, porywając nas wszystkich w lodowate odmęty, z których nie ma ucieczki. - Czego tu szukasz?

- Ja... - Jagger przełknął ślinę. Jego wzrok padł na mnie; uśmiechnąłem się lekko i kiwnąłem głową. Chciałem, żeby został, żeby roześmiał się jak kiedyś, śmiechem pozbawionym wesołości, i wyciągnął papierosa, mówiąc, że wróci, kiedy przestaniemy spinać poślady, co wcześniej czynił wielokrotnie. Naprawdę pragnąłem, by wszystkie kawałki ponownie złożyły się w tą samą układankę, którą zastałem po przyjeździe do miasteczka, tak znajomą i prostą, i przez moment mogło nawet wydawać się, że tak właśnie się stanie... ale jednak kiwnąłem głową, co Jag odebrał właśnie tak, jak powinien, i jeden element na zawsze przestał pasować.

Obraz, który pokochałem, trafił szlag, i nic już nie miało być takie samo.

- Odejdę - powiedział chłopak. - Tylko... - ponownie na mnie spojrzał, z troską, której nie potrafiłem znieść. - Uciekaj stąd, Harry. Mam nadzieję, że kiedyś wszystko sobie przypomnisz.

Odwrócił się i wyszedł; kiedy zobaczyłem go po raz kolejny, siedziałem już w celi, a Spike był martwy.


Stałem na deszczu. W Hearse zaczęła się już impreza i Joker puszczał obrzydliwą mieszankę techno i tandetnego, plastikowego rocka, tutaj przytłumionego, głuchego, wibrującego w gęstych masach powietrza. Blady księżyc majaczył na tle grafitowego nieba i wiedziałem, że zaraz znowu zacznie grzmieć, a leniwe szarości ustąpią miejsca barwom ciemniejących chmur. Za Bramą policjanci rozpoczęli swój zwykły obchód, wąskie strumienie światła sączyły się z latarek na spalony trawnik i dalej, w głąb Cygańskiej Polany, teraz żywej, pełnej dźwięków i aromatów, od których skręcał mi się żołądek. Jeden z nich, stary, wysuszony facet z płaską mordą, z którym Jagger prowadził niegdyś nielegalne interesy, w pewnym momencie przystanął i teraz patrzył do góry, mrużąc oczy, w których odbijały się marne pozostałości gwiazd.

- Ej, Lenny - powiedział, odwracając się w stronę młodszego, lecz wyższego rangą kolesia, który kawałek dalej truchtał niespokojnie w miejscu - zastanawiałeś się kiedyś, jak tam jest? W środku? Jak to jest być jednym z nich?

Nawet się nie spodziewasz, pomyślałem. Niebo przecięła błyskawica, pierwsza z wielu, i Romeo schował się w budynku stojącym nieopodal, ciepłym i bezpiecznym.

Ja nie miałem dokąd pójść.

Mimo wszystko.


*"Prawdziwa światłość, która oświeca każdego człowieka, przyszła na świat." Ew. św. Jana 1,9

"W Nim było życie, a życie było światłością ludzi. A światłość świeci w ciemności, lecz ciemność jej nie przemogła."Ew. św. Jana 1, 4-5

"(...) Ja jestem światłością świata; kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota." Ew. św. Jana 8,12

** "(...) Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze mnie." Ew. św. Jana 14,6