Następne dni były dla Marii jedynie pasmami radosnych wspomnień, szczęśliwymi smugami światło, którego nie umiało zgasić nawet panujące wokół zimno. Trudno jej było uwierzyć, że jeszcze niedawno tylko marzyła o Kingsleyu Shacklebolcie, a dziś wiedziała już, że on odwzajemnia jej uczucia.
Mijając się w pracy posyłali sobie poufne, dyskretne spojrzenia, lecz nie zdobyli się na nic więcej. Romanse w siedzibie premiera rządu nie były mile widziane. Musiało im to więc na razie wystarczyć.
Jedyną osobą, jakiej Maria opowiedziała, choć bez zbędnych szczegółów, co wydarzyło się ów nocy, była Eleanor.
-No widzisz, mówiłam, że to miało być romantyczne spotkanie?- ekscytowała się jej przyjaciółka.
„Czyżby?"- pomyślała rozbawiona, ale nie powiedziała tego na głos. Była zbyt szczęśliwa, aby się z nią sprzeczać.
Mimo to, po jakimś czasie Maria poczuła lekkie rozczarowanie. Owszem, ta akcja z liścikiem i spojrzenia, jakimi darzyli się w pracy były cudowne, ale ona wolała jednak… zrobić wszystko po kolei.
-Chciałabym, żeby zaprosił mnie do kina albo… bo ja wiem? Po prostu, żeby to wszystko było bardziej… normalne- zwierzyła się pewnego dnia Eleanor.
-Kto by pomyślał?- zaśmiała się blondynka. –Ty i normalność? Pierwsze słyszę? A kto jako dziecko chciał wyjechać na koniec świata, co? I kto mówił, że nigdy nie weźmie ślubu, bo to zabija uczucie i jest takie… jak tyś to… „do bólu zwyczajne"? Kto…
-Daruj sobie- parsknęła Maria. –To było dawno temu.
-Ale ciągle jesteś tą samą osobą, prawda? A może cię podmienili jak Paula?*- zaśmiała się. –Dobra, jeśli naprawdę chcesz, żeby było normalnie, to zwyczajnie zaproś go do kina. W dzisiejszych czasach to nic dziwnego, że robi to dziewczyna- wzruszyła ramionami.
-Tak… to brzmi sensownie- przyznała Maria.
Kiedy rano jechała do pracy, pomyślała, że Eleanor ma rację. Co w tym dziwnego, że chciałaby się z nim spotkać? No chyba, że traktował ją jak dziewczynę na jedną noc… „Na pewno nie"- pomyślała z przekonaniem. Kingsley taki nie był. I te jego słowa- „obiecuję, że nie będę nachalny". Nie, traktował ją poważnie i ona zamierzała obchodzić się z nim tak samo.
Przechodząc, jak codziennie rano, przez centrum Londynu, rozmyślała o tym, co powiedziała o niej najlepsza przyjaciółka. Tak, faktycznie, kiedy była młodsza, zawsze obiecywała sobie, że nigdy nie będzie wieść nudnego, statecznego życia. „A dzisiaj co? Mam spokojną posadę i wybieram zwyczajny związek zamiast romansu trzymanego w tajemnicy"- zaśmiała się.
Ktoś na nią wpadł.
-Aauu- jęknęła mimowolnie, masując głowę. Przed nią stał niewysoki, łysy mężczyzna, ubrany w jakiś dziwaczny strój, który przypominał kobaltową szatę. Wyglądał na lekko zwariowanego.
-Bardzo pana przepraszam- mruknęła, choć nie była pewna, czy to jej wina. Człowiek jednak milczał, rozglądając się wokół siebie z nieodgadnioną miną. Maria już chciała go ominąć, kiedy wybuchnął:
-On powrócił, on powrócił! Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił! Pojawił się w Ministerstwie Magii parę tygodni temu, mój siostrzeniec widział go na własne oczy! Teraz trzeba wszystkim o ty powiedzieć, wam, mugolom, też! Strzeżcie się, bo on powrócił! A jego poplecznicy zamordowali Emmelie Vance, to była moja przyjaciółka, och, i co ja mam teraz zrobić?!- wrzeszczał tak głośno, że przechodzący obok przechodnie patrzyli na niego, niektórzy ze współczuciem, inni z niesmakiem. Kiedy mężczyzna dotarł do fragmentu o swojej przyjaciółce, zaczął również płakać. Maria, kompletnie oszołomiona, położyła mu ręce na ramionach i pogładziła go lekko.
-Wszystko będzie dobrze- mamrotała, kompletnie nie wiedząc co robić. Tymczasem mężczyzna rozpłakał się na dobre.
Po chwili podeszło do nich dwóch ludzi. Byli ubrani znacznie lepiej od rozpaczającego mężczyzny, co nie zmieniało jednak faktu, że ten po lewej nosił na sobie różowe pumpy, a jego towarzysz założył sobie na głowę czapkę przypominającą hełm Wikinga.
-Bardzo za niego przepraszamy- powiedział ten w pumpach. –To nasz wuj, ostatnio nie najlepiej się czuję, rozumie pani- poczym spojrzał na nią poufnie i wykręcił palcem wskazującym młynek wokół swojej skroni. –To już nie te lata…
-Zajmiemy się nim- dodał drugi, odciągając mężczyznę od Marii. –Chodź, wujku Eddie, idziemy.
Eddie rozejrzał się błagalnie wokół siebie.
-Ale oni musza wiedzieć!
-Tak, tak, powiemy im- ten w czapce zwrócił się do Marii. –Do widzenia. I jeszcze raz przepraszamy za kłopot. - Po czym odeszli, prowadząc pod ramionami Eddiego.
Po jakiś trzech sekundach Maria zorientowała się, co się właściwie stało. Odwróciła się na pięcie, ale mężczyzn już nigdzie nie było.
Był to już kolejny dzień, podczas którego Maria nie mogła się skupić na pracy. Coś mówiło jej, że tamten Eddie wcale nie był szalony. Owszem, o Tym, Którego Nie Można Nazywać, czy jakoś tak, plótł od rzeczy, ale… Po drodze do biura wzięła gazetę, jedną z tych darmowych, które zawsze rozdają przed wejściem do metra. Odnalazła tam krótką wzmiankę na temat Emmelie Vance- policja wciąż dreptała w kółko, a ona sama była powszechnie uznawana za zaginioną. „A jeśli ten facet miał jakieś dodatkowe informacje na jej temat?"- zastanawiała się. W końcu powiedział, że ją zamordowano… „To niemożliwe. Jako rzeczniczka prasowa premiera jestem jedną z lepiej poinformowanych osób w państwie, a nie wiadomo mi nic nowego w sprawie pani Vance. Ten człowiek faktycznie musiał mieć nie najrówniej pod sufitem."
Ale w głębi duszy nie czuła się przekonana. Tyle dziwnych rzeczy się ostatnio działo… Te napady depresji, okropna pogoda, zawalenie się mostu Brockdale… To wszystko musiało się skądś brać! A kiedy Maria zastanowiła się nad tym dłużej, doszła do wniosku, że i jej samej przytrafiały się ostatnio dziwne rzeczy. Przełknęła ślinę, kiedy przypomniała sobie purpurowego motyla i tajemnicze pyknięcie…
Była tak rozkojarzona, że ledwo przypomniała sobie o zaproszeniu Kingsleya. „Kompletnie wyleciało mi to z głowy!"- panikowała, zastanawiając się, czy jeszcze jest w pracy. W końcu tak często gdzieś znikał… Zapukała do drzwi jego biura i zorientowała się, że są jedynie przymknięte. Pchnęła je lekko i rozejrzała się dookoła.
Był to ładny gabinet, pojedynczy i większy niż jej. Nie zauważyła go tam, ale spostrzegła, że w kominku tli się jeszcze ogień, co oznaczało, że Shacklebolt niedawno tu był.
Maria zastanowiła się, gdzie w takim razie może teraz przebywać. „W gabinecie premiera!"- zdała sobie sprawę. Wiedziała, że Kingsley czasami tam bywa, omawiając coś z szefem. Ruszyła więc przed siebie korytarzem, mijając po drodze swoje biuro, gdzie szybko zaparzyła herbatę. Wzięła jeszcze dzbanek z mlekiem, kruche ciasteczka i miseczkę z cukrem. To wszystko, wraz z parującą herbatą, złożyła na tacy i dopiero wtedy ruszyła w stronę gabinetu premiera. Jak słusznie się spodziewała, stał przed nim ochroniarz, jak zawsze, gdy szef rządu odbywał z kimś rozmowę. Wskazała brodą na herbatę, a on kiwnął ze znudzeniem głową i przepuścił ją.
Maria weszła do przedsionka oddzielającego korytarz od biura i zamknęła za sobą drzwi. Już chciała przekroczyć kolejne wejście, kiedy usłyszała głos premiera. Dźwięczała w nim jakaś dziwna nuta, której Maria jeszcze nigdy u niego nie słyszała. Ciekawość zwyciężyła u niej nad rozsądkiem. Położyła tacę na stoliku i podeszła do drzwi, aby lepiej słyszeć.
-…a parę nocy temu odwiedził mnie Korneliusz Knot- mówił właśnie jej szef. – Był z nim też Rufus Scrimgeour. Usłyszałem od niego coś, co niezmiernie mnie zdziwiło.
-Co takiego, panie premierze?- zapytał ktoś głębokim basem, a serce Marii zabiło mocniej.
Tym razem usłyszała w głosie premiera zmieszanie i coś w rodzaju… strachu przed usłyszeniem odpowiedzi.
-On powiedział, że ty jesteś… nazwał cię…- tu powiedział coś tak cicho, że Maria tego nie dosłyszała.
Przez chwile w pomieszczeniu panowała cisza.
-Cóż…- odparł po chwili wahania Kingsley. –Nie ma sensu zaprzeczać, że nim nie jestem.
Usłyszała błagalny jęk premiera, sugerujący, że właśnie spełniły się jego najgorsze obawy.
-Nie wierzę, Schaklebolt! Zawsze wyglądałeś tak normalnie… nie ubierałeś żadnych śmiesznych meloników, tak jak Knot. Doprawdy, nigdy bym cię o to nie podejrzewał!
-Tak,- odparł Kingsley- dość dobrze opanowałem umiejętność wtapiania się między was. Panie premierze… Czy to, czego się pan o mnie dowiedział, wpłynie jakkolwiek na nasze stosunki?
-Co?- zdumiał się szef Marii. –Nie… Ależ oczywiście, że nie. Ja tylko…- nagle jego głos zmienił się, był teraz bardziej wystraszony, bardziej ludzki. –Po prostu nie umiem w to uwierzyć, Kingsley. Może Scrimgeor się pomylił? Ty nie możesz być…
Premier przerwał nagle, a Maria dostrzegła pomarańczowe, migocące światło sączące się ze szczelin między drzwiami a framugą. Nie mogąc powstrzymać ciekawości, ostrożnie uchyliła drzwi.
Kingsley siedział tyłem do niej, na wprost biurka premiera. Celował jakimś podłużnym przedmiotem w kominek, na którym płonął żywo ogień, donośnie sycząc i trzaskając. Szef rządu siedział bez ruchu, zakrywając twarz dłońmi.
Maria uznała, że zobaczyła już wystarczająco. Wycofując się w głąb przedsionka, usłyszała jeszcze słowa:
-Nie było w nim ognia.
-Nie, nie było. Nie był potrzebny, panie premierze.
*Eleanor chodziło o słynną teorię spiskową, nazwaną: „Paul is dead". Jej zwolennicy wierzą, że słynny muzyk Paul McCartney, były członek Beatlesów, zginął i został zastąpiony sobowtórem.
