Dziękuję bardzo za wszystkie reviews, follows i favorites! Pisanie dla Was, to przyjemność;)
Notka dziś w troszkę innym stylu i troszkę dłuższa niż zazwyczaj;) Mam nadzieję, że nie będzie bardzo nudna :P
Kilka wyjaśnień:
Nie wprowadzam dużo nowych postaci, bo nie odczuwam takiej potrzeby. Wiem, ze Al i Scorp na pewno mają więcej przyjaciół niż swoja rodzina, ale jak powiedziałam – nie mam na razie potrzeby aby ich wplatać, więc tego nie robię :P
Uznałam, ze taki wybór dyrektora jest najlepszy. Szczerze mówiąc, nie widzę nikogo innego w tej roli…
Dałam mały, bardzo mały i delikatny fragmencik, który może się spodobać fanom Drarry. Więc jeśli są tu jacyś, to enjoy;) (osobiście, uwielbiam Dracona ^^ )
No, to chyba tyle…
Zapraszam do przeczytania tego bardzo istotnego w całej historii rozdziału;)
P.S. Slytherin Pride !
Piątkowe lekcje eliksirów Gryfonów i Ślizgonów, zazwyczaj odznaczały się szczególnym roztargnieniem uczniów, ponieważ były ostatnią lekcją przed weekendem.
Tego wyjątkowego dnia, atmosfera była dodatkowo rozluźniona, przez zbliżający się finał Quidditcha – Slytherin vs. Ravenclaw. Profesor Slughorn wydawał się jednak nie zauważać tego, że prawie nikt nie koncentrował się na pracy, gdyż zadał wyjątkowo trudny eliksir do sporządzenia.
- …no i powiedziałem Jamesowi, żeby sobie sam wsadził tłuczka… no, wiesz gdzie, a on w śmiech i mówi, że jak uda mi się w ogóle zauważyć jutro Znicz, to sobie wsadzi. Chciałbym to zobaczyć. Jest strasznie rozgoryczony przez tą przegraną z nami, no ale cóż, po prostu byliśmy lepsi. Zabawne, bo…
- Em… Al?
- … no i teraz sam został na lodzie, a mamy przewagę…
- Al!
- … no ale sam się prosił. Nie będę rozpaczał, skoro…
- Albus!
- … jest idiotą i tyle. Nie widzi kafla, nawet jak ma go przed nosem, to traci punkty. – zatrzymał wreszcie potok słów – Mówiłeś coś?
- Dodajesz zupełnie przypadkowe składniki! Zaraz stworzysz sztuczną inteligencję…
- To by było dobre, mógłbym oddać trochę Jamesowi…
- Al!
- No dobra, dobra, przepraszam. Ale jutro finał! Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem podekscytowany…
- Uwierz mi, mogę sobie wyobrazić.
Scorp uśmiechnął się, a Al wzajemnie wyszczerzył zęby. Patrząc na Scorpiusa, nagle spoważniał, bo zastanowił się, dlaczego ten w ogóle chce się z nim zadawać. Zrozumiałby, gdyby Scorp zaprzyjaźnił się z nim po pierwszym meczu Quidditcha, jak wiele osób, kiedy stał się rozpoznawalny. Jednak Scorp był jego przyjacielem od samego początku, zanim Al był znany i lubiany… Byli dokładnymi przeciwieństwami, a dzisiejsza lekcja była tego idealnym przykładem – Al, rozgadany, roztargniony, pewny siebie, Scorp, zazwyczaj małomówny, skupiony na swojej pracy, skryty. Właściwie (Al nagle uśmiechnął się znów do siebie), nieśmiały przy innych i cichutki Scorp, czasem potrafił się przy Albusie niesamowicie rozgadać i stać się tak pewnym siebie…
- Co? – zapytał przyjaciel, widząc nagły uśmiech Ala
- Nic, Scorp, po prostu jesteś uroczy. – powiedział i mrugnął do niego. Scorpius od razu spłonął rumieńcem, przez co Al uświadamiając sobie co powiedział i jak to musiało zabrzmieć, natychmiast wyzwał się w myślach wszelkimi przekleństwami. Nie miał jednak dużo czasu, aby karać się za to wyjątkowo głupie zdanie, bo w ułamku sekundy stało się coś, co sprawiło, że zamarł z przerażenia.
Nieuważnie gotowany eliksir nagle wybuchł, ale przez wyjątkowy dobór składników, nie rozprysł się naokoło, tylko wyleciał w górę, tworząc kulę, po czym opadł na dół. Prosto na Scorpiusa.
Kiedy (ku swojemu nieszczęściu) Scorpius oprzytomniał, początkowo miał ochotę krzyczeć. Nigdy nie czuł tak potwornego bólu. Wydawało mu się, że zerwano z niego całą skórę, albo że płonie. Jednak nie był w stanie wydobyć ze swojego gardła żadnego krzyku, nie miał na to siły. Otwarcie oczu, również okazało się niesamowicie trudne. Zdołał jednak, uchylić je nieco. Wystarczyło, aby zobaczył Albusa, siedzącego przy łóżku, z twarzą ukrytą w rękach. Spróbował wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.
- A… Al…
Wystarczyło. Przyjaciel spojrzał na niego gwałtownie. Jego oczy były czerwone i opuchnięte.
- Scorp… Na Merlina… Myślałem… - zawahał się – Ale już w porządku… Tak mi przykro, Scorp…
Miał ochotę mu powiedzieć, że za nic go nie wini, że wszystko jest dobrze i żeby się nie zamartwiał… Ale jedyne co udało mu się zrobić, to wydobyć z siebie cichy stęk. A potem wszystko znów się rozmyło…
- Gdyby Snape nauczał, nie doszło by do tego…
- Panie Malfoy…
- Słucham?! Slughorn może i był dobry, swego czasu, ale doprawdy, wyraźnie się zestarzał… Jak można pozwalać uczniom na taką swobodę na lekcjach? I to o tak trudnej tematyce… Rada nadzorcza się o tym dowie… Ah, gdyby mój ojciec o tym usłyszał …
- Draco…
- Racja kochanie, pewnie i tak miałby to gdzieś…
Zapadła krępująca cisza. Albus słyszał tę rozmową, ponieważ szczerze mówiąc, trudno byłoby jej nie usłyszeć. Draco Malfoy, na wieść o wypadku swojego syna, przybył do szkoły natychmiast następnego ranka i od razu zrobił aferę. Rozmawiał właśnie (no.. trudno to nazwać rozmową) z panią Pomfery, w jej gabinecie, ale z tego, co Albus jeszcze usłyszał, ojciec Scorpiusa zaraz miał udać się na spotkanie z dyrektor McGonagall. Nie rozmawiał chyba jeszcze ze Slughornem, ale po jego tonie głosu, Al wywnioskował, że lepiej aby tego nie robił…
Osobiście czekał, aż pan Malfoy zmiecie jego samego z powierzchni ziemi – w końcu to on był odpowiedzialny za całą sytuację… Poczuł ucisk w żołądku na samą myśl o tym… Spojrzał na Scorpiusa. Wydawał się być taki spokojny. Bandaże pokrywały całe jego ciało, łącznie z głową. Albus wolał nie myśleć o mękach, które odczuwał jego przyjaciel. Spał głęboko przez prawie cały dzień, nie licząc jednej chwili, w której oprzytomniał na parę sekund… Nawet jednak ten krótki czas, dał Alowi moment wytchnienia, ponieważ wcześniej nie wiedział, czy przyjaciel w ogóle się obudzi. Pani Pomfrey oczywiście zapewniła, że wszystko będzie dobrze, ale na samym początku, nie wiadomo było, czy Scorp nie będzie musiał zostać przeniesiony do Świętego Munga. Al nie wiedział, jak ma dziękować losowi, że tak się nie stało.
Przypomniał sobie o ojcu Scorpiusa. Nie czuł stresu. Zasłużył na każdą karę… Dostał już milion szlabanów, jego wystąpienie w meczu Quidditcha stało pod znakiem zapytania, aczkolwiek nie miało to znaczenia… Wątpił, że nie weźmie w nim udziału, głównie przez to, że miał się on odbyć za parę godzin i nie znaleziono zastępstwa na miejsce szukającego, ale szczerze mówiąc, wolałby zostać tu ze Scorpiusem, niż grać.
Nigdy nie czuł się tak okropnie… Nie spał całą noc. Nie miał ochoty, ale nawet gdyby chciał, to i tak by nie mógł.
Parawan rozchylił się, jednak zamiast zobaczyć twarz pana Malfoya, ujrzał burzę rudych włosów, tuż obok burzy kasztanowych.
Oczy Rose były czerwone i podkrążone od płaczu, Lily natomiast miała niespotykanie poważną minę, nie było widać u niej żadnych oznak rozpaczy. Albus wiedział dlaczego. Ich mama była dokładnie taka sama.
- Oh… Al… - Rose podeszła szybko i usiadła na krześle obok, przytulając się do Ala.
- Będzie dobrze Rosie… - powiedział, próbując ją uspokoić, jednak jego głos zawiódł i zadrżał lekko. Pogładził przyjaciółkę po głowie.
- Wyjdzie z tego. – powiedziała cicho Lily. – Al… Musimy iść na mecz…
- Nie chcę…
- Al. – wyciągnęła rękę – Chodź. I wygraj to. Dla niego. – spojrzała na Scorpiusa smutnymi oczami.
Al podniósł się. „Wrócę tu Scorp…", pomyślał „Wrócę tu z pucharem dla ciebie…"
- Czy…? – chciał zapytać Rose, ale odpowiedziała, zanim zdążył dokończyć pytanie
- Zostanę z nim. Ty idź i… - głos się jej załamał i nie była w stanie powiedzieć nic więcej.
Al rzucił ostatnie spojrzenie na przyjaciela i wyszedł zza parawanu za siostrą.
Ktoś krzyczał. Ktoś cicho płakał. „Czy to Albus? Nie… Proszę, niech Albus nie płacze… Nie przeze mnie…" Zdołał uchylić powieki. Rude włosy… Rose. Jednocześnie poczuł ulgę i dziwne ukłucie zawodu. Przecież Rose była dla niego taką samą przyjaciółką, jakim Al był przyjacielem. Jednak Rose, nie była Alem… Al znaczył coś więcej…
Czy to możliwe?... Scorpius połączył nagle wszystkie fakty. Nigdy nie zainteresował się żadną dziewczyną. Miał co prawda dopiero 15 lat, ale słyszał jak większość jego kolegów wymienia między sobą opinie o dziewczynach ze szkoły. Jego nigdy to nie interesowało. Nie miał nic do powiedzenia. Osoba, z którą czuł się najlepiej był Al. Mógł plotkować z Rose na wszelkie tematy – od biżuterii, przez kosmetyki, po najnowsze trendy mody. Wymiana zdań z Rose, nie dawała mu jednak tego samego uczucia spełnienia i wewnętrznego spokoju, co rozmowa z Albusem. Czy to naprawdę możliwe, żeby…?
- Rose? – usłyszał głos, który brzmiał znajomo.
- Panie Potter! – powiedziała Rose, delikatnie chrypiąc
- Dopiero co tutaj dotarłem… Gdzie Albus?
- Gra mecz…
Scorpius poczuł samolubne uczucie żalu. Więc Albus wybrał mecz… Nie powinno go to dziwić, jednak delikatnie i irracjonalnie go zasmuciło. Pan Potter pomyślał chyba o czymś podobnym.
- Jak to na meczu? – zapytał ostro
- Nie, nie… Nie miał wyjścia… Nie znaleźli zastępstwa. – humor Scorpiusa trochę się poprawił – Zresztą… Wcale nie chciał iść. Wolał tu siedzieć. Lily go namówiła. Poszedł wygrać ten mecz… cóż. Dla Scorpa.
„Co?..." Scorpius poczuł, jak coś wielkiego nagle osunęło się w jego brzuchu. „Albus…" Gdyby mógł otworzyć oczy ze zdumienia, z pewnością by to zrobił… Rose jednak mówiła dalej, a on coraz bardziej zamierał.
- Siedział tutaj całą noc… I cały dzień… Właściwie, nie sądzę, żeby wyszedł stąd chociaż raz, od czasu, kiedy Scorp tu jest…
Czuł jak jego serce bije szybciej. Chciał znaleźć Albusa teraz, powiedzieć mu, że powinien myśleć o sobie, żeby się nim nie przejmował, że nie może nie spać! Z drugiej strony jednak, nigdy nie odczuwał takiego szczęścia. Liczył na to, że Albus poświęci mu w tym czasie trochę uwagi, ale to… Zupełnie by się tego nie spodziewał. Nie wiedział, czy przyjaciel robił to z poczucia winy, czy z troski. Nie miało to znaczenia. Ważne, że był.
- Potter.
„Co do… ? Nie, nie błagam… Tylko nie…"
- Malfoy.
- Zechcesz mi wyjaśnić, dlaczego twój syn próbuje zabić mojego?
- Ja może pójdę… - szepnęła Rose i kiedy żaden nie zaprzeczył, Scorp wyobraził sobie, pana Pottera kiwającego głową i przyjaciółkę wymykającą się za parawan.
„O nie… Przecież oni się pozabijają…"
- Nikt nie próbował nikogo zabić Draco.
- Przeszliśmy na „ty"?
- Nie sądzisz, że to głupie?
- Co? Tak, sądzę, że to głupie, że twój syn próbuje zabić mojego!
- Nikt nikogo nie chce zabijać, ty uparta fretko…
- Słucham?
Scorp wyczuł, że pan Potter zrozumiał, że popełnił błąd.
- Przepraszam… Ja…
A potem usłyszał coś, co sprawiło, że chciał usiąść i zobaczyć na własne oczy, bo nie mógł uwierzyć. Czy jego ojciec się… Zaśmiał?
Pan Potter chyba również nie rozumiał co się stało.
- Em…?
- Tak… To było zabawne przeżycie. Upokarzające, owszem… Ale zabawne.
Scorpius mógł dosłownie ujrzeć rozwarte ze zdumienia oczy pana Pottera.
- Eee…
- Nie patrz tak na mnie Potter! Trochę przeżyłem od tamtego czasu. Pewne wydarzenia sprawiają, że na niektóre rzeczy z naszego życia patrzymy inaczej niż kiedyś. – ton ojca był poważny i oficjalny, nie pogardliwy – Więc… Dlaczego twój syn…?
- Nie próbował go zabić…. Na Merlina Malfoy… To był wypadek.
- Kolejna warta zapamiętania rzecz – nie ma wypadków. I wszystko ma swoją przyczynę.
- Więc musisz jej poszukać, bo jak na razie, jak już powiedziałem, to zwykły wypadek…
- Jeszcze zobaczymy.
Scorpius nie wierzył, że ojciec i pan Potter naprawdę są zdolni do prowadzenia normalnej konwersacji. A jednak ojciec powiedział coś ważnego. Coś, co Scorpiusowi też chodziło po głowie… Co jeśli ten wypadek był początkiem czegoś większego? Prawdę mówiąc, czuł się dokładnie jakby tak było.
Po chwili, znów odpłynął…
„Cholerny Znicz… Cholerny mecz…"
Albus dryfował w powietrzu, rozglądając się za cholerną, złotą piłeczką. Nie wiedział, czy tylko mu się wydawało, czy Krukoni pozwalali im wygrać, było to mało prawdopodobne, żeby Lily chybiła dwa razy z rzędu i raz upuściła piłkę. Nie miał jej tego za złe, rozumiał ją, ale nie chciał, żeby się nad nim litowano. Nienawidził tego.
Ślizgoni prowadzili sześćdziesiąt do trzydziestu.
Szukający Krukonów wydawał się być skupiony na grze, i zdeterminowany by złapać Znicz, więc przynajmniej to podnosiło Albusa na duchu. Chciał wygrać swoimi siłami. Dla Scorpiusa.
Kolejny gol dla Ślizgonów.
I dopiero po kilku dobrych minutach, zobaczył szukającego Krukonów, pędzącego w stronę złotej piłeczki. Serce mu zamarło, ale natychmiast wystrzelił w jej stronę. Poganiał miotłę niecierpliwie.
Zrównał się z przeciwnikiem.
Piłka była już na wyciągnięcie ręki…
- Nadal śpi?
- Tak…
- To już cztery dni!
- Wiem… Budził się parę razy, ale nie rozumiał chyba zbyt wiele. Pani Pomfrey mówi jednak, że teraz powinno być dużo lepiej, więc im dłużej śpi, tym lepiej dla niego.
„Cztery dni?... Minęło aż cztery dni?..."
Spróbował otworzyć oczy. Ku jego zdziwieniu, udało się. Ogólnie, czuł się znacznie lepiej. Skóra już go nie paliła, choć nadal bolała i delikatnie swędziała.
Kiedy zobaczył Albusa, zrobiło mu się ciepło na sercu.
„Głupi… Przestań tak na niego reagować…"
Alowi towarzyszyła również Rose, która pierwsza zauważyła, że się ocknął.
- Al!... Scorp…!
Albus podniósł gwałtownie głowę. Widząc jego twarz, Scorp śmiertelnie się przestraszył. Al. miał ogromne worki pod oczami, które z kolei wyglądały, jakby zapadły się w głąb czaszki. Jego cera była ziemista, a twarz zmęczona. Uśmiechnął się jednak szeroko, gdy zobaczył, że jego przyjaciel się przebudził.
- Scorp! Na Merlina… Jak się czujesz?
Chciał odpowiedzieć, ale wydał z siebie tylko chrypliwy skrzek. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz.
- Dużo lepiej, właściwie, dzięki…
- Nie wiem, czy słyszałeś… - zaczął Al nieśmiało – Wygraliśmy! – wskazał na puchar stojący na stoliku obok łóżka Scorpiusa – I… I to dla ciebie Scorp… Tak bardzo mi przykro…
- Al… Nie musisz. Naprawdę…
- Al siedział tu cały czas Scorp… Gdyby nie myśl, że chce wygrać dla ciebie, w ogóle by nie poszedł.
Czy tylko mu się zdawało, czy Al zarumienił się trochę?... Nie, pewnie to jego chora wyobraźnia…
- Rosie też tutaj była!
- Ale nie tak często. Martwiliśmy się Scorp… Nawet nie wiesz, jak było ciężko. To chyba pierwszy aż tak poważny przypadek pani Pomfrey.
- Właściwie… Właściwie to co się stało?
Scorp dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie pamięta w jaki sposób został zraniony.
- Ja… - zaczął Al, ale załamał mu się głos.
- Eliksir Ala wybuchł na lekcji – pomogła mu Rose – Przez jego wyjątkowy talent, stworzył jakiś wyjątkowo paskudny glut, który wyleciał w górę, a potem spadł na ciebie, oplatając całe twoje ciało swoimi mackami. Po pierwsze był gorący, a po drugie zawierał sporo ingrediencji zwyczajnej trucizny, więc… Tak jakby…
- Spalił mi skórę.
- To była najstraszniejsza rzecz, jaką widziałem… - wyszeptał Al – Nawet nie wiesz… Scorp, mogłem dosłownie zobaczyć twoje kości w niektórych miejscach.
- No cóż, jestem tak chudy, że właściwie powinieneś już przywyknąć…
Oboje się zaśmiali. Scorp nagle zdał sobie sprawę, jak pięknym dźwiękiem jest śmiech Ala.
„Opanuj się…"
- Pójdę dać znać waszym ojcom, że się obudziłeś…Siedzą właśnie razem na korytarzu i rozmawiają. Uwierzylibyście ? Naprawdę, rozmawiają…
Scorp parsknął śmiechem.
- Tak… Brzmi niewiarygodnie.
Rose wyszła, uśmiechając się do niego. Scorp zwrócił swój wzrok na Ala. Po jego smutnych oczach i minie, domyślił się, co chce powiedzieć, zanim otworzył usta.
- Nie rób tego sobie Al. Naprawdę. Wszystko jest w porządku. Nie winię cię. To był wypadek.
- Ale gdybym cię posłuchał, gdybym nie był na tyle głupi…
- Al, proszę.
Uśmiechnął się do niego pocieszająco. Nagle Al zrobił coś, co dla niego może było normalne, ale sprawiło, że Scorpius poczuł swoje serce w gardle – delikatnie złapał go za rękę.
- Naprawdę mi przykro Scorp. I naprawdę nie wiesz jaka to ulga, że wreszcie się obudziłeś… I że czujesz się lepiej…
- Uwierz mi, mogę sobie wyobrazić…. – powiedział, mrugając do niego.
Al wpatrywał się w niego z taką intensywnością, że Scorpius czuł, jak jego tętno przyspiesza. Jego dotyk, nawet przez bandaże, przyprawiał go o dreszcze, a jednocześnie było mu gorąco. Skóra nadal go bolała, ale to wszystko nie miało znaczenia. Al tu był. Wszystko było dobrze.
I wtedy zrozumiał.
Może nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w dziedzinie uczuć, może był na to zbyt młody, ale gdyby ktoś go zapytał, czym dla niego jest miłość, na pewno opisałby to, co w tym momencie czuł.
