Aha... Skąd się biorą tacy gundalianie? Ren siedział w swojej kwaterze, zastanawiając się nad tym przez ostatnie neorony. Może wszyscy tacy są? Nie... Ren starał się uspokoić oddech, który przyspieszał, za każdym razem, gdy zdawał sobie sprawę, że w każdej chwili do jego pokoju, mógł wejść jeden z służących, lub członków Zgromadzenia, tylko po to, żeby powiedzieć mu, że może umierać (czyt. iść na pierwszy trening). Na razie ci cali gundalianie nie prezentowali się dobrze. Ren czuł się zawiedziony. Totalnie zawiedziony i przy okazji przerażony. Jeden gorszy i dziwniejszy od drugiego. Z jednej strony miał cesarza i Mistrzów, którzy (w przekonaniu Rena) mogli z kogoś szydzić samym oddechem i z drugiej Jessego, który nadawał się na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego. Jedyną normalną osobą na tym statku jest Sid, chyba, że są tu jeszcze inni uczniowie. Ren starał się odszukać w swojej głowie resztki wspomnień zeszłego wieczoru, ale nadal miały w sobie czarne plamy, których nie mógł wypełnić żadnym obrazem. Jakby ktoś wziął bardzo długi rysunek i odrywał jego kawałki, aby potem śmiać się, patrząc jak młody gundalianin próbuje ułożyć je w odpowiedniej kolejność. W tym momencie jedynym plusem przebywania na statku, dla Rena było jedzenie i możliwość odzyskania wolności. Wolność. To zawsze ładnie brzmiało, ale teraz... Splótł palce ze sobą. raz, dwa, trzy... zaczął odliczać w myślach, próbując się odstresować.
Spokojnie na pewno nie będzie tak źle, w końcu odzyskam Linehalta. Linehalt... Ren nie miał pojęcia co działo się z jego przyjacielem i szczerze mówiąc,czasami nie chciał wiedzieć. Na myśl tego do czego zdolni byliby ci gundalianie robiło mu się nie dobrze. Idealną cisze, która wypełniała pomieszczenie przecięło pukanie do drzwi. Zaraz. Stop. Cofnij. Pukanie do drzwi? Od kiedy ktoś tutaj puka.
'P-proszę' powiedział z nutką niedowierzania w głosie. Drzwi rozsunęły się ukazując niską gundaliankę, która w odróżnieniu od dotychczas spotkanych przez Rena gundalian, wydawała się przerażona i onieśmielona.
'Mistrzu Renie... Mam dla Ciebie wiadomość od Mistrza Airzela, ponoć cesarz Barodius chce cie widzieć w sali treningowej.' Mistrzu?! Ren miał na wpół otwarte usta i zszokowany wpatrywał się w gościa, stojącego w drzwiach.
'J-już?' zdołał wyjąkać.
'Owszem' Młody gundalianin nie miał pojęcia co zrobić. Powiedzieć dziękuje, i wyjść, wyjść bez słowa, powiedzieć, żeby wyszła? W końcu zdecydował się na opcję a.
'Dziękuje' kiwnął i minął służącą (jak przypuszczał) w drzwiach. Super, zapowiada się przemiły dzień. Przemierzał korytarze statku (które okazały się jeszcze bardziej pokręcone niż poprzedniego) błagając wszystkich Bogów świtu, aby nie wpaść na żadnego starszego członka Zgromadzenia, albo Jessego. Skręcił w prawo, oglądając się za siebie, ponieważ miał wrażenie jakby ktoś zaraz miał mu wyskoczyć zza pleców. Na razie na nic takiego się nie zapowiadało i to bardzo cieszyło Rena. Skręcając tym razem w lewo minął jedynie gundaliankę o surowym wyglądzie (miła odmiana). Czuł jak jego serce bije coraz mocniej i mocniej. Zastanawiał się czy takie tempo jest aby na pewno zdrowe. Przez chwilę pojawiła się w jego głowie myśl, żeby zwrócić, ale równie prędko powstały kontrargumenty, nie miał po co się buntować, Zgromadzenie Dwunastu miało Linehalta, a on szanse na odzyskanie wolność. Żyć, nie umierać. Taki trochę pechowy jackpot. W końcu po jego prawej stronie pojawiły się drzwi od sali treningowej. Pechowy, ale wciąż jackpot- Ren próbował dodać sobie otuchy w myślach. Dobra, nie ma co. Nie mogę się zachowywać jak trzylatek. Zamknął oczy i usłyszawszy mechaniczny brzęk rozsuwających się drzwi wszedł do środka. W tym momencie możemy pożegnać Ren Krawlera i powitać nowego, wiernego sługę Barodiusa. Wypadałoby nadać mu jakieś nowe imię? Może Rem Crawler... Bzdury przecież ten gundalianin miał teraz ważniejsze sprawy na głowie, niż nadawanie sobie iście poetyckiego imienia.
'Jesteś już?' Ten głos sprawił, że jeszcze Ren stanął jak wryty. Czemu on musi być zawsze taki przerażający? Kurwa! Czemu zawsze muszę się go bać! Przyłapawszy się na tym, że wbija wzrok w podłogę od razu podniósł go na swojego Mistrza. Zajebiście. Starał się wyglądać na pewnego siebie, ale wyszło jak zwykle. Nie najgorzej, lecz w porównaniu do swojego towarzysza- żałośnie.
'Tak' mruknął Ren/ Rem. Zobaczył jak twarz Barodiusa wykrzywia uśmiech. Ten sam co zawsze. Kurde, czy on robi inne miny czy potrafi się tylko szyderczo wyszczerzać?
'Powiedz mi... czy ty w ogóle kiedykolwiek walczyłeś ze swoim bakuganem?'
'Yyy..' O przetrwanie po tym, jak twój tatuś, albo mamusia wrzucili mnie do dziury... owszem.
'Mam rozumieć, że nie'
'Nie'- Cesarz pokiwał głową w zamyśleniu.
Jesse siedział w ciemnym jak zwykle pokoju. Podobało mu się to. Ciemność, spokój, cisza. Ta pierwsza przerwana jedynie lekką poświatą, która pozwalała mu na czytanie literatury. Lubił to. Książki, poezja, inny świat. Inny świat. Gdziekolwiek to było chciał tam być, bardzo.
Pozwólmy, aby ceremonia się zaczęła...
Niech zgasną światło...
Niech dzieci przestaną się bawić...
Niech ucichnie wszystko...
muzyka, słowa...
W tej ciszy zdobędziemy świat...
Zdobędziemy go teraz.
Leniwie przesuwał wzrokiem po słowach, próbując odpędzić wspomnienia, które nieproszone za każdym razem pojawiały się w jego głowie. Jaki debil wymyślił wspomnienia? Przebłyski z jego przeszłość przeszkadzały mu w czytaniu. Bardzo go to irytowało. Ten sam, który wymyślił Bogów odpowiedział sobie na wcześniej zadane w myślach pytanie.
Bogowie są ślepi
Są jak maszyny
projektowane przez ludzi...
Są po to, aby cieszyć i ułatwiać życie.
Kolejne wersy i coraz bardziej realistyczne wspomnienia. Im więcej ich było, tym bardziej skupiał się na tekście. Nie mam przeszłość. Powtarzał uporczywie w myślach. Jak rasowy aktor codziennie wybierał sobie maskę, którą chciał założyć i jak dobry aktor świetnie odgrywał swoją rolę, ale za kulisami... nie było już tak kolorowo jak na scenie. Przebłyski przewijały się w jego głowie jak film. Film, którego nie można zatrzymać. Siedział na ławce, w jednym z tunelów jaskini. Jednym z kamiennych korytarzy przyozdobionych w rośliny, aby odwiedzający mieli na co patrzeć. Były po prostu ładną powłoką dla tego okropnego, zgniłego miejsca. Wtedy jednak, jeszcze tak nie myślał. Koło niego siedział Kana. Jedyna osoba, na którą mógł jeszcze liczyć. Bo kto jeszcze pozostał na tym świecie, kto przejmowałby się losem Jessego. Jego brat? Aaron? Naprawdę? Od pewnego czasu Jesse zastanawiał się kto jest bardziej chory- on czy jego matka?
'Wiesz...' zaczął Kana. Jesse odwrócił głowę w jego stronę.
'Oczywiście, ja wiem wszystko' parsknął ironicznie jego przyjaciel.
'Ha, ha, ha. Teraz mówię na poważnie Jesse.'
'Jasne. Sto procent powagi' odparł i wzruszył ramionami.
'Myślałem nad założeniem zespołu.'
'To już słyszałem' Jego towarzysz wiele razy już o tym wspominał. Ta informacja nie była niezbędna do życia Jessego.
'Tak, wiem, ale...' Kana oderwał głowę od ławki i spojrzał na swojego rozmówcę.
'Ale co?' Ton głosu Kany był inny. Dziwny.
'Chcę też...' zaczął
'Wyduś to z siebie, przecież cię nie zabije' na ustach Jessego pojawił się wymuszony uśmiech.
'Wyjechać' dokończył z już spuszczoną głową.
'W-y-j-e-ch-a-ć?' Jesse nie był pewny co słyszał. To musiała być pomyłka. To była pomyłka! Na 100 procent.
'Tak'
'Ale...
'Jesse, muszę... to moja ostatnia szansa. Ja... zabrałbym cię, ze sobą, ale wiesz...' Jego przyjaciel wiedział. Wiedział, aż za dobrze. Jego ojciec umierając zostawił wielkie, niespłacone długi rodzinie, czyli chorej psychicznie matce, niepełnoletniemu Aaronowi i jemu. Z racji tego, że był jedyną zdolną do spłacenia zadłużeń, wśród krewnych osobą, musiał zostać i wszystko "odpracować". Nie miał możliwość wyjazdu.
'Jesteś ostatnią osobą, która mi została...'
'Wiem, przepraszam cię, tak bardzo chciałbym, abyś pojechał ze mną.' Jessego od środka rozdzierało poczucie zdrady, wściekłość i smutek, ale nie chciał dać, tego po sobie poznać.
'Gdzie?'- zaczął powoli
'Daleko, nie wiem dokładnie, ale daleko' Jesse splótł palce ze sobą i się zgarbił
'Rozumiem' wstał z miejsca i odszedł od ławki.
'Do zapewne nie widzenia' Kana zmarszczył brwi na te słowa.
'Jesse, gdzie idziesz?' jego przyjaciel wstał z miejsca i pobiegł w kierunku, w którym odszedł
'Czekaj!' Jesse przyśpieszył krok. Kana jednak, co by o nim nie powiedzieć potrafił szybko biegać. Złapał swojego towarzysza za ramię, lecz ten się wyrwał.
'Stój' odpowiedział mu jedynie śmiech.
'Po co? Powodzenia w nowym życiu'
'Jesse...' Młody gundalianin był wściekły. Nigdy nie przypuszczał, że emocje mogą tak bardzo dać się odczuć. Nigdy nie przypuszczał, że jakiekolwiek uczucie będzie go tak boleśnie rozdzierało na dwie połowy. Już dawno przyrzekł sobie, że nie da ponieść się chwili i nawet mu się to udawało, aż do teraz. Był dobrym aktorem, mógł założyć wiele masek naraz, lecz w tym jednym momencie one wszystkie spadły. To było straszne uczucie. Wcisnął dłonie do kieszenie, prawie przebijając ją na wylot. Z miejsca, którego zaczynał nienawidzić szedł do takiego, którego nie cierpiał już od dawna- do domu. Przemierzał znane mu podziemne przejścia, co jakiś czas się oglądają, czy aby na pewno Kana odpuścił. Głębokie obrzydzenie zalało go, gdy ujrzał tak dobrze mu znane mury. Tak dobrze mu znany dom- jego dom. Wszedł do wnętrza, zatrzaskując za sobą drzwi. Zdjął płaszcz i wszedł do małej kuchni. Miał już sięgać do szafki, gdy zobaczył swoją matkę krzątającą się w prawo i w lewo.
'Mamo?'- zdziwił się.
'Już jesteś! To świetnie!' krzyknęła
'To świetnie. To świetnie. To świetnie' niczym maszyna w obłędzie powtarzał pod nosem.
'Wszystko w porządku?' Nienawidził tego pytania, oczywiście, że nic nie było w porządku
'To świetnie... to świetnie... co?... Ahh, tak wszystko dobrze. Patrz ugotowałam kolację- wskazała ręką na talerze leżące na stole.
'Czemu jest ich cztery, kiedy nas jest...' zaczął Jesse, ale dobrze znał odpowiedź na to pytanie.
'Jak to: czemu? Jeden dla mnie, drugi dla ciebie, trzeci dla Aarona, a czwarty dla taty' Młody gundalianin zacisnął pięści i pokiwał głową.
'Dobrze' wycofał się z kuchni, aby dotrzeć z powrotem do drzwi wyjściowych.
'Gdzie idziesz?... to świetnie, to świetnie'
'Przejść się, nie czekajcie na mnie z kolacją' odpowiedział, zakładając płaszcz.
'To świetnie... to świetnie' Jesse wyszedł. Zaczynał powoli niecierpieć wszystkiego i wszystkich wokół oraz siebie. Obiecał sobie, że to już się nie powtórzy. A jednak, właśnie tam zmierzał.
'Nie, nie. Ostatni raz' zawsze był ostatni raz. Skręcił w wyjątkowo podejrzaną i niechlujną uliczkę, aby wejść do równie obskurnego pabu. Te wszystkie zmęczone twarze, naznaczone rankami, po zastrzykach ręce, znał je za dobrze. Dosiadł się do jednego stolika, aby sięgnąć po...
Jego film wspomnień został przerwany przez pukanie do drzwi. Ktoś ma świetnie wyczucie czasu. Jesse nieśpiesznie podszedł do ściany naprzeciwko, aby nacisnąć guzik, odblokowujący wejście.
'Hej'- powiedziała osoba stojąca w drzwiach. Mason, oczywiście.
