KWARTET UZALEŻNIONYCH
CZĘŚĆ IV
Mimo wyraźnej prośby Pottera, Boot nie zamierzał odpuścić. Pozostało mu niewiele czasu, musiał szybko wymyślić coś skutecznego. Nie spał przez całą noc, intensywnie zastanawiając się nad swoim zadaniem. W końcu, nad ranem, przyszedł mu do głowy pomysł. Był ryzykowny i mógł go wiele kosztować, ale okazał się jedynym, co Krukon miał.
Następnego dnia Terry zorganizował kolejny wspólny posiłek. Atmosfera nie należała do najprzyjemniejszych, a krępującą ciszę przerywał jedynie stukot sztućców. Nie mogąc się już dłużej powstrzymać, Boot wypalił:
– Zorganizujmy przyjęcie.
Trzy głowy jego towarzyszy podskoczyły na to stwierdzenie. Jedynie twarzy Teodora wyrażała zupełne zdziwienie; pomimo ciekawości ukrytej w oczach, miny Dracona i Harry'ego pozostawały niezmiennie bez wyrazu.
– Piżama-party? – zażartował Nott.
Boot obrzucił go karcącym spojrzeniem.
– Przyjęcie, Nott. Kameralne, bo kameralne, ale jednak. Musieliście poznać kogoś w pracy. – Terry przełknął ślinę. Widząc puste spojrzenia dwójki z jego współlokatorów, opuściła go cała pewność siebie. – Ja zaproszę stażystkę, Biancę. Musimy… spróbować. Integracja! – powiedział ze zbytnim entuzjazmem.
Odpowiedziało mi milczenie.
– Dajcie tej znajomości szansę… Raz. Jeśli się nie uda, obiecuję, że dam sobie spokój.
Słysząc jego słowa, ręka Harry'ego drgnęła. Jeden kącik jego ust delikatnie uniósł się do góry, kiedy powoli odkładał widelec na blat.
– Hugo będzie zachwycony – stwierdził.
Malfoy rzucił mu zdziwione spojrzenie z drugiego końca stołu. Zacisnął zęby. Pomiędzy kęsami Potter posyłał mu prowokujące półuśmieszki. Po krótkiej chwili Draco wycedził:
– Joanne zjawi się z miłą chęcią. – Jego głos był suchy i szorstki, a wzrok utkwiony w Harrym.
Teodor i Terry wymienili zdziwione spojrzenia. W końcu Boot wzruszył ramionami i uśmiechnął się w duchu. Wszystko było na dobrej drodze. Na razie.
Nott odchrząknął i skrzywił się, wbijając widelec w swój kawałek mięsa.
– Ja chyba odpuszczę sobie próby zapraszania kogokolwiek.
– To byłoby ciekawe doświadczenie, nie sądzisz? Stołować się w towarzystwie mordercy.
Marna próba rozluźnienia atmosfery przez Terry'ego po raz kolejny spełzła na niczym. Teodor parsknął pod nosem, jednak Draco i Harry zachowali milczenie.
Czekała ich naprawdę ciężka praca.
oOo
Teodor wziął do ręki lakier do włosów i przyjrzał mu się krytycznie. Miał poważne wątpliwości co do tego, czy mugolski kosmetyk, polecony mu przez Terry'ego, zdoła opanować jego włosy. Nie mając jednak innej opcji, wzruszył ramionami i nacisnął dyszę rozpylacza.
Kilkanaście minut później opuścił łazienkę. Ubrany w oliwkową koszulę z podwiniętymi rękawami, luźno zaplątany krawat i jeansy, czuł się gotowy na przyjęcie.
Nott nie mógł pozbyć się wrażenia, że dzisiejszy wieczór będzie zupełną porażką. Minęło kilka dni, od kiedy Boot wyskoczył z tym szalonym pomysłem, a relacje pomiędzy ich czwórką nie zmieniły się nawet o jotę. Harry i Draco wydawali się jeszcze bardziej rywalizować, Merlin wie w czym, rzucając sobie wyzywające spojrzenia i kpiące półuśmieszki. Jedynym plusem całej sytuacji było to, że w końcu odpuścili sobie wzajemne obrzucanie się błotem. Pytanie na jak długo.
Terry przeszedł samego siebie, przygotowując ich mieszkanie do spotkania. Nie prosząc nikogo o pomoc, wysprzątał cały parter, z góry zakładając, że goście nie zawędrują na piętro, więc nie ma potrzeby sprzątania również tam. Teodor nie mógł wyjść z podziwu, kiedy z samego rana zszedł na dół z zamiarem przygotowania sobie jakiegoś śniadania i zobaczył Boota śmigającego po salonie z mopem w dłoni. Szorował podłogę tak długo, aż nie pozostała na niej nawet jedna smuga. Później ją wypastował, w jakiś sposób nauczył się obsługiwać odkurzacz i myć okna. Nott przypatrywał mu się z szeroko otwartymi oczami. Kiedy zapytał Terry'ego, skąd, u licha, wiedział, jak się za to zabrać, Krukon wskazał jedynie na jedną z książek i powrócił do pracy. Teodor nie potrafił pohamować śmiechu, kiedy zobaczył, za jaką lekturę tym razem zabrał się Boot. Poradnik młodej gospodyni leżał otwarty na rozdziale o sprzątaniu domu.
Jakimś cudem Terry'emu udało się zmobilizować Pottera i Malfoya do pracy. Kiedy Nott pojawił się na parterze, obaj znosili do salonu przekąski i zastawę. Stół kuchenny został przeniesiony do salonu, ustawiony nieopodal wyjścia na taras i przykryty pięknym, fiołkowym obrusem. Z zapalonych świeczek zapachowych unosiła się przyjemna woń wrzosów.
– Przydam się na coś? – zagadnął Nott, wchodząc do kuchni i widząc zestresowanego Boota krzątającego się po pomieszczeniu
Terry zatrzymał się w miejscu, spojrzał przez ramię na Teodora i machnął w kierunku kieliszków na wino.
– Zanieś je do salonu – polecił. – Proszę.
– Się robi, szefie.
Nott ustawił lampki na stole, kiedy rozległ się pierwszy dzwonek do drzwi. Boot wypadł z kuchni, pospiesznie wycierając dłonie w szmatkę i wciskając ją za pasek od swoich spodni. Przygładził włosy, poprawił krawat i stanął przed drzwiami, uśmiechnięty od ucha do ucha.
– Dzień dobry – rozległ się w przedpokoju kobiecy głos.
Draco zesztywniał i odsunął się od ściany, o którą stał oparty. Ruszył ku wejściu, rozpoznając głos Jo. Stanął w progu w momencie, gdy Terry pomagał zdjąć jej płaszcz. Miała na sobie granatową sukienkę nieco za kolana, ze srebrnymi ozdobnikami tuż przy dekolcie. Uśmiechała się delikatnie. Wysunęła swoją dłoń w kierunku Boota, mówiąc przy tym miękko:
– Joanne Murray, ale mów mi po prostu Jo.
Terry uścisnął wyciągniętą dłoń, a następnie podniósł ją do ust, by złożyć na jej wierzchu delikatny pocałunek. Draco uniósł brew do góry, zdziwiony nagłym przejawem manier swojego współlokatora. Oparł się o framugę drzwi, czekając.
– Kevin Rotherbeast. Miło mi cię poznać, Jo – przedstawił się Terry.
Kobieta zaśmiała się cicho i odwróciła od Boota, w końcu zauważając Malfoya.
– Tom. Dobrze cię widzieć. – Posłała mu delikatny uśmiech.
– Ciebie także.
Terry przejął pałeczkę, prowadząc gościa do salonu. Pełnił honory, przedstawiając go Potterowi i Nottowi. Kiedy Joanne usiadła w końcu przy stole, Draco pojawił się koło niej z butelką czerwonego wina.
– Pinot Noir – powiedział i pytająco uniósł brew.
– Poproszę.
Właśnie napełniał kieliszek kobiety, kiedy rozległ się kolejny dźwięk dzwonka. Boot poszedł otworzyć, a chwilę później pojawił się z powrotem z Hugonem u boku. Twarz wąsatego policjanta rozpromieniła się na widok Harry'ego. Podszedł do niego, przygarnął do piersi i przez krótką chwilę trzymał w mocnym uścisku. Wszyscy obserwowali to przywitanie ze zdziwieniem. Kiedy Potter został w końcu uwolniony, Cervantes podszedł w pierwszej kolejności do Jo. Wstała, chcąc zapoznać się z nim należycie. Harry patrzył ze strachem, jak Hugo podchodzi do kobiety; obawiał się, że ją także obdarzy niedźwiedzim i niekoniecznie pożądanym uściskiem. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Policjant stanął tuż przed nią i teatralnie przyłożył dłonie do serca.
– Qué está pasando en el cielo que los ángeles están aquí en la tierra*?!
Joanne wyglądała na nieco zszokowaną, ale uśmiechnęła się szeroko.
– Gracias! Encantada de conocerle**– odpowiedziała.
Hugo rozpromienił się, widząc, że zrozumiała jego komplement. Jego wąsy zadrgały, kiedy roześmiał się głośno. Ucałował dłoń Joanne, a następnie podszedł do pozostałych mężczyzn, chcąc się zapoznać.
Kiedy Jo usiadła z powrotem, Draco rzucił jej pytające spojrzenie.
– Potrafisz mówić po hiszpańsku?
– Troszkę.
– Podziękowałaś mu… Ale co on, w zasadzie, powiedział?
Joanne posłała mu lekki uśmiech. Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć na postawione pytanie, dzwonek zadzwonił ponownie. Malfoy wymamrotał coś pod nosem i podniósł się ze swojego miejsca, czekając, aż Terry przyprowadzi Biancę.
Radość bijąca od dziewczyny rozluźniła atmosferę, choć nie zniwelowała napięcia całkowicie. Stażystka szczerzyła zęby do wszystkich, uściskała ich na powitanie, rzucając uszczypliwe, aczkolwiek zabawne komentarze. Boot puszył się jak paw, będąc dumnym z przyprowadzonej na kolację towarzyszki.
Kiedy w końcu zasiedli przy stole, a każdy kieliszek został wypełniony czerwonym winem, Terry przyniósł z kuchni przystawkę. Postawił ją na środku blatu, zagryzając z zakłopotania wargę.
– Bruschetta – poinformował gości i ponownie zajął swoje miejsce.
– Pięknie pachnie – skomentowała Joanne, wpatrując się w swoją porcję.
– I pewnie równie wspaniale smakuje – dodała Bianca, posyłając Bootowi pokrzepiający uśmiech.
Po bruschecie nadszedł czas na placek po węgiersku, a później sernik na zimno. Atmosfera wciąż była ciężka i gęsta, jednak wino powoli, ale skutecznie rozwiązywało języki zebranych. Teodor i Hugo wdali się w zażartą dyskusję na temat surowości brytyjskiego prawa, do której wkrótce dołączyli także Boot z Biancą. Draco i Joanne prowadzili cichą konwersację. Harry nie odzywał się ani słowem, choć z uwagą przysłuchiwał się całej reszcie. Powoli sączył trunek, wygodnie rozparty na swoim krześle, lecz mimo to spięty.
Około godziny dwudziestej drugiej Teodor przyznał otwarcie, że jest znudzony popijaniem wina. Wstał i udał się do kuchni, by po chwili wrócić ze schłodzoną butelką wódki. Puścił oczko w stronę Terry'ego - który kilka godzin wcześniej poinformował Notta o alkoholu spoczywającym w ich zamrażarce - a następnie sięgnął do kredensu i wyciągnął siedem kieliszków.
Na krótko przed północą stan upojenia wszystkich gości za wyjątkiem Joanne, która stanowczo oznajmiła, że pozostanie przy winie, był zdecydowanie zbyt wysoki, aby pozostały im jakiekolwiek hamulce. Rozmawiali luźno, bez krępacji, zupełnie zapominając o osobistych sporach i animozjach. Ze sztywnych i niewygodnych krzeseł przenieśli się na kanapę i fotele, stawiając zastawę na niskim stoliku do kawy.
Właśnie prowadzili interesującą rozmowę na temat ekologicznych działań społeczeństwa tudzież ich braku (fakt, że czwórka czarodziejów nie miała praktycznie zielonego pojęcia o ekologii, zupełnie nie przeszkadzał w dalszym prowadzeniu konwersacji), kiedy Bianca nagle westchnęła ciężko i powiedziała:
– Zagrajmy w prawdę czy wyzwanie.
Zapadła cisza. Wszystkie głowy zwróciły się w stronę stażystki, która wyszczerzyła zęby i przekrzywiła głowę, chcąc swoją postawą przekonać ich do podjęcia pomysłu.
– O nie, ja odpadam – powiedziała Jo i uniosła obie dłonie w obronnym geście. – Przygotuję jakieś kanapki, a wy bawcie się dobrze.
Podniosła się z kanapy i już miała skierować się w stronę kuchni, kiedy jednak zatrzymała się i złapała Hugona za ramię, szarpiąc delikatnie w górę.
– Chodź, hiszpański lowelasie, pomożesz mi.
Cervantes rozpromienił się na te słowa. Nie protestując, podniósł się ze swojego miejsca i razem z Joanne opuścił salon.
Gra trwała w najlepsze przez następne pół godziny. Terry prześlizgiwał się wzrokiem po swoich towarzyszach, uśmiechając się szeroko i gratulując sobie dobrego pomysłu. Serce ściskało mu się z radości, kiedy widział Harry'ego i Dracona obok siebie, zapominających o wrogości na rzecz wspólnej zabawy. Może i nie zachowywali się tak, jak Boot tego oczekiwał, ale poczynili postępy. A przynajmniej pod wpływem alkoholu.
Bianca zapiszczała, kiedy Malfoy rzucił się na nią z rozczapierzonymi palcami i zaczął łaskotać po brzuchu. Wiła się na kanapie, krzycząc i śmiejąc się naprzemiennie. Wszyscy przypatrywali się temu z uśmiechem.
Kiedy tortura w końcu dobiegła końca, stażystka wzięła kilka głębokich wdechów i poprawiła fryzurę. Przesunęła butelkę w stronę Dracona.
– Kręcisz, Tom.
Malfoy przystawił dwa palce do szklanej szyjki i mocno popchnął. Flaszka okręciła się szybko dookoła, aż w końcu zatrzymała się w miejscu, wskazując na Harry'ego.
Draco oblizał usta i zmrużył oczy. Był pijany, owszem, ale nie na tyle, by nie wykorzystać takiej okazji.
– Prawda czy wyzwanie?
Potter odetchnął głęboko i rzucił Malfoyowi wściekłe spojrzenie.
– Prawda.
Na twarzy Ślizgona zakwitł radosny uśmiech. Poprawił się na swoim fotelu i zagryzł wnętrze policzka, zastanawiając się nad odpowiednim pytaniem.
W końcu Draco odezwał się powoli, dokładnie ważąc każde słowo i przeciągając sylaby:
– Powiedz, Potter, wciąż jesteś zakochany w tej rudej Weasley?
Przez krótką chwilę panowała cisza. Przerwał ją dopiero Terry, sarkając pod nosem z niedowierzania.
– Malfoy! To dziecinne pytanie! Co cię…
Przerwał mu krzyk Bianki. Odwrócił się w jej stronę, przerażony, i powędrował za jej wzrokiem. Stażystka utkwiła spojrzenie w lampach przymocowanych do sufitu. Żarówki syczały, a rzucane przez nie światło drgało.
Boot odwrócił się od dziewczyny, przenosząc swoją uwagę na Pottera. Drżał, siedząc na swoim fotelu. Intensywnie wpatrywał się w Dracona, który wydawał się być jednocześnie zdziwiony i przestraszony zaistniałą sytuacją. Zwinięte w pięści dłonie Harry'ego spoczywały mocno przyciśnięte do jego boków.
Potter zadrżał gwałtownie, powietrze wokół niego zdawało się wirować. Bianka krzyknęła przeraźliwie, kiedy nagle huk pękających żarówek rozniósł się po całym pomieszczeniu. Terry rzucił się w kierunku stażystki, przykrywając ją swoim ciałem i ratując przed deszczem szkła. Dziewczyna szlochała, przyciśnięta do kanapy, szepcząc coś niezrozumiałego. Po chwili, upewniwszy się, że nic im już nie grozi, Boot podniósł się i zaklął cicho.
Otaczały ich całkowite ciemności. Księżyc był właśnie w drugiej fazie; rzucane przez niego światło nie pozwalało na wiele więcej, jak dostrzeżenie czubka własnego nosa.
Bianka złapała Terry'ego za nadgarstek. Pogładził jej dłoń w uspokajającym geście, wyplątując się z jej uścisku.
– Szlag! – dotarło do niego przekleństwo Teodora.
– Nott? Malfoy? Harry..? Wszystko w porządku?! – spytał Boot, po omacku próbując znaleźć fotel, na którym siedział Potter.
Nagle w pomieszczeniu rozbłysło delikatne światło. Terry odwrócił się w stronę jego źródła, otwierając usta ze zdziwienia. W progu stała Jo, trzymając w dłoni różdżkę i lustrując salon badawczym spojrzeniem. Hugo wychylał się zza jej pleców; miał szeroko otwarte oczy, którymi mrugał nieustannie, jakby nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Joanne zareagowała błyskawicznie. Oceniwszy sytuację, obróciła się w stronę Cervantesa i powiedziała cicho:
– Drętwota.
Bezwładne ciało policjanta z łoskotem opadło na posadzkę.
Chwilę później promień zaklęcia świsnął w kierunku Bianki. Stażystka zdążyła jedynie pisnąć, zanim runęła na kanapę pozbawiona świadomości.
– Co tu się, do diabła, dzieje?! – krzyknął Teodor.
Boot wciąż nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.
– Reparo – szepnęła Joanne, a odłamki szkła wzleciały z podłogi w kierunku sufitu. Niespełna minutę później kobieta nacisnęła włącznik i salon zalało jasne światło.
Terry zamrugał i z przerażeniem zauważył Harry'ego stojącego niebezpiecznie blisko Dracona. Dzieliły ich zaledwie centymetry, a furia bijąca z oczu Pottera przeraziłaby niejednego śmiałka. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Harry wysyczał:
– Nigdy. Więcej. Nie waż się. O niej. Wspominać.
Z tymi słowy powietrze wokół niego ponownie zawirowało, a ciało Malfoya poleciało do tyłu. Draco uderzył o ścianę z impetem i niezdolny utrzymać się na nogach, osunął się na ziemię.
– HARRY!
Krzyk Boota zdawał się przywrócić Pottera do normalnego stanu. Nabrał gwałtownie powietrza i cofnął się o kilka kroków, chwiejąc się niebezpiecznie. Nieustannie wpatrywał się w Dracona, który nie pozostawał mu dłużny. Przez krótką chwilę wzajemnie mierzyli się wzrokiem, choć tym razem to spojrzenie Harry'ego było bardziej spanikowane. Zwinął dłonie w pięści i wyszeptał cicho, ledwie dosłyszalnie:
– Przepraszam.
Pognał na piętro, nim reszta go powstrzymała.
oOo
– Uch… Chyba musimy posprzątać… – powiedział Boot, patrząc na nieruchome ciała Cervantesa i Bianki.
Jo skinęła głową, ale zanim zabrała się za nieprzytomnych gości, podeszła do Dracona. Siedział oparty o ścianę i przyglądał się wszystkiemu przymrużonymi oczami. Był nieco bledszy niż zwykle, ale poza tym nie wydawało się, by odniósł jakieś obrażenia.
– Wszystko w porządku? – spytała kobieta, przyklękając obok Malfoya.
Uniósł brew i prychnął.
– Pomijając to, że czuję się, jakby mi smok zmiażdżył łapą łeb? I och, zapomniałbym, poza tym, że moja znajoma okazała się czarownicą? Jest super, Jo.
Kobieta skrzywiła się, słysząc przepełniony sarkazmem ton. Powoli podniosła się z ziemi, poprawiła sukienkę i wyciągnęła zza dekoltu różdżkę.
– No dobrze. Do roboty. – Jej głos był szorstki i oficjalny.
Podeszła do Bianki, przymknęła oczy i wyszeptała cicho:
– Obliviate.
– Co? Co robisz?! – krzyknął nagle Boot, dopadając do kobiety i łapiąc ją za nadgarstek.
Joanne przewróciła oczami i obrzuciła Terry'ego karcącym spojrzeniem.
– Spokojnie. Jedynie modyfikuję jej pamięć, zapomni o tym małym… – odchrząknęła – … incydencie.
Krukon powoli opuścił dłoń, uwalniając nadgarstek kobiety. Z zaciśniętymi ustami patrzył, jak rysy twarzy stażystki rozluźniają się, a napięcie opuszcza ciało. Po chwili Joanne wyszeptała kolejną inkantację, cofając działanie Drętwoty. Schowała różdżkę na powrót w bezpieczne miejsce, gdy Bianka wzięła głęboki wdech i gwałtownie usiadła na kanapie. Zlustrowała pomieszczenie rozbieganym wzrokiem; w jej oczach czaiło się przerażenie.
– Co się stało? – wyszeptała, patrząc prosto na Terry'ego.
Usiadł obok niej i ujął jej dłonie. Potarł je delikatnie, uśmiechając się przy tym pokrzepiająco.
– Za dużo alkoholu? – zasugerował cicho.
Na twarz stażystki wypłynął szeroki uśmiech. Energicznie pokiwała głową i wyswobodziła się z uścisku Boota. Wstała, przygładziła ubranie i rzuciła okiem na zegar.
– Druga w nocy?! Och, szlag – zaklęła. – Przepraszam, muszę się już zbierać. Ciekawe, czy o tej porze złapię jeszcze jakąś taksówkę… – Posłała Terry'emu znaczące spojrzenie.
Krukon miał ochotę zakląć szpetnie. Był przekonany, że Bianca widziała stojące przed domem audi, a teraz dyskretnie prosiła go o podwózkę. Cały problem polegał na tym, że nikt z nich nie potrafił prowadzić samochodu.
Z opresji po raz kolejny uratowała go Jo.
– Też będę już szła, podrzucę cię.
Uśmiech stażystki przygasł, ale podziękowała skinieniem głowy.
Zanim Bianca zdążyła chociażby przelotem zajrzeć do kuchni, gdzie tymczasowo ukryli nieprzytomnego Hugona, Terry objął ją ramieniem i zaprowadził do przedpokoju. Po piętach deptała im Joanne. Miała zaciętą minę i w żaden sposób nie przypominała tej kobiety, którą Boot powitał tego wieczora. Postanowił jednak nie przejmować się tym zbytnio. Przytulił stażystkę na pożegnanie i pomógł Jo założyć płaszcz. Kiedy wymieniali pożegnalny uścisk dłoni, wsunęła mu do rękawa różdżkę. Nie miał pojęcia, jak udało jej się to zrobić tak szybko i dyskretnie, by Bianca niczego nie zauważyła, ale skinął głową w podziękowaniu. Uśmiechnęła się lekko i opuściła dom razem ze stażystką.
oOo
– Cieszę się, że wpadłeś, Hugo! – powiedział Terry z wymuszonym uśmiechem, żegnając wąsatego policjanta.
Cervantes pokiwał głową, wydymając wargi.
– Gdzie jest Dan? Ten młody hultaj nawet się ze mną nie pożegna? A to łajza…
– On… On… – wyjąkał Boot. – Źle się poczuł. Rozumiesz… Za dużo wódki – dodał konspiracyjnym szeptem.
Hugo zaśmiał się tubalnie i poklepał Terry'ego po ramieniu.
– Dobre z was chłopaki. Buenas noches!***
Krukon uśmiechnął się lekko. Kiedy jednak za Cervantesem zamknęły się drzwi, Boot mógł w końcu odetchnąć z ulgą.
oOo
Jo siedziała na kanapie, trzymając w dłoni lampkę wina i przechylając ją na boki. Czerwony trunek oblewał ścianki, a ona przyglądała mu się jak urzeczona. Nott zwyczajowy sygnet zamienił na różdżkę Joanne. Bawił się nią, lekko podrzucając, przejeżdżając dłońmi po szorstkiej fakturze drewna. Wyglądał na zadowolonego, jakby ponowne trzymanie magicznego artefaktu nieco go uspokajało.
Malfoy, który miał się najgorzej z nich wszystkich z wiadomego powodu, nie ruszył się spod ściany. Mimo wyraźnych nalegań Joanne, uparł się, by pozostać na swoim miejscu. Poprosił ich jedynie o zimny okład i szklankę wody. Kiedy rozmawiali, przytrzymywał zamoczony w wodzie ręcznik na czole, od czasu do czasu krzywiąc się, kiedy zbłąkana kropla lodowatej wody spłynęła mu po twarzy.
– Chwila – odezwał się nagle Teodor. – Chyba się zgubiłem. Poproszę jeszcze raz, od początku. Taśma w tył, zaczynamy seans.
Jo przewróciła oczami, ale posłała mężczyźnie leciutki uśmiech. Odstawiła wino na stolik i wzięła głęboki wdech.
– Jestem czarownicą, skończyłam Hogwart…
– Dom – przerwał jej Nott. – W jakim byłaś domu?
Rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
– Slytherinie, oczywiście.
Zanim zdążyła jednak powiedzieć coś więcej, rozległ się cichy śmiech Malfoya. Trząsł się, siedząc pod ścianą, a jego drżąca ręka przesuwała okład niemalże po całej twarzy.
– Co cię tak bawi, Draco?
Śmiech ustał, jakby ucięty nożem. Mokry ręcznik z powrotem znalazł się na czole, a Malfoy obrzucił Joanne chłodnym spojrzeniem.
Nie musieli jej mówić. Kiedy wróciła do ich domu, już bez Bianki, otwarcie oznajmiła, że nie będzie się dłużej ukrywać. Powiedziała, że wie o nich wszystko, i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w zdziwione miny całej trójki, zanim w końcu zaproponowała wyjaśnienia.
– W Slytherinie? – spytał Draco. – Ty? Z tym twoim uśmiechem, chęcią niesienia pomocy, empatią…
– Tak, w Slytherinie – przerwała mu.
– Przecież Hufflepuff przyjąłby cię z otwartymi ramionami!
Jo zacisnęła usta w wąską linię i z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Wy i to wasze stereotypowe myślenie. Czy Tiara Przydziału nie posiada aby statusu nieomylnej?
– Nie. Nie wiem. – Westchnął. – Nieważne.
Joanne uśmiechnęła się triumfalnie.
– Pytajcie.
– Skończyłaś Hogwart… – zaczął Teodor.
– Dwadzieścia dziewięć lat temu. Tak, dokładnie.
– Więc dlaczego…
– Odeszłam z czarodziejskiego świata?
Nott wydął wargi i mruknął:
– To irytujące.
Kąciki ust Jo zadrgały.
– Ponieważ chciałam poświęcić się swojej pasji. Nie uciekłam od razu po ukończeniu szkoły. Dopiero jakoś rok przed waszym pojawieniem się w Hogwarcie przeniosłam się do mugolskiego Londynu. Zakochałam się, wzięłam ślub… Nie przeszkodziło mi to jednak w śledzeniu tego, co się dzieje. Harry był w centrum wydarzeń, razem z Voldemortem i całym widmem wojny. Spisywałam to wszystko i wydawałam w postaci książek.
– Jak ci się to udało? Przecież prawo zabrania czarodziejom ujawniania się. Nieważne, pod jaką postacią – powiedział Terry, marszcząc brwi.
– Zgadza się. Dlatego cofnęłam wszystko o prawie dziesięć lat. Udało mi się przeszmuglować siedmiotomową historię tuż pod nosem ministerstwa, a wystarczyło jedynie opatrzyć ją nalepką powieść dla młodzieży, by żaden z urzędników nie miał nawet ochoty się nią zainteresować.
– To… Łał. Niezwykłe. Wszystko tam opisałaś?
– Skupiłam się głównie na Harrym i jego przyjaciołach.
Teodor parsknął i podrzucił różdżkę do góry, jednak to Draco był tym, który się odezwał.
– Cudowny Potter jak zawsze w centrum uwagi.
Joanne popatrzyła na niego z litością.
– Draco, mógłbyś w końcu dać sobie spokój z tą nienawiścią.
– Żartujesz? Niespełna pół godziny wcześniej Potter użył na mnie magii bezróżdżkowej! Drań.
– I chociażby dlatego powinieneś przystopować – skarciła go. – Harry jest potężnym czarodziejem, a w takich ludziach chyba nikt nie chce mieć wroga, prawda?
– Przywykłem – wycedził Malfoy.
– To nie ma sensu – wtrącił się nagle Nott. Wstał z kanapy i odłożył własność Joanne na stolik. – Miło było, jestem pod wrażeniem twojej pracy, Jo, i tak dalej, ale… – Wzruszył ramionami. – Stęskniłem się już za objęciami mojego łóżka.
Kobieta obdarzyła go delikatnym uśmiechem.
– Racja. Powinnam wracać już do domu.
Zgarnęła swoją różdżkę, ponownie się uśmiechnęła i aportowała się ze środka salonu.
Terry ze świstem wypuścił powietrze i haustem wypił wino pozostałe w kieliszku Jo.
– To był ciężki wieczór – skomentował.
Odpowiedziało mu milczenie.
oOo
Do świąt Bożego Narodzenia pozostało niewiele ponad tydzień, a od feralnie zakończonego wieczornego spotkania minęło kilka dni. Terry siedział właśnie na kanapie i spod rzęs obserwował krzątającego się po kuchni Harry'ego. Ze smutkiem patrzył, jak mężczyzna powoli zaparza sobie herbatę, stojąc tak daleko od sączącego kawę Dracona, na ile było go stać.
Boot z żalem wspominał swój iście wspaniały i z założenia mający odnieść sukces plan. Wszystko szło przecież tak dobrze! – pomyślał. Zamiast jednak wypełnić grudniowe zadanie, jego jedynym osiągnięciem okazało się całkowite zahamowanie wrogości pomiędzy Potterem i Malfoyem. Schodzili sobie z drogi jeszcze skuteczniej niż dotychczas, dodatkowo całkowicie zaprzestając kłótni i niepotrzebnego dolewania oliwy do ognia. Harry był cały czas przygaszony, a gdy wydawało mu się, że nikt nie patrzy, ukradkiem obserwował Dracona. Nie obrzucał go nienawistnymi spojrzeniami, a na jego twarzy nie malowała się złość. Sprawiał wrażenie bardziej zamyślonego i skupionego, jakby powoli, acz stanowczo zbierał na coś siły lub odwagę.
Teodor wszedł do salonu ze skwaszoną miną. Obrzucił spojrzeniem kuchnię, delikatnie unosząc brew na widok Pottera i Malfoya w jednym pomieszczeniu, a chwilę później opadł na kanapę tuż obok Terry'ego. Oparł się o zagłówek, przymknął oczy i westchnął ciężko.
– Róbmy coś, błagam. Zwariuję w tym domu.
Boot miał ogromną ochotę skwapliwie się z nim zgodzić. Zwykle każdy z nich zajmował się sobą, robił, co chciał, i nie zwracał uwagi na resztę domowników. O ile w umiarkowanych ilościach mogłoby to być korzystne i całkiem przyjemne, o tyle w zbyt dużej dawce stawało się uciążliwe i zdecydowanie irytujące.
Terry odłożył trzymaną na kolanach książkę i wstał.
– Więc chodźmy.
Nott powoli otworzył jedno oko i spojrzał na Boota, krzywiąc się lekko.
– Dokąd?
– Na przedświąteczne zakupy.
– Słucham?
Terry miał ogromną ochotę parsknąć śmiechem. Teodor miał tak niewinną minę, a wyraz jego twarzy był tak nieświadomy, że przywoływał Bootowi na myśl jego samego, kiedy dopiero rozpoczynał swoją długą i niekończącą się wędrówkę przez tajniki magii.
– Zakupy, Nott. Wchodzisz do sklepu, bierzesz produkty, kupujesz i wracasz do domu, by przygotować z nich posiłek. Nie wiem, w jaki sposób obchodziłeś święta do tej pory, ale ja mam zamiar przygotować w tym domu świąteczny obiad z prawdziwego zdarzenia.
– I myślisz, że pozostawienie tej dwójki sam na sam jest bezpieczne?
Terry spojrzał przez ramię w stronę kuchni. Draco właśnie skończył popijanie porannej kawy i wkładał brudny kubek do zlewu. Harry niecierpliwie wpatrywał się w czajnik i sprawiał wrażenie osoby, która jak najszybciej chciałaby się ulotnić.
Boot wzruszył ramionami.
– A może być jeszcze gorzej?
– Absolutnie może.
Terry przewrócił oczami. Odwrócił się na pięcie, machnął ponaglająco na Notta i zniknął w przedpokoju. Teodor posłusznie podniósł się z kanapy i ruszył za swoim współlokatorem.
oOo
Boże Narodzenie zastało ich szybciej, niż ktokolwiek mógłby się tego spodziewać. Jak zwykle śnieg nie zaszczycił ich swoją obecnością, a nagie drzewa i pokryta rosą trawa przywodziły na myśl bardziej jesień niż środek zimy.
Terry wstał skoro świt, zamierzając od samego rana solidnie pracować nad świątecznym obiadem. Wczuł się w swoją rolę, a odgrywanie gospodyni domowej wcale nie było takie złe, jak mu się z początku wydawało. Wiedział, że gdyby nie on, cały dom zdążyłby już obrosnąć kurzem, a posiłki, które by spożywali, miałyby w sobie tak samo wiele wartości odżywczych jak pierwszy lepszy fast food.
Terry starał się ignorować nieprzyjemny ucisk żołądka, kiedy kolejny dzień z rzędu obserwował Harry'ego i Dracona. Czuł się bezsilny i jednocześnie zły na samego siebie. Na Merlina, był Krukonem! Powinien mieć w zanadrzu masę pomysłów i planów na to, by w jak najkrótszym czasie wypełnić powierzone mu zadanie. Tymczasem do końca grudnia pozostał tydzień i Boot powoli zaczynał tracić nadzieję na to, że cokolwiek ulegnie jeszcze zmianie.
Jedyne pocieszenie stanowił Teodor. Ich stosunki rozwijały się w naprawdę zadowalający sposób, wszystko miało się ku lepszemu. Może i nie zostali przyjaciółmi od serca, ale żaden z nich nie oczekiwał takiego rozwoju sytuacji. Bożonarodzeniowy poranek był jedynie kolejnym dowodem.
Terry właśnie przymierzał się do wypieku bożonarodzeniowych ciasteczek, kiedy w kuchni pojawił się Teodor. Przecierał oczy pięściami i co rusz chwalił się swoim uzębieniem, potężnie ziewając. Jeden rzut oka na jego postać wystarczył Bootowi, aby stwierdzić, że Nott ledwie wygrzebał się z łóżka i potrzebuje porządnej dawki kofeiny, by zacząć normalnie funkcjonować. Niemałe było więc jego zdziwienie, kiedy Teodor zatrzymał się obok stołu, gdzie Boot umieścił stolnicę, i przymrużonymi oczyma przyjrzał się nierozwałkowanemu ciastu. Ziewnął, zamrugał i powiedział zaspanym głosem:
– Dzień dobry, przydam się na coś?
Zszokowany Terry skinął jedynie głową i sięgnął po zawieszony na krześle fartuch. Wyciągnął go w stronę Notta i cierpliwie czekał, aż ten go od niego odbierze. Teodor nie kwapił się jednak do włożenia nowej części garderoby. Obrzucił ją jedynie krytycznym spojrzeniem, a chwilę później przeniósł oburzone spojrzenie na Boota.
– Chyba ci się coś na mózg rzuciło.
Kąśliwa uwaga nie zrobiła na Terrym żadnego wrażenia.
– Jestem śmiertelnie poważny. Nigdy nie byłem bardziej poważny niż teraz.
Teodor popatrzył na niego z mordem w oczach i niemalże wyszarpnął fartuch z dłoni Boota. Skupiony na zawiązywaniu supełka, nie zauważył triumfalnego, przyjaznego uśmiechu, który rozświetlił twarzy Terry'ego.
oOo
O jedenastej Terry w końcu mógł opuścić kuchnię. Wszystkie potrawy były już przygotowane, a nakryciem stołu w salonie zajmował się Harry. Pozostała trójka przygotowywała się do uroczystego obiadu.
Zegar wybił dwunastą w południe, kiedy cztery krzesła zaszurały, a czarodzieje zajęli swoje miejsca. Po raz kolejny w pomieszczeniu unosił się zapach wrzosów, a zapalone niewielkie świeczki wprowadzały nastrój. W tle cicho grało radio.
– Smacznego – powiedział Terry.
Współlokatorzy odpowiedzieli mu tym samym.
W ciszy spożywali indyka, powoli sącząc wytrawne białe wino ze swoich kieliszków. Zimowe słońce nieśmiało zaglądało do pokoju, rzucając kilka promieni na ustawiony koło tarasu stół. Przez uchylone okna wpadało chłodne powietrze, jako jedyne dające jasny dowód aktualnej pory roku.
Po indyku nadszedł czas na tradycyjny pudding zrobiony z trzynastu składników. Sztućce szczękały, wino oblewało ścianki szkła, ale nie padło ani jedno słowo aż do momentu skończenia posiłku.
Kiedy dania zniknęły z talerzy, zapadła niezręczna cisza. Żaden z nich nie wiedział, co powiedzieć ani jak się zachować. Terry usilnie starał się wymyślić neutralny temat konwersacji, jednak jego głowa świeciła irytującą pustką. Wpatrywał się w swój do połowy opróżniony kieliszek, bezwiednie zaciskając usta w cienką linię. Nie mogąc dłużej znieść milczenia, wstał i poinformował resztę, że pozmywa naczynia.
Stojąc przy zlewie z zakasanymi rękawami, pomyślał, że zupełnie inaczej wyobrażał sobie te święta. Wiedział, że nie będzie łatwo. Wszyscy wiedzieli. Gdyby jednak wykazali choć ociupinkę chęci, mogliby uporać się z tym problemem. Dopóki jednak Harry i Draco nie dojdą do porozumienia, nic nie ulegnie zmianie. Nie żeby za miesiąc miało to jakiekolwiek znaczenie. Terry lubił Pottera, świetnie się im razem pracowało, ale od dłuższego czasu Harry stał się bardziej nieznośny niż sama babcia Boota. Był cichy, zamknięty w sobie i niezwykle impulsywny, a jego dekoncentracja źle wpływała na wyniki pracy. Cała czwórka zdawała sobie sprawę z wagi sytuacji, a jednak nikt nie kwapił się do tego, by jakoś temu zaradzić.
Terry prychnął pod nosem i wściekle wytarł dłonie w ścierkę. Starał się! Przez cały grudzień nieustannie dążył do tego, by ich wzajemne relacje osiągnęły chociaż najniższy poziom normalności. Był Krukonem, porażki i bezsilność kłóciły się z jego naturą. Był Terrym Cholernym Bootem i został wybrany do tego projektu nie bez powodu.
Zbierając w sobie nowe siły do działania, Terry wrócił do salonu i zamarł w progu. Drzwi tarasowe były otwarte, a o drewnianą balustradę opierali się Harry i Draco. Boot wytrzeszczył oczy i ze zdziwienia otworzył usta.
– Ale… Ale… – wyjąkał.
Siedzący na kanapie Teodor parsknął śmiechem. Podrzucił swój sygnet wysoko w górę, wyciągnął dłoń i złapał pierścień w locie. Spojrzał na Terry'ego, uśmiechnął się szeroko i poklepał miejsce obok siebie. Zanim jednak Boot usiadł obok Notta, podszedł do oszklonych drzwi i zamknął je.
– Niech mają trochę prywatności – wyjaśnił Teodorowi, jak gdyby mężczyzna sam nie domyślił się powódek kierujących Terrym.
– Jasne. Z pewnością mają sobie dużo do powiedzenia.
oOo
Draco wykrzywił usta, słysząc, jak otwierają się drzwi na taras. Upił łyk wina i mocniej oparł się o poręcz. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, kto przyszedł. Doskonale widział wszystkie ukradkowe spojrzenia Pottera, strach i pytanie w oczach, które zagościły tam niemal na stałe od wypadku na wieczornym spotkaniu. Malfoy ignorował jego zachowanie, traktując go jak przedtem. Skoro jednak Potter nie palił się do kłótni, Draconowi było to na rękę.
Buty Harry'ego zastukały o drewnianą podłogę. Zanim zdążył się odezwać, Draco powiedział:
– Przekroczyłeś umowną linię terytorialną.
Potter nie odpowiedział. Stanął w bezpiecznej odległości od Malfoya, położył łokcie na balustradzie i wziął głęboki wdech. Obracał nóżkę kieliszka pomiędzy palcami, zapatrzony w nieruchomą i spokojną taflę rzeki.
Minęło kilka minut, nim w końcu się odezwał. Jego głos był cichy i nadzwyczajnie spokojny; wywarł na Draconie o wiele większe wrażenie niż krzyki i jawna agresja.
– Dlaczego ty, Malfoy? Dlaczego ze wszystkich czystokrwistych czarodziejów w tej cholernej Wielkiej Brytanii to musiałeś być akurat ty?
Draco uśmiechnął się lekko pod nosem.
– A co, do obecności Notta to już nie masz obiekcji?
Palce Harry'ego bezwiednie mocniej zacisnęły się wokół kieliszka. Z trudem przełknął ślinę.
Nott nie pieprzył mojej dziewczyny – chciał odpowiedzieć. W zamian za to rzucił jedynie:
– Jesteś taki głupi czy tylko udajesz?
Kącik ust Malfoya uniósł się lekko do góry. Upił niewielki łyk wina, a następnie kontemplował spływające po szkle kropelki trunku. Nie zamierzał odpowiadać na tę zaczepkę.
– Dlaczego zapytałeś mnie o Ginny? – przerwał ciszę Harry. Jego głos był ledwie dosłyszalnym szmerem.
– To było normalne pytanie.
– Na poziomie pierwszoroczniaka.
– Zbyteczna uwaga – zauważył Draco.
Harry westchnął, ale nie odezwał się. Malfoy spojrzał na niego kątem oka. Był blady i miał przykurczone ramiona. Opierał się czołem o złączone ręce, trzymając w dłoniach kieliszek. Słabe słoneczne promienie rzucały złote refleksy na jego przerzedzone włosy i zmizerniałe ciało.
– Wyduś to z siebie, Potter – powiedział Draco. Odwrócił się w bok tak, by móc patrzeć na profil Gryfona. – No dalej. Powiedz to.
Harry wydawał się jeszcze bardziej skurczyć w sobie. Czuł spojrzenie Malfoya, które ślizgało się po jego twarzy, dokładnie go lustrując. Nie śmiał zmienić pozycji. Kilka razy poruszył ustami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku, zanim w końcu udało mu się wyszeptać:
– Spałeś z nią.
– Nie ja pierwszy i nie ostatni – odparł Draco nonszalancko.
Na policzki Harry'ego wypełzły szkarłatne rumieńce. Jego klatka piersiowa poruszała się szybko w rytm nierównych i płytkich oddechów.
Było po wszystkim. W końcu to z siebie wyrzucił. Nareszcie, po trzech latach, zdobył się na odwagę. Wypowiedziana na głos prawda wcale nie brzmiała straszniej niż w jego głowie. Gdyby nie nadmiar emocji, mógłby nawet stwierdzić, że to wszystko jest parodią, groteską w najczystszej postaci.
Kiedy dowiedział się o zdradzie Ginny, nie potrafił wydusić z siebie słowa. Nie był zły. Był rozczarowany, nerwy przyszły dopiero później. Od pokonania Voldemorta naiwnie wierzył, że w końcu uda mu się poukładać sobie życie. Był młody i choć dzieciństwo minęło mu pod patronatem walki i bólu, nadszedł czas, by nadrobić stracone lata. Wszystko było pięknie i czuł, że powojenne formalności nie są mu straszne. Żył z dnia na dzień, ciesząc się towarzystwem Ginny, jej uśmiechem, jaśminowymi perfumami i porannym marudzeniem. I właśnie w ten sam sposób się rozstali: z dnia na dzień. Był słaby, zdawał sobie z tego sprawę. Potrafił znieść krzywdy, które wyrządzali mu wrogowie, ale rana, którą zadała mu Ginny, była zupełnie innego wymiaru.
– Nic między nami nie było – odezwał się Draco niechętnie.
Potter poderwał głowę do góry i obrzucił Malfoya niedowierzającym spojrzeniem. Draco wykrzywił usta w grymasie i lekko wzruszył ramionami.
– Odeszła – zauważył Harry cicho.
– Ty odszedłeś. Posłuchaj, Potter. Powiem to tylko raz. Nie lubię się uzewnętrzniać, ale męczy mnie już udawanie twojego worka treningowego. Nie spałem z nią, jasne? Zawarliśmy układ.
Harry spojrzał na Dracona wyczekująco. Jego twarz była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu.
– Od początku, Malfoy.
Draco prychnął.
– Byłem zaręczony z Astorią Greengrass – nie, nie obchodzi mnie, co o tym myślisz, od tego się zaczęło – wtrącił, widząc, że Potter już otwiera usta. – Ojciec ustalił wszystko ze starym Greengrassem, ale Astoria była uparta i nie popierała wiekowych tradycji. Nie chciała zgodzić się na aranżowane małżeństwo, więc zapraszałem ją do drogich restauracji, kupowałem kwiaty i czekoladki…
– Zniknąłeś po wojnie.
– Wycofałem się, Potter, a to różnica – sprostował Draco. – Upór Astorii zaczynał działać mi na nerwy. Ojciec przyzwyczaił mnie do tego, że zawsze miałem wszystko, czego tylko zapragnąłem. Pokłóciłem się z nią. – Odchrząknął. – Wyrzuciła mi wszystkie błędy. I, niechętnie przyznaję, miała rację.
Harry wytrzeszczył oczy w zdumieniu. Na końcu języka miał już zgryźliwą uwagę, jednak zacisnął zęby i nie odezwał się ani słowem. Malfoy otwarcie przyznający się do tego, że nawet on nie jest idealny, stanowił osobliwy widok, jeśli jednak Potter chciał, by wszystko poszło po jego myśli, musiał się powstrzymać.
– Powiedziała, że najpierw traktuję ją jak cel, a dopiero później jak kobietę.
Poczułem się transparentny. Przejrzała mnie, choć nikomu wcześniej się to nie udało – chciał dodać Malfoy. Przełknął jednak ślinę, wziął głęboki wdech i mówił dalej:
– Uciekła do rodzinnej rezydencji. Tego samego dnia umówiłem się z ojcem na kolację, by wszystko odwołać.
– Poddałeś się?
Draco miał ogromną ochotę udusić Pottera gołymi rękoma.
– Przysięgam, że kiedyś przez przypadek wyszepczę w twoim towarzystwie inkantację klątwy uśmiercającej – warknął cicho.
Kąciki ust Harry'ego zadrgały nieznacznie.
– Ledwie przekroczyłem próg restauracji, poczułem na sobie jej spojrzenie – kontynuował Draco. – Lokal był niewielki i zatłoczony, ale ona wybijała się z tłumu z tym swoim wyzywającym makijażem, rudymi kłakami i czarną sukienką. Zignorowałem ją, oczywiście. Co mnie obchodziłaś jakaś Weasley, prawda? Miałem jedynie nadzieję, że nie pobiegnie zaraz do ministerstwa.
– Twoja sprawa została umorzona – zauważył Harry.
– Ale nazwisko Malfoy wciąż wywoływało poruszenie, nie potrzebowałem więcej problemów. Zająłem stolik, zamówiłem wino i wtedy się do mnie przysiadła. – Zaśmiał się nerwowo. – Nie owijała w bawełnę. Powiedziała, że ma dla mnie pewną propozycję. Ona przekona Astorię, by została moją żoną, a ja w zamian rozpuszczę pewną… plotkę. – Draco spojrzał na Harry'ego znacząco. – Tak, Potter, Ginny Weasley nigdy nie była prostytutką. Ja na jej miejscu odczuwałbym ogromny zawód. Z łatwością uwierzyłeś w oszczerstwo dotyczącej wielkiej miłości twojego życia. Ale w końcu ty zawsze wydawałeś się być tak naiwnie łatwowierny i…
– Zamknij się – przerwał mu ostro Harry.
Malfoy zacisnął usta w wąską linię, ale nie dodał już ani słowa.
Potter odwrócił głowę w przeciwną stronę. Czuł żelazną dłoń owinięta wokół jego serca, wzmacniającą uścisk, jakby chciała zmiażdżyć go jeszcze bardziej, przyszpilić do ziemi, by pozwolić koszmarowi bez twarzy roześmiać się mu tubalnie do ucha. Przeszedł go dreszcz. To wszystko było kłamstwem. Jedną, wielką farsą misternie przygotowaną przez samą Ginny.
Harry wziął głęboki wdech i szybko zamrugał oczami. Zagryzł dolną wargę i odważnie spojrzał na Dracona. Mężczyzna przypatrywał mu się z uwagą, zaciskając usta w wąską linię. Jego mina była nieczytelna, a emocje schowane głęboko pod skamieniałą maską.
– Czemu się na to wszystko zgodziłeś? Nie miałeś żadnej pewności, że Ginny wywiąże się ze swojej części umowy. – Głos Harry'ego był bezbarwny.
Draco wciągnął powietrze przez nos i upił łyk wina, zanim odpowiedział.
– A co miałem do stracenia? – Jego usta wygięły się w gorzkim grymasie. – Z chęci sprostania oczekiwaniom ojca nie wyrasta się z wiekiem, Potter.
Harry prychnął, powstrzymując się od odpowiedzi na tę zaczepkę.
– Naprawdę, powiedzenie kilku osobom na Śmiertelnym Nokturnie tego, co trzeba, nie stanowiło większego problemu.
– Więc w jaki sposób wplątała w tę plotkę ciebie?
Malfoy warknął coś pod nosem i przewrócił oczami.
– Kilka słów za dużo ze strony Weasley i przylgnęła do mnie łatka jej klienta. Nie była zbyt rozmowna, ale kiedy po tym incydencie wyrzuciłem jej zszarganie mojej i tak już mocno nadwyrężonej reputacji, przyznała, że jestem gwarancją powodzenia tej misji. Nie miałem wtedy pojęcia, co ma na myśli, a ona nie kwapiła się do tego, by mi to wyjaśnić. Teraz już rozumiem. Chciała cię sprowokować na tyle poważnie, byś odszedł. Twoje gryfońskie serducho pewnie wybaczyłoby jej innych mężczyzn, ale Dracona Malfoya?
Za dobrze mnie znała – pomyślał Harry gorzko i z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Dlaczego… – zaczął już na głos.
– Nie tłumaczyła się, a ja nigdy nie pytałem – przerwał mu Malfoy.
– A Astoria? Co z nią?
Draco parsknął cicho pod nosem i przechylił kieliszek kilka razy na bok. Pojedyncza kropla białego wina kapnęła na drewnianą balustradę.
– Będziesz odczuwał do Weasley mniejszą nienawiść, jeśli powiem, że zachowała się uczciwie?
Harry przecząco potrząsnął głową. Nie kłopotał się uświadamianiem Malfoya, że nienawiść nie wchodzi tutaj w grę. Nie odczuwał jej. Nieważne, jak bardzo by nie chciał, nie potrafił skierować tego uczucia w stronę Ginny.
– Tak myślałem – stwierdził Draco. – No cóż. Rzeczywiście nakłoniła Astorię do tego, by do mnie wróciła – uprzedzam, nie mam pojęcia, w jaki sposób to zrobiła – ale wtedy to ja się wycofałem. Chciałem odejść i żyć jak mugol.
– Ty? Wielki Draco Cholerny Malfoy, który pogardza wszystkim, co niemagiczne? Który tępi mugoli, który stał po stronie Czarnego Pana? Który najchętniej zakopałby ich wszystkich żywcem i napawał się ich krzykiem pobrzmiewającym mu w uszach? Nigdy nie uwierzę, że z własnej woli wycofałeś się z czarodziejskiego świata.
Draco policzył w myślach do dziesięciu, starając się zapanować nad nachodzącą falą agresji.
– A czy ktoś tutaj mówi o dobrowolnym odejściu? – powiedział powoli. – Nie miałem wyjścia, Potter. Rozumiesz? Ja, który przez całe życie miałem podane wszystko na srebrnej tacy, musiałem zacząć martwić się o to, czy zdołam się utrzymać przez cały miesiąc. Ministerstwo skonfiskowało naszą rezydencję, straciliśmy wpływy, a nasza skrytka u Gringotta pustoszała w zastraszającym tempie. Nie chciałem tak żyć. Odgrywanie roli mugola było zdecydowanie lepszą opcją niż wylądowanie w rynsztoku jako nędzarz. Biorąc ślub z Astorią, mógłbym wyjść na prostą. Jej posag wystarczyłby na to, by skorumpować kogo trzeba, później poszłoby z górki. Ale pojawiła się przeszkoda w postaci tej całej sprawy z Weasley i wszystkie plany szlag trafił. Chciała mi pomóc, a wyszyło na to, że postawiła mnie w jeszcze gorszej sytuacji, niż byłem do tej pory.
Na krótką chwilę zapadła cisza, którą przerwał dopiero Harry.
– W zasadzie, to bez znaczenia. – Potrząsnął głową. – A więc… Astoria?
– Nie zgodziła się. Greengrassowie nie ucierpieli, ministerstwo nie nałożyło na nich surowych represji, a życie Astorii nie odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Więc ona została, a ja zaszyłem się w niemagicznym Londynie. Sporo czasu zajęła mi klimatyzacja, ale w końcu się udało. Po trzech latach czarodzieje z pewnością zapomnieli już o aferze z Weasley, a ja na wstępie dostałem dobrze płatną robotę, więc oto jestem. – Uśmiechnął się lekko, łobuzersko.
– Nie zapomnieli…
– Potter, zrozum, że cały świat nie kręci się wokół twojej osoby.
Harry warknął coś cicho. Po chwili milczenia odchrząknął i powiedział, nie patrząc na Malfoya:
– Przepraszam za nos na początku listopada. I przedświąteczny wybuch.
Draco uniósł brew w zdziwieniu i zagwizdał. Umilkł, skarcony spojrzeniem Pottera.
– Do tej pory bolą mnie plecy – pożalił się. – Ty jesteś głupi i impulsywny, ale to ja źle na tym wychodzę.
Harry postukał palcami o balustradę, wyrażając irytację. Malfoy uśmiechnął się triumfalnie.
– Wybacz mi, o wielki Harry Potterze, że spieprzyłem ci związek.
– Bądź poważny, Malfoy – warknął Harry cicho, zdenerwowany.
– Jestem poważny! – zaperzył się Draco.
Potter westchnął.
– Jasne.
– Daj spokój, Potter, powaga to moje drugie imię. – Zaśmiał się krótko.
– Ciekawe, czemu ci nie wierzę.
Draco pokręcił głową z niedowierzaniem, odchrząknął i nadał swojemu głosowi odpowiednie brzmienie:
– Przepraszam, że przyczyniłem się do rozpadu twojego związku. – Odczekał stosowną chwilę i dodał: – Zadowolony? Szczęśliwy?
Potter wzruszył ramionami.
– Może nie byłem jej wart?
– Albo ona ciebie, Potter, albo ona ciebie. Och, na Merlina! – krzyknął Draco. – Nie wierzę, że staram się ciebie pocieszyć! Jesteś gorszy niż Pansy, Potter! Mazgaisz się! – dodał. – Tak lepiej, prawda? – Wyszczerzył zęby.
Harry zmusił się do słabego uśmiechu. Przez dłuższą chwilę panowała cisza, przerywana jedynie ich spokojnymi i rytmicznymi oddechami.
– Jestem już zmęczony tym wszystkim – powiedział nagle Harry. – Rozejm? – zaproponował cicho i wysunął swój kieliszek w stronę Malfoya.
Draco wytrzeszczył oczy w zdziwieniu i przekrzywił głowę na bok. Spojrzał Harry'emu w oczy, przyglądając mu się podejrzliwym wzrokiem. W końcu pomachał mu dłonią przed twarzą, sprawdzając, czy aby wszystko z nim w porządku. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy Gryfon uderzył go w rękę i odepchnął od siebie. Malfoy zacmokał.
– Kac-morderca nas jutro dopadnie, wiesz o tym, Potter? Wypiłem dzisiaj więcej wina niż to stosowne.
Nie mówiąc nic więcej, Ślizgon wyciągnął swój kieliszek w stronę Pottera i stuknął szkłem o szkło. Opróżnił go jednym haustem.
– Mam na imię Harry – powiedział nagle Gryfon, nie patrząc na Malfoya.
Draco wykrzywił usta w uśmiechu.
– Oczywiście, Potter, oczywiście.
Zaśmiał się cicho i wpatrzył w czyste, zimowe niebo.
oOo
Harry stanął przed umywalką i przetarł dłonią zaparowane lustro. Z ociekającej kropelkami tafli spoglądała na niego jego własna twarz, która powoli zaczynała wracać do normalności. Stopniowo żegnał się z bladością, a cienie pod oczami poszły w zapomnienie już kilka dni temu. Mimo że poznanie całkowitej prawdy zapewniło mu spokojne noce i spokój ducha, wciąż czuł, jakby metalowa obręcz zaciskała się wokół jego serca. Starał się wyrzucić Ginny z pamięci, a w Malfoyu nie widzieć odwiecznego wroga – w końcu sam zaproponował mu rozejm. Jednak wielkie zmiany wymagały czasu, którego Harry nie potrafił sobie dać.
Odkręcił kurek z zimną wodą i przemył twarz, jakby z nadzieją, że lodowaty strumień będzie w stanie zmyć z niego pozostałości ciężkiego okresu. Wiedział, że wszystko wróci do normy. Zawsze wracało. Chciałby jednak położyć się do łóżka i obudzić w dniu, kiedy jego głowa stanie się przyjemnie lekka, a ucisk z jego klatki piersiowej zniknie na dobre.
Westchnął ciężko i wykrzywił usta w delikatnym uśmiechu, przygotowując się na kolejny dzień.
oOo
styczeń, 2013r.
Peterborough, Anglia
Teodor ledwo opadł na kanapę i sięgnął po pilota, kiedy drzwi wejściowe zamknęły się z hukiem. Chwilę później w pomieszczeniu pojawił się Terry z dwoma ogromnymi, papierowymi torbami pod pachami. Dyszał ciężko i miał zarumienioną twarz. Delikatnie odstawił zakupy na podłogę i uklęknął przed nimi. Zanurzył rękę w jednej z toreb i pogrzebał, by za chwilę z triumfalnym, acz słabym uśmiechem wyciągnąć zapalniczkę i rzucić ją na kolana Notta. Teodor wyszczerzył się niczym małe dziecko i natychmiast złapał przedmiot pomiędzy palce.
– O tym mi mówiłeś? – spytał siadającego na fotelu Boota.
– Zapalniczka, tak, to ona. Wciskasz pstryczek i odpalasz fajkę. Musiałem przejść na drugi koniec miasta, żeby zrobić zakupy – pożalił się Terry, uważnie patrząc, jak Teodor wyciąga z kieszeni paczkę używek i z zagryzioną wargą próbuje odpalić papierosa.
– Czemu… – z zapalniczki buchnął niewielki płomyczek. Usta Notta wykrzywiły się w uśmiechu – aż tak daleko?
– Ponieważ – zaczął Boot powoli – mamy dzisiaj pierwszy stycznia, co oznacza dzień wolny od pracy oraz kolejny list od Windsora.
Teodor z błogim uśmiechem zaciągnął się papierosem, nie wypuszczając nawet dymu. Wyglądał jak dziecko, które po raz pierwszy kosztuje zakazanego owocu – prezentował się niczym uosobienie szczęścia i spełnienia. Terry wykrzywił usta w lekkim uśmiechu, gratulując sobie pomysłu zakupu zapalniczki.
– List… – odezwał się w końcu Nott. – Gdzieś tu był… – Wciąż z fajką w buzi, Teodor zaczął przerzucać poduszki leżące na kanapie, aż w końcu wyciągnął kremową kopertę opatrzoną ministerialną pieczęcią. – Oto zguba. – Podał przesyłkę Bootowi. – Nic specjalnego. Pisze, że jest zadowolony z efektów naszej grudniowej pracy. Hasłem na styczeń jest… – kolejne zaciągnięcie i smętne obłoczki dymu wypuszczone spomiędzy ust – dalsze zapoznawanie się ze środowiskiem.
Terry odebrał kopertę i wyciągnął ze środka pergamin. Teodor miał rację – wiadomość od ministra nie zawierała w sobie zbyt wielu konkretów, a większą część listu stanowiły komplementy wychwalające zdolności całej czwórki w dochodzeniu do porozumienia. Windsor zapewniał, że zachowali profesjonalność na najwyższym poziomie i z ręką na sercu mógłby powiedzieć, iż jest z nich dumny.
Boot westchnął i odłożył pergamin na bok. Teodor wciąż poddawał się nikotynowej rozkoszy, a Harry z Draconem zapewne zaszyli się w sypialni, każdy na osobnym łóżku, pogrążony w myślach i zajmujący się samym sobą.
– Co powiesz na wyjście na piwo?
Nott wyprostował się na swoim miejscu i obrzucił Terry'ego zdziwionym spojrzeniem. Szarpnął się nawet na to, by wyciągnąć papierosa z buzi i zagwizdać przeciągle. Kręcił przy tym głową w niedowierzaniu, a jego usta powoli wykrzywiły się w chytry uśmieszek.
– Ledwie dwa miesiące mieszkasz ze mną i Malfoyem, a już udało nam się zaszczepić w tobie iście ślizgoński pierwiastek?
Terry zgromił swojego współlokatora wzrokiem.
– Skoro Harry i Draco doszli w końcu do jakiegoś porozumienia, moglibyśmy spędzić czas razem, w czwórkę. Stąd jest niedaleko do Hunstanton. Widziałeś kiedyś morze zimą? Pewnie nie. Mój dziadek kiedyś mnie zabrał. Niesamowity widok… Choć w zasadzie… To bardziej uczucie. – Terry zmarszczył brwi. – Zimowe morze nie różni się za wiele od tego letnią porą, ale klimat w takim miejscu…
– Boot – przerwał mu Teodor ostro.
– Co?
– Nakręciłeś się. – Nott zaciągnął się papierosem i chuchnął dymem prosto w twarz Terry'ego.
– Po prostu…
– Jasne. Więc chodźmy. Na piechotę?
– Och… Znaczy… – Boot poczerwieniał nieznośnie. – W zasadzie… Autobusem? – Uśmiechnął się krzywo.
Nott westchnął ciężko, przewrócił oczami i machnął ręką.
– Mi to naprawdę lotto, Boot. Wołaj tych dwóch z góry i jedziemy.
Twarz Terry'ego rozpromienił uśmiech.
oOo
– Nigdy więcej – wysapał Draco, stawiając chwiejne kroki i powoli wychodząc z autobusu. – Rozumiecie? Nigdy.
– Po dwóch miesiącach codziennych dojazdów na uniwersytet miejska komunikacja nie powinna być ci straszna – zauważył Harry. Kiedy Malfoy spojrzał na niego groźnie, wzruszył jedynie ramionami.
Dojście na spacerowy deptak zajęło im dziesięć minut. Ulice Hunstanton były opustoszałe, wszystkie sklepy pozamykane, a ruch na drogach znikomy. Zerwał się porywisty wiatr, siąpił deszcz, a wzburzone morze pobudzało do życia spienione fale, które rozbijały się o brzeg z szumem zagłuszanym przez wyjącą zawieruchę.
– Faktycznie, idealna pogoda na biwakowanie na plaży – zakpił Draco, któremu najwyraźniej powrócił dobry humor.
– Na biwakowanie może i nie, ale na piwo jest w sam raz – odpowiedział mu niezrażony Terry, siadając na skraju promenady.
Chwilę później każdy z nich trzymał w dłoni butelkę z alkoholem, posługując się zapalniczką Notta jako otwieraczem. Boot miał rację – pomimo okropnej pogody, która nie sprzyjała żadnym wypadom, klimat był osobliwy. Cisza, spokój i szumiące w tle morze, hipnotyzujące fale, lodowate krople wody i słaby, ledwie widoczny zachód słońca.
– Teraz czuję się naprawdę jak mugol – przyznał Draco niechętnie i zeskoczył na plażę. Jego buty zapadły się w wilgotnym piasku. Spojrzał na nie krytycznie, wzruszył ramionami i wcisnął jedną rękę do kieszeni.
– Niewiarygodne – skomentował Teodor. – Zapiszemy to w kalendarzu. „Draco Malfoy po raz pierwszy poczuł się mugolem".
– Nie po raz pierwszy, Nott, nie po raz pierwszy.
– Szczegóły – powiedział Teodor powoli, przeciągając sylaby.
Zapadła cisza. Harry mocniej opatulił się kurtką i odstawił piwo na bok; zimne szkło dodatkowo ochładzało jego dłonie. Westchnął, naciągnął kaptur na głowę i zaplótł ramiona na piersi. Wpatrując się w słońce powoli chowające się za horyzontem, pomyślał o swoim małym mieszkanku, ciepłym łóżku i różdżce, która spoczywała w ministerialnym depozycie. Pozostał mu ostatni miesiąc. Jedynie trzydzieści jeden dni dzieliło go od chwili, gdy w końcu ponownie owinie palce wokół różdżki, gdy wsunie stopy w ciepłe papcie i zasiądzie na fotelu z gorącym kubkiem herbaty w dłoni. Mimo że brakowało mu tego wszystkiego, coraz rzadziej myślał o swoim dawnym życiu z tęsknotą. Po dwóch miesiącach spędzonych w domu, gdzie zawsze jest gwarno, gdzie na korytarzu można spotkać drugą osobę i zasiąść do stołu w towarzystwie innych, nie potrafił wyobrazić sobie swojego pustego i głuchego mieszkania, wiecznie martwego i cichego, gdzie nikt nigdy nie zaproponuje mu kawy i nie przygotuje świątecznego obiadu. Gdzie wspomnienia napływały z każdej strony, godziły w niego, a egzystencja ograniczała się do przeszłości, do jej rozpamiętywania, do jaśminowych perfum Ginny i jej uśmiechu.
Usta Harry'ego wykrzywiły się w gorzkim grymasie. Za szybko przywiązywał się do ludzi, a przyzwyczajenie do nowej sytuacji poszło mu zbyt gładko. Z czasem nauczył się postrzegać samotność jako jedyną rzecz, która mu pozostała. Teraz z chęcią zamieniłby ją na coś zgoła innego.
Sięgnął po butelkę i duszkiem wypił resztkę piwa.
– Masz coś jeszcze w tym swoim magicznym plecaku, Terry?
Boot spojrzał na niego, odrywając wzrok od wzburzonego morza.
– Jasne.
– Potter, ty alkoholiku – zakpił Malfoy, spoglądając przez ramię na Harry'ego.
– Daleko mi do bycia uzależnionym.
Draco uniósł brew do góry.
– Każdy jest od czegoś uzależniony – stwierdził odważnie. – Nott wychodzi poza wszelkie granice. – Spojrzał z naganą w oczach na Teodora, który właśnie odpalał kolejnego papierosa. Słysząc słowa Malfoya, przewrócił jedynie oczami, lecz nie skomentował ich w żaden sposób. – Ja nie mogę obejść się bez kawy, Terry pożera książki szybciej niż Crabbe i Goyle swoje babeczki, a ty… obstawiałbym quidditch albo te samosploty… Coś w ten deseń, w każdym razie.
– Skąd wiesz o samolotach? – spytał zdziwiony Harry.
– Nie jestem głuchy, Potter.
– Ja obstawiłbym ludzi – wtrącił nagle Terry. – Od razu masz lepszy humor, kiedy przebywasz w towarzystwie, Harry.
– Może to wasza głupota doprowadza mnie do łez? – spróbował zażartować Potter. W rzeczywistości był jednak o wiele bardziej zaskoczony trafnością tego stwierdzenia. Izolował się, to prawda, ale mimo drażniącego usposobienia większości ludzi, samotności nienawidził jeszcze bardziej.
– Drań z ciebie, Potter – powiedział Nott.
Harry posłał mu ironiczny uśmieszek.
– Więc dostanę to piwo?
Malfoy zaśmiał się głośno, a chwilę później zawtórował mu Harry. Zdziwieni nagłym obrotem sytuacji Terry i Teodor, uśmiechnęli się szeroko, a niedługo potem dołączyli do zwijającej się z radości dwójki.
Ich urywane, szybkie oddechy i tubalne śmiechy zostały zagłuszone przez dźwięk rozbijających się fal.
* Qué está pasando en el cielo que los ángeles están aquí en la tierra (hiszp.) – Co się dzieje w niebie, że anioły są tu, na ziemi?
** Gracias. Encantado de conocerle. (hiszp.) – Dziękuję. Miło mi pana poznać.
*** Buenas noches! (hiszp.) - Dobranoc
A/N: Moi drodzy! Mam nadzieję, że ta część rozwiała wątpliwości i niesmak, które wzbudzała relacja Harry-Draco. Zdaję sobie sprawę z tego, że rozwiązanie, które zastosowałam, może budzić wiele kontrowersji. Tak też stało się, gdy tekst zawisł na forum Mirriel, postanowiłam jednak pozostać wierna własnym założeniom. Miało być nieco inaczej, miała być niespodzianka - i cicho liczę na to, że mi się udało.
Pozostała jeszcze część V (~20 str.) + VI (epilog). Piątka, jak zawsze, powinna pojawić się w przyszły wtorek.
Miłego wieczoru!
