Rozdział czwarty: Zamieszanie


Jeśli dryfowanie po niezmierzonych wodach było dla Charlotte udręką, to teraz, uwięziona na statku Lowa, mogła czuć się już tylko gorzej.

Fakt, Low nie powiedział otwarcie, że będzie ją tu trzymał jako swoją zakładniczkę, ale zabronienie jej schodzenia na ląd bez jego wiedzy dziewczyna zrozumiała jednoznacznie – pirat nie ufał jej ani trochę i był przekonany o tym, że jeśli tylko pozwoli jej na odrobinę wolności, to Charlotte mu ucieknie.

Nudziło jej się niesamowicie. Nie miała tu dosłownie nic do roboty. Mogła tylko siedzieć tu i czekać w nadziei na to, aż Low zmieni w końcu zdanie i da jej więcej swobody.

Gryzła się z tym przez cały czas. Korciło ją niesamowicie, aby mu się zbuntować. Wiedziała, że bez trudu dałaby radę mu uciec – musiałaby tylko odrobinę się postarać. Koniec końców sama dałaby sobie radę ze znalezieniem Sama i Priscilli. Charlotte wiedziała też jednak, że jej szwagierka była istnym „diabłem wcielonym" i na pewno przygotowała już jakąś zasadzkę na tego, kto ruszył za nią w pościg. Charlotte zbyt wysoko ceniła swoje życie, aby tak bezmyślnie je narażać, a zatem osoby takie jak Low i reszta jego załogi doskonale przydadzą się jej w razie potrzeby jako przynęta.

- Cholera, nic z tego nie wyszło. – usłyszała w pewnej chwili, przechodząc niedaleko grupy piratów. – Ledwie tu zacumowaliśmy i zeszliśmy na ląd, a już są problemy.

Charlotte zatrzymała się i przystanęła, uważnie nasłuchując. Oparła się dyskretnie o barierkę i przechyliła minimalnie przez nią, aby móc lepiej usłyszeć, o czym dokładnie rozmawiają mężczyźni stojący tuż pod miejscem, w którym ona się zatrzymała.

- To mało powiedziane. – powiedział drugi mężczyzna. Charlotte pochyliła się nieco bardziej ponad barierką aby lepiej zobaczyć, ilu ich tam w sumie stało. Naliczyła pięciu mężczyzn, nim nie cofnęła się o krok, aby nie zostać przypadkiem zauważoną. – Ta cholerna Eleanor Guthrie w ogóle nie chciała przyjąć naszego ładunku. Beczki były splamione krwią, więc stwierdziła, że ich nie przyjmie.

- Bo nie chciała stracić pieniędzy, głąbie. – Charlotte wyraźnie usłyszała teraz głos kwatermistrza statku, Meeksa. To właśnie on był tym, który poszedł targować się z ową kobietą. – Zaoferowała nam mniejszą cenę, żeby nie stracić potem majątku na przepakowywaniu całego towaru do nowych beczek. Nie mogłem jednak tego przyjąć. Low dał mi wyraźne instrukcje.

- Gdzie on w ogóle jest? – dobiegło ją po chwili pytanie innego mężczyzny. – Gdzie nasz drogi kapitan polazł?

- Z tego co wiem, właśnie do tej Guthrie. – odparł Meeks. – Chce ją nieco „sprostować", że tak to ujmę. Wierzy w to, że da się ją przekonać do zmiany decyzji.

No i teraz przynajmniej już wiem, gdzie mojego pseudo-sojusznika wywiało. Trzeba tylko na niego teraz trochę poczekać. Charlotte na tym etapie wiedziała, że będzie musiała z nim porozmawiać, gdy tylko się tu zjawi. Nie zamierzała przed nim ukrywać faktu, że dowiedziała się o Guthrie. Charlotte była pewna, że jeśli tylko trochę się postara, to przekona go, że to właśnie z jej pomocy w tej sprawie powinien skorzystać. Jedna kobieta drugą o wiele łatwiej przekona do zmiany zdania, niż gdyby miał to zrobić taki niebezpieczny i niezbyt przyjazny pirat jak on. Jeśli ma w sobie choć trochę rozumu, to uświadomi sobie to i zgodzi się ze mną.

Low wrócił na pokład statku kilkanaście minut później. Charlotte już czekała na niego pod drzwiami jego kajuty. Gdy tylko ją tam zobaczył, zatrzymał się w połowie drogi i zmarszczył brwi w dezorientacji.

- O co chodzi? – spytał się, przyglądając jej się podejrzliwie. – Co się znowu stało?

- Nic. – odparła Charlotte z iście stoickim spokojem. – Przyszłam tu tylko z tobą porozmawiać.

- Porozmawiać. – powtórzył Low cichym głosem. – Jakoś sobie nie przypominam, żebyśmy mieli jeszcze coś do omówienia.

Charlotte momentalnie zmieniła swoje nastawienie, słysząc to. Miała już szczerze dosyć takiego traktowania. Pora nieco pokazać temu człowiekowi, z kim ma do czynienia.

- Posłuchaj no, kochanieńki. – syknęła Charlotte, odsuwając się jednocześnie od drzwi i robiąc krok w stronę Lowa. – Wypraszam sobie takie traktowanie. Jestem twoją sojuszniczką, a nie jakąś służącą albo niewolnicą, której możesz rozkazywać. Gdybyś tylko wiedział, do czego jestem zdolna… w ogóle byś się w ten sposób do mnie nie odnosił. Bałbyś się tego.

W jego spojrzeniu momentalnie wyłapała nagłą zmianę nastawienia. Coś go poruszyło; coś go zdenerwowało. Nic jednak nie powiedział. Naburmuszony, przeszedł tylko obok niej, po czym powoli otworzył drzwi do swojej kajuty.

- No to zapraszam zatem. – powiedział po chwili, nie patrząc się na nią. – Chcesz porozmawiać, tak? No to porozmawiajmy.

Charlotte weszła do środka, przez cały czas mając się na baczności. Usiadła na krześle i cierpliwie zaczekała, aż Low nie zajmie miejsca po drugiej stronie stołu. Dopiero wtedy się odezwała.

- Jak ci poszło z Eleanor Guthrie? – spytała się. Low zamarł i spojrzał się na nią podejrzliwie. Charlotte westchnęła przeciągle, widząc to. – Spokojnie, nie spiskuję przeciwko tobie. Usłyszałam tego twojego całego Meeksa, jak opowiadał innym o problemach, jakie napotkał przez tę kobietę. To jak, co udało ci się osiągnąć? – dodała na koniec, patrząc się mężczyźnie prosto w oczy. Low zawahał się przez chwilę, ale w końcu odpowiedział na jej pytanie.

- Udałem się do niej i wyjaśniłem jej w prostych słowach, z kim ma do czynienia. – zaczął cichym głosem. – Wyjaśniłem jej, dlaczego jestem uważany za „dobrego kapitana".

- I co jej dokładnie powiedziałeś? – Charlotte dociekała dalej. Przez cały ten czas zachowała iście stoicki spokój, nie dając po sobie nic poznać.

- Że nie jestem dobrym kapitanem dlatego, bo jestem sprytny, lub dlatego, bo jestem dobrym marynarzem. – odparł Ned. – Jestem dobrym kapitanem dlatego, bo nie odczuwam skruchy w sercu, ani żadnych wyrzutów sumienia.

No nieźle. Chcę się bratać z istnym psychopatą. Świetna robota, Charlotte, świetna robota, nie ma co.

- A potem, co było? – Jedyne, co dziewczyna zrobiła, to westchnęła głębiej i odchyliła się nieco w krześle do tyłu. – Coś więcej zdziałałeś, czy tylko jej pogroziłeś?

Low uśmiechnął się krzywo na te słowa.

- Zapowiedziałem jej też, że oczekuję oferty pełnej ceny za towary, które jej przywieźliśmy. – odpowiedział.

- No i? – spytała się Charlotte, gdy Low zamilkł na dłuższą chwilę. – No i co było dalej, człowieku?

- Wyrzuciła mnie ze swojej tawerny. – Charlotte parsknęła cicho śmiechem, słysząc to. Low nachmurzył się, ale nie skomentował tego w żaden sposób.

- Serio, będziesz mnie w tej sprawie koniecznie potrzebował. – powiedziała po chwili dziewczyna. – Co jak co, ale potrafię być bardzo przekonywująca. Nie wspomnę tu już nawet o fakcie, że jestem kobietą. A jedna kobieta o wiele łatwiej przekona do zmiany zdania drugą kobietę, niż miałby to zrobić krwiożerczy, antyspołeczny korsarz.

Low zaśmiał się cicho, kręcąc głową z rozbawieniem.

- Ani trochę się nie boisz, co? – spytał się jej po chwili. – Nawet przez chwilę nie okazujesz strachu. To bardzo nierozważne.

- Widziałam w swoim życiu ludzi o wiele gorszych od ciebie. I bez problemu byłam sobie w stanie dać z nimi radę. Ty lepiej martw się teraz o to, żeby zdobyć to, czego chcesz.

- Och, o to w ogóle się nie martwię. – Ned odchylił się na swoim krześle, uśmiechając się z wyraźnym zadowoleniem. – Zawsze dostaję to, czego chcę. Zawsze tak jest, i tym razem nie będzie inaczej.

Charlotte uśmiechnęła się słabo, słysząc te słowa. Ned Low nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy, ale właśnie sprawił, że Charlotte zdobyła nad nim przewagę.

Ta pewność siebie i przemożna chęć posiada wszystkiego, co ci się podoba, jeszcze cię kiedyś zgubi. – pomyślała, przyglądając mu się z uwagą. Bez trudu dostrzegła, że mężczyzna jest nią zainteresowany. Mogła to nawet wyczytać w jego aurze, tak mocno był tymi myślami i emocjami przepełniony.

Gdy się podniósł i odszedł powoli od stołu, żeby na moment wyjrzeć przez bulaj. Charlotte obserwowała go przez cały ten czas.

- Skoro tak dobrze wiesz, czego chcesz, to czemu zwyczajnie tego nie weźmiesz? – spytała się w końcu cichym głosem.

Wiedziała, ile ryzykuje. Wiedziała, na jak bardzo głębokie wody się właśnie rzuca. Zdecydowała się jednak mimo to podjąć to ryzyko. Nie mogła już dłużej czekać – musiała zrobić z tego człowieka swojego pełnoprawnego sojusznika. Musiała mu pokazać, że nie jest tylko jej przewodnikiem i „darmową podwózką". I przede wszystkim musiała doskonale udać fakt, że jest nim równie zainteresowana, jak on był w tej chwili zainteresowany nią.

Zawiwatowała w myślach, gdy zaraz potem Low odwrócił się w jej stronę, nieco zdezorientowany. Ta niepewność trzymała się go jednak tylko przez chwilę; zaraz potem zrozumiał w pełni, co dziewczyna miała na myśli. I uśmiechnął się na samą myśl o tym.

Podszedł do niej powoli, przez cały ten czas nie odrywając od niej spojrzenia. Charlotte dzielnie je wytrzymała. Powtarzała sobie przez cały czas, że kluczem do dostania się do Sama i Priscilli jest wzbudzenie zaufania tego człowieka. Musiała się tak zachowywać, nie tylko dla dobra tej misji, ale również i dla własnego dobra. Wiedział on bowiem, jak przetrwać w tym świecie, jak się po nim poruszać, i gdzie się udać, żeby odnaleźć parę uciekinierów. Aby zatem osiągnąć to wszystko, Charlotte musiała go w pełni do siebie przekonać; a nawet, jeśli dałaby radę, nawiązać z nim bliższą relację, która tylko to zaufanie jeszcze bardziej poszerzy.

Low zatrzymał się naprzeciwko niej. Nie odrywając od niej spojrzenia podniósł powoli dłoń i dotknął nią jej policzka. Charlotte momentalnie poczuła kolejny natłok intensywnych emocji. Mężczyzna stojący przed nią mógł być psychopatą i korsarzem, ale wciąż pozostawał człowiekiem. I to działało na jej korzyść.

Gdy Low nachylił się ku niej, już była na to przygotowana. W chwili, gdy pocałował ją, od razu odpowiedziała na ten pocałunek. Objęła go i dała się podnieść z krzesła, gdy ten pociągnął ją do przodu, ku sobie. Była zdeterminowana, aby wykorzystać tę sytuację do ostatniej sekundy. Potrzebowała porządnego sojusznika, aby dotrzeć do Sama i Priscilli. Myślała teraz przede wszystkim o tym, aby osiągnąć swój cel w stu procentach. I aby przetrwać.

W pewnej chwili Ned przysunął ją jeszcze bliżej siebie. Obrócił się z nią wokół swojej osi, po czym popchnął ją w stronę swojego biurka. Charlotte instynktownie oparła się o nie, nie przerywając pocałunku nawet na moment. Złapała go za kołnierz koszuli i pogłębiła pocałunek.

Zgrzyt otwieranych drzwi sprawił, że Charlotte mimowolnie cicho syknęła. Jednocześnie odsunęła się od Lowa, w myślach już przeklinając osobę, która im przerwała. Podniosła wzrok, aby spiorunować nim tego, kto tu wtargnął. Ned w tym czasie obrócił się przodem w stronę drzwi, gotów zrobić to samo.

Oboje zamarli jednak w tym samym czasie, mocno zszokowani tym, kogo przed sobą zobaczyli.

- Priscilla. – wydusiła z siebie dziewczyna. Nie była w stanie uwierzyć w to, co widziała. Była pewna, że to jakieś przywidzenie albo omamy. Upewniła się jednak, że to jest rzeczywistość, gdy zaraz potem Low ruszył na stojącą w wejściu kobietę.

Też ją widzi. To nie omamy. Ona tu naprawdę jest. Cholera, po co? Czego ona tu chce?

Ned nie zdołał dotrzeć do Priscilli – kobieta uniosła tylko dłoń i machnęła nią od niechcenia. Mężczyzna został popchnięty przez niewidzialną siłę i odleciał na bok, zderzając się ze ścianą kajuty. Priscilla rzuciła mu tylko jedno krótkie spojrzenie, nim nie przeniosła swojej uwagi na osobę Charlotte.

- Witaj, mała. – powiedziała, uśmiechając się okrutnie. Charlotte skrzywiła się z odrazą, ale nic nie odpowiedziała. Czekała na stosowniejszy moment, żeby się kobiecie odciąć. – Nie powiem, szybka jesteś. – tu Priscilla zerknęła przelotnie na Lowa, który właśnie podnosił się ociężale z podłogi. – W mig przeszłaś na wyższy poziom z tym naiwniakiem. Nie powiem, zaimponowałaś mi. Ja sama nie byłabym w stanie tak szybko się z kimś związać. Potrzebowałam czasu, aby być pewną, co czuję do twojego brata.

- To, co istnieje pomiędzy wami, to żadna miłość. – syknęła Charlotte przez zaciśnięte zęby. – To zwykły sojusz dwójki popieprzonych socjopatów.

Priscilla tylko roześmiała się na te słowa. Charlotte, widząc swoją szansę, ruszyła na nią, gotowa ją wykończyć tu i teraz – byle tylko to wszystko zakończyć.

Kobieta była jednak na to przygotowana. Uniosła dłoń do góry i zacisnęła ją, patrząc się przy tym na Charlotte. Dziewczyna zatrzymała się gwałtownie, łapiąc się kurczowo za gardło. Ned, który już wstawał, aby ponowić swój atak, zamarł w zdumieniu, widząc to.

Priscilla zaśmiała się ponownie. Wygięła nieco swój nadgarstek, i Charlotte uniosła się do góry. Kobieta wciąż ją dusiła. Dziewczyna drapała paznokciami skórę swojej szyi, jak gdyby to miało jej pomóc. Panika na moment przejęła nad nią kontrolę i sprawiła, że Charlotte stała się bezradna wobec mocy Priscilli.

- Jak się czujesz, kochana? – spytała się Priscilla przekomarzającym tonem głosu, uśmiechając się niczym zawodowy psychopata. – Czegoś ci to aby nie przypomina? – i roześmiała się po raz kolejny. – A może tobie to coś przypomina? – dodała nagle, przenosząc spojrzenie na Lowa.

Co… o co tu chodzi? – Pomimo bólu i paniki, jaką odczuwała, Charlotte poczuła też zdezorientowanie. – O co jej chodzi?

Jednocześnie poczuła też przemożny gniew i furię. Priscilla dotknęła temat tabu, temat, którego nie miała prawa poruszać. Sprawiło to, że Charlotte wreszcie przejęła kontrolę nad swoim ciałem i działaniami.

Charlotte szarpnęła się w magicznych więzach, napierając na nie swoimi mocami. Rozerwała je bardzo szybko. Wreszcie wolna, spadła z wysokości niecałego metra na podłogę, oddychając ciężko. Nie poprzestała jednak na tym. Podniosła głowę i spojrzała się z furią na Priscillę. Następnie ruszyła na nią z krzykiem. Zauważyła jeszcze tylko kątem oka, jak w tym samym czasie Low również rusza na kobietę, celując do niej ze swojej broni.

Gdy broń wystrzeliła, Priscilla zdołała jakoś uniknąć postrzału. Uniosła obie dłonie do góry i wypchnęła ramiona do przodu. Silna fala energii posłała Charlotte i Neda w tył. Upadli boleśnie na podłogę, a gdy podnieśli się z niej, gotowi do dalszej walki, Priscilli już tu nie było.

Charlotte oddychała ciężko i nierówno. Dopiero teraz poziom adrenaliny w jej organizmie zaczął opadać. Dziewczyna poczuła wreszcie palący ból gardła. Zakaszlała, ale niewiele to jej pomogło. Była pewna, że jeszcze przez jakiś czas będzie czuła efekty tego ataku.

- Co tu się stało? – dobiegł ją nagle głos Meeksa. Mężczyzna wpadł do kajuty, wyraźnie zaniepokojony. Charlotte uświadomiła sobie, że zapewne musiał go tu zwabić wystrzał z broni Lowa. Nie odpowiedziała jednak nic mężczyźnie. Zwyczajnie nie miała na to ani siły, ani ochoty.

- Nie teraz, Meeks. – powiedział Ned, powoli podnosząc się z podłogi.

- Ale, kapitanie…

- Nie teraz! – Charlotte mimowolnie wzdrygnęła się, gdy Ned krzyknął głośno. Ten wybuch złości jednak podziałał; Meeks odszedł, zostawiając ich na powrót samych.

Przez moment zapadła pomiędzy nimi niezręczna cisza. Dopiero po jakimś czasie Charlotte zdecydowała się odezwać.

- No… no to właśnie oficjalnie poznałeś moją kochaną, znienawidzoną przez wszystkich szwagierkę. – powiedziała słabym głosem, rozmasowując sobie przy tym obolałą szyję i kark.

- To nie było nasze pierwsze spotkanie. – odpowiedział jej mężczyzna. – Już wcześniej ją spotkałem, w takiej samej sytuacji.

Charlotte momentalnie podniosła wzrok, aby spojrzeć się na Lowa. Już zrozumiała, co Priscilla miała wtedy na myśli. Nie wiedziała tylko jeszcze, co się wtedy dokładnie stało.

- Co oni znowu zrobili? – spytała się cichym głosem. Przeczuwała z góry najgorsze. Wiedziała już, do czego ta dwójka jest zdolna. I właśnie dlatego ich ścigała; aby już nigdy nikogo nie skrzywdzili.

- To bardzo długa historia. – odparł Ned po chwili milczenia. – Długa historia na inną chwilę.

Dziewczyna od razu zrozumiała, co to oznacza, i nie naciskała pirata dalej. Wiedziała, że prędzej czy później wyjawi jej wszystko. Będzie po prostu musiała na to zaczekać. Kiedy będzie już na to gotowy, wszystko jej wyjaśni.