ROZDZIAŁ III
Sobota
28 września, 1996r.
1:16pm
On – Albus Dumbledore – zawsze miał w zanadrzu jakiś sekret. Większy czy mniejszy to bez znaczenia. A zaczęło się to tak niepozornie, ot od zwykłej pierwszej młodzieńczej miłości. Cóż nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż tą miłością okazał się być... on. Ten, który w nieco późniejszym czasie stał się pierwszym Czarnym Panem świata czarodziejskiego – Grindelwald. Nikt tak naprawdę nie miał pojęcia o przeszłości, jaką skrywał za sobą. Bo kto by przypuszczał, że Albus Dumbledore był jednym z najbardziej bezwzględnych żołnierzy pierwszej wojny? Potrafił iść po trupach do celu, a w owym czasie oznaczało to Grindelwalda. Nie chciał tego zrobić, ale wiedział, że musiał. By w ten sposób największy czarnoksiężnik tamtych czasów został zniszczony.
Kiedy go pokonał poprzysiągł sobie, że nikomu nie powierzy tej haniebnej tajemnicy. Wkrótce potem został nauczycielem w szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Lata zaczęły powolutku mijać, a on pomagał początkującym czarodziejom, jako uśmiechnięty i beztroski profesor Transmutacji. Niedługo później poznał też młodego Toma Riddle. Ten młodzieniec już w sierocińcu wykazywał się niebywałą siłą magiczną, która dziwnie porównywalna była do siły Grindelwalda. Aczkolwiek postanowił dać mu szansę, tak jak każdemu innemu dziecku w jego wieku. Riddle jednak zaprzepaścił ją swoim pociągiem do czarnej magii.
Porażki nigdy nie były i nie będą czymś, za co można zdobyć gratulację czy respekt innych. I w ten właśnie sposób w jego życiu pojawiła się kolejna tajemnica. Później, z biegiem czasu, przestał liczyć ile innych sekretów skrywał w swojej duszy i umyśle. Aż do tego jednego dnia... Dnia, w którym w jego gabinecie pojawił się James Potter, niedoszły ojciec Harry'ego. Kierował się czystym impulsem, kiedy wysyłał do niego swojego ulubieńca – Fawkesa. W międzyczasie ostateczną decyzję podjął, gdy przyszedł do niego Severus. Powiedział mu wtedy, iż od kilku dni zaczęły przychodzić do niego dziwne anonimy na temat rzekomego ojcostwa Harry'ego. I właśnie to dzięki temu zarówno chłopiec jak i każdy z mężczyzn dowiedział się prawdy.
Skłamałby gdyby powiedział, że był zaskoczony. Właściwie spodziewał się tego, w przepowiedni, bowiem nie było dokładnie podanych danych osobowych tego, kto będzie musiał stawić czoła Sami-wiecie-komu. Poza tym cofając się pamięcią do lat szkolnych Jamesa i Severusa przypuszczał, że szalony huncwot zawiesił oko na kimś zupełnie innym niż Lily Evans. Starzec westchnął ciężko by po chwili bardziej zapaść się w wygodne oparcie fotela. Jedną dłonią poprawił okulary połówki spoczywające na nosie, a swoje niebieskie oczy zatrzymał w przeciwlegle stojącym kominku. Kolejną tajemnicą, którą skrywał był fakt, iż od urodzenia się Harry'ego wiedział i o przepowiedni jak i również o tym, że jego domniemany ojciec żyje. Z początku miał wątpliwości, które ustąpiły z czasem. Zakon zyskał wtedy żołnierzy, jakich mógł sobie jedynie wymarzyć. Takich, którzy potrafili odnaleźć się w każdej sytuacji i wyjść z tego cało. Nie musiał się, więc martwić, a wiedział, że ludzi takich jak oni naprawdę rzadko można sobie zaskarbić.
Na jego zmęczonej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a w oczach zabłysły niebezpieczne, wesołe iskierki. Wstając sięgnął po paczkę cukierków, która leniwie leżała na biurku. Biorąc jednego dropsa do ust skierował swoje kroki w stronę kominka. Po chwili wrzucając magiczny pył wypowiedział nazwę miejsca, do którego się wybierał. Z paleniska buchnął zielony ogień, a on uśmiechając się szeroko przestąpił jego próg tylko po to by zniknąć w ułamku sekundy.
---
1:17pm
- Jak zadanie? – zapytał starzec głaszcząc swoją długą, siwą brodę. Wzrokiem okalał całe pomieszczenie, wciąż nie potrafił się przyzwyczaić do tego, że zmieniła miejsce zakwaterowania.
- Zrobione, jak każde poprzednie – odparła kobieta. Spojrzała uważnie na mężczyznę. – Co słychać w szkole?
Albus odwrócił się, a na jego twarzy zagościł uśmiech. - Dobrze, dobrze. Uczniowie nie sprawiają żadnych kłopotów.
- A co u niego?
Mężczyzna zastanowił się chwilę. - Dobrze – odparł prosto.
- Albusie – zaczęła kobieta podchodząc żwawo do starca – kiedy w końcu będę mogła stąd się wydostać? Wiesz, że czuję się tu jak w więzieniu?
- Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc. Nie jest jeszcze na to gotowy...
- Oczywiście, że nie jest! – oburzyła się. – Kto byłby gotowy na coś takiego! Uważam, że tego już za wiele, Albusie... Prawie siedemnaście lat!
- Rozumiem twoją złość, moja droga, ale to naprawdę było konieczne. Na tej wojnie będziemy potrzebowali każdego, a ty wraz ze swoim naturalnym talentem do Zaklęć i Uroków jesteś bezcenna. Nie mogłem pozwolić na to, aby cię stracić.
- Stracić – prychnęła rozzłoszczona. Odwróciła się gwałtownie i trzema długimi krokami znalazła się przed małym, zabrudzonym oknem. Wyjrzała przez nie.
- Bądź cierpliwa. Już niedługo, obiecuję.
Z ostatnim chłodnym spojrzeniem otrzymanym od kobiety, odwrócił się i wyszedł przez ciemne, drewniane drzwi. Te skrzypnęły złośliwie, gdy to uczynił.
---
3:28pm
Szedł w stronę gabinetu dyrektora. Nie spieszył się, raczej rozkoszował krótką wędrówką. Tym bardziej, że po raz drugi w życiu mógł nacieszyć się obecnością tego specyficznego zapachu, jaki był tylko i wyłącznie w Hogwarcie. Niedługo potem zatrzymał się przed dobrze znanym gargulcem, który ujawnia wejście tylko po wypowiedzeniu hasła.
- Bulki – powiedział, a gargulec zatoczył koło. Wszedł na stopień, a następnie czekał aż schody zatrzymają się. – W ogóle, co to są te bulki? – zastanawiał się głośno.
- Słodkie cukierki z czekoladą w środku. Powinieneś spróbować, są wyśmienite!
James spojrzał w górę zaskoczony, w wejściu stał Albus z szerokim uśmiechem na twarzy. Przełknął ślinę, a po chwili przytaknął. - Nie miałem okazji niczego jeszcze spróbować – sarknął w odpowiedzi, dyrektor roześmiał się i zaprosił go do środka.
- Ależ oczywiście, ale powinieneś odwiedzić Hogsmeade. Zmieniło się tam nieco od twojej ostatniej wizyty.
- Domyślam się – odparł szybko. – Niestety nie przyszedłem tutaj, aby rozmawiać o słodyczach Dumbledore.
- Ach, no tak. Więc co cię do mnie sprowadza o tak późnej porze James?
Dyrektor zasiadł za biurkiem, on chwilę później zajął miejsce na krześle.
- Zastanawiałem się ostatnio – zaczął, ale urwał. – Znaczy się chodzi o to, że...
- James, spokojnie. O czym chciałeś porozmawiać? – zapytał łagodnie starzec.
- Czy masz jakieś pojęcie o magii dusz? – wykrztusił z siebie. Dłonią rozczochrał swoje i tak już nieokiełznane włosy.
Dumbledore przytaknął by po chwili uśmiechnąć się lekko.
- Dzięki Merlinowi – westchnął pod nosem Potter. – A pojęcie 'małżeństwo dusz', mówi to coś dyrektorowi? – dodał głośniej. Nagle poczuł ciepło pojawiające się na policzkach, a może całej twarzy?
- Oczywiście. Sam miałem z tym do czynienia kilkakrotnie.
- Naprawdę? – zapytał dziwiąc się James.
- Tak, naprawdę.
- Yhym... W takim razie – zaczął rozglądając się dookoła – mam pytanie.
- Słucham.
- Och, błagam! Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale to naprawdę ważne pytanie.
- Oczywiście – przytaknął spokojnie.
- Ugh, bo chodzi o to, że...
- Ty również jesteś w takim związku – wtrącił radośnie starzec głaszcząc brodę, oparł się w fotelu. – To zrozumiałe James, zastanawiałem się, kiedy w końcu do mnie przyjdziesz w tej sprawie.
- Um. Tak?
- Tak, wiem o twoim 'nieziemskim' połączeniu z pewną specyficzną młodą damą. I nie masz, czemu się dziwić, James. Już wtedy widziałem, że pomiędzy tobą, a panną Granger pojawiła się 'nadnaturalna' więź.
- Ach, tak, oczywiście – stwierdził Potter opuszczając głowę nieznacznie. – Ale czy ta cała więź nie powinna zniknąć w momencie, kiedy ona przeniosła się w czasie?
Dyrektor zamyślił się na moment mrużąc przy tym oczy. - Zastanawiałeś się kiedyś jak to się stało, że przeżyłeś tamtą październikową noc? – zapytał po chwili.
- Szczerze? Nie. Nigdy się specjalnie nad tym nie zastanawiałem.
- Zapytam inaczej w takim razie – stwierdził dyrektor opierając łokcie o blat biurka. Swoje niebieskie spojrzenie skupił na szatynie siedzącym przed nim. – Dlaczego ty w przeciwieństwie do Harry'ego nie posiadasz blizny w kształcie błyskawicy skoro zarówno ty jak i on zostaliście potraktowani tą samą klątwą?
James zmarszczył brwi. - Nie mam bladego pojęcia – odparł po chwili.
Dumbledore przytaknął z uśmiechem na twarzy, a następnie wstał. Podszedł do kominka i zaczął wpatrywać się w złociste płomienie, które rozświetlały pomieszczenie. Potter odwrócił się w stronę byłego dyrektora z pytającym wyrazem twarzy. Tamten po kilku kolejnych sekundach ciszy zwrócił się do swojego nowego profesora, a w jego oczach wesoło igrały promyczki.
- Magia dusz to bardzo potężny dział w historii świata czarodziejskiego, James. Jednak tak jak i magia krwi jest przez wielu pomijana, a nawet zapominana. Dla większości czarodziei magia dzieli się na dwa typy: białą i czarną. Jednak są to pojęcia tak rozległe, że mało, kto wie, iż dzielą się one na wiele innych, mniejszych podtypów. Magia dusz, czy krwi są jednymi z wielu zgromadzonymi w tym, co wszyscy nazywają magią białą.
- Więc dlaczego jest o nich tak mało? – wtrącił Potter.
- Cóż, większość czarodziei nie rozróżnia podtypów magii, dla nich istnieje tylko biała i czarna. Poza tym były to tak rzadkie zjawiska, iż mało, kto tego doświadczał na własnej skórze.
- Ale pan powiedział dyrektorze, że spotkał się z tym kilkakrotnie...
- Masz rację – przytaknął uśmiechając się szerzej dyrektor. – Jednak to i tak zbyt mało abym mógł z ręką na sercu stwierdzić, iż jestem znawcą w tym temacie. Sam byłem świadkiem zaistnienia takiej więzi aczkolwiek mnie nigdy to nie spotkało. Jednak wracając do tematu, James. Magia dusz jest potężna, zresztą jak i każda inna jednak ta wiąże się bezpośrednio do wartości nieziemskich takich jak... Życia po śmierci. I tu właśnie dochodzimy do mojego pytania...
W gabinecie zrobiła się cisza, James mrużąc mocno oczy myślał nad wszystkim, co usłyszał od swojego byłego dyrektora. Drugi mężczyzna tymczasem przyglądał się pierwszemu uważnie spod okularów połówek.
- Uważasz, że ta cała więź magii dusz mnie uratowała? Ale jak? Jej nawet na świecie jeszcze nie było!
- I tu się mylisz – zauważył Dumbledore. – Panna Granger miała wtedy ponad roczek, a więc jak widzisz była już na świecie.
- Jako dziecko! – wtrącił głośno. – Jak roczne dziecko mogło mnie uratować?! Jak więź mogła mnie uratować skoro jeszcze nie została stworzona?!
- To – stwierdził dobitnie starzec – jest kolejna rzecz, o której nie nam przyszło decydować. Ja osobiście uważam, pomimo że panna Granger była dopiero berbeciem to już wtedy była połączona z tobą, James.
- Jak to połączona ze mną? – spytał unosząc brew.
- Widać, magia dusz kieruje się swoimi własnymi zasadami. Jak i też, że nie koniecznie są one zrozumiałe. To, co chcę ci przekazać James... Przypuszczam, że zakłócenie linii czasowej oraz zawarcie 'więzi' w przeszłości spowodowało, iż w momencie, kiedy Hermiona narodziła się została automatycznie przypisana tobie, jako tzw. bratnia dusza. Jak i również przypuszczam, że to właśnie ta więź zatrzymała cię tutaj, z nami.
- Czyli jestem jej winien życie? – spytał ironicznie. – Po tym jak odeszła... Jeszcze jestem jej winien życie! Po prostu świetnie!
- To zależy od punktu widzenia – odezwał się Albus. – Technicznie rzecz biorąc żadne z was nie miało wpływu na to, co się wydarzy.
- Co za pocieszenie – sapnął pod nosem Potter, wstał. – To już się boję spytać o całą tą sprawę z tatuażem.
- Ach, tak, oczywiście – zacmokał radośnie Dumbledore, na co szatyn przewrócił oczami. – Tatuaż powiadasz? Jaki?
Mężczyzna westchnął ciężko, aby po chwili pokręcić głową. - Dziwne by było chyba gdybym nie wiedział o tatuażu – sarknął.
- Co przedstawia? – nalegał dyrektor.
- Um. A czy to ma jakieś znaczenie?
- Nie, bowiem każdy, kto znalazł swoją bratnią duszę i przeprowadził rytuał ma taki sam.
- Yhym. No, bo... Mój przedstawia feniksa – odparł okularnik spoglądając kątem oka na pomarańczowo-złotego ptaka.
Starzec roześmiał się serdecznie, po czym podchodząc do kolegi poklepał go po ramieniu. - To dobrze – powiedział szczerze.
- A czy powinien znikać?
- Słucham? – Zdziwił się dyrektor.
- No ten cały tatuaż z rytuału, czy powinien znikać?
- Chciałbym znać na to odpowiedź, James, naprawdę.
- Co to może oznaczać?
- A jest nadal widoczny?
- No... – Potter ściągnął szatę, a następnie podwinął mocno rękaw koszuli. Tuż ponad łokciem był delikatny zarys feniksa gotowego do lotu. Po krótkiej chwili opuścił materiał zakrywając tatuaż, założył również na powrót szatę. – Właściwie to ostatnio zaczął być coraz wyraźniejszy – dodał.
- Wyraźniejszy... – powtórzył powoli dyrektor. – To dobry znak – oświadczył po chwili ponownie klepiąc Pottera po ramieniu.
- Dobry znak, oby – sarknął James wzdychając. – Cóż to było wszystko, czego chciałem się dowiedzieć, dziękuję.
- Ależ nie ma, za co, James! Zawsze jestem chętny do pomocy oczywiście, jeśli sam będę znał odpowiedź.
- W porządku, ja w każdym bądź razie muszę lecieć. Jutro cały dzień będę siedział zakopany po uszy w wypracowaniach – oznajmił z uśmiechem Potter. Albus mu przytaknął, więc skierował swoje kroki do wyjścia, aczkolwiek tuż przed drzwiami zatrzymał się. - Kiedy będzie najbliższy wypad do Hogsmeade? – spytał okręcając głowę w kierunku dyrektora.
- Przypuszczam, że w pierwszych dniach października – oświadczył.
- Super – mruknął żwawo pod nosem, a następnie wyszedł z gabinetu. Nikt nie mógł jednak zauważyć rosnącego uśmiechu na jego twarzy ani też niebezpiecznie igrających iskierek w oczach, kiedy ruszył korytarzami zamku.
--- --- ---
Środa
02 października, 1996r.
1:46am
Gdzieś wiele mil od Londynu pośród gęstwiny lasu znajdował się niewielki dom. Gołym okiem można było stwierdzić, iż zbudowany był wiele lat temu. Niegdyś twarde i mocne drewno, z którego był zbudowany teraz przypominało czarną masę, która lada chwila mogła rozkruszyć się na kawałeczki.
W tę noc tuż nad powierzchnią ziemi unosiła się gęsta, szara mgła. Potęgowała ona jedynie wrażenie opustoszenia i ciemności, która już i tak spowijała tą niewielką budowlę. Wewnątrz aczkolwiek był człowiek. Stał pośrodku niedużego niegdyś salonu i rozglądał się dookoła zupełnie jakby próbował sobie coś przypomnieć. Szara długa szata tej postaci komponowała się z równie bladą skórą, która wydawała się opinać tylko kości, a krwisto czerwone oczy obejmowały całe pomieszczenie.
Pomiędzy drzewami, które szumiały głośno pod wpływem wiatru, można było dostrzec małą postać pomykającą szybko w kierunku chaty. Wkrótce dotarła na miejsce i stojąc w progu zmieniła się w małego, pulchnego człowieka, którego wodniste oczka szybko rozglądały się dookoła.
Mężczyzna stojący w środku wyczuł obecność swojego najwierniejszego sługi i uśmiechnął się drwiąco.
- Wejdź Glizdogonie – syknął.
Szczuropodobny mężczyzna szybko wszedł do chaty, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. - Panie – odezwał się klęcząc.
- Wstań mój wierny sługo. Mam zadanie dla ciebie.
- Wszystko, co rozkażesz, panie.
- Oczywiście – stwierdził Voldemort przyglądając się uważnie byłemu huncwotowi. – Jakbyś mógł nie wykonać mojego rozkazu, prawda Glizdogonie?
- Tak, tak, tak... Panie.
- W takim razie nie ruszaj się – syknął ponownie Czarny Pan, po czym uniósł różdżkę ku zdziwionemu słudze. Uśmiechnął się wrednie, a następnie machnął nią wiążąc mężczyznę.
- Panie, dlaczego..? – zawył żałośnie tamten.
- Milcz albo zginiesz – zawyrokował. Podszedł do leżącego by po chwili zmienić jego pozycję. Przerażony Glizdogon wisiał teraz stopę nad ziemią, przez co twarz miał na wysokości oblicza swojego pana. – Potrzebuję informacji, które ty posiadasz.
- P-panie ja nic nie wiem – stwierdził z przerażeniem w głosie.
- Oczywiście, że wiesz. Nie zawiódłbyś mnie chyba, prawda? – spytał okrążając wisielca niczym sęp padlinę. – Jednak, aby otrzymać tą informację będę musiał rozmawiać z nim.
Wodniste oczka rozszerzyły się nieco, powodując jedynie bardziej złowieszcze spojrzenie od strony jego pana. Voldemort nie czekając ani chwili dłużej machnął leniwie różdżką w bliżej nieokreślony sposób. Ruch ten sprawił, że twarz wiszącego mężczyzny w ciągu ułamka sekundy zrobiła się pusta, a ciało zaczęło przybierać inną formę.
Wkrótce w miejsce małego, pulchnego mężczyzny pojawił się inny. Był on wyższy, szczuplejszy i przede wszystkim nie posiadał żadnej zwierzęcej części jak poprzednik, dodatkowo na jego zmarnowaną twarz opadały gęste, złociste i nieco przydługawe włosy. Czarny Pan skrzywił się, kiedy oczy mężczyzny zaczęły powoli się otwierać.
- Witam Peter – powiedział przezornie miło. Pettigrew zaczął się szarpać, aczkolwiek każdy ruch uniemożliwiały mu niewidzialne więzy. Uśmiechnął się złowrogo, gdy piwne oczy mężczyzny napotkały jego własne - czerwone. – Dawno się nie widzieliśmy, prawda? Ile to już lat? Dwadzieścia?
- Ty draniu! – wykrzyknął. – Ty przeklęta, nędzna... pokręcona kreaturo! Wypuść mnie!
- Crucio! – syknął pod nosem, a chwilę potem salon wypełnił się krzykiem. Odwołał klątwę po minucie z podłym uśmieszkiem na bladej twarzy.
- Nienawidzę cię – wycharczał Pettigrew ociężale.
- Ach, muzyka dla moich uszu – oświadczył chłodno, spojrzał na Petera. – Jednak nie o muzyce chciałem z tobą mówić.
- Nic ci nie powiem.
- Ach, powiesz, powiesz. To tylko kwestia czasu.
- Akurat czas jest tą wartością, o którą już nie dbam.
- Ja również, ale co ty na to abyśmy trochę powspominali? Stare, dobre czasy... szkolne.
- Do czego zmierzasz? I tak ci nic nie powiem – wypluł z pogardą.
Riddle zaczął krążyć wokoło wisielca, raz po raz posyłając mu wredne uśmieszki. - Ostatnio zacząłem się... zastanawiać. Imię Hermiona nie jest zbyt rozpowszechnione, nieprawdaż? – zasyczał groźnie, uważnie obserwując reakcję mężczyzny.
Peter spiął się nagle, a jego puls przyspieszył. Nie miał pojęcia, dlaczego, ale brzmienie tego imienia wydawało mu się dziwnie znajome. Wtem zrozumiał. - Miona – westchnął pod nosem szerzej otwierając oczy.
Voldemort roześmiał się głośno i oschle, ciesząc się z odkrycia, którego właśnie dokonał. - Czyli pamiętasz dziewczynę o tymże nietypowym imieniu, prawda Peter? – spytał mrużąc swoje czerwone ślepia.
Pettigrew zadrżał, a po chwili odwzajemnił twarde spojrzenie. Nie odpowiedział, jedynie oddychał szybko i nierównomiernie.
- Czyż to nie dziwne, że właśnie tak ma na imię najlepsza przyjaciółka słynnego Wybrańca? Ta sama, która jest nic nie wartą szlamą i zawsze pcha swój nos w nie swoje sprawy – warknął zbliżając się do Petera. – Hermiona Granger – dodał.
Mężczyzna przełknął głośno ślinę próbując zachować twarz pokerzysty. Utrudniały mu to wspomnienia, które jedno po drugim zaczęły zaprzątać jego umysł. Kiedy nie oderwał wzroku od czerwonych ślepi poczuł znajomą sensację, obraz rozmył mu się przed oczami, a zamiast ciemnego i pustego pokoju pojawił się obraz uśmiechniętej dziewczyny w szkolnym mundurku, która wzdychając ciężko przewróciła oczami. Tak samo szybko jak obraz się pojawił, tak samo szybko znikł.
Riddle roześmiał się ponownie. - Wiedziałem, – syknął, – że będę miał z ciebie pożytek. Szkoda, że nie miałem okazji podziękować twoim rodzicom za tak cenny podarunek.
- Zabiłeś ich – warknął Peter.
- Każdy musi kiedyś umrzeć. Oczywiście oprócz mnie.
- Ty draniu...
- Zamilcz. Chyba, że chcesz podzielić ich los.
- Zabijając mnie uczyniłbyś mi wielką przysługę – odparł oddychając spokojniej Peter. – Nienawidzę siebie samego za to, czym się stałem. Nie mam, po co uciekać.
- Ale chciałeś abym cię wypuścił, czy to nie to samo?
- Nie! Bo to ty sprawiłeś, że zdradziłem... To ty jesteś winien wszystkiemu, co spotkało do tej pory Harry'ego!
- Peter, Peter – zacmokał Voldemort wydobywając z kieszeni różdżkę. Zaczął ją przewracać w dłoni. – To nie mnie powinieneś obwiniać za to, czym się stałeś. Twoi rodzice już przed twoim urodzeniem oddali cię mnie.
- Kłamiesz!
- Crucio! - syknął, a po chwili dodał. – Powinieneś nauczyć się słuchać. - Po minucie odwołał zaklęcie by spojrzeć drwiąco na mężczyznę wiszącego bezwładnie przed nim. Na jego bladej twarzy ponownie pojawił się wredny uśmiech. - Nawet nie masz pojęcia jak bardzo chciałbym móc cię zabić, Peter. – Westchnął po raz kolejny okrążając go. – Niestety jestem świadom tego, że posiadasz bardzo interesujące informacje, które mogę wykorzystać do woli. Poza tym, jako Glizdogon jesteś nadzwyczaj pomocny.
- Pomocny – wycharczał pod nosem Pettigrew.
- I w ten sposób zbliżamy się do końca naszej rozmowy. Mam tylko jedno małe pytanie, kiedy?
Mężczyzna zamrugał szybko. - Kiedy co?
- Kiedy ta cała Granger przeniesie się w czasie? – syknął podchodząc do byłego huncwota.
Peter uśmiechnął się złośliwie. - I ty podły morderco myślisz, że ja ci powiem?
- Nie zapominaj, z kim masz do czynienia.
- Ale ja dobrze wiem czym jesteś – wysyczał z podłym uśmiechem Pettigrew.
Voldemort zacisnął usta w wąską linię by po chwili uderzyć mężczyznę z otwartej dłoni w twarz. Tamten roześmiał się nie patrząc na swojego kata.
- Mam tego dosyć – warknął wściekle Czarny Pan. Uniósł różdżkę i po raz drugi tego dnia wykonując niezidentyfikowany ruch nadgarstka użył zaklęcia. W momencie, gdy pomarańczowy promień wszedł w styczność z ciałem Pettigrewa, on zaczął się szamotać na wszystkie strony od czasu do czasu charcząc jakieś słowa. - Glizdogonie.
- Tak panie? – spytał bojaźliwie mężczyzna, aczkolwiek w ciągu ułamka sekundy posłał mu gniewne spojrzenie. – Nie poddam się, będę walczył.
- Walcząc, Peter, tylko sobie robisz krzywdę – stwierdził. – Glizdogonie byłbyś w stanie przeszukać jego wspomnienia?
- O-oczywiście, p-panie – odparł szybko. – Nie pozwolę na to! – dodał Pettigrew.
- Chodzi mi dokładnie o jedno specyficzne wspomnienie. Pierwsze, w którym pojawia się Hermiona Granger.
- NIE! – zawył Peter. Jego ciałem zaczęły wstrząsać lodowate dreszcze, czuł jak po czole spłynęła mu kropelka zimnego potu. Zacisnął powieki, ból głowy był nie do wytrzymania, a dosłownie przed oczami przelatywały mu kolejne wspomnienia. Z całych sił próbował koncentrować się na nic nieznaczących momentach z lat szkolnych, jednak wpływ Riddle'a był zbyt wielki i w przeciągu kilkunastu kolejnych sekund pojawiło się to jedno, szczególne wspomnienie. Wtedy też ból ustał.
- Glizdogonie, data – syknął przez zaciśnięte zęby Voldemort.
- 31 października.
- Cudownie! Cóż za szczególna data, chyba wszyscy mają do niej słabość. Nie sądzisz, Peter? – spytał mrużąc ślepia Voldemort. – A teraz już na ciebie czas – dodał, po czym dokończył inkantację, a w miejscu Pettigrewa ponownie pojawił się Glizdogon.
- P-panie czy jest coś jeszcze, w czym mogę pomóc? – spytał biegając swoimi wodnistymi oczkami po pomieszczeniu.
Czarny Pan rozwiązał go leniwym machnięciem różdżki. - Nie, odejdź – stwierdził aczkolwiek, kiedy jego pulchny sługa już miał opuścić pomieszczenie zatrzymał go. – Crucio - syknął patrząc na wijącego się na podłodze mężczyznę, po chwili odwołał zaklęcie. – Abyś nie zapomniał, komu służysz.
--- --- ---
Czwartek
03 października, 1996r.
6:22pm
Brunetka o bujnych, kręconych włosach westchnęła ciężko. Z torbą na lewym ramieniu podążała właśnie w dobrze znanym kierunku Skrzydła Szpitalnego. Była zdenerwowana, ponieważ wiedziała, że zamiast siedzieć w przytulnej bibliotece i czytać książkę będzie musiała znosić humory pewnego blondyna ze Slytherinu. Tak jak i każdego dnia od momentu, kiedy zgodziła się 'pomóc' Ślizgonowi.
Nie zdziwiła się jednak, gdy po raz pierwszy weszła do SS i zobaczyła go całego, zdrowego i... przytomnego. Dowiedziała się wtedy jedynie, że Malfoy pozostanie przez tydzień, może dłużej w łóżku oraz że notatki będzie mogła przynosić mu codziennie. Co niestety zamiast podtrzymać ją na duchu zadziałało wprost na odwrót.
Poprawiła torbę, a chwilę potem włosy, które miała upięte w koński ogon.
- O hej, Hermi! – Dobiegł ją głos przyjaciółki, spojrzała na nią.
- O hej, Ginny.
- Jak się czujesz, hm..?
- Dobrze – odparła prosto.
- Wiesz, że mnie nie oszukasz – stwierdziła ruda przyglądając się brunetce uważniej. – Ja w przeciwieństwie do tych gumochłonów posiadam mózg i coś, co nazywa się kobiecą intuicją. Chociaż czasami zastanawiam się czy Ron też tego nie odziedziczył... - Hermiona spojrzała na nią pytająco, więc przewróciła oczami. - No wiesz, kobiecej intuicji... Z tą jego skłonnością do bycia tam albo, kiedy nie trzeba.
- Możliwe – odparła szybko.
- Ta... A ciebie gdzie niesie o tej porze? – spytała radośnie.
- Strzelaj – sarknęła Granger, ruszyła wraz z przyjaciółką wzdłuż korytarza.
- Niech no ja to zgadnę – mruknęła marszcząc brwi. – Malfoy?
- Dokładnie.
- Uch, współczuję ci... Naprawdę, żeby kazać przebywać komuś w tym samym pomieszczeniu, co frecia?
- Nie jest najlepiej, Ginny, ale źle również nie.
- No ty chyba żartujesz? Z Malfoy'em, sam na sam nie jest najgorszy?
- Najlepszy też nie – powtórzyła stanowczo. – Poza tym zawsze mogę iść do pani Pomfrey...
- Akurat ona dużo zdziała, Hermi! – zaoponowała ruda. – Pamiętaj, zachowaj czujność.
Dziewczęta roześmiały się przypominając sobie szalonookiego Moody'ego i jego małą obsesję.
- Tak, Ginny. Moody z całą pewnością byłby z ciebie dumny – zażartowała, na co ruda wypięła pierś w przód i uniosła zawadiacko głowę.
- A jak! Nikt mi nie podskoczy! – orzekła wesoło nadal idąc przed siebie.
Rozmawiając i śmiejąc się przeszły jeszcze kawałek, aż do Skrzydła Szpitalnego.
- No to pamiętaj Hermi, zachowuj czujność!
- Tak, oczywiście pani profesor.
- Ugh, pani profesor? Wyglądam tak staro czy może tak sztywno?
Hermiona uśmiechnęła się szeroko. - Lubisz mieć nad wszystkim kontrolę. Uważam, że sprawdziłabyś się w roli nauczycielki idealnie.
- Hermi czy aby dobrze się czujesz? Ja? Nauczycielką? Nie, to nie ma racji bytu w jednym zdaniu, a co dopiero w rzeczywistości.
- Po prostu stwierdzam fakt – odparła.
- Uwierz mi na słowo, nie nadaję się na nauczycielkę.
- Jak uważasz, ja muszę już iść. Malfoy czeka.
- Oczywiście, nie chcemy przecież, aby serce mu pękło z tęsknoty – zironizowała.
- Chyba chciałaś powiedzieć ze szczęścia, że nie musiał przebywać w towarzystwie kogoś takiego jak ja – powiedziała nieco posępniejąc Granger.
Ruda zauważyła zmianę nastroju przyjaciółki, więc podeszła do niej i położyła dłoń na ramieniu. – On jest głupi, jeśli myśli, że omijając ciebie będzie lepiej. Poza tym nie sądzę, aby długo wytrzymał w tym swoim małym, głupiutkim postanowieniu. Głowa do góry, Hermi.
- Wiem, tylko... Po prostu ciężko mi jest się pogodzić z myślą, że może on ma rację – przyznała szczerze.
- Co przez to rozumiesz? – spytała zaskoczona, spojrzała uważnie w oczy przyjaciółce.
- Może faktycznie za bardzo się nim przejmuję. Może poczuł się zagrożony... Nie wiem, że ograniczam jego wolność... Może taka rozłąka dobrze nam zrobi.
- Tych twoich 'może' będą setki o ile nie tysiące. Przestań tyle myśleć – zażartowała, brunetka na to pokręciła głową. – Dobra to ja cię już nie zatrzymuję, widzę, że cię nosi, aby iść do Freci.
- Ej! – zaoponowała Granger.
Ginny uśmiechnęła się szeroko, po czym machając żwawo ruszyła dalej. Brunetka westchnęła ciężko kręcąc z pobłażaniem głową. Chwilę potem otworzyła wrota i weszła do białej sali. Tak jak i dnia poprzedniego zauważyła Malfoy'a leniwie siedzącego w łóżku, przeglądał z grymasem na twarzy notatki, które wczoraj mu przyniosła.
- Znowu przyszłaś – syknął arystokrata, nie odrywając wzroku od pergaminów.
- Uwierz mi Malfoy nie robię tego dla przyjemności.
- Jak na Gryfonkę jesteś bardzo strachliwa Granger – dodał, spoglądając w pełni na nią.
- Och, tak?
- Tak.
- Niby, dlaczego tak sądzisz?
- Chociażby z tego powodu, że nie potrafiłaś odmówić prośbie Dumbla.
- Bo ja w przeciwieństwie do ciebie Malfoy posiadam serce.
- Ale ja w to nie wątpię, Granger. Każdy je ma – zironizował.
Westchnęła ciężko, a po chwili wyciągnęła z torby plik pergaminów spiętych razem. Położyła je na stoliku nocnym, który stał obok łóżka, na którym urzędował obecnie Malfoy.
- Za kogo ty się uważasz? – syknął patrząc spode łba blondyn.
- Za Hermionę Granger. Gryfonkę. Czarownicę mugolskiego pochodzenia – odparła oschle, wytrzymując jego wściekłe spojrzenie. – A teraz wybacz Malfoy, spieszę się – dodała, odwracając się na pięcie. Chwilę później była już przy wyjściu.
- Wredna wiedźma – mruknął, patrząc na zamykające się drzwi.
A/N: Ach, no nareszcie dodałam trzecią część *kona ze zmęczenia*... Opowiadanie stopniowo się pisze (taak i to bardzo powoli xD choć do przodu) według mojego małego planu wydarzeń. Cóż mam własną koncepcję 'podróży w czasie' choć wiem, że ich jest kilka. Którą ja obrałam, można się łatwo domyśleć. Hm... Z takich ciekawostek, co do tego tu 'czegoś' - głównym natchnieniem były dla mnie te piosenki: Barlow Girl - Never Alone *Hermiona*; Garbage - #1 Crush (ale wersja rock, haha!) *James*; The Rasmus - Lucifers' Angel *Harry*; Bi - 2 - Derzhastja za vozduh *Fred, chlip*, lol. Ogólnie ta alternatywa jako całokształt zmieści się gdzieś pomiędzy 27, a 29 rozdziałami (lol, tak wyliczyłam, hah) i oczywiście nie zapomijmy o epilogu.
Dziękuję ślicznie za review. Właściwie nie sądziłam, że ktokolwiek znajdzie moje opowiadanie. Ale skoro już znalazł to klik na button review! Tak, review to review, a ja nie mam bety i właśnie chyba stwierdzam, że mam błąd na błędzie, a na nim jeszcze jeden błąd. Arrgh! &^%$ Jak możecie takie koszmarne coś czytać? Ja to bym odrazu zazgrzytała zębami, widząc tyle (pewnie) błędów interpunkcyjnych nie wspominając o innych... Kurczę ważne jednak, że przekazuję treść nie? xD
To by było narazie na tyle, see ya!
