Strasznie dziękuję za wszystkie komentarze :) Od razu chce się pisać. Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba.
Enjoy!
Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam Snape'a z wyciągniętą różdżką, z której wydobywał się błękitny promień, płynnie zmieniający się w cienką tarczę. Ten widok sprawił, że raptem przestałam rozumieć cokolwiek z tego, co się stało. Człowiek, który szczerze mnie nienawidzi (zresztą z wzajemnością), ratuje mnie. To było co najmniej dezorientujące.
-Pan?! Ale… dlaczego? - zapytałam. Teraz zaczynało być mi trochę wstyd za to, jak się zachowywałam na eliksirach.
-Taki jest mój obowiązek. - odpowiedział głosem zupełnie pozbawionym emocji.
-Obowiązek?! Żartuje pan?! A wczoraj jak pana ukochani Ślizgoni mnie zaatakowali to nie miał pan obowiązku mi pomóc?! A jak pan potem wymyślał swoje zasady to też był pana obowiązek? - wybuchłam. - To zwykłe kłamstwo! - zakończyłam swoją „przemowę" i wybiegłam z sali.
-Lily! - usłyszałam krzyk. Nie zwracałam jednak na to uwagi. Biegłam i wciąż zastanawiałam się dlaczego. Ledwo powstrzymywałam się od płaczu z bezradności. Może to przez to nie zorientowałam się, kiedy wbiegłam na siódme piętro. Rozejrzałam się po korytarzu, bo nigdy tu nie byłam. Zobaczyłam piękne, rzeźbione, drewniane drzwi. Bez chwili zastanowienia, otworzyłam je i weszłam do pomieszczenia.
Zobaczyłam dość duży pokój. Jedna ściana była zastawiona regałem z książkami, naprzeciwko stała duża, fioletowa kanapa, a na środku był wściekle różowy dywan. Ściany były pastelowobłękitne, a na nich wisiały obrazy i zdjęcia, oprawione w drewniane ramy. Bardzo przypominało to mugolski pokój, który został urządzony przez niewidomego. Albo daltonistę. Położyłam, a raczej rzuciłam się na kanapę i zaczęłam szukać jakiegoś wyjścia z tej, jakże pokręconej, sytuacji. Pomyślałam, że muszę się kogoś poradzić i zapytać co o tym myśli, bo sama za nic w świecie nie zrozumiem tego wszystkiego, ale nie wiedziałam kogo. Ginny i Ron mi nie pomogą, bo oni też dopiero wkraczają w magiczny świat, żadnego nauczyciela o pomoc nie zamierzam prosić, Mike'a znałam od dwóch dni i nie ufałam mu na tyle, by się zwierzać. Po jakiś dziesięciu minutach przyszło olśnienie. Dziadek! Postanowiłam napisać do niego list. Pomyślałam, że potrzebuję pergaminu i pióra i… w tym samym momencie się one pojawiły! Wtedy zrozumiałam. Byłam w Pokoju Życzeń! Nie miałam jednak czasu zastanawiać się nad tym odkryciem. Czułam silną potrzebę napisania wiadomości i wyrzucenia wszystkiego z siebie.
Dziadku,
Jestem w Hogwarcie od niecałych dwóch dni, a już tyle się działo! Miałeś rację, że Malfoy mnie nie lubi, ale sprawa ze Snape'em jest dużo trudniejsza.
Wczoraj zaatakowało mnie kilku Ślizgonów, ale ich pobiłam dzięki karate (dobrze, że jednak z niego nie zrezygnowałam) Snape to wszystko widział, jednak zamiast interweniować, stał i się przyglądał. Zaczął działać dopiero wtedy, gdy Ślizgoni przegrywali. A potem jeszcze wmawiał wszystkim, że to moja wina! Dzisiaj za to na eliksirach trochę popyskowałam, a on najpierw dał mi szlaban, a potem, jak jeszcze chwilę pogadałam, mi go odwołał. To stało się przyczyną kolejnego ataku Slytherinu. Podczas obiadu Malfoy ze swoimi kumplami podeszli do naszego stołu. Chwilę się z nimi pokłóciłam, a kiedy się odwróciłam to rzucili we mnie drętwotę. Mike (mój kolega z Gryffindoru) rzucił zaklęcie tarczy, ale cztery drętwoty ją pokonały i wtedy Snape rzucił swoje protego i mnie uratował. A kiedy zapytałam go dlaczego to zrobił, powiedział, że „to jego obowiązek."
Dlaczego on tak dziwnie się zachowuje? I co mam w tej sytuacji zrobić?
Pozdrów rodziców,
Lily.
Kiedy skończyłam pisać, zwinęłam list i schowałam do kieszeni. Nie było przy mnie Hedwigi, a idąc do sowiarni mogłam się na kogoś natknąć. Po za tym bałam się, że nie uda mi się ponownie wejść do Pokoju Życzeń, który działał na mnie uspokajająco. Postanowiłam więc, zgodnie z radą Flitwicka, pomedytować. Nie wiem ile czasu spędziłam siedząc po turecku na dywanie, ale zdecydowanie pomogło. W dodatku, zapewne dzięki emocjom, udało mi się zebrać moc. Wiedziałam, że to zrobiłam, bo poczułam, że mogę wszystko, że jestem pełna energii, czułam się jak nowo narodzona.
Podniosłam się z podłogi i podeszłam do biblioteczki. Od dziecka kochałam czytać i nie mogłam się powstrzymać przed szperaniem wśród półek z książkami. Pierwsza jaka rzuciła mi się w oczy to Najlepsze dowcipy. Zaklęcia i tutoriale. Nie wiem sama czemu, wyjęłam ją i zaczęłam przeglądać. Patenty na żarty były naprawdę niezłe, wtedy też mnie oświeciło.
-Ślizgoni szykujcie się na zemstę! - powiedziałam do siebie. Wzięłam po raz kolejny pergamin oraz pióro i zaczęłam łączyć najlepsze żarty, tak by to co powstanie było najlepszą zemstą jaką mury tego zamku widziały.
Kiedy już to skończyłam, doszłam do wniosku, że już wszystko sobie poukładałam. Zabrałam książkę z dowcipami, wyszłam z Pokoju Życzeń i skierowałam się do sowiarni, gdzie teraz mieszkała Hedwiga. Odnalazłam ją i wysłałam list. Potem, jak gdyby nigdy nic, udałam się do Pokoju Wspólnego Gryfonów, gdzie powitały mnie ciekawskie spojrzenia.
-Lil, gdzie byłaś? Szukaliśmy cię chyba wszędzie.- zapytała oskarżycielskim głosem Ginny, podbiegając do mnie i przytulając mnie. Tuż po niej podszedł Ron.
-Nieważne. Ale mam do ciebie kilka pytań. - powiedziałam wyzwalając się z uścisku. - Która godzina i ile mnie nie było?
-Jest dwudziesta druga i nie było cię jakieś... siedem godzin. - odpowiedziała Gryfonka, patrząc na zegar.
-To pogaduszki będą musiały poczekać do jutra. - zmartwiłam się – Idę spać.
Następnego dnia, podczas śniadania, wszyscy się na mnie patrzyli, ale ignorowałam to. Zjadłam spokojnie posiłek i wraz z bliźniakami Weasley skierowaliśmy się do wyjścia.
-Lily Potter, musimy porozmawiać. - powiedziała opiekunka Gryffindoru, stając przede mną. Przewróciłam oczami. - Idziemy do gabinetu dyrektora. - rozkazała. Mimo tego, że nie miałam najmniejszej ochoty na nudną pogadankę, posłusznie poszłam za nią, zastanawiając się jaka kara mnie czeka. Te rozmyślania tak mnie pochłonęły, że nawet nie zorientowałam się, kiedy byliśmy już w owalnym gabinecie dyrektora. Na szarych ścianach wisiały portrety, które przyglądały się ciekawsko. W centrum pokoju stało biurko, za którym siedział Dumbledore, a za nim znjadowaly się szafy. Wszędzie panował bałagan albo też, jak ja to nazywam, „artystyczny porządek".
W środku oprócz mnie, dyrektora i McGonagall, był także Snape. Miał, jak zawsze, obojętną minę. Westchnęłam cicho, skarżąc się w duchu na swój los.
-Potter, gdzie ty byłaś? Chyba wszędzie cię szukaliśmy. - powiedział cierpko Snape.
-Spokojnie Severusie. - Dumbledore wybawił mnie z konieczności odpowiadania. Wszyscy nauczyciele pewnie wiedzieli o Pokoju Życzeń, ale nie wiedzieli o tym, że ja też o nim wiem, co było moją przewagą, którą zdecydowałam się zachować. - Zacznijmy od tego czy nic ci nie jest? - zapytał dyrektor z troską w głosie. Pokręciłam głową zaskoczona. Takiego pytania kompletnie się nie spodziewałam. - To dobrze. Co się stało w Wielkiej Sali? - zadał kolejne pytanie dyrektor. Opowiedziałam pokrótce o ataku Ślizgonów.
-To teraz kolejne ważne pytanie. Co się z tobą działo jak wybiegłaś z sali? - zapytała McGonagall. Trójka nauczycieli spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
-Nic się nie działo. Znaczy się nic ciekawego. - poprawiłam się od razu, gdy zobaczyłam niezadowoloną minę nauczycielki.
-Szukaliśmy cię wszędzie, gdzie ty byłaś? - zapytał Snape.
-Tu i tam. - odpowiedziałam zdawkowo.
-Czyli gdzie? - naciskał Mistrz Eliksirów.
-Wszędzie po trochu.
-A czy mogłabyś wymienić wszystkie miejsca w których byłaś? - zapytał.
-Korytarz koło Wielkiej Sali, schody, prowadzące na drugie piętro, korytarz na drugim piętrze…
-A wszystkie miejsca oprócz korytarzy i schodów? - sprecyzował Snape lekko zdenerwowany.
-Sowiarnia, błonie, łazienka. - wymieniłam, improwizując.
-I co tam robiłaś? - wtrąciła się McGonagall.
-Rozmyślałam. - tym razem odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-I tylko tyle? - upewniła się nauczycielka. Pokiwałam głową.
-Minus pięćdziesiąt dla Gryffindoru. - powiedział Snape.
-Nie wyszłam poza granice Hogwartu i byłam przed dwudziestą drugą w dormitorium, którą zasadę złamałam? - zapytałam, patrząc na nauczyciela. To, że mi pomógł, nie znaczy, że może odejmować punkty za nic.
-Severusie, jako dyrektor, stwierdzam, że ona ma rację. Nie złamała żadnego punktu regulaminu. A jeżeli już jesteśmy przy karach, to mamy kompletne zeznania, więc możemy wymierzyć karę twoim podopiecznym. Miesiąc szlabanu u Filcha i minus sto punktów od ucznia. Lily, możesz już iść na lekcje. - powiedział dyrektor. Snape był wkurzony. Wydawało mi się, że zaraz dym mu wyleci przez uszy, tak, jak to się działo w mugolskich kreskówkach.
-Tak przy okazji to dziękuję za pomoc, panie profesorze. - powiedziałam do Snape'a. Ledwo mi to przeszło przez gardło, ale wiedziałam, że muszę to zrobić. - Do widzenia. - pożegnałam się i udałam na lekcje, które minęły mi bardzo szybko.
Wieczorem, gdy już odrobiłam lekcje, poprosiłam Ginny i Ron'a o rozmowę. Opowiedziałam im o wszystkim, co działo się poprzedniego dnia, gdy uciekłam z obiadu, i dzisiaj w gabinecie dyrektora. Postanowiłam jednak nie opisywać planu zemsty. Niech wszyscy będą mieli niespodziankę.
-A teraz mam kilka pytań, Ginny. - zakończyłam swoją opowieść. Dziewczyna spojrzała na mnie wyczekująco. - Jeżeli rzucę zaklęcie w Hogwarcie, będzie się dało wykryć to zaklęcie i to, kto je rzucił?
-W Hogwarcie jest coś w stylu... wewnętrznego Namiaru. Kiedy wchodzisz, twoja różdżka jest zarejestrowana i dyrektor może zobaczyć, kto, kiedy, gdzie i jaki czar rzucił. Jednak z tego co wiem Dumbledore rzadko korzysta z tej możliwości.
-A jeżeli zrobi się to bez różdżki?
-Wtedy nie.
-Super. - odpowiedziałam. - Idę ćwiczyć. - oznajmiłam i poszłam do dormitorium. Usiadłam na podłodze, spojrzałam na zegar i zaczęłam medytować. Gdy udało mi się zebrać moc, ponownie spojrzałam na zegar. Dwadzieścia cztery minuty. Jak na drugi raz to chyba nie najgorzej.
Kolejne trzy tygodnie minęły błyskawicznie. Swój czas dzieliłam pomiędzy lekcje, prace domowe i medytację. Udało mi się już nauczyć przywoływania magii w krótkim czasie i to nie skupiając się na tym zbytnio. Postanowiłam więc pójść do Flitwicka, aby rozpocząć kolejny etap nauki.
Po śniadaniu, jak zwykle, przyleciały sowy. Dziadek nie odpisał mi jeszcze, więc z nadzieją zaczęłam wyglądać Hedwigi. Wreszcie ją zobaczyłam. Duża, czarna sowa wylądowała przede mną. Zabrałam od niej list, pogłaskałam ją i nakazałam powrót do sowiarni. Zwierzę posłuchało się mnie, chociaż na jego twarzy widać było niechęć. Gdy rozpakowałam kopertę, zobaczyłam dwie kartki. Jedną od dziadka, a drugą od rodziców. Postanowiłam zacząć od tej drugiej.
Kochana Lily,
Kilka dni po twoim wyjeździe zaatakowali nas Śmierciożercy. Teraz musimy się ukrywać, więc nie będziemy mogli do siebie pisać. Jeżeli będziesz miała do nas jakieś wiadomości to pisz do dziadka, a on nam je przekaże.
Na święta także nie będziesz mogła przyjechać. Przykro nam.
Kochamy Cię,
Katie i Nill
Spaliłam list i chwilę zastanowiłam się nad jego treścią. Banda idiotycznych Śmierciożerców. Właściwie dlaczego ja tak na nich mówię? To zwykli tchórze, napadający na ludzi nie mogących się przed nimi bronić. Nie zasługują na tak straszną nazwę... Banda Śmieciożerców!Od razu lepiej. Pomyślałam i sięgnęłam po drugi list, który okazał się być trochę dłuższy.
Lily,
Nie przejmuj się Snape'em. On jest emocjonalnie i psychicznie na poziomie dziecka. Spotkała go pewna „przykra" rzecz i już myśli, że może zachowywać się tak jak chce. Po za tym, przynajmniej inni tak twierdzą, on nie wie co o tobie myśleć, bo z jednej strony Snape'owie i Potter'owie nienawidzą się od wieków (nie pytaj o co poszło, bo nie wiem), a z drugiej ty mu kiedyś bardzo pomogłaś. Jak będziesz chciała o tym wiedzieć więcej musisz iść do Dumbledore'a. Możesz mu zaufać.
W święta zabiorę cię na jeden dzień, bo chciałbym żebyś poznała swego ojca chrzestnego. Zresztą odezwę się, bo do Bożego Narodzenia jeszcze dużo czasu.
Trzymaj się,
Dziadek
-Pójdziesz do Dumbledore'a? - zapytał mnie Ron, kiedy, po lekcjach, pokazałam list jemu i Ginny.
-Chyba wolę pozostać w błogiej nieświadomości. - odpowiedziałam. Naprawdę nie chciałam wiedzieć jak pomogłam Snape'owi, czemu nienawidzi Potter'ów, ani jakie straszne wydarzenie przeżył. Chciałam żyć jak zwykła nastoletnia czarownica. - Muszę iść, bo się spóźnię do Flitwicka. - powiedziałam przyjaciołom i udałam się do sali zaklęć.
-Profesorze, już umiem zbierać moc na zawołanie. Co dalej? - zapytałam, nawet się nie witając. Byłam podekscytowana tym, że już niedługo będę mogła władać magią, bez niczyjego nadzoru. A to, że wtedy będę mogła się zemścić na Ślizgonach, tylko bardziej mnie motywowało.
-Najgorsze masz już za sobą. Teraz skup swoją moc i pomyśl co chcesz osiągnąć. Nie musisz nic mówić, ani ruszać ręką, bo obie te rzeczy to tylko wskazówki dla różdżki. Ty jej nie używasz.
-Dobrze. - odpowiedziałam. Zebrałam całą swoją moc i pomyślałam, że chcę przesunąć krzesło. Ku mojemu zdziwieniu krzesło przesunęło się o dobre pół metra.
-Świetnie. - pochwalił mnie nauczyciel. - Teraz musisz tylko ćwiczyć. - jeszcze dwie godziny spędziłam w klasie od zaklęć i ćwiczyłam. Umiałam już poruszać przedmiotami, pisać na tablicy, unosić różne rzeczy, przywoływać desz i wiele innych, dość prostych zaklęć.
-Niech mi pan obieca, że nikomu pan nie powie o tym, że umiem posługiwać się magią bezróżdżkową. - powiedziałam, gdy miałam już wyjść z klasy.
-Dobrze. - powiedział nauczyciel ze zrozumieniem. Pożegnałam się z nim i wróciłam do dormitorium, aby odrobić zadania domowe.
Po dwóch tygodniach ćwiczeń umiałam już robić za pomocą magii bezróżdżkowej wszystko, co mi tylko przyszło do głowy. O swoich postępach informowałam jedynie bliźniaki, którzy namówili mnie na mały „pokaz". W niedzielę, po śniadaniu, udaliśmy się do Pokoju Życzeń, który, na szczęście, nauczyłam się przywoływać. Gdy weszliśmy do środka, Ginny i Ron usiedli na kanapie, a ja oddałam im różdżkę i zaczęłam bawić się przedmiotami. Przenosiłam je z miejsca na miejsce, zmieniałam ich kolor albo przyklejałam je do ściany. W pewnym momencie przyszła mi do głowy pewna myśl. A gdyby tak polecieć? Latanie fascynowało mnie od dawna. Jako małe dziecko kochałam puszczać latawce i oglądać lecące ptaki, którym wtedy tak bardzo zazdrościłam. Skupiłam w sobie całą swoją energię i pomyślałam, że chcę latać. Po chwili, gdy traciłam już wiarę w cały ten pomysł, poczułam, że moje stopy odrywają się od podłogi, a moje ciało wypełnia nieznana mi dotąd lekkość. Poleciałam pod sufit i zrobiłam kilka okrążeń wzdłuż ścian pokoju. Czułam się szczęśliwa i przede wszystkim wolna.
-Wooow! - krzyknął Ron.
-To nie możliwe! Nie da się latać! - krzyknęła Ginny.
-Jeśli się nie da, to czemu to robię? - zapytałam z uśmiechem, lądując.
-Musisz o tym porozmawiać z kimś. A najlepiej z Dumbledore'em. Złamałaś właśnie podstawowe prawo czarodziejskiego świata!
-Dumbledore nie wie o tym, że posługuję się magią bezróżdżkową. - powiedziałam do dziewczyny.
-Tym bardziej powinnaś mu powiedzieć. Twój dziadek napisał, że możesz mu zaufać. On nie chce dla ciebie źle. - przekonywała mnie do swoich racji Ginny.
-No nie wiem… - odpowiedziałam niepewnie. Z jednej strony wiedziałam, że ona ma rację, a z drugiej chciałam zachować to wszystko w sekrecie.
-Musisz o tym z kimś powiedzieć, a Dumbledore jest najpotężniejszym z żyjących czarodziei. Tylko on może to wytłumaczyć.
-No dobra, ale idziesz ze mną. - zgodziłam się w końcu z dziewczyną. Ta pokiwała ochoczo głową.
-To ja pójdę do Pokoju Wspólnego. - powiedział, siedzący dotychczas cicho, Ron. Nie było na co czekać. Wraz z przyjaciółką skierowałam się w stronę gabinetu, a chłopak udał się w stronę siedziby Gryffindoru.
Po kilku minutach stałyśmy już przez wejściem do owalnego gabinetu.
-Musicie podać hasło, jeżeli chcecie wejść. - powiedział kamienny strażnik drzwi, kiedy poprosiłyśmy go o wpuszczenie nas do dyrektora.
-Słuchaj, jeżeli nie chcesz, aby ta twoja kamienna główka wylądowała za oknem i rozbiła się na miliony kawałeczków to radzę ci nas wpuścić. - zagroziłam słodkim głosem. Posąg, co dziwne, po chwili ustąpił. Podziękowałam mu i weszłam do gabinetu.
-Dzień dobry. - przywitałam się.
-Dzień dobry. O co chodzi? - zapytał dyrektor tak, jakby spodziewał się naszej wizyty. Ginny na początku przyglądała się oniemiała wystrojem gabinetu, ale szybko przywołała się do porządku.
-Ona złamała podstawowe prawo magicznego świata! - powiedziała rozentuzjazmowana. Spojrzałam na nią z lekkim niesmakiem.
-To znaczy? - zapytał dyrektor, robiąc zszokowaną minę.
-To znaczy, że umie latać. - wytłumaczyła.
-Przyznam, że spodziewałem się ciebie Lily, ale w innej sprawie. - domyśliłam się, że chodzi o Snape'a.
-Ta inna sprawa mnie nie interesuje. - wzruszyłam ramionami. Trochę skłamałam. Z każdą lekcją eliksirów ciekawość ,co ukrywał człowiek, który-nie-używa-szamponu, narastała. Przyrzekłam jednak sobie, że nie dowiem się tego i póki co trwałam w tym postanowieniu.
-Czyli nauczyłaś się latać? - zapytał dyrektor. - Możesz zademonstrować?
-Oczywiście. - odpowiedziałam. Zebrałam w sobie magię i uniosłam się niemalże pod sam sufit, czyli na wysokość około dziesięciu metrów. Zrobiłam kilka okrążeń wokół gabinetu i wylądowałam.
-Naprawdę niebywałe. - skomentował dyrektor. - Zupełnie tego nie rozumiem, Muszę poradzić się kilku nauczycieli. - powiedział i machnął różdżką. Po kilku minutach przyszedł McCain, McGonagall, Snape oraz Flitwick. - Powtórz swój wyczyn. - powiedział do mnie dyrektor. Zebrałam w sobie magię i zademonstrowałam moją nowo nabytą umiejętność.
-Przecież to niemożliwe! - powiedziała McGonagall, kiedy już wylądowałam.
-Mówiąc na lekcji, że magia nie ma ograniczeń, nie powiedziałem, że można łamać podstawowe zasady. - zauważył Flitwick.
-Ale nie powiedział pan o podstawowych zasadach. - zauważyłam.
-Mieliście o tym przeczytać w wakacje.
-Tylko ja nie zdążyłam, bo dowiedziałam się o Hogwarcie dwa dni przed rozpoczęciem roku. Nie miałam czasu.
-A wracając do tematu. Ona właśnie obaliła jedną z elementarnych zasad rządzących naszym światem?
-Tak. - potwierdził dyrektor.
–Muszę przyznać, że to niesamowite. - powiedział Snape, wciąż zachowując swoją maskę pokerzysty. Nie dało się z jego twarzy wyczytać żadnych emocji. – Jednak myślę, że ta umiejętność wynikła z niewiedzy. Nikt jej nie powiedział, że tego się nie da. Powinniśmy zresztą ją ukarać za nieodrobienie prac domowych.
-Severusie! - upomniała Mistrza Eliksirów McGonagall.
-I to właśnie jest w niej wspaniałe. Nie ma myślenia zepsutego schematami, które nam są wbijane do głów od początku naszej egzystencji. Jej wiara w to, że można, pokonała naszą wiarę w to, że nie można. Myślę, że każdy z nas ma moc dużo potężniejszą od tej, której używa. Myślę, że wielu umiałoby polecieć, gdyby od początku mówiono im, że to możliwe. - powiedział dyrektor. - Lily, oczywiście możesz używać sowich umiejętności w Hogwarcie, bo nie jesteśmy szkołą, która ogranicza, ale rób to z rozmysłem.
-Mam jeszcze jedno pytanie. - powiedziałam. - Czy w quidditch'u jest coś o lataniu bez miotły? - zapytałam z uśmiechem. Sportem tym zainteresowałam się po lekcji latania na miotle z panią Hooch, która opowiedziała nam o tej grze.
-Nic mi o tym nie wiadomo, ale póki co powiedzmy, że jest to zakazane. - powiedział dyrektor, który nawet nie próbował ukryć uśmiechu. - Możecie iść. - dyrektor zwrócił się do mnie i milczącej do tej pory Ginny. Pożegnałyśmy się i wyszłyśmy. Gdy dotarłyśmy do Pokoju Wspólnego Gryfonów, Ron od razu zaczął zasypywać nas pytaniami. Odpowiedziałyśmy mu na wszystkie. Kiedy skończyliśmy rozmawiać, wstałam i poszłam na górę. Wzięłam pelerynę-niewidkę, unrałam ją i skierowałam się do lochów, w stronę Pokoju Wspólnego Slytherinu. Tuż przy wejściu do niego, wzniosłam się w powietrze i czekałam aż jakiś Ślizgon będzie wchodził lub wychodził. Minęło tak przynajmniej dziesięć minut. W końcu jakiś piątoklasista wyszedł przez drzwi. Wleciałam nad nim do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, w którym dominowały zieleń i srebro. Nie przyjrzałam się jednak lepiej wnętrzu, bo przybywanie w nim wprawiało mnie w jakiś dziwny nastrój, przez który chciałam jak najszybciej wrócić do gryfońskiego dormitorium. Wyjęłam ostrożnie pergamin, na którym wynotowałam sobie zaklęcia, które miałam rzucić. Zrobiłam to za pomocą magii bezróżdżkowej. Po kilku minutach wszystko było gotowe. Podleciałam do drzwi i znów czekałam, aż ktoś będzie otwierał drzwi. Tym razem nie trwało to długo. Gdy znalazłam się już poza murami siedziby Slytherinu, poczułam niewyobrażalną ulgę. Szybko wylądowałam i pobiegłam do dormitorium, gdzie czekali mnie Ron i Ginny.
-Jutro będzie zabawa. - powiedziałam i udałam się spać.
