Nie czekał na koniec swojej zmiany. Dopóki był w ruchu, wiedział, że miał pracę, a z chwilą końca imprezy to miało się skończyć. Kono mrugała do niego porozumiewawczo za każdym razem, kiedy przychodziła po drinki. Słyszał jak żartowano z niego i nie raz podchwycił wzrok McGarretta, który zrezygnował z alkoholu, trzeźwiejąc z każdą chwilą coraz bardziej. Zapewne planował z nim zamienić parę słów na osobności i nie wyobrażał sobie jak miałoby to nawet przebiegać.

Wszyscy wydawali się przednio rozbawieni, ale jemu jakoś nie było do śmiechu.

Goście zaczęli rozchodzić się o wiele zbyt wcześnie. Miał wrażenie, że minęło zaledwie kilka minut, a tak naprawdę słonce zaczynało wschodzić. Utrzymywali bar w miarę czysty, żeby nie marnować kolejnych chwil przy zamykaniu. Ekipa sprzątająca miała wpaść w dzień, uprzątnąć wszystko od toalet po podłogę sali głównej, która teraz była mokra od rozlanego alkoholu i resztek jedzenia, które pospadały przez przypadek ze stołów.

McGarrett zamknął drzwi za ostatnim alfą, którego pożegnał uściskiem dłoni, a potem wrócił, zabrać swoją marynarkę pozostawioną na oparciu skórzanego fotela.

- I jak szefie? – spytała Kono.

Uśmiech McGarretta wyglądał na chłopięcy, ale Danny nie dał się zwieść. Znał alfy i może ten jeden go zaskoczył, ale nie mógł się wiele różnić od innych. Może nie dał się do końca wmanipulować Danny'emu, ale to tylko czyniło go bardziej niebezpiecznym. Nie, żeby mieli się jeszcze kiedykolwiek spotkać.

- Doskonale, Kono. Zmiatajcie do domu. Ktoś wpadnie posprzątać wszystko – rzucił alfa.

Danny westchnął z cholerną ulgą i odwrócił się na pięcie. Max już wycierał swoje dłonie, pytając Charliego o podwózkę. Gdyby wyszedł już teraz, zostałoby mu ze dwie godziny snu zanim Grace obudziłaby się przed szkołą. Zostały dwa dni przed weekendem i nie liczył ich. Naprawdę. W New Jersey takie kluby jak ten byłyby zamknięte w początkach tygodnia, ale na Hawajach zabawa trwała każdej nocy i pewnie powinien był się tego spodziewać.

- Nie, ty nie – powiedział McGarrett i Danny zamarł.

Jego imię nie padło, ale nie miał wątpliwości, że alfa mówi o nim. A może do niego. Trudno to było rozgryźć o tej porze. Kono poklepała go jedynie pocieszająco po ramieniu, kiedy mijała go wychodząc.

Odwrócił się, zaplatając dłonie na piersi, bo jeśli mieli właśnie stoczyć kolejną walkę o dominację, zamierzał to przeprowadzić na własnych zasadach. McGarrett obserwował go uważnie, o wiele zbyt inteligentnymi oczami. I milczał, czego Danny się nie spodziewał. Alfy nie mówiły zbyt wiele, ale jeśli już – były zakochane w dźwięku swojego głosu. Nie wiedział do której grupy dupków należał McGarrett, ale zapewne miał się dowiedzieć. Jego nadgarstek nie bolał po blokadzie, która została założona, ale nadal czuł dotyk palców alfy. Facet był o wiele zbyt sprawny nawet jak na swój status.

- Więc gdzie się tego nauczyłeś – zaczął McGarrett.

- Byłem barmanem na studiach – odparł, unosząc brew. – Słuchaj, przejdźmy do rzeczy, bo chcę wrócić do domu. Najlepiej od razu wyjdę, bo nie interesuje mnie co masz mi do powiedzenia – dodał, ponieważ przez ostatnie godziny czuł się upokorzony i każda komórka w jego ciele buntowała się przed tym.

Miał po prostu dość i na pewno nie zamierzał po całym fatalnym tygodniu znosić jeszcze Steve'a McGarretta, kimkolwiek facet by nie był.

Alfa uśmiechnął się do niego, jakby nie słyszał od dawna nic bardziej zabawnego.

- Pytam gdzie nauczyłeś się walczyć – odparł McGarrett. – Poza tym, skoro pracujesz dla mnie…

- Nie pracuję dla ciebie – wszedł mu w słowo Danny.

- Kono powiedziała, że jesteś nowym pracownikiem – rzucił alfa, marszcząc brwi. – Mówiła, że zatrudniła cię dwa dni temu.

I dupek na domiar tego przeprowadził wywiad. Jego słowa sugerowały jednak, że wciąż miał pracę i trochę mu ulżyło.

- Nie mogła podpisać mojej umowy – powiedział ostrożnie, chcąc wybadać teren.

McGarrett skinął jedynie głową, jakby wiedział w czym rzecz.

- Więc gdzie się nauczyłeś walczyć? – ponowił pytanie alfa i najwyraźniej nie zamierzał odpuścić.

W zasadzie wszystko i tak było w jego życiorysie. Nie wątpił, że do niego ruszy McGarrett, kiedy tylko odeśpi dzisiejszą noc.

- Byłem policjantem – przyznał.

Alfa nie wyglądał na zaskoczonego.

- Byłeś? – spytał jedynie mężczyzna.

Czuł, że zaciska szczękę, co nie wyglądało atrakcyjnie, ale była trzecia w nocy, a on naprawdę potrzebował snu. McGarrett stał od niego w pewnym oddaleniu, nie grożąc mu swoją obecnością, ale jednocześnie przypominając mu o niej nieustannie. Jakby Danny miał szybko zapomnieć o ciepłym oddechu na szyi.

Nie zamierzał odpowiadać na pytanie i alfa musiał sobie zdać z tego sprawę, bo przekrzywił głowę, jakby starał się go odgadnąć. I Danny'emu naprawdę nie podobał się ten wzrok.

- Nie powinno było ci się udać mnie zablokować - powiedział w końcu, kiedy cisza się przedłużała.

Pojęcia nie miał co tutaj robił, skoro McGarrett go nie wyrzucał. Ta rozmowa nie miała sensu. Niewiele jednak rzeczy w jego życiu miało, więc może się przyzwyczajał.

- Jestem ex-SEAL – odparł mężczyzna i uśmiechnął się, jakby satysfakcję sprawiało mu jego zaskoczenie. – Nie miałeś szans w momencie, kiedy zacząłeś wskazywać na mnie palcem. Co było sprytne. Sprowokowałeś mnie do ataku i pewnie w kartotekach policyjnych figurowałbym jako napastnik, zaraz potem jak zostałbym wyrzucony z klubu. Jednak twój plan się nie do końca powiódł. Kono nie mówiła ci, że jestem właścicielem? – spytał wyraźnie rozbawiony.

Kono nie mówiła mu również, że właściciel jest dupkiem. Musieli być w jednym wieku i nie mógł nie zastanawiać się ile omeg miały na sumieniu te oczy i ten chłopięcy uśmiech.

- Czy to ma jakieś znaczenie, jeśli macasz kogokolwiek? – spytał wprost i pewnie powinien był się powstrzymać.

Cholerna umowa nie była podpisana, a on potrzebował tej pracy. McGarrett jednak chciał dla własnej rozrywki poupokarzać go teraz, a tego nie znosił.

- Nie, nie ma – powiedział alfa. – Ale nie jesteś tutaj do ochrony. Chin i Kamekona radzą sobie doskonale. Kono nigdy nie była w niebezpieczeństwie. Jesteś tutaj, żeby robić drinki – dodał McGarrett tonem, który był jasny i klarowny.

I coś w Dannym skurczyło się. McGarrett nie użył specjalnego tonu, ale w jego głosie było dostatecznie wiele ostrzegawczych nut. I co gorsza miał rację. Czas, kiedy Danny był policjantem, skończył się. I miał nigdy nie wrócić. Teraz był wyłącznie barmanem i może McGarrett uświadomił mu to w niezbyt przyjemny sposób, ale jednak taka była prawda. I powinien się z tym pogodzić, a nie żyć marzeniami, które nigdy nie spełnią się w tym piekle. Może taki Rachel miała plan. Zawsze łatwo dawał sobą manipulować. I nie bywał optymistą. Szczycił się jednak silnym charakterem i to jedno dodatkowe upokorzenie po tym, co przeszedł podczas rozwodu nie powinno go w ogóle dotknąć tak mocno.

Może jednak problem tkwił w tym, że McGarrett jak każdy alfa był wszystkim tym, czym Danny być nie mógł. I miał wszystkie sznurki w garści. Dominacja w tym świecie miała nadal ogromne znaczenie i chociaż szkolono go, aby nie pochylał karku przed wszystkimi, kiedy tylko na niego tupną, poddawanie się cudzej woli przychodziło mu właśnie przez to tym trudniej. Miał świadomość, że nie musiał tego robić. A z drugiej strony to była jedyna praca, na jaką było go stać.

- Oczywiście, panie McGarrett – powiedział zatem.

Alfa uniósł brew do góry, jakby bardziej spodziewał się jakiejś opryskliwej odpowiedzi. Danny miał jakąś garść, ale wiedział kiedy się wycofać. Był zbyt zmęczony, żeby dzisiaj kolejny raz walczyć. Szczególnie, kiedy sprawa była z góry przegrana. Chciał wrócić do Grace, zapłacić pieprzonej opiekunce za nic i w końcu położyć się spać. Te dwa ostatnie dni były najdłuższymi w jego życiu. Może brak snu sprawiał, że zbijały się w jedną niekończącą się torturę. A zapewne miał jeszcze spotkać się z Rachel i byłoby doskonale, gdyby miał umowę o pracę, zanim jego ex-alfa wezwie swoich adwokatów.

McGarrett spoglądał na niego w milczeniu i najwyraźniej ich rozmowa nie została zakończona, skoro nie został odesłany. Prawie czekał na słowa, że alfa jednak rozmyślił się i Danny nie nadawał się do pracy tutaj, gdzie wszyscy byli od niego sporo młodsi. I przede wszystkim z natury mili. Może coś z jego instynktem było nie tak. Nie potrafił jednak pozwalać dupkom sobą pomiatać. Nie chciał myśleć o tym, że trzeba będzie niedługo spuścić z tonu, jeśli będzie chciał nadal tutaj pracować. McGarrett nie miał okazji mu się przyjrzeć tego wieczoru zbyt dokładnie, ale przyszły menadżer mógł szepnąć słówko albo dwa, czego Danny nagle zaczął się obawiać. Nie miał planu zapasowego ten jeden raz.

McGarrett otworzył usta, chyba chcąc coś w końcu dodać, ale w nieprzyjemnie cichym lokalu odezwała się cicha melodyjka. Niewiele osób miało jego numer telefonu i na pewno nikt nie miał powodu, aby do niego dzwonić o tej porze.

Prócz Grace.

Wyciągnął komórkę z kieszeni pospiesznie, ignorując alfę i odebrał niezwłocznie.

- Coś się stało skarbie? – spytał zaniepokojony i w głowie miał jakąś setkę scenariuszy włącznie z tym, że Grace obudziła się nad ranem, a tej małolaty, która obiecała jej pilnować, nie było.

Ta okolica nie była też najlepsza. Policja mogła ich nawet ewakuować, jeśli na parterze ktoś faktycznie gotował amfę. Miał jedynie nadzieję, że to jego paranoja.

- Obudziłam się, a ciebie nie było – załkała jego mała dziewczynka i praktycznie poczuł jak jego ciało obmywa ulga. – Powiedziałeś, że kiedy się obudzę, będziesz. I cię nie ma, Dannno?

To ostatnie brzmiało bardziej jak pytanie, więc westchnął.

- Danno już wraca – poinformował ją. – I bardzo cię kocha, więc jeśli poszłabyś teraz spać, mógłbym cię pocałować na dzień dobry, małpko. Keini jest tam z tobą? – spytał.

- Tak – odparła Grace. – Ale nie chcę spać. Chcę, żebyś tutaj był.

- Wiem, małpko. Danno już wraca, naprawdę. Zobaczymy się już niedługo. Połóż się do łóżeczka i zamknij oczy – poprosił ją.

Grace milczała przez chwilę i wiedział, że pewnie kombinowała jak przekonać go, że chce na niego poczekać. Ale to był dzień szkolny i oboje znali zasady.

- Kocham cię, Danno – powiedziała w końcu.

- Danno kocha ciebie – odparł i rozłączył się.

Wziął głębszy wdech, przecierając zmęczoną twarz i zamarł, kiedy jego wzrok padł na stojącego nadal przed nim McGarretta. O alfie było tak łatwo zapomnieć. Podczas rozmowy z Kono nie wspomniał o dziecku i nie mógł nie zastanawiać się co teraz chodzi po głowie McGarrettowi.

- Kim jest Danno? – spytał alfa i jego głos nie zdradzał zbyt wielu emocji.

Danny zbił usta w wąską kreskę i zaplótł dłonie na piersi w niemym proteście. Mógł nie obrażać dupka, ale na pewno nie zamierzał odpowiadać na setki pytań. I jeśli McGarrettowi po głowie chodziło, że może Danny dał się zapłodnić jak ostatnia ofiara, a teraz został sam, porzucony i niechciany – na pewno nakopałby mu. Nie był tępą nastolatką. Chociaż w efekcie okazało się, że i tak wykazał się idiotyzmem, skoro sądził, że małżeństwo z kimś takim jak Rachel mogłoby przetrwać. Od zawsze była dużo powyżej jego ligi i początkowo nie wierzył swojemu szczęściu, że ktoś taki na niego spojrzał. Nie był typowym omegą i to zainteresowało ją, kiedy się spotkali. Pewnie to też stanowiło jego największe nieszczęście.

- Danny, Danno – stwierdził McGarrett, kiwając głową. – Córka zatem, ale nie masz alfy – mówił dalej mężczyzna, wychodząc zapewne z założenia, że skoro Danny milczał, on miał prawo do komentarza.

I nagle zdał sobie sprawę, że faktycznie znajdował się w pustym lokalu po godzinach, zamknięty z McGarrettem, który pokazał mu już, że Danny nie miał z nim szans w fizycznym starciu. Mimowolnie cofnął się i alfa przewrócił oczami.

- Nic ci nie zrobię – rzucił mężczyzna. – Jeśli wejdziesz do mojego biura, dam ci umowę. Byłoby znakomicie, gdybyś ją przyniósł jutro podpisaną, bo księgowość potrzebuje z tygodnia, żeby wciągnąć cię na listę płac – wyjaśnił mu.

Danny mimowolnie rozluźnił się, bo chyba faktycznie to robili. Naprawdę podpisywał tę umowę i nie sądził, że ten piekielny wieczór skończy się w ten sposób.

McGarrett obserwował go nadal, chłonąc jego reakcję, ale był zbyt zmęczony, żeby maskować ulgę.

- Im szybciej odbierzesz umowę, tym szybciej wrócisz do córki – przypomniał mu alfa, kiedy Danny nie drgnął.

- Nie wiem gdzie jest twoje biuro – przyznał.

Kąciki ust McGarretta drgnęły, kiedy odwracał się w stronę schodków. Wspięli się na nie niespiesznie i Danny nie wiedział do końca czego oczekiwać na piętrze. Pewnie jego psycholog powiedziałby, że miał problemy z zaufaniem, ale naprawdę nie urodził się wczoraj. I wiedział jak kończyło się dawanie wiary alfom. McGarrett równie dobrze mógł zażądać czegoś w zamian za pracę. Musiał wiedzieć, że Danny był zdesperowany.

Alfa jednak podszedł prosto do biurka i przejrzał stos dokumentów, który leżał na samym środku. Danny starał się za bardzo nie rozglądać. Z Kono rozmawiali na parterze, a to pomieszczenie nie przypominało biura, a bardziej prywatny gabinet. Jeśli McGarrett faktycznie go urządzał, nie bardzo wiedział co wszechobecne szarości mówiły o mężczyźnie. Alfa jednak był właścicielem pewnie kilkunastu budynków na wyspie i zapewne częściej bywał w swoich hotelach niż nocnym klubie.

McGarrett wyciągnął w końcu odpowiedni dokument i zaczął przeglądać go w ciszy. Danny nie był pewien kiedy ostatnio jego serce biło tak mocno. Najchętniej wyrwałby umowę z rąk mężczyzny podpisując ją od razu, ale to nie byłoby ani uprzejme, ani tym bardziej rozsądne. Jeśli McGarrett go testował, Danny zamierzał się ten jeden raz wykazać cierpliwością.

- Nie ma ani słowa o twojej córce – powiedział w końcu alfa, zerkając na niego znad papierów.

Danny westchnął.

- Ja mam tutaj pracować, a nie moje dziecko – rzucił.

- A co będzie jeśli mała się rozchoruje? – spytał McGarrett.

- Poradzę sobie – odparł.

- Masz rodzinę na wyspie? – zainteresował się alfa.

Danny zbił usta w wąską kreskę. Nie nazwałby Rachel rodziną. Grace miała jednak opiekę. Dla niej Stan i jego ex-alfa zrobiliby wszystko.

- Przeprowadziłeś się tutaj bez rodziny? – spytał McGarrett i jego głos podniósł się lekko.

Danny nienawidził być oceniany.

- Z Grace jest opiekunka – powiedział w końcu.

McGarrett zmarszczył brwi.

- Czyli zamierzasz outrzymać się tutaj z dzieckiem, płacąc jednocześnie opiekunce? – prychnął alfa.

Danny poczuł jak całe jego ciało sztywnieje. Keiki nie chciała wiele, nie zamierzał jednak wspominać McGarrettowi o alimentach, które jednak dostawał każdego miesiąca. Rachel zapewne miała też zabierać małą w każdy weekend, opłacając co droższe atrakcje. Utrzymanie się, kiedy mieliby dwie pensje oczywiście byłoby łatwiejsze, ale jeśli McGarrett sugerował, że potrzebował alfy do życia kategorycznie się mylił. Przetrwał rozwód. Hawaje nie powinny być wcale gorsze.

- Przyprowadziłeś mnie tutaj, żeby mnie przesłuchać czy obrażać? – zainteresował się, mrużąc oczy. – Nie potrzebuję kogoś, żeby mówił mi co mam robić z moim życiem. Albo czego nie robię dla mojego dziecka. Nie masz pojęcia…

- Hej! Hej! – wszedł mu w słowo McGarrett. – Faktycznie źle to zabrzmiało. Muszę jednak przebudować twoją umowę. Ubezpieczenie musi obejmować małą – dodał.

Danny zamrugał, kiedy alfa zaczął notować coś na marginesie jego umowy o pracę. Podał mu dokument w chwilę później, nadal zachowując pomiędzy nimi dystans. I Danny był dostatecznie długo policjantem, żeby wiedzieć, że podobną odległość detektywi trzymali, kiedy podejrzewali, że ktoś znęcał się nad spotkaną przez nich omegą. Może gniew, który nosił w sobie, faktycznie zmylił McGarretta. Miotał się jednak, bo był uwięziony w tym piekle ze swoją małą dziewczynką i nie miał stałego zatrudnienia, które pozwalałoby mu spokojnie zasypiać w nocy.

Koślawe pismo alfy trudne było do rozszyfrowania, ale notatka dotyczyła jedynie zakresu ubezpieczenia. Kiedy spojrzał na McGarretta, mężczyzna wyciągał w jego stronę długopis.

- Wpisz jej imię i nazwisko – poprosił alfa. – Księgowość i kadry muszą mieć pełne dane.

- Okej – powiedział tylko.