Nad pogrążoną we śnie uliczką wzeszedł księżyc, oświetlając wątłym blaskiem odrapane, ponure domy. Spinner`s End nawet za dnia nie wyglądała imponująco, ale teraz, z nieregularnymi cieniami zalegającymi pomiędzy ceglanymi murami, sprawiała niemal złowieszcze wrażenie. O tej porze śmiało mogła uchodzić za wymarłą. Ciemne okna odbijały bladą twarz księżyca. Pomiędzy śmietnikami uwijały się bezpańskie, na wpół zdziczałe koty.

Ciszę lipcowej nocy przerwało gwałtowne łomotanie do drzwi. Snape, wyrwany z głębokiego snu, zaklął szpetnie pod nosem. Chwilę leżał nieruchomo, mając jeszcze nadzieję, że ktoś po prostu pomylił adres, ale nocny gość nie dawał za wygraną. Wciąż dobijał się z godną pochwały determinacją. Zirytowany Severus zwlókł się z łóżka i wyjrzał ostrożnie na ciemną ulicę, lecz intruz pozostawał poza zasięgiem wzroku. Zaklęcie kameleona lub peleryna niewidka. Myśl ta zdążyła jedynie zakiełkować w jego umyśle, gdy tuż przy drzwiach wejściowych dostrzegł niewielki ruch. Ktokolwiek to był, wtulił się w niszę skrywającą drzwi wejściowe. Kto, na Merlina? W środku nocy, w dodatku pośrodku mugolskiej ulicy? Niewiele osób znało jego wakacyjny adres.

Przyświecając sobie różdżką, sięgnął po spodnie i koszulę. Gdy podwijając rękawy, schodził boso po schodach, walenie w drzwi przybrało na sile. Zbliżył się ostrożnie do drzwi i wyjrzał przez brudną szybkę. Ciemna postać zwróciła w jego stronę głowę.

- Snape, na Merlina… - powiedziała błagalnie.

Nie był w stanie rozpoznać przybysza, ale dobiegającego z zewnątrz głosu nie mógł pomylić z żadnym innym. Tego głosu, nawiasem mówiąc, nie spodziewał się ponownie usłyszeć, a przynajmniej nie w takich okolicznościach. O pomyłce nie było jednak mowy. Na progu jego mieszkania stała Alexandra Owens.

Zszokowany wpatrywał się w zniekształcony przez szybę, niewyraźny zarys jej ciemnej sylwetki, a tysiące myśli przebiegały przez jego głowę. Skąd się tu wzięła? Jak go odnalazła? Po co przyszła? Gdy pół roku temu kobieta zniknęła nagle z Hogwartu, a zakrojone na szeroką skalę poszukiwania spełzły na niczym, wielu zaczęło zastanawiać się, czy w ogóle jaszcze kiedyś zobaczy Alex. Wraz z upływem czasu nastroje te nasilały się. Podczas zebrania organizacyjnego przed końcem roku dało się to odczuć szczególnie mocno. Wprawdzie Dumbledore cały czas podkreślał, że brak wiadomości tak naprawdę jest dobrą wiadomością i wciąż istniała nadzieja na odnalezienie kobiety całej i zdrowej, lecz Snape odnosił się do słów dyrektora sceptycznie. Zbyt dobrze znał świat, zbyt dużo widział, by podzielać jego optymizm. Zresztą, każdy w miarę logicznie myślący człowiek musiałby dojść do wniosku, że jeśli Owens wciąż żyje, to albo została zmuszona do ukrywania się, albo zwyczajnie nie chce zostać odnaleziona i śmiał przypuszczać, że w obu przypadkach aurorzy nic więcej nie wskórają. On myślał bardzo logicznie. W dodatku wiedział, że Kobieta jest nieobliczalna i wszystkiego można się po niej spodziewać. W oczach swoich koleżanek i kolegów również dostrzegał zwątpienie, choć wszyscy zgodnie przyznali pryncypałowi rację. Znał ten mechanizm. Dopóki myśl nie zostanie wypowiedziana głośno, można jeszcze udawać, że jej nie ma. Dlatego on również taktownie zachował dla siebie swe przemyślenia.

Ostatni wieczór w Hogwarcie zdominowało wręczanie Pucharu Domów, który w tym roku, zdaniem Severusa całkiem zasłużenie, przypadł Slytherinowi. Mistrz eliksirów był z osiągnięcia podopiecznych bardziej niż zadowolony. Zdawał sobie sprawę, że przez nadmiar obowiązków nie był w stanie poświęcić Ślizgonom tyle czasu, ile by sobie życzył i trochę nawet obawiał się, że brak kontroli może odbić się negatywnie na punktacji. Po gorzkiej pigułce, którą okazała się być utrata Pucharu Quidditcha na rzecz drużyny Gryffindoru, jego obawy jeszcze się wzmogły, ale gdy przyjmował gratulacje od pozostałych opiekunów, cieszył się nie mniej niż uczniowie, choć oczywiście nie okazywał radości aż tak wylewnie. Ani tego wieczora, ani też następnego nie myślał już o Alex. Nie zapomniał. Po prostu związane z nią sytuacje umieścił w tym samym przedziale pamięci, w którym przechowywał już wszystkie inne rzeczy, na które nie miał żadnego wpływu.

A teraz najwyraźniej stała w ciemności po drugiej stronie drzwi, oczekując, że wpuści ją do środka.

- Proszę, Snape. Wiem, że tam jesteś - jęknęła kobieta.

Przestała się już dobijać i teraz tylko wpatrywała się w kolorowe szkło oddzielające ją od gospodarza domu. Wiedział, że nie może go dostrzec, ale miał wrażenie, że jej oczy przewiercają się przez zaczarowaną taflę i palą niczym ogień. Zaciskając zęby, trochę wbrew sobie, uniósł różdżkę, lecz nie zdążył wypowiedzieć inkantacji. Owens rozejrzała się nerwowo na boki. Severus zrobił to samo, na ile oczywiście umożliwiała mu niewielka szybka, ale niczego podejrzanego nie dostrzegł. Alex wyciągnęła przed siebie rękę, oparła się ciężko o drzwi, a potem nagle zniknęła z pola jego widzenia. Machnął nerwowo różdżką, zdejmując zaklęcia ochronne. Gdy uchylił drzwi, osunęła się po nich bezwładnie. Ledwo zdążył ją złapać, zanim upadła na ziemię. Klnąc, na czym świat stoi, wciągnął ją do wewnątrz, odruchowo blokując na powrót drzwi. Doświadczając niemiłego odczucia deja`vu, zaniósł ją w stronę kanapy. Dopiero teraz zapalił lampy. I przeżył kolejny szok. To nie była ta sama kobieta. A właściwie ta sama, tyle że wyglądała zupełnie inaczej. Miała bardzo bladą twarz i cienie pod oczami, ale nie to najbardziej rzucało się w oczy. Jej włosy straciły połysk. Teraz okalały jej twarz smętnymi, brudnymi kosmykami. Nie miała makijażu, przez co wydawała się znacznie młodsza i jakaś taka bezbronna. Kości policzkowe ostro rysowały się pod skórą. Zupełnie jakby może nie głodowała, ale na pewno nie dojadała, choć obszerna, zakurzona szata nie pozwalała mu ocenić, czy tak było w rzeczywistości. Dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że tym, czego najbardziej mu brakowało był zapach. Po elektryzujących, zmysłowych perfumach nie pozostał nawet ślad. Pachniała kurzem, potem i jakimś pospolitym mydłem. Gdzie podziała się pewna siebie, przebojowa, czasami wręcz wulgarna dziewczyna, którą pamiętał z Hogwartu?

Alex była nieprzytomna, ale jej oddech równy i spokojny. Najwyraźniej tylko zemdlała. Zirytowany i coraz bardziej zdenerwowany Snape nie miał zamiaru udawać księcia z bajki; niezbyt delikatnie poklepał ją po policzku. Jęknęła cicho. Rozpiął pelerynę, by mogła swobodniej oddychać. Pod spodem miała nieco przybrudzone mugolskie ubranie. Jeansy i sportowa bluza wyglądały, jakby pożyczyła je od starszej siostry. Coraz bardziej zaintrygowany wyciągnął różdżkę i rzucił na nią zaklęcie skanujące. Nie dojadała. Teraz miał na to niezbity dowód. A także nie dosypiała i ogólnie nosiła znamiona długotrwałego stresu. Jej oddech zmienił się nagle. Uniósł wzrok i napotkał jej spojrzenie. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, w których czaił się strach.

- Snape… - wydukała.

- Owens - odparował - co ty tu robisz do ciężkiej cholery?

Nie odpowiedziała. Zamiast tego zerwała się z kanapy, rozglądając czujnie dookoła. Oględziny wypadły widać pomyślnie, bo usiadła z powrotem, odsunęła z twarzy kosmyki włosów. Severus przyglądał jej się w milczeniu. Jego wzrok sprawił, że skuliła się w sobie.

- Przepraszam - rzekła cicho. - Nie wiedziałam, dokąd mogłabym pójść. Potrzebuję pomocy.

- Jest środek nocy - stwierdził rzeczowo.

Owens przełknęła nerwowo ślinę. Założyła włosy za ucho i wtedy oczom mistrza eliksirów ukazał się imponujący siniak na jej skroni. Wyciągnął rękę w jej stronę. Cofnęła się odruchowo, jakby w obawie, że ją uderzy.

- Co ci się stało?- spytał, siląc się na spokój.

Wzruszyła ramionami. Wciąż rozglądała się po pokoju, nerwowo zacierając dłonie.

- Skąd się tu wzięłaś? - spróbował znowu. - Jak mnie znalazłaś?

- Obserwowałam dom z ukrycia, zanim upewniłam się, że wróciłeś z Hogwartu. Zobaczyłam adres w twoich aktach. Leżały na biurku Dumbledora… On wyszedł na chwilę, ja tylko zerknęłam… Nie przeglądałam ich - dodała szybko.

Severus mimo woli pomyślał, że zapewne po prostu nie zdążyła tego zrobić. Kobieta splotła dłonie i położyła je na kolanach. Wzrok wbiła w podłogę.

- Przyjechałam - wymamrotała, a potem nagle zaśmiała się chrapliwie. Równie raptownie spoważniała. W jej oczach zalśniły łzy. - Autostopem. Wyobrażasz sobie?

- Jak to autostopem… - urwał i przyjrzał się jej uważniej. - Gdzie twoja różdżka?

- Nie mam jej - chlipnęła. - Nie mam różdżki i jeśli mi nie pomożesz… Oni mnie znajdą.

- Co za „oni"? - Snape zaczynał się już irytować. W co ta kobieta się wpakowała? - Owens, zaklinam cię, zacznij mówić z sensem.

- Ukrywam się - wyjaśniła enigmatycznie. - Myślałam, że jeśli zniknę, będę bezpieczna, ale myliłam się. Ledwo udało mi się uciec… Nie miałam dokąd pójść… - Spojrzała mu w oczy. - Pomóż mi…

Snape odsunął się od niej, wciąż bacznie ją obserwując. Miał wrażenie, że to jakiś żart. Cała sytuacja była tak absurdalna, że miał ochotę wybuchnąć śmiechem, powstrzymywał go jednak wyraz twarzy kobiety. Naprawdę się bała. Jej wyjaśnienia były mętne i nieskładne, ale i tak wyłaniał się z nich obraz pokręconej i raczej niewesołej sytuacji, w jakiej się znalazła.

- Dobrze - powiedział powoli. - Jeśli mam ci pomóc, musisz mi wszystko opowiedzieć. Od początku - dodał z naciskiem.

Pokiwała głową, lecz miał wrażenie, że jego słowa nie dotarły do niej całkowicie. Objęła się ramionami, kołysząc rytmicznie w przód i w tył. Zacisnął zęby, zmuszając się do zachowania spokoju. Gdyby na nią krzyknął, prawdopodobnie zamknęłaby się w sobie albo zwyczajnie uciekła. Może i byłoby to mu rękę, ale skoro już zaoferował jej swą pomoc, postanowił przynajmniej wyciągnąć z niej jakieś informacje. Eliksir uspokajający mógłby zdecydowanie pomóc w tym przedsięwzięciu. Odwrócił się w stronę stojącego pod ścianą kredensu, lecz nie zdążył zrobić nawet jednego kroku.

Od strony drzwi rozległ się nagle głośny huk. Ktoś próbował włamać się do jego domu. Alexandra zerwała się z miejsca z wyrazem skrajnego przerażenia na twarzy.

- Znaleźli mnie… - wyszeptała. - Kurwa, Snape, znaleźli mnie...

W jednej sekundzie Snape ocenił sytuację. Ktoś, przed kim dziewczyna uciekała, był tutaj i najwyraźniej nie zamierzał cofnąć się przed niczym, by wreszcie ją dopaść. Nie przejmował się bynajmniej zamieszkującymi sąsiednie domy mugolami i sądząc po odgłosach dobiegających zza drzwi, wyciągnął najcięższe działa. Zaklęcia trzymały, ale mury aż trzęsły się od magicznych uderzeń i kwestią czasu pozostawało, kiedy intruzi wedrą się do środka. Severus mógł walczyć. Oczywiście, że mógł, ale nie był przecież sam. Przerażona i bezbronna kobieta stała pośrodku pokoju, a jej ciałem wstrząsały niekontrolowane dreszcze. W przypadku konfrontacji musiałby chronić siebie i ją. A ona nie myślała teraz logicznie. Właściwie chyba w ogóle nie myślała. Panika całkowicie przejęła nad nią kontrolę.

Nie namyślając się więcej, Snape chwycił ją wpół i powlókł ku tylnej części domu. Jeśli uda im się przedostać na podwórze, poza obszar objęty zaklęciem antydeportacyjnym, będą uratowani. Z drzwi posypały się drzazgi. Mieli coraz mniej czasu. Przebiegli przez pogrążony w mroku hall, przedostali się do kuchni. I w momencie gdy zbliżyli się do tylnego wyjścia, to wybuchło, zalewając ich deszczem drzazg i odłamkami tynku. Owens krzyczała. Snape miał dość przytomności umysłu, by pociągnąć ją na ziemię pod osłonę kuchennych szafek i posłał ku ciemniejącemu w ścianie otworowi zaklęcie ogłuszające. Trafił, sądząc po ciężkim odgłosie padającego ciała, lecz kolejna osoba miotnęła w jego kierunku klątwę. Skurwysyny, wzięli ich w dwa ognie. Ale miał zamiar drogo sprzedać swoją skórę. Powietrze zamigotało od kolorowych płomieni mknących w obydwu kierunkach. Walka była wyrównana. Napastnicy nie przebierali w środkach. Ich klątwy były naprawdę paskudne, ale i Snape radził sobie nie najgorzej i nie pozostawał im dłużny. W końcu na coś przydało się doświadczenie zdobyte podczas wojny z Czarnym Panem. Na jego niekorzyść przemawiał brak swobody wykonywania manewrów. Utknął w tej kuchni. Nie widział przeciwników, mógł tylko celować do nich intuicyjnie i mieć nadzieję, że trafi ponownie.

Od frontu hałas ucichł zupełnie. Snape pomyślał, że napastnicy porzucili nadzieję dostania się tamtędy i przegrupowawszy się, skierowali główne siły na tyły domu. Musieli się wycofać. Już nie tylko po to, by się stąd wydostać, ale także, by bronić się w miarę efektywnie. Musieli wrócić do salonu. Pociągnął Alex za sobą i mocno zaciskając palce na różdżce, wyczołgał się z kuchni. W korytarzu zerwał się na nogi i pociągnąwszy za sobą bezwolną kobietę, ruszył biegiem ku frontowym drzwiom. Które były szeroko otwarte… Ktoś je wyważył. Ktoś, kto teraz spokojnie mierzył do Severusa i Alex z różdżki. Mistrz eliksirów zareagował odruchowo. Popchnął kobietę na podłogę, a sam rzucił się w przeciwną stronę, nurkując pod świetlistym grotem zaklęcia, przeturlał się, zerwał i rzucił klątwę, niemal nie celując. Zaraz potem poderwał się na nogi, gotów do dalszej walki. Przeciwnik leżał bezwładnie na przykurzonym dywanie, ale z tyłu domu nadbiegli kolejni. Jeden z nich wycelował różdżkę w zbierającą się z podłogi Owens.

- Protego! - ryknął, rzucając się w jej stronę.

Zaklęcie odbiło się od mocnej tarczy. Ale przez ten jeden ułamek sekundy konieczny do wypowiedzenia inkantacji Snape pozostał bezbronny i ten moment wykorzystał napastnik. Severus dojrzał kątem oka pędzący ku niemu błysk czerwonego światła. Nie miał dość czasu, by wyczarować kolejną tarczę. Po prosu rzucił się rozpaczliwie głową naprzód, czując, jak zaklęcie prześlizguje się po jego plecach. Padł ciężko na kolana, natychmiast zrywając się ponownie. Kolejne zaklęcie trafiło go prosto w pierś i rzuciło nim o ścianę. Zamroczony osunął się bezwładnie, lecz nawet teraz nie wypuścił różdżki z ręki. Nie miał jednak dość sił, by unieść ramię i choćby wyszeptać inkantację. W ustach czuł smak krwi. Z trudem otworzył oczy i skupił wzrok na pochylającym się ponad nim zupełnie obcym mężczyźnie. Mężczyzna ten wziął krótki zamach i całkowicie po mugolsku przyłożył mu prawym sierpowym. Potem była już tylko czerń.

Pierwszym co sobie uświadomił, był ból. Ból towarzyszący oddychaniu, uniemożliwiający poruszanie się. Starał się więc nie ruszać. Oddychać jednak musiał. Krótkimi, płytkimi haustami, przez zaciśnięte zęby. Potem jednak poczuł zupełnie inny rodzaj bólu: ostry, rozdzierający, umiejscowiony tuż powyżej prawego kolana. Zassał z trudem powietrze w płuca i w końcu otworzył oczy. Siedział, oparty plecami o ścianę, w miejscu gdzie rzuciło go zaklęcie napastnika, a jego prawa noga naprawdę była uszkodzona. Oniemiały wpatrywał się w wystający z uda odłamek drewna, w którym ze zdumieniem rozpoznał pozostałość kuchennych drzwi. Krew sączyła się leniwie z rany, tworząc na podłodze szkarłatną kałużę. A wcześniej w ogóle nie czuł, że został ranny. Organizm ludzki posiada doprawdy zdumiewające mechanizmy obronne. Które jednak nie utrzymują się zbyt długo. Prędzej czy później ból po prostu musi nadejść. W polu widzenia pojawił się znienacka czarny but, szturchający lekko zranioną nogę i wysyłający kolejną falę bólu do skołatanego mózgu. Jęknął mimowolnie i natychmiast został nagrodzony gromkim śmiechem. Uniósł z trudem głowę, lecz to, co zobaczył, zdecydowanie mu się nie spodobało. Alexandra klęczała na dywanie, po jej twarzy spływały łzy, a pięciu rosłych mężczyzn stało spokojnie dookoła. Już na pierwszy rzut oka wyglądali na cudzoziemców. Nawet pomijając ciemną karnację skóry było w nich coś, czego Severus nie potrafił zdefiniować. Coś egzotycznego w ich postawie, sposobie w jaki się poruszali. Czy to możliwe, że przybyli tropem Alex aż z Brazylii? Wszyscy ubrani byli po mugolsku w ciemne spodnie, sportowe obuwie i bluzy z kapturem. O tym, że nie byli to zwykli mugole świadczył jednak fakt, że trzech z nich trzymało w dłoniach różdżki. Światła wciąż były zapalone, a zasłony zaciągnięte. Tylko wejściowe drzwi, jeszcze niedawno otwarte na oścież, zostały przymknięte.

Jak długo był nieprzytomny? Trudno powiedzieć. W pokoju niewiele się zmieniło. Na zewnątrz panował spokój i to było nieco zastanawiające. Okolica nie należała do najlepszych. Burdy zdarzały się tu często, lecz zazwyczaj mugolska policja interweniowała dosyć szybko. A dzisiejsza akcja zdecydowanie nie mogła przejść bez echa i któryś z sąsiadów na pewno powiadomił stróżów prawa. Bardzo więc możliwe, że minęło zaledwie kila minut. Kilka cholernych minut, w ciągu których napastnicy całkowicie przejęli kontrolę. Snape dostrzegł w końcu swoją różdżkę. Leżała bezpiecznie na blacie niskiego stolika, daleko poza jego zasięgiem. Jak do cholery dał się wmanewrować w tak gównianą sytuację? No jak?

Jeden z mężczyzn ruszył spod ściany, zatrzymał się przy Alex, szarpnął ją za ramię i wypowiedział kila słów w obcym języku. Kobieta pokręciła głową, szlochając rozpaczliwie. Odpowiedziała cicho. Tak cicho, że Snape ledwo usłyszał niemal szeptane słowa. Usłyszał, lecz również ich nie zrozumiał. Mówili po portugalsku? Twarz intruza momentalnie pokryła się purpurą, krzyknął coś i uderzył Owens otwartą dłonią. Alexandra upadła na podłogę, zkącika jej ust sączyła się strużka krwi. Mężczyzna powtórzył wcześniejsze pytanie, tym razem podnosząc głos.

- Ty skurwysynu… - wyrwało się Severusowi.

Mężczyzna zamarł na chwilę, a potem podniósł wzrok i spojrzał mistrzowi eliksirów prosto w oczy.

- O que você disse*? - warknął, wykrzywiając wargi.

Snape nie rozumiał, co do niego mówi. I w zasadzie było mu wszystko jedno. Osiągnął to, cozamierzał: odciągnął uwagę napastnika od Alex. Sam nie wiedział, czemu to zrobił. Próbował po prostu grać na zwłokę. Tyle, że teraz to on znalazł się na celowniku.

- Skurwysyn - powtórzył hardo.

Różdżka świsnęła w powietrzu. Severus poczuł na twarzy i piersi smagnięcie jakby rozżarzonym prętem. Przed oczami wybuchły jaskrawe iskry. Siła zaklęcia rzuciła nim o podłogę i na chwilę zamroczyła. Skóra na twarzy i klatce piersiowej mrowiła nieprzyjemnie. Jęknął głucho, czując gwałtowne zawroty głowy. To chyba jednak nie był najlepszy pomysł. Powinien trzymać język za zębami. Owens zaszlochała spazmatycznie, ktoś obok się zaśmiał.

- Está certa, amigo!** - rozległ się głos spod okna.

- Fode-se!*** - warknął napastnik.

Snape za wszelką cenę starał się odzyskać oddech. Gdy wirowanie w głowie nieco osłabło, dźwignął się na ramionach, obserwując krople krwi rozpryskujące się na podłodze tuż przed jego twarzą. Zaciskając zęby, uniósł się na łokciu tak, by mógł znów opierać się o ścianę. Udało mu się, ale miał wrażenie, że wykorzystał do tej czynności wszystkie swoje siły. Drżał. Oddychał chrapliwie. Wierzchem dłoni otarł sączącą się z nosa krew. W końcu ponownie spojrzał na stojącego ponad nim mężczyznę.

- O que você disse? -powtórzył włamywacz. W wyciągniętej ręce trzymał różdżkę. Kołysał nią lekko, jakby od niechcenia. - O que você disse?

Przykucnął obok Snape`a i końcem różdżki lekko odsunął podwinięty do połowy przedramienia mankiet koszuli. Jego oczy zalśniły złowrogim blaskiem. Mroczny znak, choć lekko zatarty, wciąż odcinał się od bladej skóry przedramienia. Różdżka powoli przesunęła się wzdłuż wypalonego kształtu, a potem nagle powędrował w górę, opierając się na podbródku mistrza eliksirów, zmuszając go do uniesienia głowy. Severus, zagryzając zęby, wpatrywał się prosto w czarne, pałające gniewem oczy Latynosa. Wytrzymał spojrzenie. Nie obawiał się legilimencji. Potrafił się przed nią obronić, ale mężczyzna nie miał nawet zamiaru wdzierać się w głąb umysłu zakładnika. Przyglądał mu się tylko z namysłem, marszcząc brwi. W jego spojrzeniu było jednak coś takiego, że Snape poczuł ciarki przebiegające mimowolnie wzdłuż kręgosłupa. W końcu napastnik wstał, wciąż wpatrując się w Severusa lekko zmrużonymi oczami.

Odwrócił głowę w stronę klęczącej na podłodze Owens i coś do niej powiedział. Alexandra odpowiedziała wysokim, urywanym głosem. Mężczyzna uśmiechnął się drapieżnie. Lekki ruch nadgarstka spowodował, że z jego różdżki wystrzeliły liny i pomknęły ku mistrzowi eliksirów, oplątując jego ciało. Więzy zacisnęły się na jego klatce piersiowej i gardle. Szarpnął się rozpaczliwie, w niczym to jednak nie polepszyło jego sytuacji. Dusił się. histeryczny krzyk Owenswypełnił jego uszy, a oczy przesłoniła czerwona kurtyna. Brakowało mu powietrza, płuca paliły, w głowie łomotało. Był pewien, że długo nie wytrzyma.

Krępujące go więzy zniknęły równie nagle, jak się pojawiły. Charcząc i dławiąc się, wciągał w płuca zbawcze hausty powietrza. Kiedy szum w uszach nieco ustał, zdał sobie sprawę, że słyszy corazgłośniejszy jęk syren policyjnych. Dzięki ci Salazarze za wścibskich sąsiadów! Uświadomił sobie, że leży na ziemi, krztusząc się własną krwią, a atmosfera w pokoju zdecydowanie uległa zmianie. Trzech ciemnoskórych napastnikówwyglądało spomiędzy zasłon na ulicę, na której już pojawiło się migające światło, obwieszczające przybycie radiowozów. Alex również leżała pośród roztrzaskanych szczątków niskiego stolika. Snapenie miał pojęcia, jak się tam znalazła. Dwóch pozostałych bandziorów zmierzało właśnie w jego stronę. Zanim zdążył zareagować, chwycili go pod ramiona i bez najmniejszego wysiłku przeciągnęlido zniszczonej walką kuchni. Czuł jak jego kolana szorują po podłodze, pomimo wysiłków stopy wciąż nie znajdowały punktu podparcia. Wylądował ciężko na zimnej posadzce. Owens dołączyła do niego chwilę potem. Wtedy z niedowierzaniem dostrzegł, że kobieta ściska w dłoni różdżkę. Jego różdżkę. Która leżała przecież... Jak jej się udało?

Napotkał jej spanikowane spojrzenie i już wiedział co robić. Już nie był bezbronny. Chwycił desperacko niepozorny kawałek drewna i wycelował w stojącego najbliżej napastnika.

- Drętwota! - wycharczał.

Mężczyzna z hukiem padł na podłogę. Zaalarmowany hałasem drugi z bandytów, który po rzuceniu Alex na podłogę pomknął z powrotem w stronę salonu, zawrócił w połowie korytarza, mamrocząc pod nosem obce słowa, które po niesionym przez nie ładunku emocjonalnym Snape bezbłędnie rozpoznał jako przekleństwa. Severus nie dał mu szansy dotarcia do kuchni. Wycelował różdżkę w sufit.

- Confrigo! - zawył.

Huknęło zdrowo. Część sufitu znad korytarza i kuchni zwaliła się w tumanach kurzu i pyłu. Gdzieś z oddali dobiegały krzyki, wybuchy zaklęć i najprawdopodobniej wystrzały z mugolskiej broni palnej. Jednym słowem rozpętało się piekło. Ale droga na podwórko stała przed nimi otworem. Snape dźwignął się na nogi i natychmiast upadł z powrotem, gdy zraniona noga niespodziewanie odmówiła współpracy. Alexandra podczołgała się do niego, szlochając i chwyciła go w pół. Z jej pomocą wstał niepewnie i kuśtykając ruszył do wyjścia. Oboje dusili się unoszącym się dookoła gipsowo ceglanym pyłem i kasłali. Rześkie nocne powietrze oznaczało, że nareszcie znaleźli się na podwórku. Severus chwycił kobietę za ramię i niewiele myśląc, okręcił się w miejscu, ciągnąc za sobą pochlipujący balast.

oooOooo

Wylądowali ciężko w pachnącej igliwiem ciemności. Snape osunął się na wilgotną trawę. Poczuł, jak jego ciałem wstrząsają dreszcze. Nie z powodu zimna, choć dopiero teraz uświadomił sobie, że wciąż ma na sobie jedynie koszulę i spodnie. Udało mu się. Dotarł tam, gdzie chciał. Na sam skraj zakazanego lasu. I przywlókł ze sobą tę cholerną kobietę. Miał świadomość, że właśnie ocalił jej życie. Sobie zresztą też. Mieszkanie na Spinner`s End pewnie trafił szlag.

Alex klęczała obok, obejmując się ramionami i wpatrywała się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Musiała być w szoku. Zaklął soczyście i dzięki temu poczuł się trochę lepiej. Podpełzł do niej na czworakach, chwycił ją za ramiona.

- Owens, Co to, kurwa, było? Wytłumacz mi… - Nie zareagowała od razu. Spojrzała na niego dopiero wtedy, gdy solidnie nią potrząsnął. - Kim byli ci ludzie?

- Śledzili mnie - wyjąkała. - Byłam pewna, że ich zgubiłam…

- Ci pieprzeni… Brazylijczycy rozwalili pół ulicy. W jakie gówno się wpakowałaś?

- Ja nie chciałam… - jej głos się załamał. - Nie sądziłam…

- Oczywiście - prychnął. - Przecież ty zawsze działasz, a dopiero potem myślisz.

Poczuł zawroty głowy. Musiał kilkakrotnie głęboko odetchnąć, by zacząć w miarę jasno myśleć.

- Czemu przyszłaś akurat do mnie? - spytał.

- Nie wiem - oświadczyła zupełnie bez emocji. - Nie miałam już sił uciekać… Nie miałam dokąd pójść…

Mistrz eliksirów poczuł nagle, że nie może oddychać. Uczucie było niemal identyczne z tym, gdy oplotły go wyczarowane przez włamywacza liny. Odruchowo uniósł dłoń do klatki piersiowej, lecz nie napotkał tam żadnych więzów. Jego koszula była w strzępach, a skóra w kontakcie z palcami zapiekła jak przypalana ogniem. Niemal cieszył się, że nie może teraz dostrzec swoich obrażeń. I bez tego czuł się wyjątkowo źle. W dodatku ani on, ani Alex wciąż nie byli bezpieczni. Musiał zebrać się do kupy. Teraz priorytetem było dostanie się do zamku, zanim psychopaci, którzy zdemolowali jego mieszkanie i zapewne uszkodzili kilku mugolskich stróżów prawa, wpadną na pomysł, by ich tu szukać. Nie wiedział, na ile przybysze są zdesperowani. Nie wiedział, czy odważą się zaryzykować wypad na skraj szkolnych terenów, ale nie zamierzał kusić losu. Musiał się ruszyć, zanim będzie za późno. Jakby w odpowiedzi na jego myśli gdzieś niedaleko rozległ się trzask łamanej gałązki. Zwrócił się w tę stronę, czując, jak serce podchodzi mu do gardła. I w tej samej chwili przybysz odezwał się.

- Kto tu jest? - zadudnił z ciemności głęboki głos. - Co tu robisz? Nie ruszaj się!

Snape odruchowo uniósł różdżkę, zanim dotarło do niego, że rozpoznaje głos przybysza. Z gęstych krzaków wychynął ogromny, kudłaty mężczyzna, trzymający w rękach okazałą, naładowaną kuszę. Noc była na tyle jasna, że Severus dostrzegł błyszczące ponad gęstwiną brody ciemne oczy. Mimowolnie przez głowę mistrza eliksirów przebiegła myśl, jakim cudem ten wielki facet podkradł się aż tak blisko zupełnie niezauważony?

- Hagridzie, odłóż to - powiedział najbardziej spokojnym tonem, na jaki było go obecnie stać.

- Profesor Snape? - zdumiał się gajowy, ale opuścił posłusznie śmiercionośne narzędzie. - Cholibka, nie spodziewałem się psora przed pierwszym września.

Mężczyzna podszedł bliżej, przedzierając się przez krzewy jeżyn. Nagle stanął jak wryty.

- Na bronę Merlina! - wykrzyknął. - Co się… Co się panu stało?

- Nie krzycz tak! - warknął, próbując pozbierać się z ziemi. Szło mu to raczej kiepsko. - Musisz mi pomóc - zdecydował. - Musimy dostać się do zamku. Natychmiast.

- Jasne, jasne…

Gajowy zazwyczaj nie zadawał zbyt wielu pytań. Wyciągnął rękę w kierunku mistrza eliksirów i pomógł mu wstać. Ten zachwiał się i oparł ciężko na silnym ramieniu Hagrida. Właściwie upadłby, gdyby olbrzym go nie podtrzymał. Kręciło mu się w głowie, a zraniona noga za nic nie chciała utrzymywać ciężaru jego ciał. Pomimo chłodu nocy był mokry od potu. Drżał. Cholera. Był naprawdę w kiepskim stanie. Nagle coś sobie przypomniał.

- Dyrektor jest w szkole? - wyszeptał.

- Ja tam nie wim dokładnie… - odparł gajowy z wahaniem. - Wieczorem jeszcze był, ale nie spowiada mi się… W końcu to on jest tu największą szychą.

- Muszę się z nim zobaczyć - oznajmił Snape.

Półolbrzym zmierzył młodszego kolegę przeciągłym spojrzeniem.

- Jak dla mnie potrzebuje psor raczej fachowej pomocy medycznej.

- Nie! - Pokręcił gwałtownie głową. - To może zaczekać - dodał cicho, lecz ton jego głosu sugerował, ze podjął już decyzję i nie zamierza jej zmieniać. - Najpierw Albus. Chodźmy.

- Eee, panno Owens? - zagaił Hagrid w stronę wciąż klęczącej kobiety.

- Owens, wstawaj do cholery! - syknął Severus. - Zbieraj się, twój popieprzony tyłek jeszcze nie jest bezpieczny. Już!

Alex chlipnęła, ale chyba w końcu coś do niej dotarło. Z pomocą Hagrida wstała. Severusowi przyszło na myśl, że może ona również jest ranna. Jednak w zaistniałych okolicznościach niewiele mógłby na to poradzić. Sam był tak słaby, że nie odważyłby się rzucać jakichkolwiek leczniczych zaklęć. Musieli dostać się do zamku i to jak najszybciej. Mistrz eliksirów raz po raz dziękował w myślach za pojawienie się tego brodatego półgłówka. Gajowy dosłownie spadł im z nieba. Z jego pomocą przemieszczali się w całkiem zadowalającym tempie.

Gdzieś w połowie drogi Snape zaczął obawiać się, że mimo wszystko nie da rady. Jego nogi plątały się, uginały. Bose stopy ślizgały się na mokrej trawie. Ból promieniujący z poranionego uda przyprawiał go o mdłości, a klatka piersiowa i szczęka również walczyły o prymat. Hagrid mocno obejmował jego plecy i teraz już praktycznie go niósł. Mgliście zastanawiał się, czym właściwie oberwał? Co to za cholerna klątwa rzuciła nim aż pod sufit? Nie, żeby ta wiedza była mu w tej chwili niezbędna, ale jego myśli chyba odruchowo kierowały się ku tematom innym niż drżące, opadające z minuty na minutę z sił mięśnie i urywany, chrapliwy oddech wydostający się ze ściśniętego gardła. Kolejny pokręcony mechanizm obronny. Stopniowo ogarniało go potworne zimno. Wmawiał sobie, że to tylko z powodu utraty krwi. Wstrząsały nim dreszcze, w oczach wirowało. Przymknął powieki, zacisnął zęby, by opanować szczękanie zębami i całkowicie zdał się na swego przewodnika. Pozwolił się prowadzić, słysząc z boku ciche pochlipywanie Alexandry.

- Dyrektorze, dobrze, że pan jest! - zagrzmiał mu nad uchem tubalny głos Hagrida.

Snape ocknął się nagle. Ze zdumieniem uświadomił sobie, że pokonali już całe błonia i doszli do schodów, na których stała samotna postać, trzymająca w ręku zapaloną różdżkę. W magicznym blasku dostrzegł długą siwą brodę i jego serce zalała prawdziwa ulga.

- Spotkałem w lesie psora i pannę Owens - kontynuował gajowy. - Nie jest z nimi najlepij

- Wiem, Hagridzie. Dziękuję, że ich przyprowadziłeś - odpowiedział dyrektor i lekko zbiegł po ostatnich stopniach.

- Dyrektorze… - wychrypiał Snape.

Wyrwał się z opiekuńczych objęć, by ruszyć ku pryncypałowi. Noga załamała się pod jego ciężarem. Wylądował ciężko na kolanach. Dumbledore przyskoczył do niego, zanim całkowicie osunął się na ziemię. Co za ironia, pomyślał. Niedouczony olbrzym i starzec muszą ratować jego tyłek.

- Alexandra… - kontynuował. Starał się mówić jak najbardziej składnie, choć przychodziło mu to z trudem. - Ona… jest w niebezpieczeństwie… Mój dom…

- O tak, słyszałem już o twoim domu, Severusie. - Powiedział poważnie Albus. - Tu jesteście bezpieczni.

- Nie rozumiesz… - wykrztusił.

- Rozumiem, mój chłopcze. Rozumiem. Nikt jej tu nie skrzywdzi - dodał. - Świetnie się spisałeś, a teraz chodź. Nie pozwolę, żebyś wykrwawił się na moich oczach.

- Nie! Oni… oni… - głos mu się załamał.

- Severusie! - Dyrektor poczekał, aż mistrz eliksirów spojrzy mu w oczy. - Hogwart jest dobrze strzeżony. Jak zawsze. Chodź - powtórzył.

W głosie dyrektora było coś takiego, co wymuszało absolutne posłuszeństwo. Snape chciał jeszcze coś dodać, coś bardzo ważnego, ale słowa zamarły mu na ustach. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w błękitne jak niebo latem oczy Dumbledore`a.

- Chodź, Severusie.

Snape poczuł pewny uchwyt na swoim ramieniu. Ciepły dotyk ludzkiego ciała wydawał się wręcz nierealny w zestawieniu z mrozem przenikającym jego ciało aż do szpiku kości. Utrzymywał go na powierzchni. Nie pozwalał utonąć w lodowatej powodzi. Wyciągnął na oślep rękę, zacisnął palce na szorstkim materiale szaty okrywającej starszego mężczyznę, po czym powoli, bardzo powoli podniósł się z kolan. Zrobił chwiejny krok, potem drugi. Świat wokół zaczął wirować jak na cholernej karuzeli. Wiedział, co się stanie. Znał ten stan aż nazbyt dobrze. Choć całą siłą woli zmuszał omdlałe mięśnie do wysiłku, choć zagryzał wargi, by powstrzymać cisnący się na usta jęk, był niestety na straconej pozycji. Kolejny krok był jego ostatnim. Silne ramiona pochwyciły go, nie pozwalając upaść na ziemię, lecz on już tego nie poczuł. Nie usłyszał również pełnego troski głosu dyrektora:

- Dziękuję, Hagridzie. Zanieś go do skrzydła szpitalnego. Poppy powinna już czekać. Panno Owens, mam nadzieję, że pani dotrze na miejsce o własnych siłach…

ooOoo

Obudził się na szpitalnym łóżku. Rozpoznał unoszący się w powietrzu zapach maści i eliksirów. Gdy uchylił powieki, poraziło go światło słoneczne padające z okna. Skrzywił się i odwrócił głowę. Ponownie ostrożnie otworzył oczy. W pomieszczeniu zalegał jeszcze mrok charakterystyczny dla wczesnych porannych godzin. Jeszcze raz zerknął w stronę okna. Słońce dopiero co wzeszło; promienie wpadały do sali pod ostrym kątem. Czyli minęło zaledwie kila godzin odkąd w pośpiechu opuścił swój dom i przywlókł Owens ze sobą do Hogwartu. A właśnie, Owens… Rozejrzał się po szpitalnej sali. Wszystkie pozostałe łóżka były puste.

Tknięty złymi przeczuciami zerwał się z posłania. I natychmiast opadł na nie z głośnym jękiem. Cholerna noga, cholerna głowa, do diabła z tym, miał wrażenie, że boli go całe ciało. No tak, przecież brał wczoraj udział w regularnej bitwie. Ostrożnie, starając się nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, uniósł lekko skraj okrywającego go koca i zerknął pod spód. Klatkę piersiową miał szczelnie obandażowaną. Zaklęcie, którym oberwał musiało być naprawdę paskudne. Opatrunek pachniał ostro kamforą i ziołami. Delikatnie pomacał pokryte bandażami żebra. Nie miał pojęcia, czy któreś było złamane. Teraz miał wrażenia, że jego ciało jest odrętwiałe. Zapewne w wyniku znieczulającego działania jakiejś maści. Sięgnął głębiej pod koc, świadomy faktu, że nikt nie pofatygował się by nałożyć na niego piżamę. Czuł się nieswojo. Rozumiał, że pielęgniarka wolała mieć swobodny dostęp do jego ran, a poza tym już nieraz oglądała jego ciało, a jednak był tym faktem lekko zażenowany. Z pewną ulgą odkrył, że wciąż ma na sobie bieliznę. Kolejny solidny opatrunek przykrywał prawe udo od kolana aż do pachwiny. Aż się wzdrygnął, gdy uświadomił sobie, jak jego noga musiała wyglądać w nocy. Wszystko wskazywało na to, że Poppy miała z nim sporo roboty.

Spróbował zgiąć lekko kolano. Bolało, ale na to był przygotowany. Żył i był w jednym kawałku. Musiał sprawdzić, czy to samo mógł powiedzieć o Alex. I oczywiście dowiedzieć się, kim do ciężkiej cholery byli ludzie, którzy o mało nie wyprawili go na tamten świat. Bardzo, bardzo powoli przesunął się w kierunku krawędzi łóżka. Podpierając się na łokciach usiadł, a potem spuścił nogi na podłogę. I to było wszystko, na co mógł sobie pozwolić. Dłuższą chwilę siedział, ciężko dysząc i czekał, aż ustaną zawroty głowy. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Odgarnął z twarzy sklejone potem włosy. Wtedy jego wzrok padł na spoczywającą na metalowej szafce różdżkę. Sięgnął po nią. Od razu poczuł się pewniej, czując pod palcami znajomą fakturę drewna. Gdyby jeszcze znalazł swoje ubranie… Nigdzie w zasięgu wzroku nie znalazł ani skrawka męskiej, czarnej odzieży.

- Severusie! - zagrzmiał od drzwi zdumiony głos pani Pomfrey. - Nie powinieneś wstawać. Naprawdę jeszcze na to za wcześnie.

Szybkim krokiem podeszła do pacjenta, z zamiarem zagonienia go z powrotem do pościeli, ale okazało się, że pacjent ma zupełnie inne plany.

- Poppy, proszę - rzekł odrobinę zbyt ostro. - Nie traktuj mnie jak dziecko.

- Nic nie poradzę. Wciąż pamiętam cię jako smarkacza - odbiła piłeczkę.

- Doprawdy, Poppy… - Snape zerknął na nią spod oka, coraz bardziej zażenowany.

- Doprawdy, Severusie! - Stanęła przed nim z rękami na biodrach. - Jesteś poważnie ranny. Nie, z tym poradziłam sobie w trzy minuty - stwierdziła, gdy spojrzał odruchowo na pokryte bandażami udo. - To - wskazała palcem na jego pierś - są obrażenia spowodowane czarną magią. Zajęło mi dwie godziny zanim opanowałam działanie klątwy. Wiesz, ile ryzykowałeś, teleportując się w takim stanie?

- Gdybym tego nie zrobił, prawdopodobnie już nigdy nie potrzebowałbym twojej pomocy - zauważył obojętnie.

Kobieta umilkła, a z jej twarzy powoli znikał wyraz oburzenia, gdy stopniowo docierał do niej sens słów mistrza eliksirów. Opuściła ręce wzdłuż ciała. Wyraźnie zabrakło jej słów. Snape postanowił wykorzystać ten moment.

- Gdzie jest Owens? - spytał, patrząc jej w oczy.

Pielęgniarka zamrugała, po czym odwróciła wzrok. Severus poczuł, że zasycha mu w ustach. Z trudem przełknął ślinę.

- Gdzie ona jest? - powtórzył. - Co się stało?

- Myślę, że to nie pora…

- Poppy, nie zbywaj mnie - przerwał niecierpliwie. - Co się stało z Alex? Muszę to wiedzieć.

- Zabrali ją aurorzy.

Snape wpatrywał się w pielęgniarkę, jakby widział ją po raz pierwszy. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Nie takiej się spodziewał. Najbardziej prawdopodobna wydawała mu się hipoteza, że Alexandra znów wszystkich wykiwała i dała nogę, albo spokojnie wróciła do szkolnej kwatery lub w najgorszym wypadku została przeniesiona do Świętego Munga. Ale aurorzy…

- Dlaczego? - spytał głupio.

- Została oskarżona o udział w przestępczości zorganizowanej.

- Co?

- Zachodzi podejrzenie, że należała do zorganizowanej grupy przestępczej.

- Muszę porozmawiać z Dumbledorem - zdecydował. - Oddaj moje rzeczy.

- Ani mi się waż! - fuknęła zdenerwowała, ale zaraz jej głos złagodniał. - Dyrektor jest teraz w Ministerstwie. Próbuje to wszystko wyjaśnić. Myślę, że zajmie mu to jakąś godzinę lub dwie. Względnie pięć, znając system funkcjonowania Ministerstwa. Nie masz się więc dokąd spieszyć. Nie wypuszczę cię stąd, dopóki nie upewnię się, że jest to absolutnie bezpieczne. I nie próbuj się ze mną spierać! - dodała, unosząc ostrzegawczo palec.

- Zostałem napadnięty w moim własnym domu. Omal nie przypłaciłem tego życiem. Wszystko za sprawą kobiety, która kilka miesięcy temu zapadła się pod ziemię, aż nagle, nie wiem jakim cudem, znalazła drogę do moich drzwi, a ty każesz mi grzecznie czekać, aż Albus dogada się z tymi idiotami z Ministerstwa?

- Dokładnie tak.

- Szlag by to! - warknął, ale słowa pielęgniarki chyba w końcu do niego trafiły, bo niechętnie odłożył różdżkę i z niewielką pomocą wrócił na łóżko. - Czyń swoją powinność - mruknął sarkastycznie.

Kobieta posłała mu karcące spojrzenie, ale powstrzymała się od komentarza. Zaciskając wargi rzuciła na niego zaklęcie diagnostyczne. Snape biernie poddał się całej procedurze. Uznał, że im szybciej skończy się ta cała szopka, tym prędzej będzie mógł stąd wyjść. W końcu Poppy kiwnęła głową wyraźnie usatysfakcjonowana. Na koniec ujęła jego nadgarstek, by sprawdzić tętno, jednocześnie kładąc drugą dłoń na czole pacjenta. Snape spiął się, ale nie zaprotestował. Wiedział z doświadczenia, że taki gest ze strony pielęgniarki świadczy jedynie o jej trosce.

- Nie jest najgorzej - oznajmiła w końcu, podchodząc do stojącego nieopodal stolika na kółkach i biorąc z niego kilka flakoników. - Biorąc pod uwagę twoje obrażenia, twój stan mogę określić jako zadowalający. Do pełni sił powinieneś wrócić gdzieś za tydzień, półtora. Do tego czasu postaraj się nie przemęczać. No i musisz regularnie przyjmować to. - Wręczyła mu jeden z flakoników. - Myślę, że nie muszę się trudzić, wyjaśniając ci zasady dawkowania?

- Oczywiście, sam go warzyłem. - zauważył kwaśno.

- Doskonale.

Popatrzyła na niego wyczekująco, a gdy w żaden sposób nie zareagował, zrobiła wymowny gest dłonią.

- Teraz?

- Nalegam.

Snape nienawidził być traktowany w podobny sposób. Nienawidził, gdy ktoś się nad nim litował lub przesadnie o niego troszczył. Dlatego raczej starał się unikać szkolnej pielęgniarki. Za czasów szkolnych nie miał wyboru, odkąd jednak zaczął pracować jako nauczyciel, zawitał do skrzydła szpitalnego zaledwie trzy razy. Za każdym razem w sytuacji naprawdę poważnej i za każdym razem wbrew sobie. Zawsze również starał się jak najszybciej opuścić opiekuńcze ramiona Poppy Pomfrey. Kwestionowanie procesu leczenia zdecydowanie ku temu nie sprzyjało. Dlatego też zagryzając zęby odkorkował buteleczkę z eliksirem wiggenowym i posłusznie wypił całą zawartość. Kobieta uśmiechnęła się promiennie.

- Niebawem poczujesz się lepiej - dodała miękko.

- Chciałbym wrócić do siebie - oświadczył Severus.

- Wolałabym… - zaczęła pielęgniarka, ale mistrz eliksirów przerwał jej niecierpliwie:

- Naprawdę sobie poradzę.

- Nie wątpię. - Spojrzała na niego z namysłem. W końcu wzruszyła ramionami. - Widzę, że i tak cię nie zatrzymam. Postaraj się jak najwięcej odpoczywać, a jutro rano zgłosisz się do mnie na zmianę opatrunku.

- Rozumiem.

- W takim razie służę kominkiem - zapraszająco machnęła ręką w kierunku swojego gabinetu. – Chyba, że zablokowałeś go u siebie.

- Nie… - Chwilę się zastanawiał. - Nie zablokowałem.

- To dobrze. Po schodach raczej nie dałbyś rady.

Snape nie miał zamiaru się spierać. Wiedział, że pielęgniarka miała całkowitą rację i że jeszcze przez dłuższy czas nie będzie mógł pozwolić sobie na jakikolwiek większy wysiłek. Rozejrzał się niepewnie po pomieszczeniu.

- Moje ubranie? - Zaryzykował.

- Niestety. - Poppy uśmiechnęła się przepraszająco. - To w którym przybyłeś, nie nadawało się już do użytku, ale mogę udostępnić ci piżamę… lub koc.

- Dziękuję, koc wystarczy - mruknął przez zęby.

Owinął się szczelnie miękkim pledem, zsunął z łóżka i wciąż zapobiegawczo asekurowany przez pielęgniarkę skierował się w stronę kominka. Wrzucił w ogień szczyptę proszku Fiuu, z ulgą witając pojawienie się zielonych płomieni.

- Severusie, eliksir… - Poppy zerknęła przez ramię, ale Severus już nie pozwolił się zatrzymać.

- Mam w swoich zapasach.

- Och, no tak. Gdybyś czegoś potrzebował…

- Dziękuję, Poppy. Naprawdę.

Zanurzył się w zielonych płomieniach i po chwili znalazł się w swoich własnych, bezpiecznych kwaterach. Chyba jednak przecenił swoje siły. Zachwiał się i musiał przytrzymać gzymsu kominka żeby nie upaść, ciesząc się jednocześnie, że zniknął z oczu siostrze miłosierdzia, która pewnikiem znów zapakowałaby go do łóżka. Odczekał dobrą chwilę, zanim jego oddech się wyrównał, a mięśnie przestały drżeć. W końcu odetchnął głęboko i ruszył w kierunku szafy. Co prawda były wakacje i większość rzeczy osobistych zabrał ze sobą na Spinner`s End, jednak kilka sztuk odzieży wciąż wisiało na wieszakach. Bez pośpiechu, często odpoczywając, ubrał się w swe szkolne szaty. Z prawdziwą ulgą założył skarpetki i buty. Naprawdę dość już miał biegania boso. Od razu poczuł się pewniej, choć ta prozaiczna czynność, o której na co dzień nawet nie myślał, spowodowała, że poczuł się kompletnie wyczerpany. Ostatkiem sił dowlókł się do sofy, by ciężko zwalić się na oparcie. Poppy miała jednak rację; musiał odpocząć. Usadowił się wygodnie, odchylił głowę na oparcie i przymknął oczy. Na chwilę. Dosłownie na momencik. I oczywiście niemal natychmiast pogrążył się we śnie.

oooOooo

- Severusie…

Delikatny dotyk zbudził go ze snu. Otworzył oczy, by ujrzeć unoszącą się ponad nim twarz Dumbledore`a.

- Pani Pomfrey poinformowała mnie, że już opuściłeś skrzydło szpitalne.

Dobrą chwilę zajęło mu przypomnienie, gdzie się znajduje i dlaczego. Nieco speszony uświadomił sobie, że leży na sofie, a stary czarodziej pochyla się nad nim z zatroskanym wyrazem twarzy. Usnął! Jasna cholera, przecież miał czekać… Usiadł zbyt szybko. Natychmiast dopadły go zawroty głowy. Dyrektor położył rękę na jego ramieniu, powstrzymując przed próbą poderwania się na nogi.

- Nie wstawaj - powiedział. - Jesteś jeszcze słaby. Poppy urwałaby mi głowę, gdyby coś ci się stało.

- Wierzę - wysapał Severus. - Ledwo co udało mi się wyrwać spod jej kurateli.

Dumbledore spokojnie podszedł do krzesła, przestawił je naprzeciwko sofy i usiadł. Mistrz eliksirów obserwował go w milczeniu. Wreszcie poprawił się nieco na siedzisku tak, by swobodnie mógł oprzeć plecy. Jego ręce lekko drżały. Nie był pewien: w wyniku osłabienia, czy ze zdenerwowania.

- Więc? - zaczął, by przerwać w końcu pełną napięcia ciszę.

- Cóż… - Stary czarodziej pogładził brodę. - Sprawa wygląda naprawdę poważnie.

- Doprawdy? - zakpił Snape. - Nigdy bym się nie domyślił.

- Po pierwsze twój dom, Severusie… - dyrektor zmieszał się lekko. - Bardzo mi przykro, ale… Powiedzmy, że będzie wymagał gruntownego remontu.

- Wiem. Byłem tam.

- Ekipa amnezjatorów już zajęła się wszystkimi świadkami. Może zainteresuje cię, że należący do ciebie dom został ubiegłej nocy zniszczony w wyniku… wybuchu gazu.

- Wybuch gazu? - Mistrz eliksirów pokręcił z niedowierzaniem głową. - Cóż, ja sam przyczyniłem się do niektórych zniszczeń... - Nagle urwał i spojrzał na przełożonego przenikliwie. - Czy ktoś zginął?

- Nie, Severusie. Przeżyją, choć kilka osób zostało dość poważnie rannych. Głównie mugolscy policjanci. Wszyscy opuścili już Szpital Świętego Munga ze zmodyfikowaną pamięcią. Między nami mówiąc, mieli szczęście, że aurorzy przybyli tak szybko. Rufus Scrimgeour potrafi być skuteczny. Zaraz też powiadomił mnie o ataku na twój dom. W przypadku pracowników Hogwartu to standardowa procedura - dodał, widząc zdumienie mistrza eliksirów

- Co to byli za ludzie i czego chcieli od Owens?

- To ta druga sprawa. Trzech napastników zostało schwytanych na gorącym uczynku. Przesłuchanie ich stanowiło pewien problem. Żaden z nich nie mówi po angielsku.

- Ale udało się?

- O tak. Choć to między innymi dlatego trwało tak długo.

- Trzech… Co z pozostałymi?

- Niestety. Deportowali się, kiedy tylko na miejsce przybyli aurorzy.

- Cholera!

- Lepiej bym tego nie ujął, Severusie - zgodził się dyrektor. - Wciąż ich poszukują.

- Jeśli będą równie skuteczni, co podczas poszukiwań Owens… - urwał, zanim zdążył powiedzieć za dużo. Zmełł w ustach kolejne przekleństwo. - Oni przyszli jej tropem, tak?

- Tak. Zjawili się w twoim domu z jej powodu.

- Dlaczego?

- Powiedzmy, że mieli ze sobą porachunki.

- Porachunki… - parsknął. - Dobre sobie. Powiedziała, że się ukrywa. Tropili ją przez pół świata… Oni byli zdeterminowani. Jestem pewien, że nie cofnęli by się przed niczym.

- Obawiam się, że masz rację, Severusie.

- Więc o co tu chodzi?

- Ludzie ci należą do zorganizowanej grupy przestępczej działającej na terenie Ameryki Południowej.

W umyśle Snape`a elementy układanki powolutku wskakiwały na swoje miejsce. Gdyby był w lepszej kondycji, zapewne o wiele szybciej skojarzyłby fakty. Przecież kiedyś o tym słyszał… Zdaje się, że Owens mu coś wspominała. Klik! Już wiedział. Tej nocy, gdy młody Duke omal nie umarł, a Alex upiła się w jego pokoju.

- Gang narkotykowy? - spytał słabo.

- Tak - przyznał Dumbledore. - Gang narkotykowy.

- To nie był żaden znajomy ze szkoły - stwierdził Severus, czując porażająca wręcz pewność. - To był jej narzeczony. Ten, który wypił truciznę. Którego nie udało jej się uratować.

Dyrektor przyglądał mu się z dziwnym wyrazem twarzy.

- Skąd to wiesz?

- Profesor Chawez… - urwał, próbując zebrać myśli. - Słyszałem, jak mówił, że jej narzeczony zginął mniej więcej rok temu w niewyjaśnionych okolicznościach. Niedługo potem przyjechała do Hogwartu. Zapewne myślała, że będzie tu bezpieczna… Na Salazara, co ta idiotka zrobiła?

Dumbledore westchnął ciężko. Snape przyjrzał mu się uważniej. Na twarzy starszego mężczyzny malowało się zmęczenie. Nic niezwykłego, niewiele przecież spał tej nocy. Może nawet w ogóle. Nie to jednak uderzyło Severusa najbardziej. Tym czymś był głęboki smutek.

- Co z nią? - spytał mistrz eliksirów.

- Fizycznie dobrze - rzekł cicho dyrektor. - Jest w szoku.

- Złożyła zeznania?

- O tak. Sprawiała wrażenie, jakby chciała zrzucić z siebie cały ciężar minionych miesięcy. Cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że to mną nie wstrząsnęło.

Snape poczuł, że zaschło mu w ustach. Wiedział, doskonale wiedział, że Owens zdolna była do różnych świństw. Tu jednak nie mogło chodzić o jakieś oszustwo, zawłaszczenie mienia, czy wymazanie cudzej pamięci.

- Zabiła kogoś - bardziej stwierdził, niż zapytał.

- Próbowała. Niewiele brakowało, by jej się udało.

- Jak?

- Jest mistrzynią eliksirów.

- Trucizna. Oczywiście.

Nagle pomyślał o eliksirze, który we wrześniu dodała mu do drinka i poczuł niemiłe ciarki przebiegające mu po plecach. Jak to wtedy ujęła? „Jeden z moich wynalazków". Już wtedy był pewien, że jest niebezpieczna. Nie domyślał się jednak jak bardzo.

- Co z nią teraz będzie? - spytał.

- Oczywiście stanie przed sądem. Wkrótce zostanie deportowana do Brazylii. Ale przedtem, Severusie, trzecia sprawa… Kiedy tylko twój stan będzie na to pozwalał, zostaniesz przesłuchany przez aurorów.

- Rozumiem, że to konieczne?

- Niestety.

- W takim razie jestem do dyspozycji.

- Nie dzisiaj, Severusie. Jasno dałem wszystkim do zrozumienia, że nie jesteś jeszcze na to gotów.

- Nie lubię aurorów. - Skrzywił się na wspomnienie spotkania z nimi w czasach tuż po wojnie z Czarnym Panem. - Chyba jednak wolałbym mieć to już za sobą…

Urwał zaskoczony, bo nagle poczuł dziwne łaskotanie tuż powyżej górnej wargi. Odruchowo sięgnął ręką. Palce natrafiły na coś lepkiego. Zaskoczony wpatrywał się w zakrwawione opuszki, a tymczasem strumyk krwi powoli spływał z jego nozdrza na brodę. Dumbledor szybkim machnięciem różdżki wyczarował bawełnianą chusteczkę. Mistrz eliksirów przyjął ją bez protestu i przycisnął do twarzy.

- Nie powinieneś przypadkiem zażyć jakiegoś eliksiru? - zainteresował się dyrektor. - Poppy coś wspominała…

Snape chrząknął w odpowiedzi. Oczywiście zapomniał. Kolejną dawkę powinien przyjąć jakieś dwie godziny temu, stwierdził, zerknąwszy przelotnie na zegar. Niby nic wielkiego, ale jeśli pielęgniarka się dowie, jeszcze zechce osobiście dopilnować niezdyscyplinowanego pacjenta. Nie zamierzał do tego dopuścić. Wciąż z nosem w chusteczce wstał z sofy, by po chwili znów na niej usiąść podtrzymywany pod ramię przez starego czarodzieja, który w ułamku sekundy znalazł się tuż przy nim. Za szybko. Zdecydowanie za szybko. Musi pamiętać, że gwałtowne ruchy powodują zawroty głowy.

- Powiedz, gdzie go trzymasz - zaproponował Albus.

Mistrz eliksirów zerknął na niego podejrzliwie. To były jego prywatne zapasy na czarną godzinę. Taki nawyk jeszcze z czasów wojny. Wtedy korzystał z nich nader często. Dziś już na szczęście rzadziej, niemniej jednak czasem wciąż się przydawały. Stanowiły jego zabezpieczenie, którego strzegł zazdrośnie. Dyrektor wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem. Pójście w zaparte byłoby po prostu dziecinne. Zrezygnowany wskazał głową przeciwległą ścianę, jednocześnie wyciągając zza pazuchy różdżkę. Niewerbalne zaklęcie odsłoniło zamaskowane dotąd drzwiczki. Dyrektor otworzył je i przez sekundę zamarł, przyglądając się licznym fiolkom i flakonikom szczelnie wypełniającym cały schowek, ale nie skomentował znaleziska.

- Na górnej półce - podpowiedział Snape.

Dyrektor ostrożnie chwycił niepozorną buteleczkę i podał swemu podwładnemu. Mężczyzna siedział pochylony, przyciskając do twarzy teraz już przesiąknięty krwią kawałek materiału. Chwycił flakonik, odkorkował nieco drżącymi palcami, wypił całą zawartość, po czym z westchnieniem ulgi osunął się na oparcie sofy.

- Tak, jak już mówiłem, Severusie, nie jesteś jeszcze gotowy - stwierdził łagodnie Dumbledore, siadając z powrotem na krześle. - Oficjalnie nie opuściłeś jeszcze skrzydła szpitalnego i pozostaniesz w nim, dopóki nie uznam, że jest inaczej. Przez ten czas postaraj się nie forsować.

- Już to słyszałem…

- Doskonale. Może więc w końcu zaczniesz się do tych rad stosować.

Snape prychnął. Najpierw Poppy Pomfrey, teraz dyrektor. Jak nic uwzięli się na niego.

- Mówię poważnie, mój chłopcze. Nie zrób czegoś nierozsądnego.

Zwrot „mój chłopcze" w ustach pryncypała jak zwykle podziałał na Severusa trzeźwiąco. Odruchowo wyprostował się i równie odruchowo zgrzytnął zębami. Odjął na próbę chusteczkę od twarzy, by przekonać się, czy wciąż krwawi. Było już dużo lepiej. Machnięciem różdżki pozbył się śladów krwi z materiału oraz własnej skóry.

- Co miałbym niby zrobić, dyrektorze?- spytał z goryczą. - Doskonale zdaję sobie sprawę z moich możliwości.

Dziwny grymas na twarzy starego czarodzieja sprawił, że Snape najpierw zdziwił się niepomiernie, a po chwili, gdy dotarło do niego, co Dumbledore mógł mieć na myśli, poczuł nagły przypływ irytacji.

- Chyba nie sądzi pan, że postanowię nagle sforsować bramy Azkabanu, żeby ratować damę z opresji? - parsknął.

- Och, skądże znowu. O wiele rzeczy mógłbym cię podejrzewać, Severusie, ale z pewnością nie o taką lekkomyślność. Nawiasem mówiąc, panna Owens nie została zesłana do Azkabanu - wyjaśnił spokojnie Albus. - Do czasu deportacji będzie przetrzymywana w areszcie w Kwaterze Głównej Aurorów.

- Dlaczego mi pan to mówi?

- Bo sądzę, że powinniście się spotkać. Nie teraz rzecz jasna, jednak dobrze byłoby gdybyście wyjaśnili sobie pewne sprawy.

- My nie mamy sobie czego wyjaśniać.

- Mylisz się. Uważam, że dobrze by to zrobiło wam obojgu.

- Mnie i Owens nic nie łączy. Myślałem, że już to ustaliliśmy.

- Nie zgodzę się z tobą. Pracowaliście razem całe noce i dnie. Zbliżyliście się do siebie, choć nie w sposób, o jaki was podejrzewano i, czy ci się to podoba, czy nie, naprawdę coś was łączyło. Oczywiście nie zamierzam nalegać, ale proszę, przemyśl to.

- Dobrze, przemyślę - odrzekł zrezygnowany.

- A kiedy już tam będziesz… Nie osądzaj jej zbyt surowo, Severusie.

- Słucham?

- Działała w afekcie.

- To nie jest żadne wytłumaczenie. Nie usprawiedliwia… zabójstwa.

- Nie, nie usprawiedliwia. Nic tego nie usprawiedliwia. Pamiętaj jednak, co nią kierowało. Wiesz jak to jest stracić ukochaną osobę. Alex nie jest tak silna jak ty. Pogubiła się

Snape patrzył w jasne oczy swego zwierzchnika, a przez jego głowę galopowało tysiące myśli. Sam nie wiedział, czy chce spotkać się z Owens. Bo właściwie po co? Z jednej strony miał świadomość, że wykorzystała go, oszukała, próbowała zmodyfikować jego pamięć, to przez nią omal nie zginął, a jego mieszkanie znajdowało się w ruinie. Teraz w dodatku dowiedział się, że mężczyzna, z którym chciała się związać, zginął w wyniku gangsterskich porachunków, a ona postanowiła go pomścić. Była gotowa na wszystko, nawet na popełnienie morderstwa. Zupełnie jakby nad kobietą wisiało jakieś fatum, które niszczyło nie tylko ją samą, ale i każdego, kogo obdarzyła swoją uwagą. W swej żądzy zemsty i bezwzględnym dążeniu do celu wydawała się wręcz obłąkana. Z drugiej jednak strony… Prawdopodobnie tylko jemu udało się, na chwilę i wbrew jej woli, zajrzeć pod starannie wykreowaną maskę, jaką prezentowała światu. A to z kolei sprawiło, że w jakiś przewrotny sposób potrafił ją zrozumieć. On również miał duszę przeżartą złem, którego dokonał znacznie więcej i za które wciąż pokutował. I tak, wiedział co znaczy utracić osobę, którą się kocha. Czy wobec tego miał jakiekolwiek prawo by ją oceniać? Dumledore miał rację. Mieli ze sobą więcej wspólnego, niż początkowo sądził. Cóż za ironia losu. Doszedł do tego wniosku dopiero teraz, gdy oboje zostali tak bardzo okaleczeni. Może jednak powinien jeszcze raz spojrzeć jej w oczy? Może dzięki temu, któreś z pokrywających ich dusze ran będą mogły się zabliźnić? Może Owens też tego potrzebuje?

- Dobrze, zrobię to - powiedział zduszonym głosem.

Dyrektor przymknął na chwilę oczy w wyrazie ulgi.

- Dziękuję - odpowiedział cicho. Potem wstał powoli i przygładził siwą brodę. - Zostawię cię teraz. W gabinecie czeka na mnie stos dokumentów.

- Oczywiście, dyrektorze.

Pomimo osłabienia Snape również wstał. Patrzył, jak starszy mężczyzna podchodzi do kominka, wrzuca w płomienie szczyptę proszku Fiu, by po chwili zniknąć w zielonkawych płomieniach. Ściskając w dłoni teraz już czystą, białą chusteczkę powoli podszedł do swojego ulubionego, stojącego naprzeciwko kominka fotela. Rozparł się wygodnie, swobodnie wyciągając przed siebie nogi i zapatrzył się w ogień. Miał do przemyślenia kilka spraw.


* Co powiedziałeś?

** On ma rację, przyjacielu.

*** Pieprz się.