Nareszcie dobiegł końca ten długi dzień, rozpoczęty wizytą w Scotland Yardzie z powodu telefonu Lesliego Irvina. Z westchnieniem ulgi zagłębiłem się w fotelu, a Sherlock przylepił do ręki dwa plastry antynikotynowe i rozciągnął się na kanapie. Oczywiście, znów będzie myślał. Muszę przyznać, że życie z detektywem w charakterze współlokatora czasami wydaje mi się bardzo skomplikowane. Z boku mogę wyglądać na faceta o słabej woli, tolerującego wszystkie jego wybryki, ale to nieprawda.

Trudno to wyjaśnić. Jest z nim jednocześnie nieznośnie ciężko i dziwnie łatwo. Dąsa się jak dzieciak z powodu moich zapisków na blogu, co rusz podkreśla, że moje posty nikogo nie interesują, robi paskudne eksperymenty w kuchni, po których cały dom śmierdzi jakimś świństwem, z powodu sprawy wyciąga mnie z łóżka o pierwszej czy drugiej w nocy, nawet jeśli nie ma mnie w domu, a próbuję nocować u swojej kolejnej dziewczyny... Kolejnej byłej dziewczyny, ściślej mówiąc, bo czegoś takiego żadna na dłuższą metę nie wytrzymuje. Nieustanna gonitwa. Wieczne współzawodnictwo: „wyprowadzę cię z równowagi", „nie, nie wyprowadzisz", „o, udało się", „ale nie na długo". Wkurzam się, wychodzę, trzaskając drzwiami. A potem wracam. I wszystko zaczyna się od nowa.

Jednocześnie zaś życie z nim daje mi z niczym nieporównywalny spokój ducha. Nie, nie tak... Raczej poczucie tego, że moje życie jest prawidłowe, takie jakie powinno być. Widocznie jestem beznadziejnym adrenalinowym narkomanem, nie mogę bez niej żyć, a wierzcie mi, adrenaliny Sherlock jest już w stanie zapewnić całe morze. Dozy tego hormonu bywają rozmaite. Podniecające łaskotanie drugiego dnia znajomości z Holmesem – pogoń za taksówką, kiedy rozstałem się z laską. Zawrót głowy – poszukiwanie tajemniczych symboli w sprawie ślepego bankiera. Posmaczek emocji – rozwiązywanie sprawy dziwnej śmierci nakrapianej blondynki. Mógłbym tak wyliczać jeszcze długo, a za każdym razem będzie to nieco inne odczucie. Na basenie prawie lewitowałem, kiedy uświadomiłem sobie, że już po wszystkim, że Sherlockowi i mnie nic się nie stało. Całym sobą czułem, jak kipi we mnie adrenalina, dopamina i endorfiny. I tylko jeden jedyny raz kategorycznie mi się nie podobało: kiedy tamta kobieta, Irene Adler, wstrzyknęła mojemu przyjacielowi jakiś narkotyk i miło uprzedziła, że rezultatem tego może być nieestetyczny trup. Zdaje się, że nie zadziałała wówczas adrenalina, a jej brat – hormon gniewu, oraz ślepy, podświadomy lęk, że zaraz stracę jedyne źródło mojej normalnej egzystencji, bez koszmarów, bólu w nodze, bez tęsknoty... Zwyczajnie zostanę pozbawiony zwykłego ludzkiego szczęścia, choć tak się złożyło, że mam o nim dość specyficzne pojęcie.

Popatrzyłem na rozmyślającego detektywa. Ręce złożył na piersi, oczy ma zamknięte, można by pomyśleć, że śpi, ale pod tym zewnętrznym spokojem właśnie w tej chwili wrą we wściekłym rytmie jego myśli. Sherlock szuka wersji, zbieżności i rozbieżności, wyjaśnień... Podobny jest do rzeki, pomyślałem nagle. Z wierzchu powolna, oszukańczo spokojna woda, kryjąca pod powierzchnią głębię i rwące prądy. Burzliwy, kręty, kapryśny górski potok, pełen wodospadów, kiedy akurat ma sprawę lub przeciwnie – nudzi się bez niej. I można wybrać trzy drogi: spoglądać na rzekę nieufnie i bojaźliwie, jak to robi Donovan oraz większość ludzi z Yardu; z zachwytem obserwować ten samowolny, genialny potok z boku - jak Lestrade i pani Hudson; albo iść naprzód i utonąć na zawsze, pozwolić się nieść wodzie i jej prądom. Nie muszę chyba mówić, co wybrałem.

Rankiem następnego dnia pojawił się u nas Lestrade z nowiną o kolejnym trupie z esemesem i notką na blogu. Pan Allen Brandt, doskonały chirurg, dyrektor prywatnej kliniki chirurgii plastycznej. Zginął od tego, że ochlapano mu twarz anabazyną*. Krewnych nie miał, sms z tekstem „zabito mnie" i adresem otrzymał jego kolega, Wesley Dodd. On też odkrył wpis na blogu otrutego chirurga. „Gdzie głowę złożę – tam mój dom, obczyzna w ojczyznę się zmienia". Zabawne, ale te słowa obudziły mi w głowie dawne, prawie już zapomniane wspomnienia: szkoła, ekscentryczna dziewczyna, z którą siedziałem w jednej ławce, jak ona miała na imię...?

- Trzeba posprawdzać testamenty ofiar – przerwał moje rozmyślania głos detektywa.

- Ktoś już się tym zajmuje – odparł Lestrade. W tym momencie zadzwoniła jego komórka, więc przeprosił i odebrał. – Słucham. Co? Tak, już jadę.
Przerwał połączenie i gestem pokazał, żebyśmy szli za nim.

- Pojawił się jeszcze jeden wielbiciel wysyłania przedśmiertnych esemesów.

Lestrade zabrał się z nami taksówką. Wsiadł pierwszy i podał adres kierowcy.

- Zupełnie jakby to nie był seryjny morderca... – wymamrotałem do siebie, siedząc już w samochodzie.
- Bzdura – odparł detektyw. – To nie jest seryjny morderca. Zbieżność jest jedynie w okolicznościach i w tym, że wszyscy zostawiali notki na blogach. Metody zabójstw rozmaite, pierwsze dwa odbyły się praktycznie w tym samym czasie. Około wpół do trzeciej w nocy. Leslie Irvin i Jessica White wysłali swoje wiadomości i zaraz potem zginęli. O której wysłał swoją chirurg?
- O wpół do pierwszej – odpowiedział inspektor.
- Gotów jestem się założyć, że kolejna ofiara, kim by nie była, wysłała swój sms o tej samej lub zbliżonej godzinie.
Taksówka jechała londyńskimi ulicami, za oknem migały neony i witryny sklepów, gdy nagle zorientowałem się, że zmierzamy po bardzo znajomej trasie. Fulham Road, ten sam dom. Nie może być!

Geniusz dedukcji miał rację, jak zawsze. Ofiarę znalazł jej kolega z pracy. Nadchodził ważny etap pracy nad kontraktem, a kobieta nie zjawiła się w biurze. Pojechał do niej, przypuszczając, że załamała się po śmierci męża i potrzebuje wsparcia. Drzwi były otwarte, wszedł na górę, znalazł ciało i wezwał policję.

Aleksandra Irvin leżała na podłodze w salonie, z zastygłą dłonią uczepioną nóżki stolika. Wysłała sms o wpół do pierwszej w nocy, na numer należący do jej zmarłego męża. Na biurku w gabinecie znaleźliśmy włączonego notebooka. Na otwartej stronie twittera widniał zapis, zrobiony na trzy minuty przed wysłaniem esemesa: „Wiem wszystko i nic nie wiem.

Wątpię w jawę, w cuda wierzę. A z ludzi najbliższy mi ten, co łabędź mu krukiem będzie. Nagi jak robak – a pychą grzeszę. Wszędzie jam swój i obcy wszędzie".

- Nieboszczycy robią się coraz bardziej gadatliwi – zauważył Lestrade. – Tym razem mamy cały poemat.

- Nie tylko tym razem – odparł Holmes z rozdrażnieniem. – Wszystkie zostawione przez nich zapiski do siebie pasują.
Znów w mojej głowie przebudziły się niejasne wspomnienia. Te słowa z czymś mi się kojarzyły. Uczennica z sąsiedniej ławki. Jasne włosy, zielone oczy. Jakoś nie mogłem przypomnieć sobie jej imienia, wyleciało mi z głowy, jakbym przejął sherlockowy zwyczaj kasowania niepotrzebnych informacji. Potrafiłem przywołać w pamięci jej śmieszną sukienkę i głupawy rozciągnięty sweter, w którym przychodziła do szkoły zimą. Wszystko, poza imieniem, które miałem na końcu języka, ale uparcie umykało, a wydawało mi się z jakiegoś powodu ważne – jakby umiało podpowiedzieć, skąd znam te strofy.
- Ciekawe. – Sherlock z zainteresowaniem oglądał martwą Aleksandrę. – Tu działał snajper. Okno otwarte. Dwa strzały: w serce i w głowę. Kaliber 9x39**. Nikt niczego nie słyszał – dobry, bezgłośny karabin snajperski. Czekała na to, przygotowała się. Zarejestrowała się na twitterze, zostawiła list. Weszła do salonu, wysłała sms, położyła komórkę na stoliku. Stanęła twarzą do okna, dostała pierwszą kulę, potem kontrolny strzał w głowę.

000

Są razem już dość długo. Przede wszystkim Bonnie zabrała go z kliniki i przeniosła do innej. Tam zaś prawie go nie odstępowała. Kiedy nareszcie wyzdrowiał, o ile można było użyć takiego określenia – czy też raczej był w miarę samodzielny, zabrała go do siebie do domu. Wiedziała, jak chorobliwie reaguje na innych ludzi, więc urządziła przejazd niemalże w sekrecie: późnym wieczorem, samochodem z przyciemnianymi szybami.

Pierwszej nocy Bonnie przyszła do niego. Wydawało mu się to okrutnym żartem. Powiedział jej o tym. Wciąż był nieufny, nie rozumiał, czemu go wybrała, po co jej on – taki? Roześmiała się cicho, bez wahania cmoknęła go w policzek, położyła się obok i szybko zasnęła, położywszy głowę na jego piersi. Trzeciej nocy zdecydował się ją objąć, zaledwie na moment. Potem cofnął rękę i poszedł do łazienki, walcząc z pragnieniem, by porozbijać lustra i odłamkami rozciąć sobie żyły. Czwartej nocy obudziła się w jego objęciach, przeciągnęła się i delikatnie dotknęła wargami jego ust. Potem otarła się o jego twarz niczym kotka, westchnęła i ułożyła się wygodniej, obejmując go ramionami.
Każdego ranka pytał, co ona w nim widzi, czego od niego potrzebuje. Bonnie tylko się uśmiechała, przytulała go i przekonywała, że martwi się głupstwami, że to nieważne. W odpowiedzi zaczynał krzyczeć, a potem czuł się jak ostatni drań. Po miesiącu takiego tańca niespodziewanie postawiła przed nim walizę z jego rzeczami. Wszystko jasne: wyrzuca go, darowawszy przedtem cień nadziei, że komuś może być potrzebny. Prawie w to uwierzył... A potem obok pojawiła się jej torba podróżna i szalona nadzieja wybuchła z nową siłą.

- Jeśli to dla ciebie takie ważne, pomogę. Jedziemy – powiedziała Bonnie. – Jeden warunek: nigdy nie pytaj, ile to kosztowało i skąd wzięłam pieniądze.

Samochód z przyciemnianymi szybami, prywatny samolot tylko dla nich dwojga. Zawiozła go do kliniki w Ameryce, oddała w ręce najlepszych, wedle jej słów, lekarzy i zniknęła na długi czas. Pojawiła się, kiedy już go wypisali ze szpitala i wrócili do jej domu. Chirurdzy nie naprawili wszystkiego, ale teraz już spokojnie mógł patrzeć na swoje odbicie w lustrze. A ciało – cóż, resztę można ukryć pod ubraniem. I tak otrzymał więcej niż się spodziewał. Znów był prawie normalny. I to wszystko zawdzięczał tylko Bonnie. Gdyby nie ona, dawno by go już objadły ryby. Próbował jakoś, przynajmniej słowami, wyrazić swoją wdzięczność. Bonnie tylko pokiwała głową:

- Zostań ze mną. I nigdy o nic mnie nie pytaj. To wszystko.

Mieli wiele wspólnych dni i nocy. Zasypiali i budzili się razem, śmiali się, chodzili do kina, jedli lody, całowali się – po prostu żyli razem. Czasem nocami zapominali o ostrożności i za każdym razem widział potem w kuble na śmieci opakowanie po Levonelle***. Bonnie mówiła, że to nieodpowiedni czas, a on z tym nie dyskutował.

Czasami przepadała na jakiś czas: tydzień, dwa albo miesiąc. Mówiła, że musi wyjechać, ale na pewno wróci. Nie wiedział kiedy dokładnie zrodziły się jego pierwsze podejrzenia, ale chyba wówczas, gdy Bonnie przyleciała z Meksyku. Była opalona, z wypłowiałymi od słońca kasztanowymi włosami i wręczyła mu prezent – butelkę tequili. Nagle przypomniał sobie jej poprzednia podróż, kiedy wróciła z chilijskim winem, a w wiadomościach mówili o wojnie między bossami narkotykowymi i zabójstwie jednego z nich. Teraz tequila, a w Meksyku został zabity znany polityk. Strzelca nie złapano. Odegnał wtedy podejrzliwe myśli, roześmiał się i zawirował z nią po pokoju – promienną, radosną. Jednak od tamtej pory każdy jej wyjazd traktował trochę jak wyzwanie, jak zagadkę. Godzinami surfował po sieci, śledził wiadomości i próbował odgadnąć, co mu Bonnie przywiezie tym razem i skąd. I prawie nigdy się nie mylił. W Japonii zastrzelono jakiegoś wielkiego przedsiębiorcę – Bonnie przywiozła butelkę sake i jakieś dziwne wodorosty. W Rosji zginął jakiś ważniak – wróciła z kilkoma tabliczkami czekolady i przekonywała, że właśnie rosyjska jest najsmaczniejsza. Dziennikarz w Szwecji, medyk w Australii, polityk w USA – tracił rachubę ofiar i prezentów z tych wszystkich krajów. Daty wyjazdów Bonnie pokrywały się z datami zabójstw. W pewnym momencie złapał się na tym, że w nocy wącha jej palce, próbując złowić zapach smaru do broni. O nic jednak nie pytał, tak jak obiecał. Naturalnie długo to trwać nie mogło. Pewnego dnia, kiedy Bonnie wyszła kupić mleko, spróbował znaleźć wyjaśnienie. Przeszukał szafy, ostukiwał ściany w mieszkaniu i znalazł to, czego szukał, w kuchni, za jednym z paneli na ścianie. Gładka czarna lufa, śmiercionośne piękno kształtów, idealnie zadbany. Lekki, wytworny, niebezpieczny. Nie mógł się powstrzymać, powoli wyjął karabin ze schowka, zważył w rękach, próbując sobie wyobrazić z nim Bonnie. I tak stał, ściskając broń, zapomniawszy o wszystkim, kiedy ona wróciła. Nie zdążył niczego schować, zastygł w zaskoczeniu, patrząc na swoją kobietę, która okazała się profesjonalnym snajperem. Bonnie rzuciła tylko: „Mogłeś domyślić się wcześniej. Czy teraz mnie nienawidzisz?"

Była obrażona przez dwa dni, nie bacząc na jego próby pogodzenia się. A potem przebaczyła.


* Anabazyna – siarczan anabazyny, trucizna, bezbarwny, oleisty płyn, rozpuszczalny w wodzie. Przenika przez skórę, bardzo toksyczny. Odnotowano śmiertelne zatrucia przy zamoczeniu odzieży w pięcioprocentowym roztworze siarczanu anabazyny, kiedy dostał się na powierzchnie skóry. Śmierć następuje w wyniku paraliżu mięśni i zatrzymania oddechu.

** 9x39 kaliber niektórych rosyjskich karabinów snajperskich do prowadzenia bezgłośnego ognia: Wintoriez, WSK-94.

*** Levonelle – środek antykoncepcyjny „po stosunku".