Rozdział 4
W poprzednim odcinku: Tygrysica poznaje małą Lei Lei. Targana sprzecznymi emocjami nie chce zdradzać Po zbyt wiele o sobie i jego przeszłości. W tym czasie pozostali opowiadają pandzie kolejny fragment jego życia. Dochodzi wtedy do dziwnej sytuacji. Po wzmiance o przybranym ojcu Po wychodzi. Wtedy pozostali zauważają, że pomiędzy nim a Tygrysicą coś się dzieje. Następnego dnia podczas treningu przychodzi do nich wiadomość, że armia Shena przeszukuje góry. Zaczyna się wyścig z czasem...
- Jak to mam EWAKUOWAĆ WIOSKĘ?! - Li uderzył pięścią w stół z niepohamowaną wściekłością w oczach. Shifu uniósł dłonie w uspokajającym geście.
- Wiem, że to brzmi nieco przerażająco, ale to konieczność. Shen zbliża się z każdą sekundą. W końcu wilki wyłapią nasz trop i znajdą wioskę. Musimy być na to gotowi - wyjaśnił najspokojniej, jak tylko potrafił.
- To jakieś szaleństwo! - panda podniósł się z krzesła i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Odkąd przybyli do wioski nie zdarzyło im się ani razu zobaczyć go tak wściekłego.
- Tak, wiem, ale musimy działać. Chcemy chronić mieszkańców, dlatego najlepiej będzie ich ewakuować.
- Nie - Li Shan pokręcił głową.
- Przepraszam, jak to "nie"? - mistrz uniósł brwi w zdziwieniu.
- Nie. Nie muszę ewakuować pand - posłał Shifu groźne spojrzenie. Ale za tym spojrzeniem coś się kryło. Mógł to dostrzec. Coś jakby... strach. Paniczny strach. - Muszę po prostu pozbyć się problemu.
- Co ma pan na myśli? - tym razem czuł, że stąpa po niebezpiecznym gruncie. Ale Li Shan dokładnie wiedział, co miał zrobić.
- Wszystko było w porządku, zanim WY się pojawiliście. Mój syn spokojnie przystosowałby się do życia w wiosce, nikt z nas nie przygotowywałby się do ataku. To WY jesteście naszym problemem. To przez WAS Shen tutaj zmierza - z każdym kolejnym słowem podchodził coraz bliżej, aż w końcu jego i mistrza Jadeitowego Pałacu dzieliła tylko odległość bambusowego stołu. Ten drugi odetchnął głęboko.
- Panie Shan, rozumiem, że jest pan zdenerwowany, ale proszę pomyśleć jasno...
- Myślę jasno - przerwał mu panda, po czym westchnął i zaczął delikatnie pocierać oczy dłonią. - Słuchaj, kiedy ostatnim razem Shen atakował wioskę, straciłem wielu przyjaciół, krewnych, żonę i syna. Teraz go odnalazłem. I nie mogę pozwolić, żeby ktokolwiek znowu mu zagroził. Dlatego najlepiej będzie, jeżeli ty i twoi przyjaciele stąd odejdziecie.
Zapadła cisza. On... on tylko bał się, że znowu straci bliskich. Że powtórzy się koszmar, do którego nie chciał wracać. Shifu dobrze znał to uczucie. Osobiście oddałby wszystko za bezpieczeństwo swoich bliskich. Z ciężkim westchnieniem zszedł z krzesła i spojrzał na Li.
- Rozumiem. Odejdziemy stąd przed południem, zanim obudzą się pozostali. Jesteśmy wdzięczni za udzieloną pomoc i gościnę - ukłonił się delikatnie, po czym opuścił pomieszczenie. Uczniowi czekali na niego w miejscu treningu. Nie chciał zaciągać ich ze sobą. No cóż. Naprawdę doskonale rozumiał postawę pandy. On tylko chronił tych, którzy są mu najbliżsi.
Tylko kto wie, czy mu się to uda?
Stanął na skraju wzniesienia, patrząc z góry na trenujących. Musiał im powiedzieć, że nie są już tu mile widziani. Teraz, kiedy wszystko zaczęło się układać. Kiedy odnaleźli Smoczego Wojownika, kiedy Tygrysica w końcu zaczęła chociaż trochę zaczęła normalnie funkcjonować. Jak Po zareaguje na całą tę sytuację? Nie zdążyli mu powiedzieć wszystkiego. Jeżeli nie uda im się powstrzymać pawia... nie było szans na powrót do jakiejkolwiek normalności. Westchnął ciężko po raz kolejny. Nie było czasu do stracenia. Musieli wyruszyć jak najszybciej. Jednak pomimo tej świadomości jego krok był powolny. Spokojny. Miał jeszcze chwilę na refleksję, zanim...
- Mistrzu Shifu! I co, zgodził się? - zawołał z daleka mistrz Krokodyl. No właśnie. Zanim go dostrzegą. Przeniósł spojrzenie na swojego towarzysza i pokręcił przecząco głową. Pozostali niemal natychmiast zaprzestali treningu. W milczeniu czekali, aż starszy wojownik podejdzie bliżej i im to wyjaśni. A każda sekunda dłużyła się do takiego stopnia, iż mieli wrażenie, że upłynęły miesiące, zanim to się stało. Mistrz znów odetchnął głęboko.
- Musimy opuścić wioskę - oznajmił. Wszystkie wpatrzone w niego pary oczu rozszerzyły się w zaskoczeniu i przerażeniu.
- A...ale jak to? - spytała Żmija, nie mogąc uwierzyć temu, co właśnie usłyszała. Co wszyscy usłyszeli.
- To my sprowadziliśmy zagrożenie na to miejsce. Jeżeli je opuścimy, jest szansa, że jego mieszkańcy się uratują - wyjaśnił.
- Ale co będzie a wami? - wtrącił się Po. No tak. Całkowicie zapomniał o jego obecności. Zawsze troskliwy, zawsze gotów pomóc.
- Poradzimy sobie. Tym razem to nie twoja walka, pando - powiedział. Na twarz młodszego wojownika wpłynął wyraz gniewu.
- Podobno wszyscy jesteśmy drużyną. Każda wasza walka, jest też moją walką. Pójdę porozmawiać z tatą.
Już chciał wyruszyć w kierunku domu swojego ojca kiedy na jego ramieniu jakby znikąd wylądowała znajoma dłoń. Obrócił głowę tylko po to, żeby okazało się, że stoi twarzą w twarz z Tygrysicą.
- Nie, Po. Nigdzie nie pójdziesz i z nikim nie będziesz rozmawiać. I tak nic nie wskórasz w tej sprawie - powiedziała swoim standardowym, twardym głosem. Może tak właśnie będzie lepiej. Tak miało być. W ten sposób utrzymają go z dala od zagrożenia. Shen mu nie zaszkodzi. Nigdy więcej. Już ona o to zadba.
- A może właśnie wskóram. Nie zostawię was z tym samych - naciskał Po, usiłując ruszyć dalej, ale ona tylko wzmocniła uścisk swojej dłoni na jego ramieniu, przez przypadek przyciągając go jeszcze bliżej siebie. Dzieliły ich ledwie milimetry. Mogli spokojnie wyczuć swoje oddechy. Każda sekunda tej bliskości wbijała się w nią swoimi ostrzami, uświadamiając, że nie ma czego szukać w tych rejonach. Że nigdy nie będzie tak, jak podświadomie pragnęła, aby było. Po nie odzyska cudownie pamięci. Nie pokonają razem Shena, nie wrócą do Doliny Spokoju. Nie będzie nocnych wypadów pod Drzewo Brzoskwiniowe, nie będzie rozmów ani przysłuchiwania się jego bezsensownej gadaninie w kuchni. Nigdy. Nigdy już nie będzie mogła patrzyć, jak przygotowuje dla nich coś do jedzenia. Dlaczego dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo uspokajał ją ten widok?
- A właśnie, że zostawisz. Zostajesz tu, jasne? - robiła wszystko, żeby jej głos nie zadrżał. Pozostali wstrzymali powietrze. Jakiś czas temu byli świadkami bardzo podobnej rozmowy.
Rozmowy, po której omal nie stracili swojego przyjaciela. Po przez chwilę na nią patrzył, tak po prostu spoglądając w jej oczy. Miał dziwne uczucie deja vu. I kompletnie nie wiedział, dlaczego. Wyrwał ramię z jej uścisku.
- A właśnie, że idę. Nie zatrzymasz mnie - niemal krzyknął i odwrócił się na pięcie. Przez moment mieli wrażenie, że Tygrysica go uderzy, ale zamiast tego na drodze pandy stanął mistrz Shifu. Całkowicie nie miał pojęcia o tym, co się właśnie wydarzyło. Nie wiedział, jak podobna była to sytuacja do wydarzeń z więzienia w Gongmen. Tylko liderka Potężnej Piątki to zrozumiała. I właśnie to w tym momencie zabolało ją najbardziej.
- Ona ma rację, Po. Powinieneś tu zostać. My zajmiemy się resztą.
Po powiódł wzrokiem po pozostałych mistrzach. Wszyscy byli tego samego zdania. Westchnął ciężko.
- Wiem, że chcecie dla mnie jak najlepiej. Ale nie ma opcji, że teraz was zostawię. Nie tak po prostu. Chcę chociaż spróbować. I zrobię to. Czy tego chcecie, czy też nie.
Po tych słowach wyminął Shifu i oddalił się od nich szybkim krokiem. Mogli jedynie patrzyć, jak znika za zakrętem, w drodze do domu swojego ojca.
- Co robimy, mistrzu? - spytał mocno zdezorientowany Żuraw. Shifu obrócił się w ich stronę. Tak. Najwyższy czas na podjęcie jakiś kroków.
- Żurawiu, ty polecisz i będziesz kontrolować sytuację z góry. Pilnuj, aby żaden nieprzyjaciel nie dostał się w pobliże wioski. Modliszko, ty polecisz razem z nim - polecił. oboje skinęli głowami, a Modliszka wskoczył na kapelusz przyjaciela. - My spakujemy nasze rzeczy i wyruszymy zanim pozostałe pandy się obudzą.
- I tak po prostu ich zostawimy? A co, jeśli Shen jednak trafi na trop wioski? - zmartwiła się Żmija. Nie chciała, aby coś złego stało się tym, którzy okazali im tyle dobroci.
- Nie, nie trafi. Zadbamy o to - odparł stanowczo Shifu. Czas, aby wyjawić im swój plan...
Po przemierzał szybkim krokiem odległość dzielącą go od domu ojca. Jak on mógł tak po prostu ich wyrzucić? Ani przez moment nie pomyślał o tym, co może się z nimi stać? Nie pomyślał o tym, że teraz on, jego syn, zapewne nigdy nie dowie się niczego o sobie i swojej PRAWDZIWEJ przeszłości? Czy to go w ogóle obchodziło?!
Nawet nie przejął się pukaniem, po prostu wszedł do budynku z wściekłością w oczach.
- Tato! Jak mogłeś to zrobić?! - krzyknął od progu. Usłyszał ciężkie westchnienie z sypialni starszego pandy. Natychmiast ruszył w tamtym kierunku. Zastał Li powoli podnoszącego się na łóżku do pozycji siedzącej. No pięknie, chciał po tym wszystkim wrócić z powrotem do spania?!
- To dla dobra nas wszystkich, Lotosie - wyjaśnił.
- Jakiego dobra?! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że oni mogą ZGINĄĆ?!
- Tak samo jak i my, synu. Muszę chronić mieszkańców wioski. To moje zadanie. Właśnie to obiecałem sobie po ostatnim ataku Shena. Że taka sytuacja już nigdy się nie powtórzy. I słowa dotrzymam - powiedział stanowczo. Po przybrał błagalny wyraz twarzy.
- Tato, proszę. Oni mogą nam pomóc. Mogą pomóc mi. Naprawdę chcę wiedzieć, co się ze mną działo przez te wszystkie lata. Rozumiem twój ból i strach, ale proszę, przemyśl to jeszcze.
Ale Li Shan już kręcił głową w jawnym odrzuceniu słów syna.
- Nie. Podjąłem już decyzję i nie ma od niej odwołania. Jakoś sobie poradzimy, Lotosie. Ale nie mogę narażać dobra całej wioski dla kilku obcych. Nawet nie wiesz, czy aby na pewno możesz im wierzyć. Może po prostu wykorzystują sytuację i zmyślają coś, żebyś tylko zapewnił im ochronę? Zobaczysz, że kiedy przyjdzie co do czego, uciekną!
- Przestań! - przerwał mu wściekle Po. Jak on mógł mówić takie rzeczy? Wiedział, że oni mówili prawdę. Czuł to. - Wiem, że nie kłamią. Po prostu to wiem. I musisz mi zaufać.
Li westchnął i spojrzał młodszemu pandzie prosto w oczy.
- Ufam ci, synu - na moment na twarz Po znów pojawił się uśmiech. Zniknął jednak kilka sekund później. - Ale nie ufam im. Nie mogę nas aż tak narażać. Zrozum to. Wódz musi chronić swoich. Chyba powinieneś to zrozumieć. A poza tym - położył dłoń na jego ramieniu, nadal szukając w oczach swego potomka jakiegokolwiek pierwiastka zrozumienia. Jednak nie mógł go znaleźć. - Zrozum, że nie mogę cię znowu stracić. Nie poradziłbym sobie z tym.
Zapadła cisza. Ale mimika młodego wojownika nie zmieniła się ani przez sekundę. Wiedział o strachu ojca. Ale nie potrafił go zrozumieć. Jak można narażać życie innych, niewinnych osób, żeby tylko zapewnić sobie spokój i bezpieczeństwo? Jak można być tak samolubnym? Odsunął się od niego. Tym razem w jego oczach pojawił się pewien rodzaj odrazy.
- Rozumiem doskonale. I nie wierzę, że to zrobiłeś. Nie wierzę, że moim ojcem może być ktoś tak samolubny, jak ty. Nie wierzę, że w ogóle jesteś moim ojcem. Może spośród nas wszystkich to właśnie ty najbardziej kłamiesz, hę?
Nie wiedział, nie miał zielonego pojęcia, skąd wzięły się u niego takie słowa. Ale to uczucie pustki, zagubienia i niepewności wreszcie wzięły nad nim górę, raniąc siedzącego przed nim pandę każdą kolejną wypowiedzianą sylabą. Li otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie był w stanie wydobyć się z jego strun głosowych. Po prostu go sparaliżowało. Po stał jeszcze przez chwilę z zaciśniętymi pięściami, oddychając ciężko i czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony.
Ale się nie doczekał.
Tak więc bez słowa wyszedł z pomieszczenia. O jego wyjściu Li Shan'a powiadomiło głośne trzaśnięcie masywnych drzwi. Zamknął oczy na ten dźwięk, a spod jego powiek powoli wypłynęły łzy.
A więc jednak go stracił...
BUM! To znowu ja! Jak zwykle w wielkim stylu, co nie? ^^ Wybaczcie, że tak krótko, ale maznęłam to w ciągu jednego dnia... a i tak zajęło mi ze 4h XDXDXD
Podoba się? Czekam na opinie, inaczej nie piszę dalej! Mówcie, co się Wam podoba, co nie, jak to się, według Was, powinno dalej potoczyć, czego oczekujecie, o co chcecie błagać, żeby się broń Boże nie wydarzyło... Piszcie! :D
Pozdrawiam! ^^
