Zajrzał do barku i westchnął- prawie pusty. Trzeba będzie się udać na Pokątną po dobry alkohol. Łamało go w kościach- efekty częstego karania przez Czarnego Pana, było mu zimno- efekt nie wpuszczania skrzatów domowych do jego pokojów i zdecydowanie nic mu się nie chciało- efekt wypicia zbyt małej ilości Ognistej. Piąta rano, wspaniała godzina- można zacząć warzyć Fidelium. Ostatnimi czasy jego życie wyznaczały wskazówki zegarka. O piątej pobudka, o ósmej śniadanie, o dziewiątej zajęcia, o czternastej obiad, o piętnastej kolejne zajęcia, o osiemnastej sprawdzanie prac i ewentualne szlabany, o dwudziestej warzenie eliksirów, o dwudziestej drugiej wizyta u Minerwy w gabinecie, o północy wizyta u Czarnego Pana, jeśli został wezwany, jeśli nie to kładł się do łóżka. Potem pobudka o piątej i tak dalej. Wolny weekend przeznaczył na relaks- opróżnił dwanaście butelek Ognistej i pięć brandy, przeczytał dwanaście książek dla rozrywki i spał ponad osiem godzin. Nawet kijem od miotły nie tknął prac uczniów, czy też ingrediencji do eliksirów. Dumbledore przyszedł raz i zastał go w stanie wyjątkowo rozluźnionym- tak bardzo, że na jego widok nawet nie chciało mu się podnosić różdżki. Ograniczył się do machnięcia ręki, potwierdzenia, że nie potrzebuje innych… rozrywek i zdecydowanie preferuje samotne spędzanie czasu. Dlatego w poniedziałkowy ranek był w pełni sił i energia go przepełniała. Wszedł do sali pełnej wszystkich ośmiu uczniów i machnął różdżką, by na tablicy pojawiły się polecenia. Użyteczne zaklęcie- na samym początku swojej kariery nauczycielskiej musiał odwracać się plecami do uczniów i nieraz kończyło się to źle dla tego kto posyłał w jego kierunku jakąś klątwę (nerwowość po przejściu na stronę Dumbledora objawiała się najczęściej bezpośrednim atakiem i stąd pewnie jego opinia). Tego zaklęcia nauczył go Dumbledore, który doszedł do wniosku, że delikatne nerwy jego nowego Mistrza Eliksirów mogą kiedyś doprowadzić do czegoś więcej niż kilka nieuleczalnych efektów (Marcus Anton do dziś miał problem z jedzeniem czegokolwiek po niemal całkowitym spaleniu przełyku). Jedynie przez pierwsze dwa miesiące zdarzały się takie „ataki" na uczniów- przez następne lata ani razu nie podniósł różdżki na ucznia, a mimo to jego opinia pozostawała wciąż niezmieniona. No, nie tak znowu niezmieniona- dość pogorszona. Został ochrzczony tłustowłosym dupkiem, wyrośniętym nietoperzem z lochów i kilkoma równie uroczymi przydomkami. Nie przeszkadzało mu to, chociaż nieco go krępował ten „tłustowłosy"- od wczesnego dzieciństwa stosował jeden i ten sam szampon dla twórców eliksirów, który powodował, że jego włosy nabierały wilgotności i jedynie wyglądały na przetłuszczone. Zresztą, niech sobie myślą co chcą. Jego styl bycia, chłodne i stoickie zachowanie, od czasu do czasu krzyk (no, dobrze, nieco częściej niż od czasu do czasu), gorący temperament i złośliwe komentarze trzymały uczniów w ryzach. Przynajmniej dopóki nie pojawił się Potter. Spojrzał na chłopaka ze złośliwym uśmiechem- chłopak przysypiał i nic dziwnego, bo cały niedzielny wieczór spędził na szorowaniu toalet w całym zamku bez pomocy magii.
- Jak tam dłonie, Potter?- zapytał złośliwie.
- Całkiem nieźle, dziękuję- mruknął i zacisnął zęby. Właśnie za odpyskowanie dostał szlaban. Niech wie, gdzie jego miejsce. Weasley bawił się właśnie włosami Granger, która starała się nie zwracać na to uwagi, ale najwidoczniej było jej przykro. Znał ten ból- Lilly w jednej chwili gładziła jego włosy, by w następnej uśmiechać się zalotnie do Pottera i jego kompanii. On był dobry, kiedy nikogo innego nie było.
- Weasley, radzę ci zabrać rękę z włosów Granger, bo tak się w nie zaplączesz, że będzie trzeba ogolić ją na łyso- uśmiechnął się paskudnie- Nie, żebym miał coś przeciwko temu. Pięć punktów od Gryffindoru za spoufalanie się podczas lekcji.
Chłopak zaczerwienił się i usiadł sztywno, najwyraźniej się powstrzymując od rzucenia kilku przekleństw, a dziewczyna odetchnęła głęboko.
- Nie wzdychaj tak, Granger. Pomigdalicie się poza moją salą- zaśmiał się wrednie, jednocześnie czując, że nie powinien tego robić. W odpowiedzi dostał wielkookie spojrzenie pełne głębokiego rozbawienia. Nawet ona nie wierzyła w to, co mówił.
- A co niby robi Malfoy?!- zawołał Weasley znajdując powód do wyładowania frustracji. Ręka Dracona znikała pod spódnicą Pansy Parkinson, która zdawała się nieco za szybko oddychać. Od samego początku nie wierzył, że syn Lucjusza Malfoya prowadzał się z dziewczyną, pod której spódnicę zajrzała większość chłopaków ze Slytherinu. Narcyza była niewinna, na tyle, na ile Ślizgonka może być i ojciec Dracona wielbił ją i kochał od momentu, w którym poznali się na Ceremonii Przydziału. Snape jednak znał tajemnicę Dracona, o której nikt aż do zakończenia wojny nie powinien poznać. Draco Malfoy był beznadziejnie zakochany z wzajemnością w Ginewrze Weasley. Snape złapał ich kiedyś w pustej klasie po północy i zażądał wyjaśnień, które spowodowały, że niemal popłakał się później ze śmiechu. Malfoy został wychowany tak, by nienawidzić każdego Weasleya, a Weasleyówna została wychowana w głębokiej pogardzie do Malfoyów. Pansy była przykrywką Dracona, ale Snape postanowił przekazać mu pewną lekcję, której jego ojciec nie zdążył mu wyłożyć- o jednoczesnej konspiracji i wierności. Przez te wszystkie lata, aż do chwili uwięzienia Lucjusza, Narcyza była jedyną kobietą w jego życiu i Snape wiedział, że rodzice Draco chcieliby by i ten doświadczył czegoś takiego. Pokręcił głową i wrócił do tematu.
- Nie wiem o co ci chodzi, Weasley. Parkinson, źle się czujesz, że tak szybko oddychasz?- dziewczyna zaczerwieniła się lekko, ale też dumnie się uśmiechnęła. Poczuł, że robi mu się niedobrze- Więc skoro skończyliśmy prywatne wycieczki sądzę, że możemy przejść do dzisiejszego tematu. Veritaserum. Kto potrafi mi powiedzieć jak działa?
Ku jego zdziwieniu rękę podniosła Luna Lovegood. Nie miał pojęcia jakim cudem ta roztrzepana Krukonka zdała SUMa na Wybitnego, ale w efekcie wylądowała w jego klasie i nie ruszały ją żadne teksty poza dwoma: gdy odnosił się do jej ojca, bądź matki. W pierwszym przypadku nie miało to najmniejszego sensu, a w drugim byłoby czystym okrucieństwem. Poza Lovegood rękę podniosła, oczywiście, Granger i, co również było niespodzianką, Potter. Z całej tej trójki najmniej nie znosił Krukonki więc machnął ręką, że ma mówić.
- Veritaserum jest silnym eliksirem prawdy. Jeśli ktoś go zażyje nie może kłamać.
- Chciałaś powiedzieć, nie potrafi, Lovegood.
- To niewielka różnica, profesorze. Nie można, to nie oznacza nie potrafić, ale w niektórych przypadkach można uznać to za synonimy. Jeśli chodzi o Veritaserum to jest ono często używane przez badaczy morskich w poszukiwaniu Atlantydy. Podają ten eliksir trytonom, żeby zdradzili im, gdzie jest ukryte Zatopione Miasto.
- Bredzisz- uciął krótko- Podstawowym błędem w twoim rozumowaniu jest to, że Veritaserum nie działa na istoty nie-ludzkie. Kto potrafi mi powiedzieć kiedy nie należy podawać tego eliksiru?
Tym razem nikt, poza Wiem-To-Wszystko nie podniósł ręki. Nie machała nią rozpaczliwie, ale wyciągała ją tak wysoko, że nawet gdyby był ślepy, jak kret, to musiałby to zauważyć. Wspominając zeszłotygodniowe zdarzenia z głęboką niechęcią w głosie powiedział:
- Granger?
Zamrugała zdziwiona, że pozwolił jej mówić, ale zanim zdążył się wtrącić przemówiła.
- Veritaserum nie należy podawać osobom po silnych urazach fizycznych i psychicznych. Nie należy go podawać osobom, które zostały poddane dłuższemu działaniu klątw Niewybaczalnych, co oznacza również Imperiusa. Może to doprowadzić do głębokich urazów psychicznych. Nie wolno poić Veritaserum osoby uczulone na którykolwiek z jego składników, ponieważ stężenie ingrediencji jest tak duże, że od razu doprowadza do śmierci. W 1735 roku powstała Reguła o Eliksirach, w której opisane są również obwarowania etyczne w przypadku podawania pewnych mikstur. Jednak na czas wojny są one znoszone, więc nie wiem czy jest potrzeba przytaczania ich.
Był pod wrażeniem. Doskonałe połączenie wiedzy historycznej, mało znanych faktów i wysunięcie wniosku. Jednak tego jej nie powie nigdy. Prychnął.
- Niemalże idealny cytat z Eliksirów przez Wieki, chociaż w zasadzie poprawny. Należało jednak podać problemy etyczne i za ominięcie tego Gryffindor traci dwadzieścia punktów. Postaraj się lepiej następnym razem, Granger.
Pomimo tego, że odjął punkty i był wredny zauważył, że dziewczyna pochyla głowę i dosłownie promienieje radością. Zrozumiała, że to, co powiedział, było pochwałą. Przeszli do robienia bazy eliksiru i tutaj miał w tym wszystkim własny interes- eliksir musiał się warzyć miesiąc, więc jeśli ktokolwiek zrobi podstawę poprawnie to oszczędzi mu późniejszej pracy. Należało wyjątkowo pieczołowicie i dokładnie pociąć składniki, nie mówiąc o odmierzaniu czasu. Musiał zmienić nieco metody dla tej grupy.
- Ktokolwiek do końca lekcji uzyska prawidłowy wynik zarobi dla swojego domu pięćdziesiąt punktów.
Wzięli się ochoczo do pracy, a on wciąż nie mógł wyjść z szoku- jakim cudem ta przeklęta Lovegood zdała SUMa?! Od początku roku nie wykonała poprawnie żadnego eliksiru, zbyt mocno bujała w obłokach i za chaotycznie pracowała- teraz machała nożem jak cepem i jej owoc berberysu zamiast być pocięty w sześciokąty miał kształt wyjątkowo źle obranego ziemniaka. Obok niej w pełnym skupieniu pracował Blaise Zabini- zdolny chłopak, ale zbyt pewny siebie. W tej chwili już popełnił błąd. Nie spojrzał na tablicę by upewnić się jaka powinna być kolejność dodawanych składników i wrzucił berberys przed językiem traszki. Granger była wyjątkowo dokładna- na oko widział, że wszystko ma idealnie zrobione i wykonuje odpowiednie ruchy. Potter niedbale bawił się nożem i Snape chętnie wbiłby mu to ostrze w tą durną łepetynę, żeby wiedział, że ostre rzeczy mogą być niebezpieczne. Weasley zachowywał się podobnie, ale przy okazji coś tam robił. Malfoy dawał sobie radę równie dobrze, co Granger. Za to Parkinson i stojąca obok niej Robertson nie tylko źle kroiły, ale też miały za wysoki płomień pod kociołkiem. Pokręcił głową- na osiem osób jedynie dwie są w stanie wykonać jeden z prostszych pośród ciężkich eliksirów. A co najgorsze- musiał idiotów trzymać przez następnych kilka miesięcy. Zdecydowanie ten pomysł mu się nie podobał, ale Minerwa nie chciała go słuchać. Pod pewnymi względami była gorsza od Dumbledora. Pod koniec lekcji stawał przed każdym kociołkiem.
- Lovegood, jak zwykle źle. Jesteś pewna, że Tiara umieściła cię w odpowiednim domu? Powinnaś być w Hufflepuffie. To samo się tyczy ciebie, Zabini, skoro nie potrafisz przeczytać i zrozumieć, jaka powinna być kolejność składników- niechętnie spojrzał na pracę Granger. Idealna konsystencja, kolor i zapach, cholera. Zmusił się do powiedzenia czegoś, czego w tej szkole nie słyszano na Eliksirach od kiedy zaczął ich uczyć- Pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru. Potter i Weasley- czy wy umiecie zrobić cokolwiek bez pomocy Granger? Beznadziejnie. Dwa O. Panie Malfoy, pięćdziesiąt punktów dla Slytherinu…
Zauważył kątem oka, że dziewczyna siada z ulgi i płacze z radości. Miał nadzieję, że to jakoś pomoże i nie będzie szukała akceptacji w… nieodpowiednim środowisku. Gdyby on sam pracował na Eliksirach, a nie oddawał swoje notatki Lilly i wykonywał całą pracę za nią, być może sam byłby najlepszym uczniem i znalazłby uznanie w czyichś oczach. Ale wtedy wydawało mu się, że nie na tym mu zależy. Uśmiechnął się wesoło nad własną głupotą i kompletnie zapomniał, że w sali jest ktoś poza nim. Jednak kiedy nagła cisza wbiła mu się boleśnie w uszy podniósł wzrok i od razu ściągnął brwi oraz wykrzywił usta- osiem osób wpatrywało się w niego szeroko rozwartymi oczami.
- Czekacie na coś?- warknął wyjątkowo nieprzyjemnym tonem- Bo wydaje mi się, że za dwie minuty macie dalsze lekcje.
Zanim skończył zdanie większości już nie było.
