Umrzesz za trzy dni

Część druga

Red King's Killer

aka 0 Remorse


Czasy współczesne

Wieczorem, Red King

Ffuch. Jedno więcej pasmo dymu nie zrobiło różnicy w już i tak zadymionym pomieszczeniu. Wieczorami oczy nawet czasem łzawiły. Blondyn za kontuarem nalewał właśnie alkohol do kieliszka czarnowłosemu mężczyźnie z tatuażami.

Z boku, na małej scenie, stał czerwonowłosy chłopak z gitarą w ręku. Struny zgrzytnęły ponuro i melodyjnie.

- Weź przykład z Kida i rusz dupę, Law – powiedział barman,

Wezwany spojrzał na niego i wychylił kolejkę.

- Po co, Sanji? Ja nie tańczę przecież. Dziś kolej Ace'a , nie?

- A po to, żebyś przyniósł więcej whisky. Ostatni delikwent wychlał prawie całą półkę.

Wskazał dyskretnie zielonowłosego mężczyznę na drugim końcu baru. Bandana przekrzywiła mu się nieco na głowie, a obok stała pusta już butelka Walkera. U jego boku kołysała się katana.

- Wszystko z nim w porządku? – zapytał ściszonym głosem Law, wstając. – Whisky, powiadasz?

Gdy poszedł na zaplecze, Sanji spojrzał na zielonowłosego. Była dość wczesna godzina, mało klientów, a ten jeden pił, jakby jutro był koniec świata. Może dla niego już się skończył?

- Jeszcze jednego – wychrypiał mężczyzna.

Blondyn zdjął ostatnią butelkę ze ściany i zbliżył się do niego.

- Ciężki dzień? – zagadnął, napełniając jego kieliszek.

Mężczyzna wypił go jednym haustem i odstawił, patrząc ponuro na barmana.

- Nazywam się Sanji – przedstawił się blondyn.

- Zoro – mruknął zielonowłosy, rozglądając się.

- Nigdy nie widziałem cię w Red King – powiedział barman, dolewając mu.

Mężczyzna zasłonił kieliszek dłonią.

- Dość.. muszę coś załatwić… Znasz może takiego gościa… przylizane włosy, z blizną?

Sanji pomyślał przez chwilę, po czym skinął głową.

- Bywa tu czasem. Umówiliście się?

- Tak jakby – mruknął Zoro.


Czerwonowłosy mężczyzna, ubrany w rozchełstaną koszulę i kusą spódniczkę poprawił gogle na głowie, odłożył gitarę i podszedł do metalowej rury z boku sceny. Oplótł ją jedną nogą i zawisł, wpatrując się w piegowatego chłopaka o czarnych włosach, który przed chwilą wdrapał się na podest.

- Ace?

- No, Kid?

Przybyły ukląkł przy pochodniach leżących na podłodze.

- Dziś fireshow?

- Tak. Nie pomachasz za dużo tyłkiem.

- Nie podzielimy się?

- A jakie są rozkazy szefa?

- Jak zwykle, jeden. „Róbcie swoje".

- Jak chcesz to zrobić, Kid? – zapytał Ace, marszcząc brwi nagle.

- A ty? – goglowaty dotknął podwiązki, która podtrzymywała pochewkę noża przymocowanego do uda.

Czarnowłosy tylko podrzucił do góry pochodnię z uśmiechem.

- Uważaj, bo spalisz tę budę – zażartował striptizer.

- Wystarczy rozpalić jego. Mam nie przebierać w środkach.

- Ej, Ace… - Kid zsunął się na ziemię, obejmując zimne żelazo udami obleczonymi w kabaretki. – Widziałeś szefa kiedyś?

- Nie. Nikt go chyba nigdy nie widział – wzruszył ramionami piroman.

- Wierzysz, że istnieje?

- Nie mam pojęcia. Ale rozkazy trzeba wykonywać.


Law szedł korytarzem do magazynu. Minął po drodze kuchnię, pomieszczenie pracownicze i gabinet szefa. Właśnie, szef. Mityczna, cholera, postać. Nigdy nikt go nie widział, mimo, iż gabinet stał zawsze otworem. Instrukcje pracownicy dostawali przez głośniki – lub bezpośrednio. Poszukał klucza w kieszeni i otworzył drzwi.

Komórka w tylnej kieszeni spodni zabrzęczała cicho.

- Trafalgar Law?

Poznał od razu ten zniekształcony głos.

- Tak, szefie.

- Czy wszystko gotowe na przybycie pana Donquixote?

- Oczywiście. Sanji, Ace, Kid, wszyscy dostali swoje wytyczne.

- Dla ciebie także mam zadanie.

Law zacisnął dłoń na aluminiowej obudowie telefonu.

- Pan Donquixote prosił, byśmy, tradycyjnie już, zapewnili godziwą rozrywkę jego towarzyszowi. Ostatni boks po prawej.

- Ja…?

- Ty, Law. Pan Crocodile z pewnością będzie zadowolony.

- Tak jest.

Połączenie zostało przerwane. Law spuścił wzrok na skrzynki z whisky i zaczął podnosić najbliższą.

Sanji czyścił kieliszek, stojąc przed Zoro. Myślał o dzisiejszym zleceniu. Klient, Donquixote Doflamingo, był wymagający. A instrukcje szefa na temat zabawiania ważnych gości wyraźne. Zastanawiał się, komu przypadnie zaszczyt dotrzymywania towarzystwa Crocodile'owi. Gdy Doflamingo wyruszał na łowy, ktoś musiał opiekować się jego przyjacielem. Policzył na palcach. Ace, Kid, on sam… teoretycznie była kolejka Lawa.


Czasy współczesne

3 dni temu, Red King

Historia Sanjiego

Kiedy Sanji usiadł w ostatnim boksie po prawej, napotkał nieprzyjazny wzrok starszego mężczyzny.

- Nazywam się Sanji i będę dzisiaj pańskim towarzyszem – powiedział, kątem oka zerkając na bar.

Może postawienie tam Ace'a to nie był najlepszy pomysł. A jeśli szklanki tego nie przeżyją?

- Crocodile – powiedział gładkowłosy, dmuchając mu dymem prosto w twarz.

Blondyn zauważył, że całkowicie ignorował swojego partnera przy ladzie, który rozmawiał z jakimś mężczyzną z ożywieniem.

- Jeśli będzie pan miał jakieś życzenia, proszę się nie krępować – powiedział Sanji.

- Dziękuję.

Zauważył, że mężczyzna obraca w palcach czerwoną wizytówkę ich klubu.

Czerwonowłosy mężczyzna w damskich ciuszkach przyniósł im drinki, patrząc szeroko otwartymi oczami na drugiego dziś w kolejności ważnego klienta. Na wieczory takie jak ten szef zatrudniał dodatkowy personel. Na scenie teraz tańczył umięśniony mężczyzna w samych spodniach od garnituru i krawacie. Jego loki falowały na wszystkie strony.

- Lucci, striptizer – poinformował Sanji. – W wolnych chwilach trenuje sztuki walki.

Crocodile spojrzał na niego, unosząc jedną brew. Nieprzystępny skurczysyn. Nie, żeby blondyn szczególnie w takich gustował, ale dawno nie miał nikogo. A ten facet był chłopakiem vipa, mogącym zażądać wszystkiego.

- Dużo wiesz o ludziach, Sanji – zauważył Crocodile, kiedy Kid odszedł.

- Jestem tak naprawdę barmanem. Taka moja praca – wzruszył ramionami blondyn.

- Kto teraz rozmawia z Doflamingo?

A jednak może nie był taki nieczuły.

- Enel, ma firmę energetyczną. Typ dominujący, gdyby mnie pytać – dodał, zupełnie niepotrzebnie.

Crocodile wgniótł cygaro w popielniczkę i powiedział, nie wiadomo do kogo:

- Nie ma szans.

Sanji zastanawiał się. Od strony baru dobiegł przeraźliwy śmiech Doflamingo.

- Panie Crocodile?

- Co?

- Czemu pan Donquixote wyszukuje sobie podrywki na jedną noc?

Crocodile patrzył teraz prosto na kochanka, który posłał mu pytające spojrzenie, po czym skinął mu głową.

- Bo mu na to pozwalam.


Czasy współczesne

Wieczorem, Red King cd.

Wtedy z nim nie spał. Crocodile odwiózł barmana pod sam dom i życzył dobrej nocy, jak zwykle. I na tym się skończyło. Czy musiało tak być? Jego związek z Donquixote musiał był jak uderzanie ognia o lód. Powolne roztapianie. Doflamingo mógł mieć każdego, trzęsąc dzielnicą rozrywki, ale z niewiadomych powodów skromny pracownik firmy turystycznej niemal codziennie gościł w jego łóżku. Prasa huczała od plotek, a Donquixote Doflamingo śmiał się wszystkim prosto w twarz.

Sanji czuł nawet nikłą fascynację ponurym kochankiem bogacza. Jak dotąd chyba nikt z Red King nie został u niego na noc. A nawet jeśli tak, milczał jak grób.

Jego spojrzenie powędrowało ponownie do mężczyzny z kataną. Law przyniósł nową partię whisky i właśnie ją rozładowywał, więc Sanji mógł nalać Zoro nowy kieliszek.

- Wszystko w porządku?

- Cóż… Wiń dziewczynę mojego szefa – mruknął Zoro. – Wywalił mnie na zbity pysk. Chyba nie jestem do tego stworzony.

- Kobiety to kłopot, Zoro – powiedział Sanji, uśmiechając się domyślnie i zapalając nowego papierosa.

- Yhy – wystękał Zoro.

- Nie dość już tego alkoholu? – zapytał Law, stając obok.

- Chyba tak – mruknął blondyn.

- Czy to… ogień? Czy ja jestem pijany? – jęknął zielonowłosy.

Z brzegów sceny strzeliły płomienie, a Ace żonglował pochodniami na próbę. Kid obserwował go znudzony, wycierając po raz setny stolik w ostatnim boksie po prawej.

Drzwi otworzyły się i weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, czarnowłosy stanął przy drzwiach, a drugi, wysoki blondyn w zawadiackich okularach ruszył w ich stronę.

- Law, twoja kolej – powiedział Sanji.

Czarnowłosy wyszedł zza baru i poszedł prosto w stronę mężczyzny, zapraszając go do boksu. Kid rozejrzał się nerwowo i uciekł w stronę sceny. Zoro nawet nie podniósł głowy znad kieliszka. Ace dmuchnął w pochodnię, zionąc żywym ogniem.

Polowanie czas zacząć.


- To, co zwykle, panie Donquixote? – zapytał Sanji, wyciągając kieliszek.

Doflamingo usadowił się na stołku koło zielonowłosego mężczyzny i uśmiechnął do blondyna za ladą.

- Przecież wiesz.

O tak, doskonale wiedział. Jeśli ktoś w ogóle był dobrze poinformowany o stylu życia vipa i o związku Doflamingo i Crocodile'a, to właśnie barman Red King. Doflamingo zdarzało się chlapnąć przy kieliszku to i owo. Czego Sanji nie wiedział, mógł się domyślić z półsłówek. Ostatecznie on też bywał zakochany.

Sięgnął po otwartą uprzednio butelkę i odkorkował ją. Zoro nagle podsunął mu swój kieliszek.

- Chyba już dość…?

- Nalej mu, Sanji, co się będzie chłop wstrzymywał – powiedział pogodnie Doflamingo.

Barman napełnił obydwa kieliszki. Doflamingo stuknął się z zielonowłosym.

- Chyba masz jakiś problem, chłopie. Wyglądasz jak kupka nieszczęścia.

- Kobieta – mruknął Zoro.

- Wypijmy za nią – powiedział nieoczekiwanie klient numer jeden tego wieczoru.

Sanji spojrzał na niego zaskoczony. Zoro w końcu raczył spojrzeć na przedmówcę.

- Jesteś singlem. To najpiękniejszy stan świata, prawda? No i tym lepiej dla innych kobiet. I mężczyzn – Doflamingo brzmiał co najmniej beztrosko.

- Tak… Cholera – Zoro podrapał się po głowie. – Miał tu dzisiaj być.

- Kto?

- Mężczyzna z blizną. Znasz jakiegoś?

Doflamingo mimo woli się obejrzał, patrząc, jak Law przynosi Crocodile'owi drinka do boksu.

- A czemu pytasz?

- Bo muszę się z nim zobaczyć. To sprawa życia i śmierci.

Law postawił przed klientem kieliszek.

- Proszę, panie Crocodile.

- Dziękuję. A popielniczka?

Czarnowłosy zawrócił w stronę baru.

- Mam nadzieję, że będziesz miły dla mojego przyjaciela – Doflamingo klepnął go w ramię, gdy podszedł.

- Tak, panie Donquixote. Sanji, Kid zapomniał położyć popielniczki.

- Zaczekaj, Law – blondyn poprawił okulary. – Przedstaw naszego nowego znajomego Croco, dobrze?

Law zerknął na zielonowłosego mężczyznę z kataną.

- Skoro sobie tego pan życzy. Proszę za mną.

Zgarnął srebrne pudełeczko z lady. Zoro wstał, nie bardzo rozumiejąc, czego się od niego wymaga i poszedł za nim do boksu. Został właściwie do niego wepchnięty.

Crocodile palił spokojnie cygaro.

- Panie Crocodile, ten człowiek chwilowo dotrzyma panu towarzystwa.

I odszedł. Zoro spojrzał przed siebie i niewiele zobaczył. Sala była zaciemniona, jedynym jasnym punktem była scena, na której Ace bawił się ogniem.

- Proszę wybaczyć, że się narzucam… - wymamrotał zielonowłosy. – Nie bardzo wiem, co tu robię.

- Ja także nie. Ale nieoczekiwanie spotykamy się znowu – Crocodile zapalił cygaro. – Cieszę się, widząc cię w dobrym zdrowiu, Zoro.

Jego rozmówca wytężył wzrok, dusząc się dymem.

- Zaraz… to ty! Wtedy na ulicy! Teraz poznaję twój głos. Nie miałem okazji ci podziękować.

- Nie oczekuję tego.

- To i tak było nic w porównaniu z… Nie masz pojęcia, w co się wpakowałem tym razem – powiedział ponuro mężczyzna.

- Czemu więc mi nie opowiesz? Dysponuję dzisiaj czasem.

- Pamiętasz, jak mówiłem, że niszczę ludziom życia? – wyszeptał Zoro.

- Owszem.

Ręka zielonowłosego spoczęła na rękojeści katany.

- Znowu mam to zrobić. Jestem mordercą, Mr. 0. Muszę zabić człowieka.