Część pierwsza

KRUCZY ŚPIEW


Rozdział czwarty

Idée Fixe


Powrót Tony'ego Goldsteina wzbudził absurdalnie duże zainteresowanie wśród uczniów Hogwartu, co można było wytłumaczyć tylko przygnębiającą atmosferą i brakiem innych pozytywnych zdarzeń, na których mogłaby się skupiać powszechna uwaga. W przeciągu kilku dni Anthony stał się szkolnym bohaterem, jakby już pokonał Voldemorta, a nie po prostu uciekł rodzicom, by kontynuować hogwarcką edukację. Hermiona z niedowierzaniem patrzyła na wianuszek dziewcząt, uzupełniony o kilku chłopców, otaczający zawsze Krukona. Harry, który istotnie był pogromcą Czarnego Pana i miał się nim stać ponownie, nigdy nie cieszył się taką popularnością, jaką obecnie szczycił się Goldstein.

Ale Harry nie miał też dwóch metrów wzrostu, blond czupryny i uroczego uśmiechu, jakim obdzielał młodsze koleżanki Goldstein, kiedy mówił „Nie Anthony, wystarczy Tony".

Harry nigdy też nie chwalił się swoimi osiągnięciami; ba, raczej wypierał się zasług, twierdząc, że dopisało mu szczęście lub pomagali mu przyjaciele. Tymczasem Tony miał o sobie aż nadto wygórowane zdanie. Początkowo przyznawał się do drobnych kłopotów z transportem przez Pacyfik i cudem unikniętego spotkania z dwoma młodymi śmierciożercami. Wkrótce jednak, zaraz po ukazaniu się w „Głosie Hogwartu" artykułu o jego przykładnej postawie, dodał, że przybył do Anglii na statku porwanym przez piratów, zaraz po postawieniu nogi na Wyspie przyszło mu walczyć z całą grupą uzbrojonych śmierciożerców, a z potyczki wyszedł zwycięsko, choć z raną w miejscu, którego nie zwykł pokazywać publicznie — tu zwykle mrugał okiem do najładniejszej z otaczających go dziewcząt. Hermionie jednak nie było do śmiechu, kiedy wędrując korytarzem, znów natykała się na fanklub Tony'ego, przez który musiała się przeciskać.

— Przepraszam — warknęła do dwóch młodszych Krukonek, zbyt zajętych posyłaniem Tony'emu olśniewających uśmiechów, by kogoś przepuścić. — Przepraszam! — niemal krzyknęła, wbijając Bulmie Morton łokieć w żebro. Trzecioklasistka, nadal nie przestając szczerzyć zębów, przesunęła się lekko, jako że Tony raczył zrobić dwa kroki w prawo. — To jakaś zbiorowa obsesja, naprawdę.

— Daj spokój, Hermiono — odparł Neville. — To tylko młode dziewczyny.

— Młode idiotki — poprawiła. — A ten kretyn — wskazała podbródkiem Tony'ego — niedługo będzie opowiadał, że przez ocean przefrunął na grzbiecie smoka, który później spopielił setki śmierciożerców.

— I komu to przeszkadza? Niech mają trochę rozrywki.

Hermiona nie odpowiedziała. Nie wszyscy w Hogwarcie potrzebowali do szczęścia wiary w awanturnicze przygody Goldsteina, ale nawet ci, którzy mu nie wierzyli, traktowali go pobłażliwie, jak Neville. Jedyną osobą, którą Tony doprowadzał do prawdziwej furii, był Malfoy.

Zaczęło się niewinnie, w pierwszą środę listopada, na podwójnej lekcji obrony przed czarną magią.

— Przejrzałem pobieżnie program i obliczyłem, że jesteśmy do przodu i na pozostałą część materiału wystarczą nam jedne zajęcia tygodniowo — oświadczył profesor Charfield. — Tak więc uczyć się będziemy tylko w piątki. Jeśli natomiast chodzi o środy, poświęcimy je na powtórki. — Po klasie przebiegł zbiorowy jęk, będący wyrazem zawodu uczniów przeświadczonych, że „uczenie się tylko w piątki" oznacza wolne środy. Hermiona jednak nie dołączyła do niego; nie dalej jak tydzień wcześniej rozmawiała z Lisą o tym, że powinni na zajęciach powtarzać — i uzupełniać — materiał z ubiegłych lat. — Pierwsza godzina: teoria, druga godzina: praktyka. A to oznacza… — uśmiechnął się, robiąc krótką pauzę — …pojedynki.

Tym razem zbiorowość klasowa wykazała entuzjazm. Wzajemne obrzucanie się klątwami było tym, co wszyscy lubili, zwłaszcza jeśli wierzyli, że pojedynkowanie się w bezpiecznych, klasowych warunkach zwiększa szanse na przeżycie, kiedy w środku nocy śmierciożercy zaatakują ich dom. Hermiona nie wierzyła, ale nie zamierzała pozbawiać innych nadziei. Zresztą odkąd pierwszy raz stanęła z wyciągniętą różdżką naprzeciwko innego uzbrojonego czarodzieja — a traf chciał, że był nim ten wredny Zachariasz Smith, podczas spotkania Klubu Pojedynków — i przekonała się, że jest w stanie odbijać zaklęcia i rzucać uroki tak sprawnie, jak zawsze, nie miała powodu unikać walki.

— Przydadzą wam się, skoro większość z was nie uczęszcza do naszego klubu — dodał jeszcze, po czym natychmiast się poprawił: — Nie mam żadnych pretensji, oczywiście rozumiem, że przy waszym poziomie byłaby to strata czasu. Na lekcjach będziecie mieli okazję nauczyć się czegoś więcej.

Zgodnie z obietnicą, po upływie pierwszej godziny zajęć profesor Charfield przesunął zaklęciem wszystkie stoliki i torby na bok i kazał im ustawić się na środku, żeby podzielić ich w pary.

— Pan Finnigan i pan Longbottom, pan Thomas i pan Boot, panna Patil i panna… — widząc wrogie spojrzenie Lisy, natychmiast zmienił zdanie — …Greengrass, panna Turpin i panna Granger, dobrze… Oraz pan Malfoy i pan Goldstein. Dziesięć minut rozgrzewki, a potem będę prosił poszczególne pary, żeby reszta mogła obserwować. Walczymy, żeby rozbroić przeciwnika, nie zranić.

Lisa była jednocześnie łatwym i trudnym rywalem. Łatwym, bo nigdy nie uczęszczała na zajęcia GD i jedyne pojedynki, w jakich brała udział, to te na lekcjach — brakowało jej refleksu i sprawności w operowaniu różdżką. Z drugiej strony, Hermiona nie znała jej stylu walki ani repertuaru uroków i nie mogła przewidzieć, jakiej klątwy użyje, tak dobrze, jak wtedy gdy walczyła z Neville'em czy Deanem. Toteż kiedy po krótkiej rozgrzewce stanęły przed resztą klasy, zajęło jej dłuższą chwilę rozbrojenie przeciwniczki, która wcześniej zdołała porządnie osmalić jej szatę.

Terry Boot i Daphne Greengrass pokonali swoich przeciwników po zażartej walce, a w pojedynku Neville'a i Seamusa uznano remis, kiedy obydwaj opadli na kolana, dysząc ciężko po kolejnej serii uroków i tarcz; Seamus atakował częściej, ale Neville skuteczniej.

Najszybszy okazał się pojedynek Malfoya z Tonym. Chłopcy ukłonili się sobie — Tony z gracją, Malfoy szyderczo — i wyciągnęli różdżki.

Drętwota! — zaatakował Tony, ale bezskutecznie.

Protego — odpowiedział Malfoy i prawie natychmiast dodał: — Expelliarmus.

Różdżka Tony'ego wyleciała mu z ręki i wpadła prosto w dłonie Malfoya. Zgromadzeni patrzyli z wyraźnym zdziwieniem na walczących, a wygrana nadmiernie połechtała ego Ślizgona.

— Więc to w ten sposób pokonałeś tych śmierciożerców, tak? — zapytał drwiąco.

Tony zaczerwienił się aż po jasną grzywkę.

— Widocznie Sam-Wiesz-Kto nie wszystkich szkoli tak dobrze, jak swojego ulubieńca — odpowiedział. — Wszyscy pamiętamy, że Expelliarmus to zaklęcie Snape'a, nauczył nas go, kiedy się pojedynkował z Lockhartem. Miałeś w lecie dodatkowe korepetycje z ulubionym nauczycielem, Malfoy?

Malfoy zbladł, ale nie odpowiedział ani słowem. Odwrócił się na pięcie i odszedł w kierunku drzwi.

— Panie Malfoy, różdżka pana Goldsteina! — zawołał za nim profesor Charfield.

— Niech mi ją sam odbierze — odparł Malfoy i zniknął za drzwiami.

Wieczorem, kiedy Slughorn interweniował i kazał Malfoyowi zwrócić własność Goldsteina, ten odparł, że gdzieś ją zgubił. Różdżka Tony'ego znalazła się dzień później w Sali Pamięci, przełamana na pół. Malfoy trafił na dywanik dyrektorki i chociaż nie przyznał się do zniszczenia — uparcie twierdził, że zostawił ją przed klasą obrony i więcej nie widział — zarobił miesięczny szlaban u Filcha; szczęśliwie przy wszystkich obowiązkach prefekta naczelnego mógł go odbywać tylko wieczorami w weekendy. Krążyły plotki, że miał też publicznie przeprosić Krukona, ale ponieważ tego nie zrobił, a profesor McGonagall nie wyciągnęła żadnych dodatkowych konsekwencji, Hermiona nie do końca w to wierzyła. Znacznie bardziej prawdopodobna była druga z zasłyszanych pogłosek — że Draco musiał zapłacić za zniszczoną różdżkę, choć i na ten temat żaden z zainteresowanych się otwarcie nie wypowiadał.

Gorzej, że tym samym Malfoy wzbudził wzrost powszechnej niechęci do swojej osoby. Fanki Tony'ego były wściekłe, że publicznie go upokorzył. Pozostali uważali, że pozbawiając Goldsteina różdżki w czasach wojny — po zniknięciu Ollivandera sprowadzenie nowej było bardzo skomplikowane i minął tydzień, zanim Krukon zdobył jakąś, niedopasowaną do niego i nieposłuszną — naraził go na poważne niebezpieczeństwo. Wszyscy razem zaś sądzili, że Draco w końcu zdradził, po której stronie stoi. To akurat Hermiona uważała za kretynizm — gdyby jeden głupi konflikt decydował o poglądach człowieka, większość kolegów Harry'ego musiałaby być śmierciożercami.

Niemniej Malfoy narobił sobie wrogów i dawało się to odczuć na każdym kroku. Na zajęciach z obrony większość uczniów nie chciała z nim walczyć, mimo że Charfield nalegał na częste zmiany partnerów, toteż zwykle pojedynkował się ze Ślizgonką, Daphne Greengrass, lub Neville'em, który jako jedyny go nie unikał. Hermiona też raz na niego trafiła, ale nie miała ochoty na powtórkę. Malfoy bronił się i atakował bez słowa i zaangażowania, tylko po to, by nie wzbudzać zainteresowania, ale nie po to, by wygrać. Nie starał się też specjalnie przegrać, zwykle dążył do remisu, ale pojedynek z nim przypominał ćwiczenie z manekinem i nie stanowił żadnego wyzwania.

Co więcej, również grupa z transmutacji — w podobnym składzie, ale szczęśliwie pozbawiona Tony'ego — dążyła do wykluczenia Malfoya i Hermiona spotkała się ze sporym zdziwieniem, a nawet zbulwersowaniem, że nie zrezygnowała ze współpracy z nim. Jej pozycja w szkolnym rankingu towarzyskim nigdy nie była za wysoka, a ostatnio drastycznie spadła, więc nie obeszło jej to, ale denerwowała się z jednej strony na Malfoya, że potęguje złe nastroje i przenosi własne problemy z otoczeniem na nią, a z drugiej — na pozostałych, że zachowują się jak dzieci w momencie, gdy powinni wykazywać większą dojrzałość.

Cichy, hogwarcki ostracyzm przyniósł skutek odmienny do zamierzonego; w połowie listopada Hermiona ze zdziwieniem odkryła, że zamiast ograniczyć kontakty z Malfoyem, spędza z nim coraz więcej czasu. Zmuszona zajmować miejsce w jego ławce na starożytnych runach — pozostała część klasy, to jest Terry Boot i Padma, stanowczo trzymała się razem — a czasami także na obronie i zaklęciach, niemal zawsze lądowała z nim w jednej parze podczas grupowych zajęć. Wspólne prace domowe i projekt wymuszały częstsze posiedzenia w bibliotece przy jednym stoliku, co doprowadziło do tego, że po przekroczeniu progu królestwa pani Pince machinalnie wędrowała w stronę wypłowiałej głowy, pochylonej nad księgami.

Zresztą z reguły właśnie tych tomów potrzebowała — ich plany zajęć niemal się pokrywały, Malfoy nie chodził jedynie na numerologię i zielarstwo, a ona na opiekę nad magicznymi stworzeniami. Hermiona nie znosiła wystawania nad Malfoyem i dopraszania się o książki, które on, z pewnością celowo, niespiesznie doczytywał, toteż w ramach zemsty dosiadała się do jego stolika, zmuszając go do podzielenia się przestrzenią i materiałami; sama nie wiedziała, co bardziej działało mu na nerwy. Te zaś bywały szargane jeszcze mocniej, gdyż niekiedy musiał znosić dodatkowe towarzystwo — Neville i Lisa Turpin dzielnie asystowali Hermionie. Od czasu do czasu obok Malfoya siadała krótko ścięta Ślizgonka, Daphne Greengrass, która budziła głęboką niechęć Hermiony, bo niemal w ogóle się nie odzywała, chyba że Gryfonka na chwilę opuszczała stolik — wtedy słyszała cichy śmiech Malfoya, co dobitnie sugerowało, że z niej żartowano. Z rzadka towarzyszył im także czarnoskóry chłopak o przeszywającym spojrzeniu, Blaise Zabini — wówczas Hermiona nawet się nie zbliżała do Ślizgonów; o ile Daphne była niemiła, o tyle Zabini ją przerażał. Właściwie jedynym Ślizgonem, z którym skłonna była przebywać z własnej woli, okazała się prefekt z szóstego roku, Ursula Hale. Nie dlatego, by dziewczyna zachowywała się przyjaźniej niż jej koledzy z domu, ale z powodu jej niezwykłego wyalienowania: była tak bardzo zamknięta w sobie, że jej obecność nikomu nie mogła przeszkadzać, skoro odzywała się — i wykazywała jakiekolwiek funkcje życiowe — tylko w reakcji na czyjeś zachowanie.

Jednak ogólnie rzecz biorąc, Hermiona przebywała z Malfoyem często i bez katastrofalnych skutków. Ba, nieraz myślała ze zgrozą, że woli jego towarzystwo niż Gryfonów — z Ginny na czele — którzy mieli poważne problemy z określeniem swojego stosunku wobec niej, rozbici pomiędzy współczuciem, urazą a zwyczajną chęcią czerpania korzyści z jej perfekcyjnych, siedmioletnich notatek. Malfoy był zaskakująco prosty w obsłudze: nie odzywał się zbyt często i nie wymagał, żeby ona się odzywała. Nawet z Neville'em nie czuła się tak dobrze. Po sześciu latach edukacji Hermiona z niemałym zdziwieniem odkryła, że najlepiej uczy się jej się z kimś, kogo absolutnie, stanowczo nie lubi.

— Cześć — przywitała się w piątkowe popołudnie, zajmując jedno z trzech wolnych krzeseł przy stoliku Malfoya. W piątkowe popołudnia, przez całe soboty i niedzielne przedpołudnia pracowali nad projektem. Pozostałe prace domowe odrabiała na bieżąco, w ciągu tygodnia, a resztę niedzieli, o ile jej się udawało, starała się przeznaczyć na krążenie pomiędzy regałami Działu Ksiąg Zakazanych.

Malfoy nie raczył odpowiedzieć. Jedynym znakiem, że zauważył jej obecność, było lekkie uniesienie brwi, kiedy zbyt głośno szurnęła krzesłem i lekko zatrząsała stolikiem, rzucając nań kilka książek i rolek pergaminu. Nie zdziwiła się zresztą; nigdy nie był zbyt rozmowny, a powitania przy spotykaniu się po kilka razy dziennie — jak raz nie omieszkał jej wytknąć — uważał za drobnomieszczańskie.

— Masz. — Podsunęła mu trzy spośród rolek pergaminu. — Nakreśliłam plan działań, plan pracy i szkic pierwszego rozdziału.

— A ile rozdziałów, których nikt nie przeczyta, zamierzasz wyprodukować? — zapytał zgryźliwie, sięgając po pierwszą rolkę.

— Oczywiście, że ktoś je przeczyta, nasza praca musi zostać zatwierdzona, żebyśmy mogli przystąpić do części praktycznej.

— Bo oczywiście będziemy czekać na pozwolenie, jak wskazuje… — udał, że się przygląda planowi działań — …punkt cztery i pięć, siedem i osiem oraz jedenaście i dwanaście z setką podpunktów. — Urwał na chwilkę i wreszcie raczył zaszczyć ją swoim spojrzeniem. — Nie szkoda ci dobrego pergaminu na takie głupoty? Przecież to jasne, że musimy czytać książki, szukać zaklęć i pisać pracę. I że raczej nie napiszemy niczego, dopóki tego nie sprawdzimy.

— Lubię mieć wszystko rozpisane — warknęła, czując, że od tej głupiej dyskusji zaczyna ją boleć głowa. — Nie to — dodała, kiedy chciał wziąć trzeci pergamin. — Najpierw plan pracy.

— Po co? Już wszystko wiem z podpunktów do punktów pięć, osiem i dwanaście planu działań — powiedział z krzywym uśmiechem, najwyraźniej dobrze się bawiąc.

— Ale tam masz to rozpisane dokładniej. — Pomachała mu przed nosem odpowiednią rolką.

Z teatralnym westchnieniem rozwinął pergamin, którego koniec sturlał się na podłogę. Malfoy obrzucił ją zszokowanym spojrzeniem.

— Granger, jesteś szurnięta. Po prostu szurnięta — oświadczył. — Dwieście szesnaście punktów. To spokojnie mogłaby być cała praca.

Prychnęła zniecierpliwiona.

— To tylko zarys, schemat, tam nie ma nic konkretnego, tylko to, co powinno się znaleźć w kolejnych akapitach.

Malfoy gapił się na nią w sposób, jaki bardzo, ale to bardzo jej nie odpowiadał.

— Wiesz, Granger — zaczął w końcu, zbierając pergamin z podłogi — gdyby nie duet Potter i Weasley i całe to zamieszanie, skończyłabyś jako nudna urzędniczka w jakimś podrzędnym podwydziale jakiegoś totalnie niepotrzebnego poddepartamentu, gdzieś w magicznym transporcie albo kontroli nad magicznymi stworzeniami. Biuro Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników byłoby idealne. Zresztą niewykluczone, że tak właśnie będzie. Jeśli nawet jakimś cudem Potter wygra wojnę, a ty trafisz do ministerstwa ze świetnymi znajomościami i perfekcyjnymi owutemami, to po przedstawieniu kilku takich elaboratów, w których zapewne niezłe pomysły utoną pod stertą bredni, zostaniesz oddelegowana gdzieś, gdzie rządzi jakiś analfabeta, bo nawet urzędnicy ministerstwa nie są na tyle okrutni, żeby kazać to komuś czytać. I wbrew temu, co się mówi, to nie ministerialny nepotyzm i twoje kiepskie pochodzenie zniszczą ci karierę, ale twoja dziwnie ukierunkowana namiętność do biurokracji i totalny brak umiejętności oddzielenia konkretu od gówna.

Draco zamilkł wreszcie, a Hermiona zamrugała gwałtownie, czując zdradliwe pieczenie pod powiekami. Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem, obydwoje zdziwieni tym niecodziennym monologiem. Hermiona zacisnęła mocno pięści, kiedy poczuła niekontrolowane drżenie warg, by powstrzymać napad równie niekontrolowanego szlochu. Ale nie, wcale nie miała ochoty płakać przez coś, co powiedział ślizgoński dupek — nie miała już trzynastu lat. Miała ochotę wpaść we wściekłość i pokazać mu kilka klątw, których nudne, zgorzkniałe biurokratki z pewnością nie miały w swoim repertuarze.

Malfoy natomiast nie wydawał się poruszony, choć nadzwyczaj gorliwie wczytywał się w kolejne punkty jej pieczołowicie przygotowanego planu i dopisywał na marginesie uwagi. Oraz — co on sobie myślał?! — wykreślał całe długie frazy.

— Historię i przepisy prawne regulujące kwestię avaddona wykreślamy — oświadczył, szóstym zmysłem wyczuwając jej wzrok. — A już zwłaszcza historię przepisów. Naprawdę nie musisz przypominać egzaminatorom, że to, co robimy, jest prawie nielegalne i wcale nie tak innowacyjne.

— Nie możemy tego wykreślić, to ważny kontekst — warknęła przez zaciśnięte zęby.

— Tylko dla ciebie. Nikogo innego to nie interesuje.

Hermiona kilka razy zacisnęła i rozluźniła palce, starając się sobie przypomnieć, że rzeczowa argumentacja przemawia lepiej niż różdżka.

— Pierwszy avaddon powstał przez przypadek w XVI wieku, kiedy czarodziej Savragerac wypił filiżankę kawy zaparzoną z dzisiejszych szesnastu łyżeczek zmielonych ziaren — zaczęła. — Wpadł w coś w rodzaju transu przy jednoczesnej nadpobudliwości fizycznej i magicznej. Stworzył niecielesną istotę, później sklasyfikowaną jako avaddon, która pochłonęła większość jego energii życiowej i przybrała jego postać. Przez trzy tygodnie nikt się nie zorientował, że człowiek, którego widzą, to nie Savragerac, bo łatwo wpadał w szał i kiedy się na kogoś wściekł, miał zwyczaj udawać, że nie zauważa tej osoby, a był obrażony niemal na wszystkich. Wiedźma Zelhenena produkowała avaddony hurtowo poprzez rzucanie Imperiusa na nielubianych czarodziei i zmuszanie ich, żeby przekazali swoją vita avaddonowi. Gotowe avaddony wysyłała do najpiękniejszych młodych mugolek z arystokratycznych rodów, żeby dostarczały jej włosy albo naskórek, które wykorzystywała w eliksirach sprzedawanych później czarownicom. Została skazana na ścięcie za popełnienie czternastu morderstw, chociaż zarzekała się, że nie wiedziała, że kradnąc czarodziejom ich energię życiową, doprowadza do ich śmierci. A najbardziej znany jest przypadek czarodzieja Ingvarrena Herleifa, który stworzył avaddona na swoje podobieństwo, żeby udawał jego brata i przetestował wierność dziewczyny, z którą Ingvarren był po słowie. Niestety utrzymywał avaddona przy sobie tak długo, że zalęgł się w nim demon…

— Domyślam się, jak to się skończyło — przerwał jej Malfoy. — Brawo, odrobiłaś pracę domową — dodał kąśliwie, a widząc, że chce coś powiedzieć, powstrzymał ją gestem. — Możesz to dopisać w ramach anegdotek gdzieś na boku, żeby rozluźnić tekst. Ale pełna-skrócona historia avaddona w magicznej kulturze brytyjsko-światowej odpada — powiedział, mażąc po pergaminie. — Resztę planu: powstanie, właściwości/ możliwości, zagrożenia — akceptuję. Po okrojeniu, rzecz jasna. Musisz się zmieścić w jednej rolce pergaminu.

— Chyba żartujesz. — Wobec braku reakcji rozwinęła myśl: — Jedna rolka to za krótko, egzaminatorzy pomyślą, że nie traktujemy ich poważnie.

— Ale przynajmniej przeczytają uważnie całą pracę. A ty będziesz musiała się ograniczyć do konkretów. Ale nie martw się, możesz pisać tak małymi literami, jak tylko potrafisz — dodał pocieszająco.

Coś zaniepokoiło Hermionę w jego wypowiedzi i natychmiast zrozumiała co.

— Jak ja potrafię? — powtórzyła głośniej niż to było konieczne, czując, że dłużej nie zdoła powstrzymać wszechogarniającego szału. — To projekt opracowywany w parach, Malfoy, nie będę pisać pracy sama.

— Ja się zajmę częścią praktyczną.

— Nie.

— Daj spokój, przecież nie możemy pisać po kawałku, bo tekst będzie niejednorodny stylistycznie, a pisanie razem każdego zdania jest bez sensu. Zresztą wszystko, co wymyślę, i tak poprawisz. Lepiej żebyś sama to…

— Nie — przerwała, tym razem znacznie bardziej kategorycznie. — Nie ma mowy. Nie myśl, że wrobisz mnie w odwalanie czarnej roboty, nie jestem jednym z twoich goryli, żeby odrabiać za ciebie lekcje.

— Naprawdę sądzisz, że byłbym na siódmym roku, gdyby którykolwiek z nich pisał moje wypracowania? — warknął. — Po prostu nie mam ochoty tracić czasu na pisanie czegoś, co ty możesz zrobić lepiej i szybciej. Potter i Weasley wykorzystywali to przez całe sześć lat, mogłabyś więc…

— To, że pomagałam moim przyjaciołom, Malfoy, nie znaczy, że będę pracować za ciebie!

Wstała gwałtownie i złapała swoją torbę, zastanawiając się, czym się uderzyła w głowę, kiedy pomyślała, że towarzystwo tego wstrętnego Ślizgona jest milsze niż kolegów z Gryffindoru.

— Jeszcze nie skończyliśmy — zaoponował Malfoy.

Ja skończyłam. Jestem umówiona z McGonagall na przedłożenie planu projektu — warknęła i wyrwawszy mu z rąk pergamin z planem pracy, szybkim krokiem opuściła bibliotekę.

Zmierzając w stronę gabinetu dyrektorki, celowo ominęła skrót za portretem długobrodego maga Meaficka w nadziei, że dłuższa droga pozwoli jej ochłonąć. Doprawdy, Malfoy był po prostu bezczelny. Najwyraźniej myślał, że skoro był pomysłodawcą projektu, to nic więcej nie musi już robić, a ona zajmie się poszukiwaniami odpowiednich materiałów i jeszcze ułoży je w spójną, logiczną całość, podczas gdy on będzie mile spędzał popołudnia, pielęgnując ostatnie więzi towarzyskie, jakie mu pozostały. Jego niedoczekanie, tego leniwego, wrednego dupka. Choć, oczywiście, sama była sobie winna: ostatecznie nikt jej nie zmuszał do współpracy z Malfoyem, ba, sama tego chciała. Co też jej odbiło, przecież mogła to zaproponować Lisie, która może nie była równie dobra z eliksirów, ale świetnie radziła sobie z większością przedmiotów, była pracowita i na pewno przyjemniejsza, eliksiry zaś Hermiona mogła uwarzyć sama lub się bez nich obejść, tak właśnie, niech szlag trafi cholerne eliksiry, to wszystko przez nie.

I przez Veritaserum, dodała jakaś część jej podświadomości, przerywając dotychczasowy wywód. No tak, Veritaserum, o to przecież chodziło. Choć im dłużej Hermiona przesiadywała z Malfoyem, tym bardziej była przekonana, że nie brał udziału w ataku na jej dom. Nie mógłby tak po prostu siedzieć z nią przy jednym stoliku i dyskutować o szkolnym projekcie, gdyby był chociaż częściowo winny śmierci jej rodziców. Nikt nie byłby aż tak bardzo fałszywy, tak perfekcyjny w utrzymywaniu pozorów. Chociaż nie, znała kogoś takiego; kogoś, kto — może przypadkiem — był mentorem Malfoya.

Tak czy inaczej, teraz już nie mogę zmienić partnera, pomyślała rozważnie Hermiona, zatrzymując się przed wejściem do komnat dyrektora Hogwartu. A jeśli będzie okazja, by się upewnić co do Malfoya, to głupotą byłoby jej nie wykorzystać.

— Panno Granger, proszę wejść! — zawołała na jej widok dziwnie podekscytowana dyrektor McGonagall, gestem wskazując jej krzesło przed biurkiem. — W samą porę.

— Byłyśmy umówione — przypomniała Hermiona.

— Tak, tak. — Dyrektorka szybkim ruchem podała jej mały skrawek pergaminu. — Właśnie dostałam wiadomość.

Znaleźliśmy czarę. J. nie żyje, dom przejęli krewni, nie wiedzieli i chyba nie powinni.

Rozpoznała pismo Harry'ego, choć tekst nie był zapisany atramentem. To musiał być magiczny pergamin, którego drugi fragment miał Harry. Widocznie w ten sposób porozumiewał się z McGonagall. I po raz pierwszy od bardzo dawna miał do zakomunikowania coś ważnego.

— Czara… Czara Helgi Hufflepuff? Horkruks? — upewniła się Hermiona. — Ale… co oznacza reszta?

— J. to Ndermir Jashari, Albańczyk, u którego pobierał nauki młody Tom Riddle. Tej jesieni Potter i Weasley sprawdzali dom Chefsiby Smith i kilka innych miejsc, w których Riddle bywał po skończeniu szkoły, a kiedy nic nie znaleźli, zasugerowałam im Albanię. Ndermir Jashari był mentorem Riddle'a jeszcze w latach szkolnych, nawiązali korespondencyjną znajomość po artykule Jashiriego w którymś z pism, a po skończeniu szkoły Voldemort pojechał do Albanii, żeby uczyć się pod jego okiem. Kiedy profesor Dumbledore odmówił mu stanowiska nauczyciela obrony przed czarną magią, wrócił do Jashiriego. Naturalnym wydawało się, że mógł tam pozostawić horkruksa. I to właśnie zrobił. Potter świetnie sobie poradził — dodała po chwili. — Widzę, że zaczyna też myśleć o tym, co robi. Już wysłałam wiadomość do Kingsleya, że trzeba zmodyfikować pamięć tym krewnym. Byłoby łatwiej, gdyby Potter i Weasley sami potrafili po sobie posprzątać, ale cieszmy się z tego, co mamy.

Hermiona skinęła nieuważnie głową i powoli przesunęła pergamin po biurku, przypominając sobie pierwszą rozmowę z dyrektorką w tym roku szkolnym. To ona miała rozszyfrować miejsce ukrycia horkruksów, ale jakim cudem mogła temu podołać, skoro nie wiedziała o żadnym Ndermirze Jashirim ani nikim innym, z kim mógł być związany w młodości Voldemort? Nie miała też pojęcia, jak zniszczyć horkruksy, chociaż naprawdę się starała, przeglądała książkę za książką w przeklętym Dziale Ksiąg Zakazanych, mimo zmęczenia i niewiary w powodzenie poszukiwań. I nic. W zamian za to prawdopodobnie umiała rzucać Zaklęcie Zapomnienia i gdyby była z chłopcami, udział Kingsleya nie byłby konieczny.

— A co z tobą? — zapytała profesor McGonagall, szóstym zmysłem nauczyciela wyczuwając nieodrobioną pracę domową. — Coś nowego?

— Nie — odparła. — Przyniosłam tylko zarys projektu.

Wręczyła lekko zniecierpliwionej dyrektorce rolkę z planem działań. Minerwa McGonagall przebiegła wzrokiem po pergaminie, a jej zaciśnięte wargi źle wróżyły biednemu planowi. Hermiona w duchu zastanowiła się, czy nie byłoby warto wykreślić kilku punktów zgodnie z sugestią Malfoya — ostatecznie McGonagall mogła podzielać jego zdanie — ale było już na to za późno.

— Avaddon — powiedziała bez większych emocji dyrektorka, zwracając Hermionie jej wypociny. — Cóż, liczyłam na to, że zajmiecie się magolecznictwem, skoro pan Malfoy warzy mikstury dla skrzydła szpitalnego. Ale akceptuję to, jeśli taka jest wasza decyzja. To oczywiście może być bardzo udany projekt. Ale, panno Granger — dodała ostrzejszym tonem, patrząc poważnie znad szkieł okularów — miej na uwadze, że są rzeczy ważne i ważniejsze. — Położyła dłoń na wiadomości od Harry'ego, która zblakła i zniknęła. — Zdaję sobie sprawę, że jesteś bardzo ambitna, ale nie zapominaj, co jest naszym priorytetem.

— Oczywiście — odpowiedziała potulnie Hermiona, wstając. — Dobranoc.

Droga do Wieży Gryffindoru już dawno nie wydawała jej się tak długa, a pokój wspólny — choć siedziało w nim zaledwie piętnaście osób — przepełniony i głośny. Zmęczonym wzrokiem objęła twarze obecnych, aż znalazła te, za którymi się rozglądała.

— Zły dzień? — zapytał Neville, kiedy przysiadła się do niego i Ginny.

— Co się stało? — Rudowłosa również spojrzała na nią z troską.

— Najpierw zostałam nazwana nudną biurokratką nieumiejącą spójnie przekazać swoich pomysłów, która skończy jako popychadło w Biurze Zwalczania Szkodników — zaczęła, a widząc, że owe biuro wzbudziło ożywienie przyjaciół, dodała głośniej: — A później zarzucono mi chorobliwą ambicję w połączeniu z całkowitym brakiem zdrowego rozsądku, przejawiającą się chęcią robienia kariery w czasie wojny, kiedy trzeba skupić się na walce.

— Trochę się to wyklucza — zauważyła pocieszająco Ginny. — Malfoy?

— Malfoy i McGonagall. — Potarła palcami skronie w nadziei pozbycia się mroczków sprzed oczu. — Ale mam też dobre wieści. — Uśmiechnęła się blado. — Nasi przyjaciele dobrze sobie radzą.

— Znaleźli…? — zapytała natychmiast Ginny szeptem.

Hermiona zmarszczyła brwi, widząc, że Ginny najwyraźniej wie o horkruksach przynajmniej w zarysie. Ale może nie powinna się dziwić, ostatecznie spędziła wakacje z Harrym i Ronem, którym mogło brakować trzeciego muszkietera.

— Tak, jeden — odpowiedziała.

— I co dalej?

— Na razie nic. Oni dalej szukają. I my szukamy.

— Nie wiem, o czym mówicie, i pewnie tak właśnie powinno być — zauważył nieco głośniej Neville. Hermiona nie zaprzeczyła, a chłopak westchnął teatralnie. — No cóż. Zapewne dowiem się za parę lat z podręczników do historii magii.

O ile to my będziemy pisać historię, pomyślała Hermiona, ale nic nie powiedziała. W zamian za to złapała kawałek pergaminu i pióro, by wysłać do Malfoya wiadomość i odwołać jutrzejsze posiedzenie. Skoro jeden horkruks czekał na zniszczenie, należało przyspieszyć poszukiwania czegoś, co go zniszczy. A temu nadętemu bubkowi dobrze zrobi samotne zmaganie się z avaddonem.


Dział Ksiąg Zakazanych, marzenie hogwarckiego dzieciństwa Hermiony, bardzo szybko przestał ją fascynować. Regały, na które niegdyś patrzyła z nieokiełznanym, czytelniczym głodem — nigdy niezaspokojonym — teraz, gdy krążyła między nimi co tydzień po kilkanaście godzin, spowszedniały, a nawet budziły zniechęcenie. Stare, zakurzone księgi, tak rzadko dotykane (uczniowie uzyskiwali dostęp w wyjątkowych przypadkach, a profesorowie z reguły mieli własne egzemplarze), zamiast wzbudzać świerzbienie w palcach, odrzucały, bo wiedziała, że każda kolejna, przejrzana i odłożona na półkę, przybliża ją do końca, kiedy to okaże się, że nic nie znalazła. Bo wbrew temu, co myśleli wszyscy Hogwartczycy, Dział Ksiąg Zakazanych był dość ubogi i, jako że zawierał niewiele ciekawych pozycji, Hermiona coraz częściej myślała, że powstał tylko po to, by nęcić młodych uczniów i kierować ich zainteresowania w stronę literatury i nauki.

Mimo braku entuzjazmu, przemierzała korytarz za korytarzem, regał za regałem, półka za półką, tom za tomem. Już dawno wzięła od pani Pince spis ksiąg, przejrzała notatki w katalogu i poprosiła o krótkie streszczenie tych, które bibliotekarka kojarzyła, ale nie mogła wymagać, żeby znała na pamięć treść każdego z nich i potrafiła wskazać takie, gdzie mowa o niszczeniu horkruksów — na dodatek nie wypowiadając ich nazwy. Wertowała każdy kolejny tom, zgłębiała spisy treści i podczytywała niezliczone strony, robiąc notatki, gdy trafiała na coś, co w jakikolwiek sposób nawiązywało do interesującego ją zagadnienia; nie było tego wiele. Rzucała w nieskończoność zaklęcia wyszukujące te same kluczowe słowa. Horkruks. Dusza. Podział duszy. Rozdarcie duszy. Części duszy. Morderstwo. Konsekwencje morderstwa. Nieśmiertelność. Śmierć. Było tego dużo, zwłaszcza śmierci. Stosunkowo niewiele morderstwa, autorzy nie lubili nazywać rzeczy po imieniu. Ale ohydnych, budzących grozę zaklęć, rytuałów i eliksirów, służących tylko zadawaniu cierpienia, nie brakowało.

Niewiele natomiast znalazła magii dobrej, budującej, leczącej. Dlatego uznawała Dział Ksiąg Zakazanych za bezużyteczny. Przyszłemu śmierciożercy niewątpliwie mógł wskazać kilka ciekawych rozwiązań. Ale komuś, kto pragnął nieść życie, nie śmierć, nie mógł się na wiele przydać.

To właśnie było przyczyną zmęczenia Hermiony; to oraz zdumiewająco wolny, niemal niedostrzegalny postęp pracy. Pojawiła się w bibliotece zaraz po jej otwarciu, ominęła lunch, zadawalając się zgarniętym ze śniadania jabłkiem, i zbliżała się już pora obiadu, a ona przejrzała raptem czternaście książek; nie udało jej się nawet dotrzeć do końca półki, którą zaczęła ostatnim razem. Ponadto jej wydajność wyraźnie spadała na skutek pustego brzucha, więc zrezygnowanie również z obiadu nie miało sensu.

— Dobrze się bawisz, Granger? — Rozległ się znajomy głos, kiedy mijała barierkę oddzielającą Dział Ksiąg Zakazanych od reszty biblioteki. Natychmiast rozpoznała charakterystyczne, irytujące przeciąganie sylab, którego już dawno nie słyszała. Malfoy mówił tak zwykle wtedy, kiedy był zły albo z kogoś drwił.

— Niezbyt — odpowiedziała ostrożnie. — Prawdę mówiąc, jestem zmęczona i głodna, więc pozwolisz, że udam się na obiad.

Popchnęła drzwi na korytarz, ale te nawet nie drgnęły. Obróciwszy się, zobaczyła za sobą Malfoya z różdżką w ręku i machinalnie wyciągnęła własną, a dopiero potem rozejrzała się. Stojąca kilka metrów dalej pani Pince mogła widzieć tylko jego plecy, ale i tak przyglądała im się ze zmarszczonym czołem.

— Daj spokój, będziesz miał kłopoty — warknęła cicho, chowając różdżkę. — Jeszcze ci mało?

— Nie bój się, wypuszczę cię — powiedział drwiąco, obracając różdżkę w palcach — jak tylko zechcesz mi wyjaśnić, czemu zachowałaś się jak obrażona kretynka i bawiłaś się w Dziale Ksiąg Zakazanych, kiedy mieliśmy zajmować się projektem. Marnowanie mojego czasu wydawało ci się takie zabawne?

— Miałam coś pilniejszego do zrobienia, przecież wysłałam ci wiadomość.

— Nie. — Malfoy opuścił różdżkę, wyglądając na autentycznie zdziwionego. — Nie dostałem żadnej wiadomości. Czekałem w bibliotece od dwunastej, aż raczysz się zjawić.

— Wysłałam ci wczoraj sowę. Małą, hałaśliwą sówkę, trudną do przegapienia.

— To jazgotliwe stworzenie Weasleyów? — upewnił się. — No faktycznie, raczej bym ją zauważył. Widocznie zaginęła gdzieś po drodze. Zdaje się, że wybierałaś się na obiad — zasugerował, otwierając zaklęciem niewerbalnym drzwi i chowając różdżkę do kieszeni. Hermiona, z lekkim zaniepokojeniem, wyszła z biblioteki i poczekała, aż Malfoy zrówna się z nią krokiem.

— Co się stało z sową? Malfoy — dodała głośniej, widząc, że zamierza zignorować pytanie, mimo że znał odpowiedź.

— No, być może coś wiem na jej temat — powiedział powoli. — Chyba widziałem ją wczoraj. Nie miałem tylko pojęcia, że przyleciała do mnie.

— Gdzie ją widziałeś? — zapytała pełna złych przypuszczeń, zatrzymując się i patrząc na niego z rosnącym niepokojem.

Malfoy wyraźnie nie miał ochoty udzielać żadnych informacji, ale widząc jej zaciętą minę, wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby i wyjaśnił:

— W rękach tych smarkaczy, Traversa i Selwyna. Ćwiczyli na niej zaklęcia w pokoju wspólnym. Sądziłem, że to jakaś zabawka albo transmutowane pióro…

— Akurat. Na pewno pierwszoroczniacy byliby w stanie transmutować pióro w żywą sowę. Jesteś prefektem, Malfoy, powinieneś zwracać uwagę na to, że w twoim pokoju wspólnym ktoś dręczy zwierzęta!

— W moim pokoju wspólnym to nic nadzwyczajnego.

— No tak, pewnie byś nie zareagował nawet wtedy, gdyby dręczyli jakiegoś mugolaka!

— Cóż, gdyby to był gryfoński mugolak… — powiedział złośliwie, a ręka Hermiony sama powędrowała w górę, by odświeżyć mu wspomnienia z trzeciej klasy i zdzielić w tę przebrzydłą gębę.

Ale Malfoy również nie miał już trzynastu lat; przewidział jej zamiar i miał lepszy refleks. Złapał jej rękę, zanim go uderzyła, i zacisnął palce na nadgarstku tak mocno, że aż cicho pisnęła.

— Przemoc fizyczna, Granger? Nieładnie.

— Sądziłam, że to lubisz, skoro piątkowy wieczór spędzasz, patrząc, jak ktoś męczy sowę — warknęła w odpowiedzi.

Chłopak puścił jej rękę, beznamiętnie obserwując, jak rozmasowuje zaczerwienione miejsce.

— Piątkowe wieczory, jak każde inne, spędzam u siebie i raczej nie zajmuję się tym, co robią inni, dopóki mnie to nie dotyczy. Gdybym wiedział, że to przesyłka do mnie, zapewne bym się tym zajął. Co ci strzeliło do głowy, Granger, żeby wysyłać do salonu Ślizgonów sowę, którą wszyscy kojarzą z Weasleyami? Nie mogłaś użyć szkolnej? — zapytał, ruszając w stronę Wielkiej Sali.

Podążyła za nim.

— Nie ufam szkolnym sowom, sądziłam, że Świstoświnka od razu przyleci do twojego dormitorium.

— Mieszkam w lochach, Granger. Niby jak miałaby przylecieć od razu do mnie, nurkując w jeziorze?

— Mój błąd — mruknęła pod nosem. Nie okazał kurtuazji i nie zaprzeczył. — Myślałam, że masz kontrolę nad tymi dwoma — dodała wobec tego zgryźliwie.

— Bo mam. I być może zdołam odzyskać sowę rudzielca, jeśli coś jeszcze z niej zostało — powiedział, a widząc przerażenie w jej oczach, parsknął cicho. — Żartowałem, Granger. Nic jej nie będzie, poza lekkim oszołomieniem, to tylko pierwszoroczniacy.

Skinął jej głową na pożegnanie i zniknął w korytarzu prowadzącym do lochów. Samotnie przeszła przez salę wejściową i wkroczyła do jeszcze opustoszałej Wielkiej Sali, w myślach układając, co powie Ginny na temat zniknięcia oddanej pod jej opiekę sowy.


Świstoświnka wróciła do Ginny jeszcze przed kolacją, cała i prawie zdrowa — nie licząc, jak to określił Malfoy, lekkiego oszołomienia. Kiedy Hermiona, otrzymawszy ją z rąk Ślizgona razem z zapewnianiem, że winowajcy zostali ukarani (które wcale jej nie przekonało), niosła ją do pokoju wspólnego, sówka zachowywała się jak spetryfikowana: nie ruszyła ani piórkiem, natomiast patrzyła przed siebie szeroko rozwartymi oczkami z jeszcze większymi niż zwykle źrenicami. Ale po przekroczeniu portretu Grubej Damy natychmiast wyleciała z rąk Hermiony i przez dobry kwadrans zataczała kręgi pod sklepieniem salonu, pohukując szaleńczo, ku zdziwieniu wszystkich obecnych.

Nie był to niestety koniec historii. Tak długotrwałe dziwaczne zachowanie Świstoświnki wymagało wyjaśnień i podczas gdy większość Gryfonów poprzestała na okazaniu słusznego gniewu, najmłodsi postanowili dokonać zemsty na rówieśnikach ze Slytherinu. Toteż niedzielny spokój został zakłócony przez małą awanturę, bo jeszcze przed śniadaniem Hans Daily i Brom Headehage zapolowali przy wyjściu z lochów na Alana Traversa i Christophera Selwyna. Oczywiście pierwszoroczniacy poprzestali na kilku słabych urokach, które nie wymagały nawet odesłania ich do madame Pomfrey, ale przyłapani przez profesorów Sinistrę i Slughorna zarobili po szlabanie i pozbawili Gryffindor kilkunastu punktów, podczas gdy Ślizgoni, mimo ujawnienia ich poczynań z sową, wymigali się od kary na skutek braku świadków. Co, jak pomyślała Hermiona, zdarzało się zdecydowanie zbyt często.

Inny znany Hermionie Ślizgon również postanowił się wymigać, tym razem od pracy; skruszona, że niechcący kazała Malfoyowi wczoraj czekać — a może raczej przygnębiona perspektywą kolejnego dnia w kurzu Ksiąg Zakazanych — postanowiła zaczepić go na śniadaniu i zaproponować pracę nad projektem do obiadu. Ale Malfoy, jak na złość, nie pojawił się w Wielkiej Sali. Zgodnie z sugestią Neville'a, odszukała go w pracowni eliksirów, gdzie przygotowywał zapasy dla pani Pince i, jak podejrzewała, Zakonu Feniksa.

Zastała Malfoya niemal w negliżu — to jest bez szkolnej szaty, ale było to tak odmienne od wizerunku, do którego przywykła, i nienaturalne, jakby paradował w samej bieliźnie. W koszuli z podwiniętymi rękawami i spodniach, jakie nowocześni czarodzieje nosili pod szatą — nienowocześni, jak wiedziała, nie mieli pod spodem nic — wyglądał niemal jak mugol; czyli zupełnie nie jak Malfoy. Mało tego, bladą jak zwykle twarz pokrywały czerwone plamy, a potargane włosy przylegały do środka głowy nie za sprawą jakiegoś zaklęcia czy męskiej odmiany Ulizanny, ale najzwyklejszego potu. W takim stanie nie widziała go jeszcze nigdy, nawet na zajęciach z eliksirów; ale na najtrudniejszych z nich miał do obsługi tylko jeden kociołek, teraz zaś biegał pomiędzy dziewięcioma — w trzech rzędach stało pięć kociołków z najprostszym eliksirem leczniczym, trzy z pieprzowym i jeden ze Szkiele-Wzro, a nad każdym unosiła się malutka klepsydra. Lecznicze i pieprzowe były już w ostatnim stadium, ale Szkiele-Wzro potrzebował jeszcze co najmniej godziny. Wobec tak oczywistego faktu Hermiona zamierzała się dyskretnie wycofać, ale Malfoy zdążył już wlepić w nią agresywno-pytające spojrzenie, nie przestając mieszać równocześnie w dwóch kociołkach.

— Masz ochotę popracować nad avadonnem, jak z tym skończysz? — zapytała wobec tego i nawet się nie obraziła, kiedy burknął w odpowiedzi:

— Jak z tym skończę, będę zajęty następnymi — i natychmiast przeszedł z mieszadłami do kolejnych dwóch kociołków.

— Gdybyś zmienił zdanie, będę w bibliotece — powiedziała więc, po czym szybkim krokiem opuściła lochy.

Po drodze na górne piętra doszła do wniosku, że nie byłoby złym pomysłem znalezienie jakiejś alternatywnej drogi komunikacji; szukanie siebie nawzajem po całym zamku było niepraktyczne, a wysyłanie sów, jak się okazało, ryzykowne. Mogłaby mu dać jedną z monet ze starego GD, ale wydawało jej się to profanacją. Natychmiast pomyślała o zaczarowanym skrawku pergaminu, jaki widziała u McGonagall, ale nie chciała wykorzystywać tej samej metody w kontaktach z Malfoyem — ryzyko, że się domyśli, z kim dyrektorka koresponduje w ten sposób, przechwyci wiadomość, odszyfruje i przekaże niepowołanej osobie, było absurdalnie niskie, ale nie zamierzała go podjąć. Tajemnica to tajemnica, czasami trzeba się zachowywać, jakby się pewnych rzeczy nigdy nie widziało.

Ostatecznie zdecydowała się wykorzystać dwa małe kamyki — w tym roku nie mieli w Hogwarcie żadnej Umbridge, więc nie musiała uciekać się do kamuflażu, wystarczy jakikolwiek drobny przedmiot; nic się nie stanie, jeśli ktoś odczyta jej wiadomość do Malfoya, byleby on zawsze miał go przy sobie. Kamyk, nie za duży, nie za ciężki i najlepiej dość płaski, nadawałby się idealnie. Na błoniach było ich mnóstwo, a ponieważ aktualnie świeże powietrze — choćby z listopadowymi wiatrami — kusiło ją bardziej niż zatęchła, martwa atmosfera Działu Ksiąg Zakazanych, postanowiła zaraz ich poszukać.

Nie chcąc tracić czasu na powrót do Wieży Gryffindoru po płaszcz, rzuciła na siebie zaklęcie ocieplające i zaraz usłyszała za sobą cichy szmer. Odwróciła się, odruchowo ściskając różdżkę, ale za nią stały tylko dwie pierwszoklasistki, Elizabeth Albaster z Gryffindoru i Samantha Hopeford z Ravenclawu.

— To jakieś zaklęcie ochronne? — spytała ta druga. — Rzucasz na siebie tarczę w zamku? Myślisz, że ktoś nas może zaatakować?

— Nie, to było zwykłe zaklęcie grzejące, chciałam wyjść na dwór — odpowiedziała natychmiast, widząc, że Elizabeth zaczyna się rozglądać dookoła z rosnącym strachem w oczach. — Nic nam nie grozi, przecież wszędzie dookoła są strażnicy.

— Tony Goldstein mówi, że ministerstwo wszystkie siły wysyła do poszukiwania i unieszkodliwiania śmierciożerców i walki z nimi podczas ataków, o których „Prorok" nie pisze, żeby nie wzbudzać paniki w społeczeństwie. A Padma Patil mówi, że ministerstwo nie ma tylu ludzi, żeby móc sobie pozwolić na przysłanie ich do nas i w Hogwarcie jest nie więcej niż pięciu strażników, jeśli w ogóle jacyś są, i dlatego są niewidzialni, żeby wszyscy myśleli, że jest ich więcej. A w Hogwarcie jest przecież siedem pięter, sześć wież, lochy, błonia, Zakazany Las, droga do Hogsmeade i pięciu strażników to za mało…

— Zamku strzeże wiele zaklęć ochronnych, a strażników na pewno jest więcej — przerwała Hermiona potok słów Krukonki. — Poza tym ćwiczyłyśmy przecież najprostsze tarcze, gdyby ktokolwiek cię zaatakował, możesz się osłonić, dopóki nie zjawi się ktoś starszy.

— A jeśli ktoś starszy wcale się nie zjawi? — zapytała Samantha, a Hermiona westchnęła w duchu, wiedząc, do czego zmierza. Zaraz przypomniała sobie jednak o ganiającym pomiędzy kociołkami Malfoyu i Neville'u, który zapewne już tyrał z profesor Sprout w szklarniach, podczas gdy jej jedynym zadaniem było sporadyczne czuwanie nad sześciorgiem pierwszorocznych.

— Mogłabym ci pokazać jakieś proste uroki, oszałamiające i rozbrajające… — zaproponowała powoli, a Krukonka natychmiast uśmiechnęła się szeroko. — Mam teraz trochę czasu, a ty? Elizabeth, dołączysz do nas?

— Nie, dziękuję, mam pracę domową do zrobienia. Poczekam, aż będziemy to przerabiali na zaklęciach — odparła Gryfonka wymijająco, po czym uśmiechnęła się na pożegnanie i odeszła.

Hermiona wzruszyła ramionami i zaprowadziła Samanthę do pustej klasy w głębi korytarza; doprawdy, w czasie wojny mała Gryfonka też powinna się zainteresować trochę ćwiczeniami praktycznymi, a nie tylko lekcjami. Ledwie to pomyślała, naszła ją bardzo nieprzyjemna refleksja, że właśnie o to chodziło profesor McGonagall: powinna raczej zachowywać się jak Samantha, a nie Elizabeth.

— Zaczniemy od Expelliarmusa, ja się go nauczyłam w drugiej klasie, więc powinnaś sobie poradzić — zaproponowała, żeby przerwać ciszę. — A jak dobrze pójdzie, poćwiczymy z Drętwotą, to trudniejsze, ale…

— …praktyka czyni mistrza — dokończyła Samantha, a krótkie rude warkoczyki podskoczyły radośnie.


A jednak późnym popołudniem Malfoy pojawił się w bibliotece. Wysoki cień padł idealnie na akapit, który Hermiona właśnie czytała, i jak zwykle trwał nieruchomo, dopóki nie oderwała wzroku od książki. Beznamiętnie przekręciła stronę, mówiąc:

— Mam coś dla ciebie.

— Do świąt jeszcze miesiąc — odparł Malfoy, ale odsunął sobie krzesło i usiadł obok. Już dawno zauważyła, że nie zajmował miejsca, dopóki się nie odezwała, zupełnie jakby potrzebował jakiegoś przyzwolenia. A był to tylko jeden z wielu dziwacznych zwyczajów Malfoya, które przez ostatnie tygodnie miała okazję zaobserwować.

Odłożyła pióro i pochyliła się nad torbą. Kamyki, które znalazła, miały mniej więcej dwa cale długości i cal szerokości, jeden był jasnoszary, a drugi prawie czarny. Położyła ciemniejszy przed Malfoyem, który przez chwilę wpatrywał się w niego bez słowa.

— Bardzo ładny, to miło z twojej strony — powiedział w końcu zupełnie poważnym tonem, a Hermiona uśmiechnęła się nieznacznie. Wzięła swój kamyk i dotknęła go lekko różdżką. Na obydwu pojawił się napis Biblioteka 18.00.

— O to chodziło. — Malfoy odetchnął z przesadną ulgą. — Już myślałem, że nie doczytałem czegoś, a to jakiś ważny składnik avaddona. Ewentualnie, że ci całkiem odbiło.

— Nie i nie, to tylko komunikator. Będzie się lekko nagrzewał — sięgnęła po kamyk w tej samej chwili co Malfoy i niechcący trąciła go dłonią. Malfoy cofnął gwałtownie rękę, jakby go co najmniej poraziła prądem, a nie lekko szturchnęła, a Hermiona, powstrzymując poirytowanie, podała mu kamyk, tym razem unikając bezpośredniego kontaktu. — Ale prawdopodobnie nie poczujesz tego, jeśli będziesz go nosił w torbie, więc po prostu sprawdzaj co jakiś czas.

— Nie zniszczy mi nic w środku?

— Nie będzie przecież płonął — mruknęła, wracając do książki. — Zostały mi dwie strony do następnego rozdziału, skończę i możemy się zająć avaddonem.

— Właściwie to chciałem zaproponować, żebyśmy przeszli do praktyki…

— Skończę i możemy się zająć avaddonem — powtórzyła nieco głośniej.

— Bez nerwów — mruknął i rozsiadł się wygodniej na krześle, odkładając torbę na oparcie. Sięgnął po nią z powrotem i wyjął jakąś książkę, pergamin i pióro. Ponownie odwiesił torbę i ułożył wszystko ładnie na stoliku, książkę, na niej pergamin, obok pióro. Znów złapał torbę, żeby po chwili szperania wyciągnąć z jej czeluści kałamarz. Odwiesił. — Ale rozumiem, że McGonagall zaakceptowała plan?

— Daj. Mi. Skończyć! — warknęła Hermiona. — Na regale obok na trzeciej półce z góry jest książka o demonach cielesnych, weź ją i sprawdź, czy nie ma czegoś, co by nas interesowało — zasugerowała, żeby się go pozbyć.

Malfoy, o dziwo, posłuchał. Niestety wrócił, kiedy była w połowie ostatniej strony.

— Proszę, daj mi skończyć — powiedziała jękliwie, kiedy rzucił cienką książeczkę na stolik.

— Przecież nic nie mówię!

Istotnie, dokończyła w ciszy, ale czuła na sobie jego natrętne spojrzenie. Zamknęła podręcznik i złożyła ręce na stoliku przed sobą, sygnalizując gotowość do działania.

— Projekt przyjęty?

— Tak.

— Ale?

— Profesor McGonagall wyraziła lekkie niezadowolenie, że podejmujemy problematykę czysto akademicką, zamiast zająć się czymś, co miałoby zastosowanie praktyczne w aktualnej sytuacji.

Wyraziła lekkie niezadowolenie… Tylko ty, Granger, możesz mieć opory przed powiedzeniem, że się czepia. Zawsze możesz jej zaproponować, żeby wykorzystała avaddona zgodnie z pierwotnym celem i poprosiła jakiegoś miłego demona, żeby zrobił porządek z aktualną sytuacją.

— Nie będziemy wywoływać demona, Malfoy!

— Przecież tylko żartowałem. Ale na pewno można jakoś wykorzystać avaddona. — Malfoy sięgnął po książkę o demonach i przekartkował ją od niechcenia. — Choćby po to, żeby robił sztuczny tłum w razie otwartej walki z Czarnym Panem. Bo jak na razie śmierciożercy są znacznie liczniejsi niż wasze siły.

— Wydawało mi się… — powiedziała ostrożnie, spoglądając na niego dyskretnie. Jak dotąd jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by choćby wspominał o czymkolwiek związanym z Voldemortem czy Zakonem, zupełnie jakby w jego świecie wojny nie było, mimo że wszyscy dookoła zastanawiali się nad tym, po której stronie stoi. — …że teraz to również twoje siły.

Chłopak parsknął tylko pod nosem, nic nie odpowiadając, ale Hermiona nie uznała tego za dobry znak. Przezornie postanowiła zmienić temat.

— Jest kilka rzeczy, które chciałabym sprawdzić na avaddonie, ale najpierw musimy pomyśleć o tym, jak wytworzyć pierwszą, najbardziej podstawową formę.

— Chmurka dymu czy coś takiego?

— Tak. W tej książce — odebrała mu tom i otworzyła na odpowiedniej stronie — znalazłam inkantację, która pozwala stworzyć avaddona. Strasznie skomplikowana i będziemy musieli porządnie przećwiczyć te wszystkie ruchy różdżką na sucho, zanim zabierzemy się do roboty, ale najgorsze jest to, że najpierw musimy przygotować…

— …eliksir — dokończył, wchodząc jej w słowo. — Wiem, przecież kazałaś mi to przejrzeć.

— I trafiłeś dokładnie na to, co trzeba — mruknęła pod nosem.

— Nie tylko — oświadczył. — Tu na początku jest napisane, że to podobieństwo nazwy avaddona i Avady nie jest przypadkowe i jest związek pomiędzy klątwą uśmiercającą a…

— To głupota. Avaddon nie jest echem ani sumą zaklęć zabijających rzuconych przez jego twórcę, sprawdziłam. Duża część magów, którzy tworzyli avaddony, nigdy nikogo nie zabiła.

— Bo tak powiedzieli?

— Bo tak powszechnie wiadomo.

— Powszechne kłamstwa…

— …istnieją, ale nie wszystko jest kłamstwem, Malfoy — urwała. — A jeśli jakimś cudem to prawda, w co szczerze wątpię, to nasz projekt nie wypali, bo o ile mi wiadomo, obydwoje mamy znikome doświadczenie w rzucaniu Avady — zakończyła ostro i spojrzała mu w oczy.

Malfoy nie odpowiedział, ale i nie odwrócił wzroku; przeciwnie, wpatrywał się w nią z uwagą małego chłopca wyrywającego skrzydła motylom. W jego spojrzeniu było coś tak tępo, obrzydliwie przerażającego, że to Hermiona poczuła zew ucieczki. Tak patrzyli śmierciożercy, z okrucieństwem i żądzą mordu, najwyraźniej niezależną od tego, ile osób sami zabili; może wystarczyło to, ile śmierci obserwowali.

Nie, nieprawda, pomyślała Hermiona. Harry, któremu śmierć deptała po piętach niemal od urodzenia, nigdy tak nie patrzył, spojrzenie Harry'ego było zawsze ciepłe i nieco nieśmiałe, jakby wiecznie wątpił, że wyszedł ze schowka pod schodami i jest wśród ludzi, którzy go kochają. Nawet po śmierci Syriusza, nawet po śmierci Dumbledore'a, oszalały z żalu, wściekły i przepełniony chęcią odwetu, nie miał takich oczu jak Malfoy, tak obłąkańczych, chorych.

Ale z drugiej strony, ileż trupów widział Harry, trzy? A to były ładne, czyste śmierci: krótka Avada dla Cedrika, niemal litościwe skrócenie mąk Dumbledore'a, przegrana Syriusza w pojedynku; ataku Voldemorta na rodzinny dom nie mógł pamiętać. Co musiał widzieć Malfoy, na zebraniach śmierciożerców i we własnym dworze, skoro potrafił tak patrzeć? Może — Hermiona wzdrygnęła się na tą myśl — może on również widział śmierć matki, osoby, która dała mu życie?

Jedno było pewne: Malfoy nie był normalny, nie był jak reszta uczniów w szkole i cokolwiek wyobrażali sobie minister i McGonagall, nie powinien wracać do Hogwartu. Choćby dlatego, że czując na sobie to nieobliczalne spojrzenie, jednocześnie czuła oddech śmierci na karku. A w Hogwarcie nie mogła ratować się teleportacją. Dysponowała tylko różdżką, a choć to więcej niż miała tamtej nocy w lecie, cóż ona mogła w starciu z jakimkolwiek dorosłym mężczyzną, choćby tak wychudzonym i słabym jak Malfoy? Wystarczyło spojrzeć na jej nadgarstek, który wciąż nosił ślady jego wczorajszego uścisku.

— Czemu sobie tego nie wyleczyłaś? — zapytał, jakby idealnie odczytując jej myśli.

Natychmiast pomyślała o legilimencji, ale zdała sobie sprawę, że mimowolnie spojrzała na rękę, a on po prostu podążył za jej wzrokiem. Nawet jeśli znał legilimencję, to nie mógł być na tyle dobry, by używać jej bez różdżki i zaklęcia.

— Żebyś mógł mnie za to przeprosić — odpowiedziała prowokująco, z taką chrypką, jakby nie mówiła co najmniej od trzech dni. Odchrząknęła, przełknęła ślinę i lekko zwilżyła wargi językiem, a ponieważ nadal nie odpowiedział, dodała: — Teraz jest bardzo dobry moment.

Malfoy nadal milczał, przedłużając nieco krępującą ciszę, a po chwili uśmiechnął się bardzo wrednie. Uniosła pytająco brew.

— To twoja wina — oświadczył. — I wtedy, i teraz. Wtedy pierwsza próbowałaś mnie uderzyć, broniłem się…

— …nie musiałeś ściskać tak mocno — oponowała.

— …a teraz sama niszczysz atmosferę udanej współpracy, dopominając się o jakieś przeprosiny, mimo że doskonale wiesz, że nie będę się przed tobą płaszczył, bo nie mam za co przepraszać.

— Za to, że jesteś taką szują, Malfoy — powiedziała, wyciągając różdżkę i przykładając do nadgarstka. Wcześniej zupełnie o nim zapomniała, a nie chciałaby tłumaczyć się ze śladów przed Ginny, która na pewno w nagrodę zaczęłaby jedną ze swoich tyrad pod tytułem „Malfoy jest zły, lepiej się do niego nie zbliżać".

— Pięć punktów od Gryffindoru. Za nieodpowiednie słownictwo.

— I ja ciebie też — mruknęła pod nosem, ponownie pochylając się nad książką. — Tu nie ma receptury na eliksir, ale jak już mamy nazwę, to poszukamy gdzie indziej, w razie problemów rozejrzę się po Dziale Ksiąg Zakazanych. — Nawet jeśli Malfoy uznał za interesujące, że miała stały dostęp do najbardziej niebezpiecznych tomów w całym Hogwarcie, nie dał po sobie nic poznać. — Ale wszystko wskazuje na to, że właściwie będziemy musieli pójść śladem Savrageraca, tego od kawy… Eliksir działa rozkurczająco na mięśnie i częściowo neutralizuje blokady pewnych obszarów magii w naszych umysłach… Dzięki temu trochę się zwiększy poziom naszej mocy i będziemy mogli rzucić zaklęcie tworzące avaddona…

— To znaczy, że będziemy się narkotyzować? — zapytał Malfoy.

— A co, papierosy ci się skończyły i szukasz nowych rozwiązań? — odpowiedziała zjadliwie, ale Malfoy skrzywił się tylko w parodii uśmiechu, po czym lekko zmarszczył czoło.

— Rozluźnienie mięśni i narkotyzowanie… — Poderwał się z krzesła. — Chyba wiem, gdzie szukać. Jak ten eliksir się nazywa? — Pochylił się nad nią, odczytując fragment książki. Mimowolnie odsunęła lekko krzesło. — Eliksir philiosowy… No tak, philiosa jest głównym składnikiem. Poczekaj tu chwilę, zaraz wrócę.

Faktycznie, minęła zaledwie minuta, gdy Malfoy wyłonił się z działu magii alternatywnej, jak określano praktyki uprawiane przez połowicznych charłaków w świecie mugoli — jasnowidzenie, iluzjonerstwo czy medycynę zielarską. Jednak książka, która przyniósł, zdecydowanie stamtąd nie pochodziła. Miała zaledwie kilka byle jak zszytych kartek, zatytułowanych Magiczne przyjemności.

— Podręcznik małego narkomana — podsumowała Hermiona, przeglądając recepturę na Eliksir Entuzjazmu i Eliksir Pobudzający. — Wy, Ślizgoni, tak spędzacie wolny czas?

— My, Ślizgoni, cenimy sobie magiczne przyjemności — odpowiedział, pokazując jej ostatnią stronę. — Nie ma nazwy, ale philiosa jest głównym składnikiem i działanie się zgadza. Zresztą podejrzewam, że nie ma czegoś takiego jak eliksir na stworzenie avaddona, każdy o podobnych właściwościach zadziałałby tak samo, więc czemu nie ten?

— Bo nie mamy pewności. A poza tym jest dość wymagający w przyrządzeniu.

— Zrobiłem dzisiaj czterdzieści eliksirów w pięć godzin, to nie może być bardziej skomplikowane.

— Tego nie zrobisz w pięć godzin. Ani nawet w piętnaście — powiedziała Hermiona, przeglądając recepturę. — Można go warzyć i spożywać tylko wraz z przybywaniem księżyca. Pełnia była w poprzedni piątek.

— W takim razie za tydzień będzie nów, od poniedziałku możemy zaczynać.

— Niby tak — zaczęła powątpiewająco, nadal zerkając na listę składnikach i robiąc w myślach obliczenia — ale podejrzewam, że samo warzenie trwa przynajmniej dwa tygodnie, nie zdążymy w dwie fazy księżyca. Może gdyby wcześniej przygotować podstawę eliksiru z wyciągiem z arcydzięgla litwora…

— Czy to przypadkiem nie jest stosowane przy zaparciach?

— Na pewno nie przypadkiem. Jest, ale nie z philiosą, philiosa neutralizuje właściwości przeczyszczające litwora i nasenne waleriany, działa rozkurczająco i relaksująco… No tak, już wiem, czemu to się tu znalazło… — zakpiła, ale Malfoy zignorował ją. — Nie jestem pewna, czy przygotowanie podstawy i wyciągu przed nowiem nie odbierze eliksirowi mocy.

— Daj spokój, do większości eliksirów można użyć przygotowanej wcześniej podstawy.

— Większość eliksirów nie potrzebuje przybywania księżyca do skuteczności. A szkoda marnować czas i składniki na sprawdzanie. Zresztą nie wiemy, czy ten eliksir jest dobry, więc i tak musimy to zrobić.

Popatrzyła na Malfoya znacząco, wiedząc, że jedyne słuszne rozwiązanie mu się nie spodoba, skoro odrzucił je już na początku poszukiwań. Ślizgon skrzywił się, co w zestawieniu z jego nazbyt ostrymi rysami twarzy nadało mu karykaturalny wygląd. W ciągu ostatnich miesięcy dużo schudł i chudł nadal, jak zauważyła nie bez zazdrości Hermiona. Ona od września nie mogła się pozbyć kilogramów, które zawdzięczała włoskim wieczorkom babci Christy.

— Koniecznie? — zapytał z większym ubolewaniem, niżby tego wymagała sytuacja, na co Hermiona przewróciła oczami. — Nie możemy sprawdzić w jakiejś książce?

— Wątpię, skoro samo znalezienie eliksiru było takim problemem. Przykro mi, Malfoy, musimy pójść do Slughorna.

— Też mi autorytet.

Hermiona jęknęła w duchu, ale niczego innego się nie spodziewała. Stosunki między Slughornem a Malfoyem były napięte już w zeszłym roku, kiedy ten lizus próbował zabiegać o względy ignorującego go profesora, ale w tym roku jeszcze się pogorszyły. Ostentacyjna obojętność Slughorna osiągnęła znacznie wyższy stopień w momencie, gdy powinien służyć Malfoyowi pomocą przy warzeniu eliksirów dla skrzydła szpitalnego; nie sprawdzał się też jako opiekun domu, choć lubił się szczycić pokoleniami Ślizgonów, których wychował. Z kolei Malfoy zmienił swoje postępowanie i zamiast próbować pozyskać uwagę profesora, jawnie nim pogardzał, choć, na ile Hermiona mogła się zorientować, nie pozwalał sobie na niegrzeczne komentarze.

— Może nie jest zbyt gorliwy, ale robi eliksiry wystarczająco długo, by mieć o nich olbrzymią wiedzę. A że ma trudny charakter, to inna sprawa — spróbowała bronić profesora, ale Malfoy tylko wzruszył ramionami.

— Jak sobie chcesz. Ale to ty do niego idziesz.

— Dlaczego? Jest twoim opiekunem.

— Ale to ty chodzisz na jego urocze przyjęcia.

— Nie chodzę — odparła Hermiona zgodnie z prawdą. Co prawda od września dostała tylko jedno zaproszenie na spotkanie Klubu Ślimaka — w tym roku nawet zapał Slughorna osłabł — ale nie skorzystała z niego, nie mając ochoty na posiedzenie z jego pupilkami, których sama nie znosiła. Zresztą dowiedziała się od Ginny, która tam poszła, że absolutnie nic nie straciła. — Mieszkasz bliżej niego. A przy okazji możesz go poprosić, żeby udostępnił nam jakiś loch na przygotowanie eliksiru i kolejnych wersji avaddona.

— A co zamierzasz zrobić z avaddonem w czasie, kiedy nie będzie służył nam jako obiekt testowy? Nauczyciele nie będą zadowoleni z formy przeddemonicznej kręcącej się po zamku. Chociaż z tego, co pamiętam, masz wolne dormitorium, może zostać twoim nowym współlokatorem — zażartował Malfoy.

Hermiona, starając się nie zastanawiać, skąd wiedział, że mieszka sama, zamknęła wszystkie książki i spakowała podręcznik. Malfoy sięgnął po swoją torbę.

— Nie możemy przetrzymywać avaddona przez pół roku, to niebezpieczne, zwłaszcza jeśli zamierzamy go wyposażyć w jakieś specjalne funkcje magiczne. Byłby zbyt kuszący dla demona, a poza tym osłabiałby nasze siły witalne aż do całkowitego wyczerpania, przecież czytałam ci wczoraj o tym!

— Więc jak ty to sobie wyobrażasz?

— Niestety, będzie trzeba każdorazowo przygotowywać go od nowa, a potem rozbierać do cząsteczek pierwszych i unicestwiać — odparła z niezadowoleniem, bo jej samej nie podobał się ten pomysł, ale nie wpadła na nic innego. Starając się pocieszyć raczej siebie niż Malfoya, dodała: — Z każdym kolejnym razem powinno być coraz łatwiej. A eliksir można przechowywać od trzech do pięciu lat, więc możemy po prostu zrobić go więcej i używać po każdym nowiu do zaliczenia.

— Cholernie uciążliwe.

— Wymyśl coś lepszego. — Odsunęła krzesło i wstała. Malfoy wziął z niej przykład. — Idź do Slughorna zaraz i daj mi jutro znać, co powie.

— Dzisiaj nie mogę, odrabiam szlaban z Filchem, ale jak ci się spieszy, możesz sama odwiedzić Ślimaka.

— W takim razie poczekam. — Uśmiechnęła się z przekąsem i skinęła mu głową na pożegnanie, powstrzymując się przed złośliwym życzeniem mu miłego wieczoru z woźnym.

W duchu pogratulowała sobie opanowania. Przebywanie z Malfoyem czyniło człowieka bardziej cynicznym, a Hermiona nie zamierzała stać się takim szydercą jak on. Nie sądziła jednak, by Malfoy uznał wyższość jej postawy; najwyraźniej należał do ludzi, którzy uważają ironiczność za przejaw błyskotliwości. A choć nie sądziła, że wpłynie drastycznie na jego poglądy, odczuwała błogą satysfakcję za każdym razem, gdy udawało jej się nie zniżyć do jego poziomu.


Resztę niedzielnego popołudnia i wieczór Hermiona zamierzała spędzić w swoim dormitorium, przygotowując grafik powtórek do owutemów. Nie była to rzecz niecierpiąca zwłoki, jakiekolwiek powtórki zaczynała dopiero po Bożym Narodzeniu, ale ostatecznie to najważniejszy egzamin z dotychczasowych i nigdy nie jest za wcześnie, by zacząć. Poza tym wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Ginny wpadła właśnie w fazę czepiania się wszystkich i wszystkiego. Wczoraj nakrzyczała na trzeciorocznych skupionych wokół Euana Abercrombiego, którzy przynieśli „Proroka Codziennego" i czytali głośno tekst o odnalezieniu domniemanych zwłok Harry'ego. A rano przez całe śniadanie dręczyła Neville'a tylko dlatego, że skrytykował artykuł Padmy Patil, która zarzuciła dyrektorce Hogwartu, że zezwala na edukację w szkole osobom niebezpiecznym dla otoczenia, czyli Malfoyowi, z czym Ginny w pełni się zgadzała. Domyślając się, że i jej nie ominie mała awantura, planowała zaszyć się w dormitorium i udawać, że jej nie ma. Niestety, nie było jej to dane. Ledwie wyszła z biblioteki, natychmiast stanęła twarzą w twarz z Lisą Turpin.

— Właśnie ciebie szukałam — oświadczyła Krukonka, uśmiechając się szeroko. — Mam do ciebie sprawę, zawodową. Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tym, że mogłabyś napisać coś do „Głosu Hogwartu"?

— Chyba odmówiłam — przypomniała jej Hermiona.

— Ale powiedziałaś, że chętnie się wypowiesz, jeśli będę miała konkretny temat — poprawiła ją Lisa. — No więc mam temat, a twój głos będzie bardzo istotny. Widzisz, niektórych ludzi strasznie irytuje, że pewne osoby w Hogwarcie są oczerniane w „Proroku" ze względu na mało wiarygodne plotki. Chciałabym rozjaśnić sprawę i pokazać prawdziwe oblicze tych osób.

— Dlaczego po prostu nie porozmawiasz z Malfoyem? — Hermiona natychmiast zidentyfikowała pewne osoby.

— Będzie niewiarygodny, jeśli sam o sobie opowie. Lepiej żeby zrobił to ktoś postronny, kto spędza z nim dużo czasu, a nie jest z kręgu jego przyjaciół. Rozmawiałam już z Neville'em i Luną Lovegood, mówili, że bardzo sobie cenisz waszą współpracę przy projekcie kreatywnym.

— Wybrałaś bardzo zły dzień. Dzisiaj mogę ci tylko opowiedzieć, jakim skończonym dupkiem jest Malfoy — powiedziała Hermiona w chwili, gdy drzwi biblioteki otworzyły się ze skrzypieniem. Lisa uśmiechnęła się szeroko, spoglądając ponad jej ramieniem.

— Cześć, Draco!

Malfoy, który najwyraźniej nieczęsto słyszał swoje imię w Hogwarcie, obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem i bez słowa poszedł dalej. Albo po prostu doleciał go komentarz Hermiony i nie miał ochoty znajdować się w jej pobliżu dłużej niż to konieczne.

— Nie boisz się, że zarzucą ci plagiatowanie tematów, jeśli będziesz pisać o tym, co Padma? — zapytała Hermiona, powstrzymując się przed dodaniem słowa „ciągle".

— Ja nie plagiatuję, ja po prostu biorę udział w dyskusji. Skoro pojawia się jakiś problem, to powinno się go nakreślić z różnych perspektyw, a nie uparcie stawać po jednej stronie, to się kłóci z dziennikarską obiektywnością i świadczy o braku rzetelnego zbadania tematu i kompetencji.

Hermiona postanowiła nie sugerować, że pisząc mowę obronną Malfoya, Lisa również pokazuje tylko jedną stronę problemu. Lubiła ją na tyle, by zachować ewentualne komentarze dla siebie, ale powoli zaczynała być zmęczona jej nieustanną pogonią za tematem i chorą walką na pióra z Padmą, w której to Patil zachowywała się godniej.

— Malfoy bywa wredny i leniwy, ale ma dobre pomysły i stara się współpracować, nie jest niebezpieczny czy agresywny — powiedziała i natychmiast przypomniała sobie swój obolały nadgarstek i to przerażające spojrzenie, którym obrzucił ją w bibliotece. — Bardzo zależy mu na nauce i z pewnością dobrze wykorzystuje szansę, jaką dała mu profesor McGonagall — dodała, ale Lisa machnęła ręką ze zniecierpliwieniem.

— Daj spokój, nie teraz, musisz przecież zastanowić się nad tym, co powiesz, a ja przygotuję pytania. Może być jutro popołudniu? Kończysz zajęcia numerologią ze mną, prawda? No, to jesteśmy umówione! — ucieszyła się Lisa, kiedy Hermiona niepewnie skinęła głową w odpowiedzi, po czym uśmiechnęła się szeroko i zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.

Hermiona tymczasem wcale nie była pewna, czy są umówione. Udzielanie wywiadu na temat Malfoya było ostatnim, na co miała ochotę. Zgoda, słysząc urywki artykułu Padmy, czytane przez Neville'a, uznała tekst za tendencyjny i nieoddający istoty rzeczy, bo Malfoy, cokolwiek o nim nie myśleć, nie sprawiał w tym roku większych kłopotów i — jak wierzyła — był pilnowany przez ministra i McGonagall. Nie mógł być groźniejszy niż większość osobliwości Hogwartu, z Zakazanym Lasem, Wierzbą Bijącą i Filchem na czele. Ale to jeszcze nie znaczyło, że ma ochotę opowiadać o jego rzekomych osiągnięciach i owocnej współpracy. Wolałaby w tej kwestii zachować całkowitą neutralność, bez zaszczuwania Malfoya, ale i bez pochlebiania mu — ostatecznie miał już swoich obrońców, skuteczniejszych niż ona czy Lisa. Ba, czuła ciarki na plecach, gdy pomyślała sobie, że Lisa napisze artykuł, powołując się na nią, przez co zostanie jednoznacznie zaliczona w poczet sympatyków Malfoya. Mogła sobie wyobrazić, co usłyszałaby na ten temat od Ginny.

Ginny tymczasem albo miała szósty zmysł, albo cały zastęp szpiegów rozstawionych w różnych zakamarkach Hogwartu (zaklęcia śledzące można było wykluczyć ze względu na brak śladów użycia), bo ledwo Hermiona przekroczyła próg dormitorium, drzwi otworzyły się za nią z hukiem i do pomieszczenia wkroczyła bez zaproszenia ruda złośliwość.

— Nie mów mi, że to zrobiłaś! Wystarczy, że udało jej się podejść Lunę i Neville'a, ale ty chyba nie będziesz taka głupia, prawda?

— O co chodzi, Ginny? — zapytała Hermiona z nadzieją, że jednak nie o to, o czym myśli.

— O cholerną Lisę Turpin i jej idiotyczne pomysły! Nie będziesz publicznie zachwycać się Malfoyem jak tamta dwójka!

— Nie sądzę, żeby Neville zachwycał się Malfoyem, aż tak go nie ceni.

— Nie zmieniaj tematu, odpowiedz! Lisa Turpin już cię dorwała, tak? Całe popołudnie cię szukała.

— Rozmawiałyśmy chwilę.

— I co, zgodziłaś się? Proszę, powiedz, że nie! Ona tylko szuka sensacji i chce dogryźć Padmie. Dalej jest wściekła, że to Padmę, a nie ją, przyjęli do redakcji, bo obydwie próbowały, a kiedy odrzucili jej zgłoszenie, uparła się przy założeniu hogwarckiej gazety, a „Proroka" i Padmę oczernia na każdym kroku. Nie daj się wciągnąć w te przepychanki.

Ginny wlepiła w nią wyczekujące spojrzenie, w którym hamowana złość mieszała się z odrobiną nadziei. Hermiona próbowała sobie przypomnieć, kiedy ten szalejący żywioł zastąpił nieśmiałą dziewczynkę, chowającą się pod rudą grzywką. Wciąż miała w pamięci małą siostrzyczkę Rona z czarnym dziennikiem, a potem jej bladą, przygaszoną twarz, kiedy już została uświadomiona, w jak wielkim niebezpieczeństwie była. Za sprawą Lucjusza Malfoya, ojca Dracona Malfoya. I tak, nie należało karać dzieci za błędy ich rodziców, ale Hermiona wiedziała, że nigdy nie da głosu poparcia komuś, kto się nazywa Malfoy, zwłaszcza w tak głupiej, błahej sprawie, bo byłoby to policzkiem dla Ginny. A Ginny, kimkolwiek było dziwne stworzenie, jakim się stała w tym roku, kiedyś była jej jedyną przyjaciółką.

— Nie będę rozmawiać z Lisą na temat Malfoya, nie mam ochoty udzielać żadnych wywiadów — powiedziała, ale wbrew oczekiwaniom Ginny nie ucieszyła się, nie uścisnęła jej i nie opuściła pomieszczenia. Zamiast tego nadal się wpatrywała w Hermionę, nawet ze zwiększoną czujnością.

— Nie będziesz, ale uważasz, że ma rację?

— Tego nie powiedziałam.

— Ale tak właśnie myślisz! W ogóle nie poparłaś mnie rano, kiedy rozmawiałam z Neville'em… — Trudno, żebym jeszcze ja na niego wrzeszczała, pomyślała Hermiona z niechęcią. — …i pewnie też uważasz, że Malfoy jest miłym, grzecznym chłopcem tylko dlatego, że jest w szkole już trzy miesiące i jeszcze nikogo nie zabił.

— Ani nikogo nie przeklął, ani z nikim się nie awanturował, ani nie sprawiał żadnych kłopotów.

— Jak to nie? A Tony?!

— Tony! Proszę cię! — Hermiona prychnęła z niesmakiem. — To kretyn. Nie mówię, że Malfoy dobrze się obszedł z jego różdżką, ale Tony sam się o to prosił tymi pustymi przechwałkami.

— I Katie Bell też się sama prosiła w zeszłym roku? I Ron? I wszyscy inni, których dręczył?

Ron to akurat kiepski przykład, pomyślała Hermiona, ale nie powiedziała tego głośno.

— Wydaje mi się, że już o tym rozmawiałyśmy, zeszły rok a ten rok to dwie różne rzeczy.

— Oczywiście — powiedziała Ginny z ironią, a na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek. — Ty w zeszłym roku i w tym roku to też dwie różne rzeczy. Wcześniej przyjaźniłaś się z Harrym i Ronem, obiecywałaś im pomóc i być z nimi. A w tym roku masz nowego przyjaciela, Malfoya.

Hermiona zbladła, widząc, jaki kurs obiera ta rozmowa, ale nie odpowiedziała. A Ginny kontynuowała. Była jak wulkan; kiedy doszło do eksplozji, nic nie mogło zahamować wycieku jadu, podłości i wrednych insynuacji.

— Ja i Neville jesteśmy przecież za mało inteligentni, żeby spędzać z nami czas, lepiej posiedzieć z Malfoyem, na pewno jest równie błyskotliwy i ambitny jak ty. Tylko wiesz, zastanawiam się, czemu w ogóle przyjaźniłaś się z Harrym i Ronem, oni pewnie też nie dorastali ci do pięt… No ale może nikogo innego nie było pod ręką, a teraz masz Malfoya… Gdybyś wcześniej miała możliwość zawarcia równie korzystnej przyjaźni… A przecież on ma tylu wpływowych znajomych

— Przestań — wychrypiała Hermiona, przerywając jej w końcu. Szara mgła zaszła jej oczy, gdy w uszach usłyszała echo krzyku, przeciągnięte „r" w powolnym, niemal subtelnym, ale namiętnym Krrrucjo, a nos załaskotał drażliwie jak wtedy, gdy pod powiekami zbierały się łzy gotowe zaraz popłynąć. Ale nie było łez i nie było poczucia bezradności; była paląca gorycz i wściekłość, tak, gorąca wściekłość gotowa wybuchnąć tu i teraz, dosłownie zaraz, za chwilkę.

— A może już wcześniej miałaś ochotę na Malfoya, co? Przez te sześć lat zbierałaś informacje o Harrym, żeby wymienić je na przyjaźń Malfoya…

Hermiona parsknęła, słysząc tak absurdalny zarzut, ale nie był to wesoły śmiech i szybko ucichł.

— Opanuj się, Ginny, bo tych głupot nie da się słuchać — warknęła. — Dobrze wiesz, że nigdy nie naraziłabym Harry'ego i Rona…

— Wysłałaś ich na pewną śmierć! — krzyknęła Ginny. — Pojechali sami nie wiadomo gdzie, to cud, że jeszcze żyją! Dobrze, że mają innych, prawdziwych przyjaciół w Zakonie, którzy o nich dbają! Ale w każdej chwili coś może pójść nie tak i nie będzie nikogo, kto by im pomógł, bo postanowiłaś sobie wrócić do Hogwartu i zrobić owutemy… Ciekawe gdzie i po co zdasz te owutemy, jak Voldemort wygra i nie będzie już Hogwartu, nie dla takich jak ty…

— Może jeszcze nazwiesz mnie szlamą? — zaproponowała Hermiona. — Dalej, nie krępuj się.

Ale Ginny nie dała się podejść.

— Nie. W nosie mam twoją krew, to dla Malfoya i jego przyjaciół krew się liczy, więc nie masz tam czego szukać. Ale powiem ci coś innego: jesteś podłą zdrajczynią, która zostawia przyjaciół wtedy, kiedy najbardziej potrzebują pomocy, kiedy nie mają do kogo się zwrócić i zostają całkiem sami, zdani tylko na siebie. Gardzę takimi ludźmi.

— To bardzo ciekawe, co mówisz — powiedziała cicho Hermiona. Z odległego kąta, jakby wyczuwając jej myśli, odezwało się żałosne miauczenie Krzywołapa. Przypomniała sobie jego osmaloną sierść, kiedy wychylił się zza krzaków, z różdżką w pyszczku. Spalony dom, szczątki ścian, kurz i pył w sierpniowym skwarze. Podejrzliwy wzrok policjanta. Niekończące się procedury, którym nie dałaby rady, gdyby nie niegasnący zapał babci. Wieczorne łkanie wśród gwiazd. Oczekiwanie na kogoś, kto przyjdzie i powie, co dalej; kogoś, kto się nie zjawił. — Bo tak się składa, że to ja zostałam porzucona. To moi rodzice zostali zamordowani przez śmierciożerców, ale czemu dwójka mugoli miałaby kogoś zainteresować, choćby moich przyjaciół, w końcu to nie rodzina Harry'ego czy twoja… Gdyby to dom Harry'ego spłonął doszczętnie, a Harry zaginął, cały Zakon szukałby go dniem i nocą, ale po co ktoś miałby się przejąć mną… Czy ktokolwiek w ogóle wiedział, gdzie mieszkam?

— To nieprawda — zaprzeczyła Ginny. — Tata szukał cię…

— Widać niezbyt dokładnie.

Pisaliśmy do ciebie, nie odpowiedziałaś na ani jeden list.

— Szkoda, że ja nie napisałam ci listu, kiedy twój tata leżał umierający w Świętym Mungu — powiedziała zimnym tonem Hermiona. — Ale niewątpliwie to właśnie zrobię, kiedy umrze twoja matka.

— Hermiona… — W oczach Ginny pojawił się błysk żalu i wyrzutu, jakby wreszcie dotarło do niej coś poza własnym rozgoryczeniem, ale Hermiona zignorowała to.

— Wyjdź. Wyjdź, powiedziałam — powtórzyła, kiedy dziewczyna nie zareagowała. Krzywołap, zwykle chętnie spędzający wieczory na kolanach Ginny, stanął pomiędzy nimi i prychnął nieprzyjemnie na rudą. Wobec sojuszu Hermiony i kota — a może nie mając dobrej odpowiedzi na słowa Hermiony — dziewczyna w końcu odwróciła się i wyszła. A Hermiona natychmiast wyciągnęła różdżkę i zaczęła obrzucać drzwi serią uroków uniemożliwiających wejście obcym, nie pamiętając, że większość z nich nie zadziała w Hogwarcie, który był domem dla wszystkich mieszkańców.