Fanfick niekontrolowany

Część 4.

25. Jednak jeszcze nie zmiana scenerii.

- On mówi normalnie! - ucieszyli się Felix i Net.

- Widać na nas i na wampiry to nie działa - stwierdziła Nika. - One są na wszystko odporne.

- Skąd wiecie, że jestem?... - zaczął Edward.

- Długa historia - westchnęła Nika.

- Trzeba to zakończyć - orzekł Felix. - Jeśli oni wszyscy nadal będą tak mówić, to będzie katastrofa. I to całkiem realna, a nie tylko teoretycznie możliwa.

- Nie było jej tu? - Edward wydawał się coraz bardziej zrozpaczony.

- Cóż to za chłopiec, piękny i młody? Jakąż to zgubił dziewicę? - odezwał się Dumbledore. Przy ostatnim słowie, Nika rozkaszlała się podejrzanie.

- Przepraszam - powiedziała głośno. Wszystkie oczy jak na komendę zwróciły się na nią. - W końcu musimy coś wyjaśnić. Czy to miejsce to Hogwart? - Dumbledore i McGonagall skinęli głowami. Wyglądało na to, że wolą się już nie odzywać. Snape siedział z kamienną miną. - A państwo to... profesorowie Hogwartu, a także Harry Potter, czarodziej Gandalf, Edward Cullen...

- I jeszcze ten niedorobiony Merlin, który się zniknął - mruknął Net. Nika udała, że tego nie słyszy.

- Yhm... Do niedawna byliśmy przekonani, że jesteście postaciami z książek - objaśniła. Wszyscy zrobili zdumione miny.

- Ja też tak myślałem - zgodził się Edward. - Ale was - tu spojrzał na Felixa, Neta i Nikę. - Was akurat z niczym nie kojarzę. Gandalf, Dumbledore, owszem.

- Widzisz, my ciebie kojarzymy - powiedziała Nika.

- Kto kojarzy, ten kojarzy - szepnął Net.

26. Burza mózgów.

- A dlaczego większość z was mówi wierszem? - pytała dalej Nika, choć teorię wyjaśniającą to zjawisko już właściwie miała.

- Nie nasza to wina. Tak się dzieje, choć zwyczajnie wypowiedź zaczynam - rzekła McGonagall.

- Czyli mieliśmy rację - jęknął Felix. Teraz to on przejął inicjatywę. - Moim zdaniem to, co się tu wyprawia, nie jest normalne. Ani to, że się tu wszyscy pojawiliśmy, ani ten sposób mówienia, ani ta rzekoma zbrodnia.

- Prawda to, młodzieńcze. Sprawę zbadać trzeba, lecz kiedy tak mówię... bierze mnie cholera. - przemówił Gandalf. Przyjaciele uśmiechnęli się do siebie.

- Więc... - Felix odetchnął głęboko. - Zajmijmy się sprawą najpilniejszą, czyli sposobem komunikacji. Może pomoże jakieś zaklęcie?

- Nie znamy formuły, a znać by ją trzeba. Nie wiem gdzie jej szukać, czasu na to nie ma - powiedziała McGonagall.

- Tego raczej nie znajdziecie w waszych księgach. - Felix potarł czoło. - Nika, to ma związek z twoim nazwiskiem i powiązaniami z... tym Mickiewiczem.

- Tyle wiem sama.

- Zatem logicznym wydaje się, że formułę należy ułożyć w oparciu o to nazwisko.

- Mickiewiczus finitus - rzuciła Nika.

27. Testy.

- Niech pan spróbuje, profesorze. Raczej nie zaszkodzi - zwrócił się Felix do Dumbledore'a. - My niestety nie posiadamy magicznej mocy.

- Niech to lepiej uczyni mości Gandalf wspaniały, przecie magię studiuje przez stulecia całe - zaprotestował Dyrektor.

- Ty to lepiej uczyń, Albusie czcigodny. Magia wasza inna, możem jej niegodny?

- Och! Szanowni panowie czarodzieje. A może by tak spróbowali rzucić zaklęcie jednocześnie wszyscy, którzy potrafią? - zaproponowała Nika. Zgromadzeni skinęli głowami i wyjęli różdżki. Gandalf zacisnął dłoń na swojej lasce.

- Mickiewiczus finitus! - wykrzyknęli chórem. Gabinet wypełnił się zieloną mgiełką.

- Sprawdźmy zatem teraz formuły skuteczność - zaczął Dumbledore i urwał.

- Mickiewicz exit? - zasugerował Net.

- Może poetus finitus? - Nika nie traciła nadziei, lecz ta próba również skończyła się niepowodzeniem.

- Mickiewiczus finitus maximus. - Również nic.

- Adamus Mickiewiczus Finitus maximus. - Kilka przedmiotów pospadało z półek. Snape skrzywił się z niesmakiem.

- Alt f4! - wrzasnął Net. Zanim ktokolwiek zdołał zaprotestować, zgromadzeni powtórzyli za nim.

- Error - powiedziała profesor McGonagall.

- Error - zgodził się z nią Snape.

- Error - przyłączył się do nich Dumbledore. Jego błękitne oczy rozszerzyły się z przerażenia.

- O żesz ty! - Net ukrył twarz w dłoniach.

- Pięknie - zirytowała się Nika.

28. Reset.

- Napijcie się wody, albo co? - wypalił Net. Profesor McGonagall pokręciła głową. Skierowała koniec różdżki na jedną z szafek, lecz uświadomiwszy sobie, że nie jest w stanie wypowiedzieć zaklęcia (o magii niewerbalnej w stresie nie pomyślała) wstała energicznie, otworzyła szafkę i wyjęła z niej butelkę szkockiej oraz kilka wysokich szklanek. Ustawiwszy je na biurku, rozlała trunek. Upiła kilka łyków, odchrząknęła i powiedziała.

- Błędna jakowaś formuła, lecz próbować musimy, albowiem wierszem mówiąc, nic nie uradzimy.

- Ojj, widzę, że do tego to się trzeba zabrać od... kuchni strony - oznajmił Net, momentalnie odzyskując dobry nastrój. - Czy Mickiewicz w tej swojej twórczości podawał jakieś charakterystyczne liczby? - zwrócił się do Niki.

- Jakie liczby?

- Jakiekolwiek.

- Co ty kombinujesz? - Dziewczyna obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem.

- Musiała być jakaś charakterystyczna liczba. - Nika zawahała się.

- No dobrze: 44.

- Więc... - Net zrobił poważną minę. - Powtórzcie za mną: taskkill /pid 44. - Powtórzyli zgodnym chórem.

- Tak dziwnej formuły w życiu nie słyszałem, ale wygląda na to... - Dumbledore klasnął w dłonie. - Nareszcie będzie można się porozumieć.

- Error - stwierdził Hagrid.

- No trudno - mruknęła McGonagall. - Później skombinuje się więcej antidotum.

- Co ty zrobiłeś? - zapytał cicho Felix.

- To było zamknięcie procesu z wiersza poleceń - odrzekł Net.

29. W końcu zmiana scenerii. Drabble bez sensu.

Przesadzali. Naprawdę przesadzali. Chłopak nie był martwy, tylko oszołomiony. Znał się na tym. W końcu był uczniem medyka i ponoć nie najgorszym czarownikiem. Malfoy siedział teraz oparty o ścianę i uporczywie się na niego gapił, a Merlin miał nieodparte uczucie deja vi. Nie, żeby kiedykolwiek słyszał to pojęcie, ale sytuacja wydawała mu się aż nazbyt znajoma. Znajoma do bólu.

- Ty! Wielkouchy! - odezwał się nieprzyjaznym tonem Malfoy. - Coś ty za jeden? I co ty w ogóle zrobiłeś?

- Uratowałem cię? - zasugerował nieśmiało Merlin.

- Niby dlaczego miałbyś to zrobić? - To już zabrzmiało bardzo podejrzliwie. Merlin westchnął.

- Kolejny arogancki, zarozumiały blondyn. Wszędzie to samo.

30. Wejście Mistrza... tym razem nie eliksirów.

Coś huknęło potężnie, tuż obok niego. Potem rozległ się odgłos przewracanej zbroi i kilka chrząknięć. Malfoy wrzasnął. Merlin rozejrzał się z przerażeniem. Naprzeciwko niego stało... coś. Coś z uszami bijącymi jego własne na głowę.

- Szczęście miałeś - odezwało się coś, najwyraźniej do niego. - Na ciebie spaść mogło. - Stworzenie, trzymaną w dłoni laską, wskazało przewróconą zbroję.

- Yhm - odrzekł Merlin.

- Dziwne miejsce to jest. - Stworzenie rozejrzało się z zainteresowaniem.

- Yhm - potwierdził Merlin.

- Mówić potrafisz? - Koniec laski niespodziewanie przejechał po jego stopach. Uczucie do najprzyjemniejszych się nie zaliczało.

- Hej! - zawołał. - To nie było miłe.

- Być nie miało. Ale że mówić potrafisz, teraz przynajmniej pewność mam.

Merlin wyprostował się i spojrzał na przybysza z góry. Przybysz nie speszył się w najmniejszym stopniu. Zamarł w bezruchu. Wyglądał na zafascynowanego.

31. Moc wielka.

- Jedi nie jesteś - odezwał się po jakimś czasie. - Lecz moc wielką w tobie wyczuwam.

- No nie! - Merlin złapał się za głowę. - Czy ja już naprawdę od nikogo nie usłyszę, że jestem normalny!?

- Raczej nie. Bo prawdą to nie jest - odrzekło spokojnie stworzenie. - Moc wielką wyczuwam. Wielką i wspaniałą. Jasna strona w tobie silna jest, lecz uważać musisz, bo ciemna strona nie śpi.

- Jaka ciemna strona?

- Mocy używasz, a o ciemnej stronie nie słyszałeś? - Laska świsnęła obok jego nóg. Tym razem zdołał uskoczyć.

- Nie słyszałem. O co chodzi z tymi stronami. - Merlin znajdował się już na granicy załamania. Wielki smok przy tym czymś to był pikuś. To znaczy, nie pod względem rozmiaru, ale tak czy inaczej pikuś.

- Niedobrze. Szkolić cię ktoś musi.

Poczuł lekkie szarpnięcie za rękaw tuniki. To był malfoy.

- Powinniśmy zamienić słowo na osobności, wielkouchy - powiedział cicho. - Wybacz na chwilę - zwrócił się do stworzenia. Chwycił Merlina za ramię i wciągnął do opustoszałej o tej porze klasy.

- Słuchaj - zaczął bez żadnych wstępów. - Nie mam pojęcia, co z ciebie za jeden, ani co się w tej budzie znowu wyprawia, ale tamten... tamten nie ma prawa tu być. Nie, żebym oglądał mugolskie filmy... - Zawahał się. Jego twarz poczerwieniała. - A niech tam. Najwyżej urwę ci łeb, jeśli komuś powiesz. To jest mistrz Yoda z "Gwiezdnych wojen".

- Że co? - Merlin już kompletnie nic nie rozumiał. Może jedynie - skąd inąd dobrze mu znaną - groźbę urwania łba. Malfoy westchnął ostentacyjnie.

- Durniu! Ta postać nie istnieje! Jest wymyślona!

- Wygląda na to, że nie - mruknął Merlin. Nagle usłyszeli jakieś zamieszanie. Merlin, zaintrygowany, otworzył drzwi.

32. Fragment wnoszący nie wiele.

Zobaczył wszystkich, których wcześniej widział w tej dziwnej komnacie. Yoda, czy jak tam to stworzenie nazwał Malfoy, stał sobie na środku korytarza i patrzył na nich bez obawy.

- O ja piórkuję! - zawołał net. - Mistrz Yoda! Nie no! To już jest przegięcie!

- Zaczynam to wszystko rozumieć - westchnęła Nika.

- Nagromadzenie mocy wyczuwam - odezwał się Yoda. - W większości z was ona drzemie.

- Jemu chyba zaklęcie nie pomogło - mruknął Dumbledore.

- Nie, nie! - zaprotestował Felix. - On... ma tak mieć.

- Panie Malfoy, całe szczęście! - Dostrzegłszy Malfoy'a, McGonagall odetchnęła z ulgą.

- Ćśśś - syknął nagle Snape. Wszyscy umilkli posłusznie. Do ich uszu dobiegł dziwny dźwięk, nie pasujący jakoś do otoczenia. Jakby ryk dużych zwierząt. Może lwów? Dochodził z niższego piętra.

- A to, to już mi się wcale nie podoba - stwierdził Merlin.

Wszyscy popatrzyli po sobie.

- Coś groźnego to być musi - poparł go Yoda.