Poczekajmy do Beltaine, powtarzał sobie, z wściekłością patrząc na złożone na jego łóżku ubrania. Nie chodziło o to, że były złe – nawet nie zdążył ich obejrzeć. Chodziło o to, że tu były. A nie powinny.
Na jego pokój nałożona była siatka zaklęć, sprzężonych z artefaktem, które powinny go poinformować, gdy tylko ktoś wsadziłby klucz do zamka. A tu – nic. Na posłaniu leżał czarny pakunek.
Miał przeczucie, że to robota Tariny, więcej – miał pewność, daną mu przez kapryśną Litu, personifikację Losu.
- W co Ty ze mną pogrywasz? – Rzucił retoryczne pytanie w stronę kostki do gry, leżącej na szafce przy łóżku. Postał przez chwilę niezdecydowany, po czym podniósł ubranie. Na podłogę spłynęła kartka, zapisana wąskim, pochyłym pismem:

"Załóż to na dzisiejszą uroczystość. Sakiewkę weź ze sobą. Mam nadzieję, że umiesz jeździć na oklep."

Na łóżku leżała sakiewka i czarna maska.
Otworzył sakiewkę, na rękę wypadły mu dwa kolczyki – czarne kamienie, oplecione delikatną żyłką srebrnych nitek. Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał ich nosić. Ze zdziwieniem w kamieniach rozpoznał oszlifowane kawałki obsydianu.
Tarina będzie zmuszona mu to wyjaśnić.
Przymierzył strój – idealnie czarne spodnie i koszula, z zielonymi wstawkami na rękawach. Idealnie pasowały do jego sylwetki. Były bardzo proste, ale jednocześnie… Nie potrafił tego wypowiedzieć. Założył maskę.
Spojrzał na siebie w lustrze i się nie poznał.
Czuł za to w sobie jakąś dziwną moc.
Tarina będzie zmuszona mu to wyjaśnić.
Poczekajmy do Beltaine…