Wielkie podziękowania dla Felly oraz Disharmonie za zerknięcie czujnie na ten rozdział i pozbawienie go wszystkich napotkanych błędów.
Ogromnie dziękuję wszystkim za komentarze - angeliyah, bloodcat3, Kazekage, leniwiec, FrejaAleeera1, Xylone, N, Gościu, mastyska, Daria, poniable, Marley Potter, Lupinowa, Shailila, Anuii, belzebka, Gumosia i Michalina31. Naprawdę jestem wam bardzo wdzięczna za to, że poświęcacie krótszą bądź dłuższą chwilę na napisanie czegoś pod tłumaczonymi przeze mnie rozdziałami. Przepraszam was już teraz, że jeszcze wam nie odpisałam. Postaram się to jak najszybciej poprawić!
Kazekage, jejku, bardzo się cieszę, że ci się to opowiadanie podoba! Oczywiście mam nadzieję, że kolejne rozdziały cię nie zawiodą. Niemniej Harry z pewnością pełen werwy pozostanie :). N, bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa odnośnie mojego tłumaczenia. Choć oczywiście cieszę się również z tego, że podoba ci się ten fic :). Niestety, rzeczywiście, te rozdziały do jakoś specjalnie długich nie należą, aczkolwiek ja nie mam na to żadnego wpływu. Choć cieszę się, że i tak sprawiają przyjemność :). Gościu, tak bardzo, bardzo miło mi słyszeć, że tutejszy Tom pozwolił ci na miłe rozpoczęcie roku. Oby był dla ciebie jak najlepszy! :). mastyska, jak zareaguje Harry na swojego nowego współlokatora - tego się już dzisiaj dowiesz. Ale cieszę się, że poprzedni rozdział wywołał u ciebie radość. Masz rację co do tego, że cała ta sytuacja z Tomem i Harrym dobrze skończyć się nie może - zdecydowanie jest to połączenie, jakby nie patrzeć, wybuchowe. Dario, ogromnie ci dziękuję za miłe słowa i bardzo się cieszę, że podeszłaś do tego rozdziału tak pozytywnie! Do samego spektaklu pozostało jeszcze wprawdzie trochę czasu, ale na pewno czeka nas w tym ficu sporo prób, które, mam nadzieję, będą cię satysfakcjonować :).
Och, i jeszcze jedno – dla tych, którzy czytali „Gdy umiera dzisiaj": chciałam tylko powiedzieć, abyście nie czuli się kiedyś w przyszłości zdziwieni, że fic uzupełniony został przeze mnie wczoraj o okładkę – piękny art autorstwa DragonDream08.
Miłego czytania!
Niknąca rzeczywistość
Rozdział czwarty
W którym zaufanie przeplata się z podekscytowaniem
— Co ty tutaj robisz? – zapytał przez zaciśnięte zęby Harry.
Tom spojrzał na niego niewinnie znad swojej książki.
— Mieszkam. Dumbledore zapytał mnie, czy nie mam nic przeciwko dzieleniu pokoju z nowym uczniem, a ja się zgodziłem.
— W środku roku szkolnego nie ma żadnych nowych uczniów.
— No tak, mnie też to zastanawiało – wydumał Tom.
Harry zmierzył go oskarżycielskim spojrzeniem.
— Wiedziałeś, że chodzi o mnie.
— To dobry pokój! – wykrzyknął uspokajająco Riddle. – Na najwyższym piętrze, w rogu, z dwoma oknami…
— To nie z pokojem mam problem – odparł zirytowany Harry.
Tom, usłyszawszy to, miał czelność zachichotać.
— No proszę, co za wrogość! Jakież to z twojej strony niebohaterskie.
Harry nie raczył mu nawet odpowiedzieć, tylko rzucił swoją torbę na wolne łóżko stojące po drugiej stronie pokoju.
— Potrzebujesz lodu? Kilka drzwi na lewo stoi maszyna – poinformował go Tom.
— Niczego nie potrzebuję.
— Twoje ciało nie jest przyzwyczajone do tutejszych treningów. Jeśli o siebie nie zadbasz, możesz poważnie się uszkodzić.
— Nic mi nie jest – upierał się Harry.
— Utykasz.
— Wcale że nie – zaprzeczył stanowczo. Kiedy jednak wykonał kilka kolejnych kroków, jego lewą kostkę przeszył ostry ból, którego wcześniej nawet nie zauważył. Skąd, do cholery, Tom o tym wiedział?
— Jestem dobry w czytaniu z ludzi, pamiętasz? Daj sobie już spokój z tą potworną dumą i bądź ze mną szczery.
Harry zacisnął zęby, próbując nie stracić nad sobą panowania.
— Boli mnie tylko trochę kostka.
Tom zamknął szybko swoją książkę i wstał.
— Pójdę po lód. W ramach gestu pojednawczego.
— Nie musisz… — zaczął Harry, ale chłopak wyszedł już z pokoju.
Zirytowany i zmęczony, opadł na swoje łóżko. Och, los tak bardzo go nienawidził. Być może udałoby mu się znieść jakoś Toma na próbach i zajęciach, ale był całkowicie pewien, że jeśli będą narażeni bezustannie na swoje towarzystwo, naprawdę się pozabijają. Przepowiedziani przez los wrogowie i te sprawy.
Tom wrócił z małą torebką kruszonego lodu i Harry usiadł, by zsunąć buty.
— Dzięki – powiedział krótko i spróbował wziąć od chłopaka pakunek, ale ten opadł gwałtownie na brzeg jego łóżka, wciąż ściskając go w dłoni.
— Lewa czy prawa?
— Co?
— Kostka. Boli cię lewa czy prawa?
— Sam sobie z tym pora… — Urwał, napotkawszy zwężone oczy Toma. – Lewa – odparł z rezygnacją.
Chłopiec podwinął nieco jego spodnie i zaskakująco delikatnie położył torebkę na bolącej kostce.
— Połóż się. Myślę, że powinniśmy ją również czymś podeprzeć.
Rozdrażnienie Harry'ego ustąpiło powoli rozbawieniu.
— Minąłeś się ze swoim prawdziwym powołaniem, Tom. Powinieneś zostać pielęgniarzem.
— Tańczę najtrudniejszą rolę baletową na świecie. Myślę, że znalazłem swoje prawdziwe powołanie. Poza tym musisz wiedzieć, jak prawidłowo zadbać o swoje ciało. Nie możemy pozwolić na to, by nasz Bohater złapał zapalenie ścięgna.
— A już myślałem, że robisz to z dobroci serca – oznajmił sucho Harry.
— Czy to ważne, dlaczego to robię?
— Ludzie muszą ustawiać się w kolejkach, by się z tobą zaprzyjaźnić.
— Ludzie ustawiają się w kolejkach choćby po to, by mnie tylko zobaczyć.
Harry wybuchł śmiechem na jego autentyczną wyniosłość, w wyniku czego Tom przekrzywił z zaciekawieniem głowę.
— Cóż, napatrzyłem się na ciebie dziś wystarczająco – powiedział mu Harry i spróbował usiąść, co Riddle niemal od razu mu udaremnił.
— A ty gdzie się wybierasz? Powiedziałem, że masz siedzieć.
— Mam spotkać się wkrótce ze Snape'em, a nie sądzę, bym zdołał znieść jego kąśliwe uwagi z pustym żołądkiem.
— Mam kanapkę.
Harry prychnął z niedowierzaniem.
— I ty próbujesz nauczyć mnie, jak dbać o swoje ciało? Nie sądzę, by żarcie z całodobowego sklepu spożywczego było dla niego najlepsze.
Tom uniósł brew.
— Sam ją zrobiłem. W życiu nie tknąłbym tego zapakowanego świństwa.
Normalnie Harry gorąco by mu odmówił, przeklął i wyparował z hukiem z pokoju. Tylko że naprawdę był teraz obolały i wyczerpany. Popołudniowe ćwiczenia zmęczyły go bardziej, niż przypuszczał. No i nie należał do ludzi, którzy przepuszczali okazję zjedzenia czegoś za darmo.
Westchnął więc tylko ze zrezygnowaniem, kiedy Tom wstał i przyniósł mu swoją (doskonale złożoną) kanapkę. Przyjął ją bez słowa, kompletnie chłopca ignorując. Ale, cholera, była przepyszna.
— Istnieje coś, w czym nie jesteś dobry?
— A co? – zapytał podejrzliwie Tom.
— Tak się tylko zastanawiam.
Tom wrócił do swojej książki i Harry cicho rozmyślał, w co on sobie w ogóle pogrywa. Riddle wydawał się teraz wobec niego podejrzliwie miły, zwłaszcza w porównaniu do ich pierwszego spotkania. Do diabła, niemal mu matkował! W ogóle mu to do niego nie pasowało. Z drugiej strony – nie musieli być wcale współlokatorami, a Harry był pewien, że Tom nie był facetem, który lubił się z innymi dzielić. Jak to się więc stało, że Harry się tu znalazł?
Westchnął ponownie, tym razem nieco głośniej, co zwróciło uwagę jego towarzysza.
— Mogę już usiąść? – zapytał go sucho i uznał brak odpowiedzi za „tak".
Wylał pozostałości lodu do toalety i wyrzucił torebkę, po czym złapał swoje rzeczy i bez słowa wyszedł z pokoju. Coś czuł, że czeka go kilka naprawdę długich miesięcy.
— Spóźniłeś się.
Harry stłumił w sobie chęć westchnięcia już chyba po raz setny tego dnia i opuścił torbę na ziemię, po czym zbliżył się do Snape'a.
— Miałem problemy ze znalezieniem drogi.
Usta nauczyciela wykrzywiły się szyderczo nad podkładką, którą trzymał.
— Wolałbym, abyś powstrzymał się w przyszłości przed marnowaniem mojego czasu. – Jezu, były dwie minuty po ósmej! – No cóż, nie traćmy go już więcej. Zapraszam do drążka, panie Potter, pokaż mi pozycję pierwszą.
Harry zdusił w sobie wszelkie niegrzeczne odzywki i posłusznie przyjął żądaną postawę – łącząc pięty, ustawiając kolana na zewnątrz i równomiernie wykręcając stopy.
Snape skrzywił się i butem odchylił bardziej jego stopy, zmuszając je do ułożenia się w perfekcyjnie prostej linii. Wtedy przystanął, nabazgrał coś na swojej podkładce i jeszcze bardziej je przesunął.
— Czy to boli?
— Nie.
Grymas pogłębił się.
— Dlaczego więc zawsze stajesz w taki sposób? – zapytał Snape i przyjął pozycję pierwszą, nie układając nóg w idealnie równej linii. – Skoro, jak się wydaje, posiadasz hipermobilność stawów?
Że co stawów?
— Errr… Bo to wygodniejsze…?
Snape spojrzał na niego tępo.
— W przeciwnym razie tracę równowagę – zaprotestował Harry.
— Naprawdę nie łatwo jest sprawić, bym oniemiał, Potter, ale myślę, że właśnie ci się to udało. Zignoruję więc to, co właśnie powiedziałeś i oczekuję, że od tego momentu twoje stopy układać się będą w idealnie prostej linii. Ręka – rozkazał, wyciągając dłoń.
Harry zamrugał, zdziwiony jego bezpośredniością, po czym wyciągnął do niego wolną rękę. Snape odwracał nią przez chwilę na różne strony i wyginał jego łokieć do dziwnych pozycji, niemal wyciągając go ze stawu. Następnie znów zapisał kilka zdań.
— Pochyl się. Mocniej. – Snape przycisnął jego tułów bliżej nóg i przestał to robić dopiero, gdy Harry jęknął w proteście. – Hmm… Musisz się bardziej rozciągnąć. Ćwicz nad tym piętnaście minut każdego wieczoru. A teraz powoli się wyprostuj.
Harry zrobił to, podczas gdy Snape uważnie obserwował poruszanie się każdego kręgu jego kręgosłupa.
— Noga – rozkazał potem szorstko i Harry zrobił, jak mu kazano.
Nauczyciel unosił ją do góry, póki niemal nie dotykała jego głowy, po czym spojrzał na niego sceptycznie.
— Wciąż nie czujesz bólu?
— Niech pan nie będzie tak rozczarowany – odparł sucho Harry.
Po części spodziewał się, że mężczyzna go uderzy, ale, ku jego ogromnemu zaskoczeniu, w oczach Snape'a zalśniło ponure rozbawienie.
— Uważaj, Potter. Mogę zacząć oczekiwać, abyś utrzymywał ją tam na własną rękę.
— To niemożliwe.
— Och, zapewniam cię, że możliwe. Zdejmij koszulkę.
Harry spojrzał na niego z powątpiewaniem.
— Muszę zobaczyć twoje mięśnie – wyjaśnił niecierpliwie Snape, łypiąc na niego okiem sponad swoich notatek.
A więc Harry zdjął ją, czując tworzącą mu się na ramionach gęsią skórkę.
Mężczyzna zerknął na niego i prychnął pogardliwie.
— Potrzebujesz więcej białka. Porozmawiam z kuchnią.
Harry ze wszystkich sił próbował nie sprawiać wrażenia skrępowanego, ale niezbyt mu to wychodziło.
Snape obszedł go, badając jego plecy.
— Co to?
Jego palce przesunęły się po starej, wyblakłej bliźnie – nieprzyjemnym przypomnieniu okrutnej natury zarówno dorosłych, jak i rówieśników. Harry wzdrygnął się i wciągnął zaskoczony oddech.
Nauczyciel natychmiast cofnął rękę.
— Co? – zapytał, ponownie przed nim stając.
Harry przeklął się cicho za tak gwałtowną reakcję.
— Nie za bardzo lubię, gdy się mnie dotyka – mruknął.
Snape ponownie posłał mu badawcze, niemożliwe do odczytania spojrzenie.
— To nic takiego – zapewnił go wytrącony z równowagi Harry. – Tylko się wzdrygnąłem, okej?
Mężczyzna jednak dalej patrzył mu w oczy, póki Harry nie odwrócił nerwowo wzroku. Nienawidził reakcji ludzi. Nie znosił widzieć na ich twarzach bezradnej litości, ich bezsensownego oburzenia.
Znów zerknął w czarne oczy Snape'a i spostrzegł, że wcale nie było w nich współczucia, tylko zrozumienie. Coś, co sprawiło, że gula ściskająca jego gardło jeszcze bardziej się powiększyła.
— Przeszkadzają ci? – zapytał poważnie Snape.
— Nie – odparł szybko Harry. – Są zbyt stare.
Coś w oczach mężczyzny stwardniało.
— Ja też tak myślałem.
Zaskoczony Harry uniósł wzrok. Zdecydowanie nie litość. Oczywiście. Przecież niechęć Snape'a do ludzi musiała się skądś wziąć.
Kto wie, gdyby Harry nie trafił do Weasleyów, mógłby skończyć tak jak on. To im udało się odbudować jego zaufanie i otworzyć go ponownie na innych ludzi. Choć rozmawianie o tych mniej szczęśliwych latach jego życia wciąż było czymś, czego za wszelką cenę unikał. To, że Snape'owi przyznanie się do własnej przeszłości przyszło z taką łatwością, było zaskakujące i godne podziwu.
— Załatwię lekarza, który dobrze się im przyjrzy.
— Nawet ich nie czuję – zaprotestował słabo Harry.
— Ja też nie czułem. Uwierz mi, Potter, nie chcesz powtarzać moich błędów.
Harry zmarszczył ze zdziwieniem brwi. Severus Snape był znanym na całym świecie, cenionym krytykiem tanecznym i instruktorem w najbardziej prestiżowej brytyjskiej szkole tańca. Co za błędy mógł popełnić ktoś taki jak on?
Tylko że wtedy Harry przypomniał sobie, że równie ciężko było mu wyobrazić sobie, aby ktoś znęcał się nad kimś takim jak Snape. Ten mężczyzna wydawał się absolutnie nietykalny.
— Miałeś jeszcze jakieś inne urazy? Złamane kości? – zapytał nauczyciel.
— Złamałem raz dwa palce, ale to nie będzie stanowiło raczej problemu.
— Czy wpływa to na twoją siłę?
Harry wzruszył ramionami.
— Nie, odkąd się uleczyły.
Snape ustawił go jeszcze w kilku różnych pozycjach, po czym zmierzył jego wzrost i wagę.
— W kuchni opracują ci indywidualny plan odżywiania, a ty zjesz wszystko, co ci podadzą. Wykonuj ćwiczenia rozciągające przed pójściem do łóżka, skupiając się szczególnie na nogach i tułowiu. Hipermobilność stawów dodaje ci elastyczności, ale zmniejsza stabilność postawy. Będziemy musieli popracować więc nad twoimi mięśniami. Miejmy nadzieję, że same zajęcia wystarczająco podniosą twoją wytrzymałość i nie będziemy musieli dodawać ci na nie żadnych ćwiczeń. Masz siedemnaście lat, więc wciąż jeszcze rośniesz, choć skoro nie interesuje cię jakoś wyjątkowo zawodowa kariera taneczna, nie powinieneś się tym martwić.
W obliczu takiego napływu różnych wiadomości i koniecznych poprawek, Harry mimowolnie poczuł się nieco przytłoczony i zdezorientowany.
— Czy to znaczy, że zdałem?
— Normalnie zdanie badań fizykalnych niczego by nie znaczyło. Stwierdzamy po prostu, czy potencjalny uczeń naszej szkoły ma do baletu odpowiednią budowę. Maksymalny kąt obrócenia bioder, kolan i stóp czy skrzywienie kręgosłupa to nie coś, co jesteśmy w stanie zmienić. Jeśli możliwości jakiejś osoby są zbyt niskie względem poziomu, na jakim tutaj uczymy, przesłuchiwanie go byłoby zwyczajnym marnowaniem czasu – oznajmił rzeczowo Snape.
— To… trochę ostre.
Mężczyzna zmierzył go kolejnym mocnym spojrzeniem.
— Wolałbyś, abyśmy ich zachęcali, oczekiwali, że poświęcą wszystko skupianiu się na swoich marzeniach, a siedem lat później powiedzieli im, że to wszystko na marne?
— Może chcą po prostu tańczyć – zauważył Harry. Dlaczego nikt w tej szkole nie wydawał się rozumieć, że można tańczyć bez nieustannego konkurowania ze wszystkimi, na których się natrafi?
Snape zbył jego odpowiedź.
— Tak więc z radością przyjmą ich do siebie inne szkoły. W Hogwarcie natomiast nie ma miejsca na to, by tylko sobie potańczyć.
A jednak jakoś się tu znalazłem – pomyślał refleksyjnie Harry. Niemniej podejrzewał, że Snape nie brał w swoim rozumowaniu pod uwagę zachowania ludzi takich jak Tom Riddle. Choć nie sądził, by mądrze było wytknąć to na głos.
— Skończyliśmy więc? – zapytał zamiast tego.
— Tak – odprawił go Snape, zapisując ostatnie uwagi. – Nie zapomnij o ćwiczeniach rozciągających.
Harry odwrócił się do niego plecami i przewrócił oczami.
— W tym pokoju są lustra, Potter – zauważył cierpko nauczyciel.
Chłopak wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
— Słyszeliśmy, że zaczynasz tańczyć z dużymi chłopcami?
— Zaledwie jeden dzień w Hogwarcie, a już awansowałeś na kolejny poziom!
— Nasz mały Harry!
— Tak szybko rośnie!
Harry spojrzał groźnie na bliźniaków, którzy ocierali sobie wyimaginowane łzy.
Rzadki łut szczęścia sprawił, że nie widział Toma, gdy wrócił wieczorem do pokoju, a rano był on w łazience, kiedy Harry wymknął się przez drzwi. Co nie poprawiło jednak jakoś drastycznie jego nastroju.
Być może nawet pogorszył się on trochę bardziej z powodu szerokich uśmieszków, jakie pojawiły się na twarzach bliźniaków, gdy powiedział im, kto jest jego nowym współlokatorem.
— To po prostu cudowne! – wykrzyknęli.
— Bohater i Voldemort mieszkający ze sobą w pokoju!
— George, powinniśmy zacząć zbierać zakłady o to, kto kogo pierwszy zabije.
I Harry być może przymknąłby jakoś oko na ich żarty, tyle że oni rzeczywiście to zrobili. Jak na razie każdy, kogo zapytali, bez chwili zastanowienia obstawiał Voldemorta.
Tom Riddle zdawał się mieć naprawdę niezłą reputację. I zdecydowanie nie wiązało się z nią dzielenie z kimś pokoju.
— Ale, serio, Harry, uważaj na siedmiorocznych – ostrzegł go Fred.
— To przedstawienie decyduje o ich przyszłości – wyjaśnił George. – Większość z nich nie otrzyma żadnej propozycji kontraktu i będzie powtarzało rok, aby zyskać drugą szansę. Więc dla przynajmniej połowy z tych ludzi to ostatnia deska ratunku.
— Uch. Myślę, że Snape skierował mnie tam tylko po to, bym cierpiał – jęknął Harry.
Fred roześmiał się.
— Nie martw się, nasz dzielny bohaterze! Niektórzy uczniowie nic przeciwko tobie nie mają, nawet ci z siódmego poziomu.
— No a niektórzy, oczywiście, to kompletni szaleńcy.
Zatrzymali się przed klasą szóstego poziomu.
— Jakikolwiek horror dziś na ciebie czeka, Harry, znajdziesz go na końcu korytarza. – Wskazali mu na lewo.
— Dzięki. Tak myślę – mruknął i ruszył w kierunku swojej nowej klasy. Oraz zbliżającej się nieuchronnie zagłady.
— I trzymaj się z dala od Draco Malfoya! – krzyknęli za nim. – Miał tańczyć Bohatera!
To spowodowało, że Harry natychmiast zbladł. Syn Lucjusza Malfoya miał zagrać Bohatera? I jego własny ojciec zapłacił niewytrenowanemu tancerzowi, aby zgarnął mu tę rolę sprzed nosa? Uch. Nic dziwnego, że Dumbledore radził mu, aby nikomu o tym nie mówił.
Przybył pod klasę i stanął niepewnie przed na wpół otwartymi drzwiami. Przebrał się już w akademiku, więc przynajmniej nie musiał robić tego przy wszystkich innych, co, jak miał nadzieję, pozwoli mu nie zwrócić na siebie zbyt dużej uwagi przed rozpoczęciem zajęć.
Wiedział jednak, że gdy tylko wejdzie przez te drzwi i stawi czoła bandzie zupełnie obcych sobie ludzi, nie będzie w stanie się między nimi ukryć. Może powinien wemknąć się do środka w ostatniej minucie? Wtedy jednak Snape uzna to za pretekst do wyciągnięcia go na środek.
Gdy tylko stwierdził, że powinien przestać tak bardzo to wszystko analizować i po prostu wejść do środka, na jego ramieniu zacisnęła się dłoń.
— Gdzie byłeś tego ranka? – zapytał go Tom, marszcząc brwi. – Nie pościeliłeś nawet łóżka. Oczekuję, że w przyszłości będziesz porządniejszy. I zjadłeś w ogóle śniadanie? Mówiłem, że masz się prawidłowo odżywiać.
— A ty to kto, moja matka? – zapytał rozdrażniony Harry.
— Nie, współlokator i partner taneczny przez kilka najbliższych miesięcy. Wolałbym, aby minęły nam one w przyjacielskich relacjach. – Kiedy Harry skrzywił się, Tom postanowił się poprawić: – No dobra, przynajmniej nie gorszych, niż już są.
— Wejdźmy po prostu do klasy – westchnął Potter.
— Nie lubisz konfrontacji, co?
— Nie chciałeś, aby nasze relacje się nie pogorszyły, Tom? No to się zamknij.
— Ach, no cóż. – Chłopak uśmiechnął się, zupełnie niewzruszony. – Nie wszyscy jesteśmy rannymi ptaszkami.
A następnie minął go i wszedł do klasy, zostawiając za sobą kipiącego gniewem Pottera.
Tom natychmiast skierował się do drugiego końca sali, gdzie, jak się wydawało, czekała już na niego mała grupka.
Harry zauważył, że w zajęciach brali udział zarówno chłopcy, jak i dziewczyny. W Hogwarcie uczniowie różnych płci dzielili ze sobą kilka zajęć powyżej czwartego poziomu, aby nauczyć się, jak tańczyć z partnerem.
Zanim mógłby się jednak dobrze rozejrzeć, stojący przed nim chłopak zatoczył się do tyłu i gwałtownie na niego wpadł.
— Ojjj, przepraszam bardzo… Och, łał, zdecydowanie wyglądasz, jakbyś miał zaraz kogoś zamordować. – Uczeń odwrócił się i Harry zamrugał z zaskoczenia. Chłopiec był wyższy i bardziej umięśniony niż on, ale przez chwilę Harry mógłby przysiąść, że spogląda w lustro.
U jego boku pojawił się nagle kolejny uczeń i zarzucił towarzysko rękę wokół ramion Harry'ego.
— Mordujemy kogoś? Doskonale! Co powiecie na początek o tej suce?
Rzucił przez pokój spojrzenie stojącej obok Toma tancerce z czarnymi, kręconymi włosami.
— Ha! No i kto to mówi, kundlu! – odkrzyknęła. Jej nieokiełznane włosy spływały jej na plecy, wciąż niespięte w obowiązujący każdą baletnicę kok.
— Ałć! Boli mnie, że masz o mnie tak niskie mniemanie, krowo – odwarknął chłopiec.
— Podejdź tu, a pokażę ci, co o tobie myślę, kuzynie.
— Och, już to zrobiłaś, ty…!
— Syriuszu! Daj spokój, nie jest tego warta – przerwał mu uczeń, który wpadł wcześniej na Harry'ego.
— Łatwo ci mówić – mruknął żałośnie Syriusz. – Nie jesteś z nią spokrewniony.
— Mogło być gorzej – powiedział pocieszająco jego przyjaciel.
Syriusz spojrzał na niego z niedowierzaniem.
Chłopiec wzruszył ramionami.
— Mogliście być rodzeństwem.
— Uch! Nie każ mi wyobrażać sobie takich rzeczy o tak nieludzkiej godzinie!
— Um… — mruknął niepewnie Harry, próbując zwrócić ich uwagę, czując się trochę niezręcznie stojąc bezczynnie między nimi.
Syriusz opuścił na niego wzrok, wciąż owijając rękę wokół jego ramion.
— O, cześć.
— Errr, cześć – odpowiedział.
— Łał, jesteście bardzo podobni! – Syriusz odwrócił się do swojego przyjaciela. – Co nie?
Chłopiec wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Pasuje na mojego syna zdecydowanie lepiej niż Malfoy. – Wyciągnął do Harry'ego rękę. – Tak w ogóle to jestem James. Tańczę Ojca. I Jelenia. Przepraszam za niego. – Skinął głową na Syriusza. – Będzie twoim porywczym, łobuzerskim Ojcem Chrzestnym.
— Przynajmniej żyję i nie występuję tylko jako pieprzone wspomnienie – odparował Syriusz.
James prychnął.
— Przynajmniej póki ona…
— Nie wspominaj o tym!
— Ach – mruknął ze zrozumieniem Harry, spoglądając na ciemnowłosą kobietę stojącą na drugim końcu pokoju. Ignorowała teraz Syriusza, zamiast tego poświęcając całą swoją uwagę Tomowi. – Śmierciożerczyni? – zapytał.
— Bellatriks Black. I, niestety, moja kuzynka. Zadziwiające, prawda?
Ojciec Chrzestny i Śmierciożerczyni też byli kuzynami. Rzeczywiście dość dziwaczne było, iż to samo tyczyło się grających ich tancerzy.
Im bardziej Harry poznawał wszystkich uczniów, tym bardziej przekonywał się, że co do joty pasowali oni do odgrywanych przez siebie postaci w „Przepowiedni". Być może Dumbledore wybrał najtrudniejszą sztukę nie tylko po to, aby zaimponować światu, ale też dlatego, że zauważył te wszystkie podobieństwa i przewidział, że dzięki temu jego uczniowie będą w stanie dobrze odegrać swoje role.
Nagle przypomniał mu się Mistrz Eliksirów. Do diabła, Snape byłby doskonały do tej roli. Oczy Harry'ego rozszerzyły się w przerażeniu. Nauczyciele nie występowali wraz z nimi w tym przedstawieniu, prawa? Będzie musiał przy najbliższej okazji zapytać o to bliźniaków.
Nagle zdał sobie sprawę, że James wciąż wyciąga do niego rękę. Ścisnął ją.
— Harry Potter, miło mi.
Przyjrzał się Jamesowi – jego ciemnym, niesfornym włosom, brodzie i kościom policzkowym, wyższej, choć podobnej sylwetce. Ostatecznie musiał zgodzić się z Syriuszem. Wyglądali dość podobnie.
Domyślił się, że obaj chłopcy należeli do grupy, którą bliźniaki uznawali za „w porządku". A przynajmniej sprawiali wrażenie dość przyjacielskich.
— Kto jest moją mamą? – zapytał z uśmiechem i Syriusz roześmiał się, zwracając mu uwagę na rozmarzony wyraz, jaki pojawił się na twarzy Jamesa.
— Wielkie zauroczenie tego przygłupa, które całkowicie go olewa. Nazywa się Lily. O, to ten rudzielec, prawdopodobnie jedyny w tej szkole prócz Weasleyów. – Wskazał na ładną dziewczynę o ciemnoczerwonych włosach, która rozmawiała w rogu z innymi tancerkami, rozgrzewając stopy.
Harry ze wszystkich sił próbował opanować cisnące mu się na twarz zdziwienie. Nie wiedział o swoich rodzicach praktycznie nic prócz tego, że zmarli w wypadku samochodowym i że jego matka miała siostrę. Sierociniec też albo nie miał żadnych informacji o jego rodzinie, albo go ona nie obchodziła, a jego ciotka nigdy mu o niej nic nie mówiła.
Tylko dzięki staremu albumowi rodzinnemu, który znalazł, gdy mieszkał jeszcze z Dursleyami, dowiedział się, że jego mama nazywała się Lily.
Te wszystkie podobieństwa naprawdę były przerażające.
Zanim mógłby wciągnąć swoich nowych znajomych w głębszą rozmowę, do pomieszczenia wtargnął Snape, zamykając za sobą drzwi na zamek. Spojrzał przez chwilę w oczy Harry'ego, po czym odwrócił się, zwracając do reszty zgromadzonych.
— Proszę o uwagę! – Nie musiał podnosić głosu; należał do tych nauczycieli, których sama obecność stawiała wszystkich do pionu.
Uczniowie ucichli i, jeśli wcześniej siedzieli, wstali.
— Jak już pewnie słyszeliście, nasze wystąpienie na koniec roku jednak się odbędzie.
Ci, którzy zauważyli już Harry'ego, zerknęli w jego kierunku.
— „Przepowiednia" to zdecydowanie najtrudniejsza sztuka, jaką kiedykolwiek wystawi ta szkoła. A, jak się okazało, mamy na jej przygotowanie znacznie mniej czasu, niż początkowo planowaliśmy. Z tego powodu postanowiłem, że już od początku semestru zajęcia siódmego poziomu skupią się wyłącznie na przygotowywaniu sztuki. Na regularnych próbach z uczniami szóstego poziomu pracować będziemy nad występem, podczas gdy na zajęciach doskonalić technikę. Dziś zaczniemy od pas de deux*.
Syriusz szturchnął Jamesa w żebra i skinął z szerokim uśmiechem na Lily. Ten w odpowiedzi posłał jej pełen nadziei, trochę nerwowy uśmiech. Dziewczyna podniosła lekko brwi.
— Prawie każdy z tu obecnych ma przynajmniej jeden duet do opanowania. Ci, którzy tańczą wyłącznie z jednym partnerem, mogą dobrać się teraz w parę. Reszta zacznie od tego, z kim posiada najwięcej scen.
Wzrok Snape'a spoczął na Harrym.
— Pan, panie Potter, pójdzie do pana Riddle'a.
Harry przełknął ślinę, gdy poczuł na sobie uwagę wszystkich obecnych.
Przeszedł przez pomieszczenie, coraz bardziej zdenerwowany ich oceniającymi spojrzeniami. Przez przypadek spojrzał prosto w oczy jednego blondyna, ale szybko odwrócił od niego głowę, dostrzegłszy w nich czystą pogardę. Zatrzymał się obok Toma, próbując sprawiać wrażenie, jakoby ich spojrzenia nie robiły na nim wrażenia.
— Panno i panie Black, zapraszam do przodu, gdzie będę mógł mieć na was oko, aby uniknąć... incydentów.
Oboje wyglądali, jakby byli gotów Snape'a zabić.
Nauczyciel wywołał jeszcze kilka innych par, ale członkowie żadnej z nich nie wydawali się wobec siebie wrogo nastawieni. Harry podejrzewał, że to choreografia była ich głównym problemem, a nie ci, z którymi mieli ją zatańczyć.
Choć Lily wyglądała na coraz bardziej zrezygnowaną niż szczęśliwą z każdym kolejnym żartem, jakim próbował rozweselić ją James.
— Nasz pianista zagra coś ogólnego, aby trochę wam pomóc, ale miejcie na uwadze, że wasza rzeczywista linia melodyczna może mieć zupełnie inne tempo.
Uczniowie zaczęli się przemieszczać, tworząc kolejne pary, po czym rozeszli się po całej sali, aby uniknąć kolizji. Szmery szybko ucichły, gdy wszyscy ostrożne rozpoczęli po raz pierwszy swoje duety.
Harry był przekonany, że nawet mając pomieszczenie pełne uczniów siódmego poziomu, Snape będzie jakimś cudem w stanie spostrzec każdy popełniony przez nich błąd. Na razie jednak wydawał się pozwalać im na samodzielne postawienie pierwszych kroków i poznanie nieco swego partnera.
Zamiast znęcać się nad parami po kolei, począwszy od tych znajdujących się najbliżej niego, podszedł od razu do niego i Toma.
— Pomyślałem, że najlepiej będzie, byście nie tańczyli teraz żadnej konkretnej sceny, ale popracowali nad niektórymi pozycjami, które wymagają pracy zespołowej. – Zmrużył na nich oczy, zdecydowanie niezbyt zadowolony z tego, jak im do tej pory szło w tej dziedzinie.
— Panie Riddle, Potter waży pięćdziesiąt trzy kilogramy, więc nie powinno być to dla ciebie problemem.
Harry prychnął.
— Co do…? Dlaczego pan mu to powiedział?
— Aby pan Riddle wiedział, czego oczekiwać, kiedy cię podniesie. Nie ma zbyt wielu ról, w których tańczą ze sobą dwaj mężczyźni, więc na zajęciach skupiamy się głównie na duetach międzypłciowych.
— Nie jesteś nawet cięższy od większości dziewczyn. Serio, powinieneś więcej jeść – skarcił go Tom.
— A teraz, panie Potter, zobaczmy, jak poradzisz sobie z en pointe**.
Zwykle to dziewczyny musiały cierpieć z powodu tej niewygodnej pozycji, ale z czasem i rozwojem tańca coraz więcej ról męskich zaczynało wymagać od tancerzy umiejętności stania na poincie.
Ukrył grymas i uniósł się na palce. Czuł się, jakby mógł przewrócić go najmniejszy podmuch wiatru.
— Ramiona prosto i głowa do góry, Potter! – Snape szarpnął jego brodę. – Te lustra są tu, byś mógł poprawić swoją pozycję. Zacznij ich używać.
— Stracę równowagę – ostrzegł go Harry, z całej siły próbując nie patrzeć w podłogę, aby utrzymać się w pozycji pionowej. Stopy zaczęły go już boleć, a bez specjalistycznych butów nie będzie w stanie utrzymać się w tej pozycji choć chwilę dłużej.
— A po co, jak myślisz, masz partnera, Potter?
Tom chwycił jego biodra i pociągnął go lekko w górę. Nie uniosło go to nad ziemię, ale zdecydowanie zabrało stopom sporo masy i ustabilizowało.
— Panie Riddle, od kiedy to chwytamy tak naszych partnerów? Wesprzyj go lekko i spraw, by pozycja sprawiała wrażenie robionej bez zupełnie żadnego wysiłku. A teraz zakręć i podrzuć.
Podrzuć!? Czekaj, co?
Zanim Harry mógłby zareagować, otaczający go świat zawirował, a on mknął przez niego szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Wydał z siebie zaskoczony okrzyk, gdy poczuł, że jego stopy opuszczają ziemię. Natychmiast rozluźnił mięśnie i zamiast obrócić się z wdziękiem w powietrzu, zaczął się niekontrolowanie miotać. Jedynie szybka interwencja Snape'a uratowała go przed przywaleniem twarzą w ziemię.
— Potter, co to, u diaska, było!?
— Próbowałem się nie przewrócić – warknął przez zaciśnięte zęby Harry, prostując się.
— Nie musisz niczego w swojej pozycji poprawiać, pan Riddle zrobi to za ciebie. Nie będzie mógł przewidzieć twoich ruchów, jeśli wciąż zmieniać będziesz napięcie ciała. Pozwól przejąć mu kontrolę.
Harry wydał z siebie sfrustrowane prychnięcie.
Na twarzy Snape'a pojawił się grymas.
— Strach donikąd cię nie zaprowadzi. Musicie nauczyć się sobie ufać.
— To ja odwalam całą ciężką robotę. Po prostu mi na to pozwól – dodał niepomocnie Tom.
— To nie ciebie rzucają w powietrze – warknął wściekle.
— Jeszcze raz! – rozkazał Snape.
Harry ustawił się ponownie w odpowiedniej pozycji, tym razem zmuszając się do pozostania w bezruchu, gdy Tom znów nim podrzucił. Był szczerze zdumiony, gdy udało mu się tym razem wylądować na nogach.
Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek innego, Tom już go znowu trzymał, podrzucając po raz drugi. Ponownie zaczął się miotać, ale udało mu się utrzymać równowagę i, gdy tylko trafił na ziemię, spróbował odskoczyć od swojego „partnera".
Tom mu na to nie pozwolił i natychmiast za nim ruszył, tym razem przejmując kontrolę nad jego ramieniem i bezlitośnie nim okręcając. Piruety były znacznie szybsze, niż przywykł do tego Harry i szybko zupełnie stracił orientację. Gdyby był sam, dawno by już upadł, ale Tom trzymał go w pozycji pionowej i podrzucił ponownie w powietrze.
Trwało to przez jakiś czas, podczas gdy Harry nie miał nawet okazji zrobić czegokolwiek na własną rękę. Tom to wykorzystywał i wkrótce rozpoczął ćwiczenie również innych pozycji, także samemu zaczynając tańczyć.
Harry'ego natomiast coraz bardziej irytowały jego popisy. Zupełnie jakby chłopak próbował celowo pokazać mu, jak łatwo jest mu go podnieść i przenosić, jak mało wysiłku potrzebuje, aby sobie z nim pogrywać.
Tak więc zaczął celowo psuć ich pozycje. Obracał się zbyt szybko, aby Tom mógł go złapać, skakał nieco zbyt wcześnie, kiedy Tom nie był na to gotowy i umyślnie rozluźniał mięśnie wtedy, gdy powinien je napinać, przez co Tom nie mógł go porządnie podnieść.
Pyszałkowaty uśmieszek Riddle'a szybko zamienił się w skoncentrowany grymas, gdy dosłownie na niego polował. Pomimo że Snape rozkazał im, aby ćwiczyli tylko swoje pozycje, zaczęli wokół siebie tańczyć.
Tym razem jednak bez żadnej choreografii. Chodziło wyłącznie o akcję i reakcję. Jakby grali w wyjątkowo szybkiego i zawiłego berka.
Harry tak skoncentrował się na ruchach tanecznych swoich i Toma, że tylko gdzieś w tylnej części umysłu zanotował, iż zaczęli używać coraz to więcej przestrzeni.
Nagle został zapędzony przez Toma w kozi róg. Zaskoczył go więc dobrowolnym skoczeniem do przodu, niemal wymuszając na chłopcu, aby ten go złapał. Nie było miejsca na wątpliwości, najzwyczajniej w świecie wiedział, że Tom będzie wystarczająco szybki, aby zareagować. Wykorzystał więc jego wsparcie i swoją własną siłę rozpędu, aby unieść się nad nim i wylądował po drugiej, otwartej stronie pokoju.
Pościg trwał nadal, a serce biło Harry'emu mocno w piersi.
Im lepiej poznawali siebie nawzajem, tym łatwiejsze stawało się przewidywanie, jaki będzie kolejny ruch przeciwnika. Oczekiwanie, że Tom poruszy się w danym kierunku i widzenie chwilę później, że ten rzeczywiście to robi, było poniekąd pocieszające. Być może nie ufał Tomowi, ale zaczynał ufać temu, że jest w stanie wymusić na nim reakcje, których pragnie.
Wiedział, że Tom będzie na tyle szybki, aby go ominąć, gdy kręcił się dokładnie w jego stronę. Wiedział, że musi tylko przygotować się do skoku, a Tom już go będzie trzymać. Wiedział, że mógłby pozwolić sobie na opadnięcie na ślepo do tyłu, a Tom złapie jego ramiona i obróci jego ciałem.
Tyle tylko, że wykorzystywał tę wiedzę nie do współpracowania z nim, a do odskakiwania od niego.
Riddle'owi udało się w chwili nieuwagi ścisnąć od przodu jego biodra i chwilę później Harry wisiał w powietrzu. Tym razem jednak Tom go tam zostawił, zatrzymując na chwilę ich pogoń. Patrzyli na siebie przez kilka sekund, oceniając się pod kątem nowo zdobytej wiedzy na swój temat.
I wtedy głośne, ostre oklaski wyrwały ich z zamroczenia wywołanego toczoną grą.
Tom powoli odstawił go na ziemię i Harry spostrzegł, że wszyscy przystanęli, aby się im przypatrzeć. Emocje na ich twarzach wahały się od przerażenia do rozbawienia, od ekscytacji do ostrożnego spokoju.
— Wygląda na to, że zanim nauczę was tańczyć, powinienem zacząć od nauczenia was, jak postępować zgodnie z instrukcjami – wycedził sucho Snape, choć przyglądał się im równie uważnie, co reszta klasy.
— Errr, przepraszam – powiedział z zakłopotaniem Harry. – To był… przypadek.
Nauczyciel uniósł brew.
— Zatracenie się w tańcu jest konieczne dla przekonującego przedstawienia postaci, ale, proszę, zachowajcie trochę świadomości swojego otoczenia. W tym tempie rzeczywiście się nawzajem pozabijacie.
— Jesteś zbyt surowy, Severusie. Osobiście sądzę, że to było niezwykłe – rozbrzmiał nowy głos od strony drzwi. Do sali wszedł spokojnie Lucjusz Malfoy, lustrując całe zajście. – A twoje zajęcia powinny się już dawno skończyć, stary przyjacielu.
— Zostawiam tych nieuleczalnych cymbałów w twoich rękach, Lucjuszu – prychnął Snape. – Być może tobie lepiej uda się wykorzystać ich energię.
Następnie wyszedł bez słowa, bez wątpienia zamierzając torturować uczniów z innego poziomu.
Lucjusz zajął jego miejsce na przedzie pomieszczenia.
— No dobrze. Gotowi na obroty?
Po głośnym jęku, jaki rozbrzmiał w odpowiedzi, Harry podejrzewał, że po tych zajęciach nie zostanie im wiele siły.
* pas de deux – duet w balecie klasycznym (zwykle damsko-męski), którego celem jest ukazanie kunsztu tanecznego tancerzy.
** en pointe – w balecie pozycja stania na czubkach palców.
Kilka słów autorki odnośnie Lily i Jamesa: „Pozostawiłam te imiona celowo. Jak się domyślacie, używanie jednych postaci jako tancerzy w sztuce, a innych w „prawdziwym" życiu prowadzi do pewnych problemów. Nie chciałam wymyślać dla nich nowych imion, więc pozostawię ich po prostu bez nazwisk. Poza tym – Lily nie ma do Jamesa tego samego żalu, co w kanonie (jako że znęcanie się nad Snape'em byłoby, oczywiście, niemożliwe), po prostu… nie sprawił on na niej do tej pory zbyt dobrego wrażenia".
