ROZDZIAŁ CZWARTY
I Draco, o
dziwo, puścił go.
Odwrócił się od tego gnojka. Nie mógł na
niego dłużej patrzeć. Skurwysyn. Taki spokojny. Wszystkowiedzący
Wybraniec, Złoty Potter, Chłopiec, Który Przeżył.
Cholerny
szczęściarz.
Skinął na durnego Pottera, by poszedł za nim, po
czym wszedł do jednego z pokoi. Znajdowały się tam głównie
regały z książkami i cztery szykowne, miękkie fotele, całe obite
czarną skórą.
Draco zwalił się na jeden z nich, naburmuszony.
Wysłucha tego bałwana, a potem szybko wyrzuci za drzwi. I już się
do niego nie odezwie. Cholerny Potter nie zasługuje na możliwość
słuchania jego głosu.
*
Harry poszedł
za Malfoyem. Teraz, kiedy mógł to robić, głęboko podziwiał
przepych posiadłości i smak, z jakim była urządzona. Na początku
tego roku, w marcu, kiedy on, Hermiona, Ron, Dean i Gryfek znaleźli
się tu dość nagle,
zdecydowanie nie miał czasu kontemplować wystroju Malfoy Manor.
Ten
pokój… Góry, góry książek! Hermiona oszalałaby z radości. I
każdy z tych foteli mógł być wart więcej niż połowa domu na
Grimmauld Place. Chociaż… Nie, dom Blacków, ze wszystkimi swoimi
starymi i drogocennymi przedmiotami, też musiał mieć sporą
wartość.
Oczywiście Harry nie dbał o to.
Kiedy usiadł
naprzeciw wyraźnie ostentacyjnego Malfoya, zrozumiał, że przyszedł
czas, aby wyjaśnić wszystko bez ogródek. Postanowił nie wdawać
się więcej w żadne dygresje. Sucho, rzeczowo przedstawi wszystko
temu debilowi, a potem odejdzie i już nigdy się nie spotkają.
Tak.
— Za trzy dni pojawią się u ciebie pracownicy
Ministerstwa. Nie widniejesz na żadnej liście znanych
śmierciożerców, ale było wystarczająco wiele pogłosek o tym, że
wszyscy Malfoyowie służą Czarnemu Panu, oraz że byłeś na Wieży
w noc śmierci Dumbledore'a, by dać powody do przeszukania
posiadłości. — Zaczerpnął oddechu i urwał na chwilę. — W
sumie ja sam dość głośno o tym mówiłem… I nie mam pojęcia,
komu dokładnie to zawdzięczasz, ale McGonagall i Minister
Shacklebolt postanowili dać ci szansę. Kingsley, to znaczy pan
Minister, dał wskazówki swoim ludziom, by przeszukali dom i tylko
delikatnie cię podpytali.
Powiesz, że rodzice rzucali na ciebie
Imperiusa
dla twojego własnego dobra. I wysłali cię do szkoły, wmawiając
Voldemortowi, i tym samym narażając się na jego tortury, że
jesteś bezużyteczny, że załamałeś się, nie wypełniając
dobrze jego prostego rozkazu. Że nawet przy pomyśle wpuszczenia
śmierciożerców do szkoły przez Pokój Życzeń byłeś jedynie
marionetką, bo sam na nic nie potrafiłeś wpaść… I że najmniej
problemów będziesz sprawiał, przebywając w Hogwarcie. I
ewentualnie donosząc czasem, co wyprawiają uczniowie. I… to w
sumie tyle.
Powinni ci uwierzyć, bo twoi rodzice cię... Cóż,
podobno na dotychczasowych przesłuchaniach utrzymywali, że
wszystko, wszystko,
Malfoy — powtórzył Harry z naciskiem — robiłeś pod wpływem
zaklęć. I że od początku bałeś się Voldemorta i godziłeś się
na rozwój wypadków z czystego strachu. I dlatego, że torturował
ciebie i twoich rodziców. I że naciskała na ciebie twoja pomylona
ciotka. Tak, to powinno wystarczyć — dodał Harry, kończąc swój
wywód.
Nie patrzył na Dracona, nie był w stanie mu tego robić,
choć jakaś sadystyczna strona jego osobowości upierała się, że
to jest właśnie to, co na chłopak zasługiwał. Ale Harry
wiedział, że duma była najważniejszym, co Malfoy zawsze posiadał.
A teraz musiał się ukorzyć, przyznać do błędów, pogodzić ze
wszystkimi swoimi decyzjami. To musiało być wystarczająco trudne i
Harry zdecydował się nie dorzucać swojej cegiełki —
uświadamianie sobie pewnych rzeczy czasem jest karą samą w sobie.
*
Miał nadzieję,
że Potter na niego nie patrzył. Błagam,
nie.
Wszystko,
wszystko w nim pękło. To było… Walczył, jak mógł, przeklinał
siebie za słabość i żałość, ale nie potrafił powstrzymać
łez, które teraz spływały po jego twarzy. Jego rodzice kochali
go. Myśleli o nim. Walczyli, aby nie płacił za ich własne błędy.
To było… tak nie malfoyowskie, że nie wiedział, czy zdoła
zdusić w sobie chęć do histerycznego śmiechu. To było
niedorzeczne, nieprawdopodobne.
I, na dodatek, to wszystko musiał
usłyszeć od Pottera. Choć od początku byli stworzeni, by ze sobą
walczyć, idealne przeciwieństwa, dwa oddalone od siebie bieguny, to
teraz… teraz musiał mu zawdzięczać kolejną rzecz i pogodzić
się z tym, jak ten cholerny Gryfon wpływał na jego życie.
Jak
je w jakiś sposób… stanowił?
Nie, to było zwyczajnie nie do
zniesienia. Draco gwałtownie wstał z fotela i podszedł do
okna.
Milczeli naprawdę długo. Może kilkanaście minut, a może
dwie godziny. A potem Draco z trudem, nabrzmiałym od emocji głosem,
powiedział:
— Dzięki, Pot… Ha... Potter.
— Draco. —
Znowu,
znowu to powiedziałem.
Harry nie mógł się sobie nadziwić. I
nawet nie było tak strasznie,
pomyślał po chwili z jeszcze większą konsternacją.
Harry
patrzył na przygarbioną sylwetkę Malfoya, który stał odwrócony
do niego tyłem. Był gotów dać sobie uciąć rękę, że kilka łez
spłynęło po bladej twarzy Ślizgona. Postanowił jednak udawać,
że wcale tak nie było.
— Trzeci raz podziękowałeś mi w
ciągu jednego dnia! Chyba mogę uznać, że jesteśmy kwita —
rzucił, szczerząc zęby.
Draco parsknął śmiechem, jakby
trochę się krępując.
— Te rachunki chyba nigdy nie będą
wyrównane — powiedział po chwili szorstko.
— Mhm
— mruknął Harry niezobowiązująco. I w końcu zaczął mówić
dalej, nie mogąc się powstrzymać: — To strasznie dziwne, ale…
czuję, jakbym patrzył na inną osobę, zupełnie inną od tej, z
którą mijałem się w szkole przez sześć lat. Gdzie to dotąd
ukrywałeś, Malfoy?
— Co takiego? — zmarszczył brwi Ślizgon,
wyraźnie zaskoczony.
— To… to wszystko, co w tobie najlepsze.
Człowieczeństwo — odpowiedział Harry, przywołując nagle w
myślach podobne słowa wypowiedziane do Severusa Snape'a przez
Albusa Dumbledore'a.
Draco odwrócił się do Harry'ego. Nie
dbał o to, że wciąż musiał mieć ślady łez na policzkach.
—
Mówisz poważnie? — Spojrzał badawczo na Pottera, jakby usiłując
doszukać się w nim kłamstwa.
— Najzupełniej — odpowiedział
Harry, wytrzymując spojrzenie Dracona. — W sumie… To wszystko
jest już i tak niedorzeczne, jak jakiś surrealistyczny sen, że…
Mogę powiedzieć jeszcze kilka innych rzeczy.
Draco rzucił
ostatnie spojrzenie prosto w natarczywe swoją zielenią, pytające
oczy Pottera i poczuł, że opadły z niego wszystkie emocje. Że
teraz może stać się i zostać powiedziane dosłownie wszystko. I
że on, Malfoy, o to nie dba.
Zrezygnowany rzucił się z powrotem
na swój fotel, po czym przymknął oczy i powiedział:
— A więc
zamieniam się w słuch, P… Potter — dokończył stanowczo. Niech
wybrzmią te resztki pozorów.
— Jesteś pewien? — upewnił
się Harry, przekrzywiając głowę i uważnie lustrując Dracona.
—
Najzupełniej — odparł Ślizgon i wykrzywił wargi w lekkim
grymasie, który miał być chyba czymś w rodzaju uśmiechu.
—
Kiedy tu wszedłem… — Harry starannie dobierał każde słowo —
... od progu uderzył mnie już sam fakt, jak
się przywitałeś. Tak jak to, że nie wyrzuciłeś mnie za drzwi.
Postanowiłeś wysłuchać. Ja… — zawahał się. — Zmieniłeś
się, Malfoy. Zmieniłeś się, czy po prostu nie dałeś się
wcześniej poznać?
Draco westchnął, a odpowiedział dopiero po
dobrej chwili:
— To wszystko, co mówimy, zaczyna brzmieć
nieznośnie sentymentalnie, Potter.
— Mimo wszystko gotów
jestem podjąć ryzyko dalszej rozmowy — wypalił Harry i, zanim
zdążył się powstrzymać, uśmiechnął się niepewnie.
Naprawdę
czuł… czuł się po prostu ciekawy. A przede wszystkim znów mógł
w jakiś sposób działać
i to było tak interesująco inne od zastanawiania się nad kolejnym
krokiem Voldemorta lub kolejnym kształtem jego horkruksa.
Harry
chciał sprawdzić, czy czasem sobie czegoś nie dopowiada, lub może
zwyczajnie się myli. A to wszystko okraszone było leciutką nutką
ekscytacji — jakby przypomniał sobie jakiś przeczytany w
dzieciństwie wiersz i dopiero teraz mógł spróbować go
zinterpretować.
Bo do niektórych rzeczy po prostu się dorasta.
Tę część siebie,
która wciąż mu wmawiała, że bawi się w to wszystko głównie z
nudów, zdusił jedną, zdecydowaną myślą.
Malfoy rzucił na
niego szybkie spojrzenie i znowu wykrzywił wargi w tym grymasie a'la
uśmiech. Przez chwilę wyglądał, jakby miał coś powiedzieć, ale
potem najwyraźniej zrezygnował. Ponownie odchylił się w fotelu,
przymykając oczy.
Harry postanowił więc kontynuować.
—
Jesteś… zagadką, Malfoy — odparł szczerze, choć natychmiast
poczuł się z tym niesłychanie idiotycznie.
Tym razem Draco
wyraźnie się roześmiał. Krótko, bo krótko, ale… zrobił to!
—
Zaśmiałeś się! — Harry nie mógł powstrzymać zdumienia, może
nawet lekkiej paniki. Przecież nie mógł być przyczyną radości
Dracona! — Na Merlina, Malfoy, co tu się dzieje?! Jesteś chory?
Ktoś rzucił na ciebie zaklęcie? A może to sen?
— To samo da
się powiedzieć o tobie, Potter — powiedział Draco w nieczytelnym
dla Harry'ego tonie, powstrzymawszy w końcu chichot i jakby
ignorując ostatnią uwagę chłopaka. — Chłopiec, Który Przeżył…
Chodząca tajemnica.
Tym razem to Harry postanowił czekać na
kolejny ruch.
Faktycznie — po chwili Draco zaczął sprawiać
wrażenie, jakby coś sobie przemyślał i odczuł nieodpartą
potrzebę, by podzielić się tym ze światem. To jest, z Harrym.
Malfoy wyprostował się w fotelu, złożył ręce na jego oparciach
i zwrócił swój przenikliwy wzrok na Pottera.
— Zawsze mnie
intrygowałeś — powiedział zwyczajnie. — Wzbudzałeś we mnie
odrazę i wszystkie najgorsze uczucia, denerwowałeś mnie,
irytowałeś, miałem ochotę spetrykifikować cię i zamknąć w
pustej zbroi na korytarzu… ale nie mogę zaprzeczyć, że jednak
intrygowałeś. W jakiś sposób. — Przerwał na chwilę,
zatrzymując spojrzenie w szybie okiennej. — Nie mam pojęcia,
dlaczego to mówię, ale może… może cię nawet podziwiałem, i
może dlatego to wszystko tak mnie wnerwiało.
Draco umilkł na
chwilę, a potem znów wybuchnął tym krótkim, dziwnym śmiechem,
nadal podziwiając widok za oknem.
— Masz rację, Potter, to
wszystko jest tak idiotycznie nierealne… Nagle czuję, że mam
ochotę z tobą rozmawiać i doprawdy, do jasnej cholery, nie mam
pojęcia, jakim cudem jestem w stanie ci się do tego przyznać —
dokończył, krzywiąc się. Naprawdę wyglądał, jakby nie
wiedział, co jest grane; jakim cudem to wszystko się
dzieje.
Tymczasem Harry słuchał Malfoya i nie mógł zaprzeczyć,
że… To oczywiście było w pewien sposób denerwujące i
nieoczekiwane, ale pomyślał, że… że może też czuje coś w tym
rodzaju. Postanowił więc odpowiedzieć na szczerość Dracona.
Teraz chyba czegokolwiek którykolwiek z nich by nie powiedział, i
tak nie mogłoby już zabrzmieć bardziej idiotycznie.
—
Rozumiem. To jest… rozumiem, o co ci chodzi. Tak myślę. Nie mam
pojęcia czemu, ale czuję coś podobnego. Jakby… Jakby to
wszystko, co było przedtem, nie miało teraz znaczenia.
Najmniejszego. Jakby... Jakby się nie wydarzyło. I jakbyśmy mogli…
naprawdę wreszcie się zroz… Och, na
Merlina
— przerwał z lekką irytacją. To nie zabrzmiało najzręczniej.
Poza tym, Harry naprawdę nie wiedział, skąd bierze siłę na tę
rozmowę, skąd bierze potrzebne słowa. I skąd pojawiło się to
wszystko między nimi — coś w rodzaju nieprawdopodobnej, zwłaszcza
zważając na okoliczności, nici porozumienia.
*
W końcu Draco
ponownie spojrzał mu w oczy, nagle zdecydowany.
— Mimo
wszystko, chyba nie jestem w stanie ci się spowiadać. Nie mam
pojęcia, co miałbym ci powiedzieć i, przede wszystkim, po co. To
chyba nie ma najmniejszego sensu. Mimo wszystko… — Draco
uśmiechnął się krzywo. — Tak, dzięki, Potter, pewnie po raz
ostatni w życiu. Raczej się więcej nie spotkamy. — Przerwał na
chwilę, jakby zastanawiając się, jak to wszystko zabrzmiało. —
Chyba… chyba powinieneś już iść.
Ponownie zwrócił
spojrzenie na okno.
*
Harry jeszcze
chwilę nie ruszał się z miejsca. Odniósł dziwne i denerwujące
wrażenie, że jeszcze nie chce kończyć tej rozmowy. Bo, być może,
straci na coś szansę.
Na coś… ważnego?
Nie,
przestań.
Nie należy sobie za wiele wyobrażać. To wszystko jest zbyt dziwne,
by było prawdziwe. Trzeba uznać to za łut szczęścia i wynik
różnych przypadków, że siedzą tu normalnie naprzeciwko siebie,
zamiast skakać sobie do gardeł.
Chyba… chyba faktycznie
powinien już iść. Zresztą, Harry faktycznie też nie miał
pojęcia, o czym
tak naprawdę miałby porozmawiać z Draconem. O ich rodzicach? O
Voldemorcie? To śmieszne.
Tak, pora iść.
Wstał. Ślizgon
nie patrzył na niego i Harry nie zamierzał go do tego zmuszać.
Chłopak wysłuchał go, choć nie musiał — to było duże
osiągnięcie i nie było sensu wymagać niczego więcej.
Chciał…
chciał powiedzieć coś w stylu: „wierzę,
że sobie poradzisz", „trzymaj się", „będzie dobrze",
czy jakoś tak, ale w miarę rozmyślań nad „mową pożegnalną"
cała ta sytuacja wydawała mu się coraz bardziej idiotyczna. Malfoy
nie jest dzieciakiem, ma mózg. Poradzi sobie. Wie, że teraz…
dostał szansę i powinien z niej skorzystać. Po prostu.
— To…
na razie, Malfoy — zdołał w końcu wykrztusić Harry, kończąc
kolejny długi okres ciszy. — Powodzenia.
*
Drzwi znajdowały
się stanowczo zbyt blisko. Pokój był stanowczo za mały. Potter
stał już jedną nogą w holu, gdy Ślizgon w końcu się
zdecydował, choć nie miał pojęcia, co z tego wyniknie.
—
Potter. — To zabrzmiało strasznie cicho, ale Gryfon od razu się
zatrzymał.
*
