Betowała oczywiście absolutnie najwspanialsza na świecie Himitsu.
Dziękuję lohrelain, Joanne Gabrielle, Anuii, Karolina94, Adelcia, H., Lauviah van Beorn, Shailila, ToJa, ayane. chan989, Evolutions oraz Suremia za tak niesamowite, podnoszące na duchu komentarze, które sprawiły mi naprawdę wielką radość.
H, w takim razie bardzo się cieszę, że ten rozdział bardziej ci się spodobał. I rozmowy między Harrym a Tomem - są dość ważne, więc zawsze dobrze wiedzieć, że reakcja na nie jest taka pozytywna :). I również współczuję Harry'emu. Może nie do końca "nie będzie mocny", ale nie będzie taki stereotypowo mocny, jak na przykład Izar. Przepraszam, bardzo trudno jest mi to ubrać w słowa. Po prostu mocnym można być na wiele różnych sposobów. Do oryginału, oczywiście, zachęcam, ale zarazem zachęcam również do kontynuowania czytania tego tłumaczenia - niech wybór należy do ciebie :).
Jeszcze raz wam wszystkim z całego serca dziękuję i zapraszam was serdecznie do czytania poniższego rozdziału.
Motyle serce
Część pierwsza
Rozdział czwarty
— Łał, to… imponujące – mruknął Harry, wpatrując się w stojący przed nim posiłek. – Gdybym wiedział, że terapia wiąże się z poczuciem, jakbym jadał w Ritzie*, zacząłbym ją wieki temu. – Urwał. – Choć przypuszczam, że ceny są podobne. Serio, wydałeś fortunę.
— Ludzie płacą za jakość, jakiej pragną – odparł lekko Tom. Harry zacisnął usta.
— Masz rację. Chociaż powinno być raczej tak, że dostają jakość, na jaką zasługują.
— Być może, ale tak czy inaczej nasz świat rządzony jest pieniędzmi, a nie sentymentalizmem, nawet jeśli Beatlesi zawzięcie głosili co innego. – Wskazał Harry'emu, aby usiadł przy stole, który został zniesiony do jego normalnego gabinetu. Młodszy chłopiec zrobił to, prychając mimowolnie lekko z rozbawieniem na jego odpowiedź, mimo że spostrzegł, że przez sekundę jakiś dziwny wyraz pojawił się na twarzy Riddle'a.
— Nie powinieneś zachęcać mnie do pozytywnego, pełnego optymizmu myślenia, a nie wyrażać tak cyniczny pogląd na stan, w jakim znajduje się obecny świat?
— Uwierzyłbyś mi, gdybym popierał taki światopogląd, biorąc pod uwagę, że obaj wiemy o czyhających w ciemnościach potworach? Ale, oczywiście, Harry, mogę to zrobić. Widzisz, Voldemort jest po prostu niezrozumianym, pełnym tragizmu chłopczykiem i może, gdyby ktoś częściej go przytulał, byłby teraz na moim miejscu i wykonywał moją pracę jako szanowany członek naszego społeczeństwa.
— Och, Boże, jesteś okropny. Przestań. Nie możesz sobie tak żartować… to nieprzyzwoite! Jest masowym mordercą.
— A jednak wydajesz się niemal rozbawiony. Może z czasem znajdziemy wspólny język. – Riddle przechylił lekko szklankę niby w toaście, po czym odstawił wino i pochylił się, aby podać jedzenie. – Nie możesz zarabiać na życie poprzez zaglądanie w ludzkie umysły i nie zyskać przez to pokręconego poczucia humoru.
No cóż, myślał, że to prawda, nawet jeśli wspomnienie o zagłębianiu się w umysły innych ludzi sprawiała, że jego żołądek się zaciskał. Wiedział, że Tom nie miał tego na myśli w taki sposób, ale… cholera, udawało mu się nieumyślnie rzucać takie uwagi na tyle często, aby za każdym razem nim to wstrząsało.
Spróbował zatem odrobiny mięsa, czując jak jego smak rozpływa się w jego ustach.
— Dobrze smakuje?
— Jest przepyszne – mruknął Harry, przełykając, otrzymując w odpowiedzi uśmiech, kiedy Tom zajął się własnym posiłkiem. – Gdzie nauczyłeś się gotować? I co to tak w ogóle jest? Nie rozpoznaję tego smaku.
— Sarnina. I sam się nauczyłem, podczas podróży. Zawsze lubiłem subtelniejsze aspekty życia i kultury, więc za swoją osobistą misję obrałem sobie zdobycie nowego przepisu, gdziekolwiek się udałem.
— Zatem sporo podróżowałeś? Ale ci zazdroszczę, sam nigdy nie wyjechałem nawet poza Wielką Brytanię. Zawsze były – urwał – er, inne sprawy. – Voldemort. Ludzie próbujący go zabić.
— Mogę to sobie wyobrazić. Może kiedyś zabiorę cię na relaksacyjną wyprawę łowiecką.
Znów zaczynał się z nim drażnić, prawda?
— Taa, mogę to sobie wyobrazić. To mój psychiczny pacjent, który najwyraźniej przechodzi traumę wywołaną obserwacją morderstwa zbyt wielu ludzi, dlatego wziąłem go ze sobą do wyjętego niczym żywcem z horroru domku w lesie, abym mógł zabić na jego oczach jeszcze więcej niewinnych istot – powiedział sucho Harry.
— Twierdzisz więc, że nie brzmi to na skuteczną terapię? Jestem zdruzgotany. Tak czy inaczej, nie chciałbym wziąć cię do domku w lesie. Bez wątpienia przyciągnąłbyś innego seryjnego mordercę i zrujnował moje wakacje.
Harry poczuł, że z jego ust mimowolnie wymyka się śmiech.
— Nie mam pojęcia, jak ujdzie ci to płazem. Cholera jasna. – Potrząsnął głową. Podejrzewał, że celem Riddle'a było odprężenie go za pomocą tych przekomarzań, a w szczególności tych chorobliwych żarcików, które najprawdopodobniej miały sprawić, aby poczuł się komfortowo, kiedy przejdą do bardziej poważnych rozmów dotyczących śmierci i wnętrzności. Znowu zmienił temat, popijając odrobinę wina. – Jakie jest najlepsze miejsce, w którym byłeś? – zapytał.
— Zależy od tego, co chcesz odwiedzać. Ciężko byłoby mi wybrać – stwierdził jego towarzysz. – A gdybyś ty mógł udać się gdziekolwiek byś chciał, jakie miejsce byś wybrał?
— Nie wiem. Nigdy tak naprawdę nigdzie nie byłem, więc prawdopodobnie nie jest to najciekawsze pytanie, jakie mógłbyś mi zadać. Pewnie jakieś znane miasto. Paryż, Rzym, Wenecja…
— A nie jakaś przyjemna, ukryta gdzieś plaża?
— Co, abym miał zostać sam na sam ze swoją głową? Nie, dzięki. Nie żartowałem o tym horrorowym aspekcie domku w lesie.
— Lśnienie**. Oszalałbyś pod wpływem swoich myśli oraz samotności i próbowałbyś mnie zabić? – Riddle uniósł brwi.
— Coś w tym stylu.
— Co tak bardzo przeraża cię w twoim własnym umyśle?
— I oto powracamy do psychoanalizy. Daruj sobie – warknął Harry, kuląc ramiona, znów się cały spinając. Zdecydowanie pociągnął kolejny łyk wina. – Dlaczego nie możesz po prostu mi uwierzyć, kiedy mówię, że nie spodobałoby ci się w mojej głowie?
Riddle milczał przez chwilę, jedząc dalej, przeżuwając ostrożnie i samemu biorąc łyk wina.
— Niepozwalanie mi na udzielenie ci pomocy nie sprawi, że twoje problemy znikną, Harry. Wciąż tam będą, jątrząc się tak długo, jak będziesz się przed nimi cofał i odmawiał stawienia im czoła, niczym infekcja wzrastając w zakamarkach twojego umysłu. Któregoś dnia będziesz się musiał z nimi zmierzyć, pytaniem jest, czy chcesz zrobić to sam? A może w towarzystwie kogoś takiego jak ja, kto będzie cię w stanie z tego wyciągnąć, jeśli to zajdzie za daleko?
Harry przełknął ślinę, gapiąc się w stół.
I tyle by było, jeśli chodzi o przyjemny obiad. Jego palce zacisnęły się na sztućcach.
— Nie mogę.
— Nie możesz czy nie chcesz?
— Nie mogę – powtórzył Harry. – Równie wiele czasu co ja spędziłeś budując swoje mechanizmy obronne, nie tak łatwo je obniżyć.
— Tyle że ty zbudowałeś swoje ogrodzenie błędnie – mruknął Riddle i czuł, że oczy mężczyzny wbijają się w jego czoło. – Ogrodzenia trzymają innych ludzi z daleka, owszem, ale również zatrzymują wewnątrz różne rzeczy i myślę, że w tym może właśnie częściowo leżeć problem? O ile dobrze zrozumiałem to swojego umysłu tak bardzo się boisz, a nie żadnej siły zewnętrznej?
— To skomplikowane.
— Więc mi to wyjaśnij.
Harry zacisnął z frustracją szczękę. Ostatniej nocy również nie mógł spać i jak w ogóle mógłby o tym wszystkim powiedzieć, nie wychodząc zarazem na największego dziwaka na tym świecie? Nie był dziwakiem. Był normalny! Był… po prostu miał nietypowe umiejętności.
— Ja… Ja czuję rzeczy, które on robi. Czasami. Pomiędzy naszymi umysłami istnieje więź. Moim i… Voldemorta. To dlatego tak dobrze go rozumiem.
— Myślałem, że może chodzić o coś takiego.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się, a jego głowa uniosła szybko na te słowa.
— Co? Ale… jak… czy to…?
— To niesamowicie rzadkie, ale nie niespotykane. Słyszałem o kimś innym posiadającym podobny… problem i całkiem dobrze sobie z tym radzi.
— Kto to?
— Tajemnica zawodowa…
— Och. No tak. Um. Mam na myśli, czy oni też… do… mordercy? A nie tylko normalnej osoby?
— Nie mogę ci powiedzieć. Wybacz.
— Racja – mruknął Harry. Czuł się jednak trochę lepiej – nie był jedyny, nie był całkowitym dziwakiem! Jedynie wyjątkowym przypadkiem!
— Czy oni… powiedziałeś, że radzą sobie dobrze? Nie zostali zabójcami?
Nienawidził nadziei, która rozbrzmiała w jego głosie, czuł się tak żałośnie.
— Czuję się urażony, że sądzisz, że spojrzałbym tak bezpośrednio w umysł mordercy i pozwolił mu odejść.
— Riddle! – warknął sfrustrowany Harry i Tom westchnął, po czym pochylił się do przodu i delikatnie ścisnął jego dłoń.
— Zdecydowanie wszystko z nimi dobrze, przyrzekam.
Następnie znów się odchylił, przesuwając kciukiem po jego tętnie i żyłach, a potem powrócił do swojego jedzenia, jak gdyby nic się nie stało i nie poczynili żadnych postępów.
Harry był mu za to dziwnie wdzięczny. Otwarcie się wciąż będzie trudne, bardzo trudne i nie czuł obowiązku pozwolenia Riddle'owi grzebania we wszystkim zbyt mocno lub zbyt szybko, ale… nie wiedział.
To było coś, co musiał przemyśleć.
— Dlaczego poszedłeś na psychiatrię? – zapytał zamiast tego.
— Fascynowały mnie ludzkie umysły – oznajmił Tom. – A w szczególności te, które w pewnym stopniu mogłyby zostać uznane za nieprawidłowe, wyjątkowe i różniące się od reszty. Zawsze sądziłem, że to, co uszkodzone jest znacznie ciekawsze niż to, co zdrowe.
— Czy w takim razie zachęcanie ich do leczenia nie odniosłoby efektu odwrotnego do zamierzonego? – zripostował Harry, unosząc brwi. – Wiesz, że nie jesteśmy twoimi szczurami laboratoryjnymi, którymi mógłbyś się zabawić?
— Oczywiście, że nie, ale pomaganie podnieść się komuś na nogi nie neguje wyrządzonej szkody, tego, co doświadczyli. To po prostu pozwala otwartym ranom lub zainfekowanym rozcięciom w ich umyśle uleczyć się, pozostawiając blizny.
— I blizny cię fascynują? Większość ludzi uważa je za brzydkie.
— Sądzę, że są oznaką siły. Ktoś, kto nie ma blizn nigdy nie żył, a ktoś, kto ma ich wiele jest silny, bo przetrwał największe przeszkody swego życia i wciąż znalazł w sobie odwagę, aby iść dalej. Czy powinienem sądzić, że przychylasz się bardziej ku spoglądaniu na blizny jako na coś brzydkiego?
— Blizny są oznaką błędów. Możesz żyć, ale gdybyś był wystarczająco dobry, nigdy nie zyskałbyś żadnych istotnych blizn, udałoby ci się ich uniknąć – oświadczył Harry. Nigdy nie patrzył na to tak jak Riddle. – Blizny są oznaką bólu, krzywdy i wszystkiego, co poszło źle, całego gówna tego świata, więc, taa, sądzę, że cierpienie jest brzydkie.
— A szczęście za to piękne? – wywnioskował Tom.
— Tak.
— Gdyby tak na to patrzeć, ktoś mógłby przyjąć, że utożsamiasz piękno również z niewinnością, jako że w pełni niewinne – a zatem niekoniecznie czystego serca – jest tylko to, co nie doznało cierpienia i nie zostało dotknięte przez ten świat. Jest więc to być może pewna liczba bardzo małych dzieci, bo, idąc tym tokiem rozumowania, wszyscy inni mają jakieś blizny, ponoszą winę, a co za tym idzie, są brzydcy.
— Co? Nie – zaprotestował Harry. – Miałem po prostu na myśli, że, no cóż, ktoś, kto dopuścił się zła nie może być piękny, czyż nie?
— A co z ofiarami zła? Czy ktoś, kto posiada blizny z powodu, na przykład, maltretowania nie będzie w twoich oczach uznany za pięknego?
— Oczywiście, że będzie, to okropne i ani trochę nieprawdziwe, blizny nie działają w ten sposób. Miałem na myśli… — Harry zacisnął z frustracją zęby. – Miałem na myśli…
Riddle milczał i Harry klął na niego za nieudzielanie żadnej odpowiedzi lub wymyślanie lepszego sformułowania, z którym mógłby się zgodzić, a jedynie przyglądanie się mu, gdy próbuje wyjaśnić swoje własne rozumowanie.
— Nie miałem ich na myśli! Blizny są brzydkie, ale to nie znaczy, że są tacy również noszący je ludzie.
— A co ze szczęśliwymi mordercami? Czy szczęście jest piękne?
Harry skrzywił się.
— Morderstwo nie jest piękne.
— A jednak cała ludzkość jest nimi nieustannie zafascynowania, spaczoną sławą ciemnych umysłów i konfrontacją ze związaną z nimi śmiercią. A myślałeś, że z jakich innych powodów kryminologia stała się przedmiotem naukowym?
— Przepraszam, czy ty próbujesz mnie przekonać, że morderstwo jest piękne? Piękno jest w oczach patrzącego, więc nie możesz mi mówić, że morderstwo jest piękne, a tak w ogóle – co, do cholery? Mam na myśli, jasne, to piękne – to wspaniałe – że ludzie z bliznami przetrwali i są nadal wśród nas, dobrze dla nich, są fantastyczni, ale… ale to nie znaczy… to nie znaczy…
Riddle drapał się po głowie.
— Próbuję ci pokazać, że twój światopogląd jest przyczyną twojego niepokoju, bo jego elementy są ze sobą sprzeczne – mruknął po chwili jego towarzysz. – To ciekawe, że powiedziałeś: „nie miałem ich na myśli". Oceniasz świat pod kątem podwójnych standardów, istnieją rzeczy, które mógłbyś niektórym wybaczyć, a które zrobione przez kogoś innego spowodowałyby, że wyłbyś z oburzenia. Tak jest w przypadku osób z bliznami, fizycznymi bądź psychicznymi, które nie mogą być piękne, chociaż możesz dostrzec w nich jednocześnie oznakę siły… a jednak wciąż o tym wszystkim mówisz, co sugeruje, że kiedy zaczynasz osądzać, nie myślisz o świecie jako jednej całości, o uszkodzeniach i bliznach jako czymś pięknym, silnym i potężnym, ale jedynie o tym, jak to odnosi się do ciebie. Uważasz swoje szkody, blizny i umysł za odrażające.
Harry otworzył usta, aby na to odpyskować, wściekły, ale zaschło mu w nich i nie wydostało się z nich ani jedno słowo.
— I cóż by to było takiego, gdybym nie lubił swojego umysłu? Wiesz, że nie lubię, nie lubię rzeczy, jakie się w nim znajdują, kiedy on nadchodzi. To popieprzone. No chyba że zamierzasz mi powiedzieć, że czucie się, jakbym był mordercą ilekroć wkraczam na scenę jego zbrodni jest kurewsko piękne?
— I to, że jesteś połączony z tym mężczyzną, mimowolnie potrafisz go zrozumieć, sprawia, że…?
Harry zacisnął zęby i kiedy, tak w ogóle, do pieprzonej cholery, to wszystko znów sprowadziło się do psychoanalizowania?! Jasne, chciał… uch, no cóż, raczej potrzebował, niż chciał, jakiejś pomocy, ale… cholera jasna!
— Sprawia, że to moja sprawa, nie twoja – mruknął, przełykając ostatni kawałek swojej sarniny. – Wszystkich swoich klientów przekupujesz obiadem?
— Tylko tych, którzy wyglądają na takich, że są w stanie docenić porządnie przyrządzony posiłek. Inni dostają kostki Rubika, długopisy, papierki lub cokolwiek, co wyda mi się dla nich najodpowiedniejsze. Zauważyłem, że wiele osób w pewnym zakresie jest bardziej otwartych na rozmowę, gdy mają się na czym skoncentrować lub co zrobić ze swoimi rękoma – stwierdził Riddle, którego oczy lśniły łagodnym rozbawieniem.
— Próbujesz mi powiedzieć, że wyglądałem na zagłodzonego?
— Jeśli to sprawi, że będziesz mniej skrępowany, możesz uznać, że po prostu lubię twoje towarzystwo. – Psychiatra uśmiechnął się chytrze. Harry spojrzał na niego ostro.
— A ty oskarżałeś mnie o bycie nieuprzejmym… — Rozbrzmiało pukanie do drzwi i wzrok Riddle'a przeniosły się w ich stronę. Wziął kolejny łyk wina, po czym wstał.
— Przepraszam na chwilę.
Podszedł do drzwi, zatrzymując się, gdy te otwarły się, zanim mógłby po nie sięgnąć i do środka gwałtownie wpadł Ron. Harry zauważył, że oczy Riddle'a nieznacznie się przyciemniają.
Był oburzony takim brutalnym wpadnięciem do pokoju? Na to wyglądało, że chyba był nieco przewrażliwiony w kwestii dobrych manier.
— Przepraszam. – Ron minął Riddle'a w nieco lekceważący sposób, kierując swój wzrok prosto na Harry'ego. – Przysłał mnie Scrimgeour, wszędzie cię szukaliśmy. Było kolejne morderstwo. Prosi, abyś przyszedł.
* Ritz - znany, pięciogwiazdkowy, najwyższej klasy hotel połączony z restauracją oraz klubem umiejscowiony między innymi w Londynie oraz Paryżu
** Lśnienie - film na podstawie powieści Stephena Kinga opowiadający o mieszkającym przez zimę w górskim hotelu w samotności z rodziną artyście Jacku. Złowroga atmosfera tego miejsca i izolacja sprawiają, ze bohater zaczyna widywać duchy dawnych mieszkańców hotelu i popada w obłęd.
