Stiles nie do końca wiedział jak rozumieć sytuację. Przede wszystkim Derek napisał do niego jeszcze tego samego ranka, jakby obawiał się, że ich nocna rozmowa faktycznie wyleciała mu z głowy. Ślady markera jednak nie były takie łatwe do zmycia i nosił je do późnego wieczora, kiedy to trzeci prysznic i ostre szorowanie pozbawiły go tego dowodu wstydu.
Hale nie pisał wiele. Przeważnie były to krótkie hasła jak komentarz na temat fatalnej pogody w Atlancie. I kilka naprawdę obraźliwych uwag na temat Bravesów, czego Stiles nie zamierzał mu podarować. Wiedział, że to tylko słowne przepychanki, ale lojalność nakazywała bronić mu ulubionej drużyny. Poza tym Derek wydawał się rozbawiony każdą jego odpowiedzią, co Stilesowi nie zdarzyło się nigdy wcześniej.
Gdyby jeszcze tydzień temu ktoś zasugerowałby mu, że doprowadzi Dereka Hale'a do śmiechu, przewróciłby oczami i kazałby się tej osobie leczyć u najbliższego psychoterapeuty. Stiles nie miał zbyt dobrych kontaktów z ludźmi, ponieważ nie rozumieli jego poczucia humoru oraz oddania jedynej prawdziwej drużynie Mistrzów. I może Metsi mieli fajniejsze tyłki i pochodzili z najlepszego miasta świata, ale to dalej nie dawało im przewagi nad najstarszym klubem w dziejach historii amerykańskiego baseballu. Jakby tego było mało Jim Johnson miał w sobie naprawdę coś, co przyciągało uwagę i jeśli ktoś nie podkochiwał się w wiecznie nieogolonej twarzy Jose Fernandeza coś było z nim po prostu nie tak.
- Stiles? – dobiegło z drugiego łóżka, więc zamrugał i spojrzał na Scotta odrobinę przytomniej. – Wymyślasz nowe sposoby na to jak go obrazić? – spytał jego przyjaciel i Stiles powinien zastanowić się nad przyszłością tej znajomości.
McCall ewidentnie był dupkiem. Spodziewał się żartów ze strony Scotta, ale najwyraźniej jego kumpel uważał, że zgoda na randkę z Derekiem Hale'em oznaczała, że Metsi jednak byli górą. Jakby Stiles na to kiedykolwiek pozwolił.
- Och, zamknij się – jęknął, rzucając w przyjaciela poduszką.
ooo
Derek Hale był Metsem. To jakoś nie chciało wyjść z jego głowy. Nie miał krzywych nóg. Akurat w tej kwestii Stiles żartował, ale jego tyłek był dziełem sztuki w tych obcisłych spodniach, w których przeważnie wychodzili na boisko. Może też dlatego, że zawsze patrzył na ich pośladki rzadko który Mets znajomy był mu z twarzy. I tak nie polował na ich autografy, koczując bardziej pod szatnią Bravesów. Pewnie to była jedna z tych rzeczy, których nie powinien mówić Derekowi, więc czekał tylko na chwilę, kiedy jego gadulstwo sprowadzi na niego kolejne nieszczęście.
W połowie ich dziwna znajomość składała się ze słów, których nigdy nie powinien był powiedzieć. I paradoksalnie miał wrażenie, że to właśnie Dereka do niego przyciągnęło. Co tylko oznaczało, że z Hale'em było coś tak bardzo nie tak.
Dlaczego Braves? - wysłał Derek.
I to nie było pierwsze przypadkowe pytanie, które dostał. Porozumiewali się w ten sposób od rana. Derek nie dzwonił, jakby kolejna rozmowa miała cokolwiek pogorszyć. Stiles nie wyobrażał sobie większego zażenowania niż to, które poczuł tego poranka. Scott zresztą miał mu nie dać o tym długo zapomnieć.
Mógł napisać cokolwiek, ale nie miał pojęcia jak sprawa się miała z tyłkami Bravesów. Nie był też do końca przekonany czy noga Fernandeza po kontuzji nie była lekko krzywa.
Moja mama mieszkała w Atlancie- napisał, zastanawiając się czy dodać, że spotkali się z ojcem na meczu jako fani przeciwnych drużyn i jego matka wykrzykiwała wiele wulgarnych obelg w kierunku Metsów.
Skądś jego amunicja w końcu musiała pochodzić.
Nie wiedział jak ich rozmowa zrobiła się nagle taka osobista, ale Derek długo nie odpisywał, jakby wiedział, że za tym kryła się dłuższa historia. Nie chciał wchodzić w szczegóły. To nie do końca była jego opowieść. Jego ojciec zresztą opowiadał to o wiele lepiej.
Jim Johnson ma skoliozę i kiedy biega połowa jego ciała śmiesznie się rusza.
Nie widać tego w kamerach, ale na boisku można paść ze śmiechu - odpisał Derek.
I Stiles pewnie nie powinien był się spodziewać niczego innego.
Dupek - wysłał jedynie, nie bawiąc się nawet w emotikony.
ooo
Scott przyglądał mu się badawczo następnego dnia. Stiles pewnie nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie zdumiewająca cisza, która przeważnie nie panowała w ich pokoju. Gdyby nie wiedział inaczej, pomyślałby, że horror sesji powrócił i zapomniano mu o tym powiedzieć, ale paznokcie Scotta odrosły od skóry i nie wyglądały już jakby McCall był torturowany przez koreański wywiad. Nigdy nie spodziewał się, że będą się aż tak denerwowali, ale jego bezsenność była niczym w porównaniu z nerwowymi nawykami Scotta, które nagle wszystkie spadły im na głowę.
- Poważnie zamierzasz się z nim spotkać? – spytał jego przyjaciel.
Stiles uniósł brew.
- Tak – odparł.
Scott zbił usta w wąską kreskę.
- Za dwa tygodnie grają z wami – przypomniał mu McCalla całkiem niepotrzebnie.
Stiles był całkiem tego świadom. Zamierzał ten dzień spędzić przed telewizorem w mieszkaniu z ojcem i z prażoną kukurydzą. W planach miał złorzeczenie i krzyki, czyli nic czego nie spodziewaliby się sąsiedzi w tak trudnym dla Stilinskich dniu.
- Jeśli planujesz go uszkodzić… - zaczął Scott ostrożnie.
I do Stilesa dopiero teraz dotarło o czym mówił McCall. I to było tak abstrakcyjne, że nie mógł się nie roześmiać.
- Nie, nie planuję go również porwać – prychnął. - Braves nie potrzebują podstępu, żeby wygrać.
- Ostatni mecz… - zaczął Scott.
- Zamilknij się. Nie chcę rozmawiać o ostatnim meczu – jęknął.
Derek oczywiście zdradził mu wynik, kiedy wychodził z baru. Stiles jednak do ostatniej piłki miał nadzieje, ale okazały się płonne. Hale zresztą musiał wiedzieć jak skończy się to spotkanie, skoro to on był głównym powodem porażki Braves. Stiles nie był jednak, aż tak zdesperowany, żeby w tak haniebny sposób pozbywać Metsów ich zawodnika.
- Ostatni mecz – spróbował jeszcze raz McCall.
Stiles rzucił w niego poduszką, orientując się nagle, że ta poprzednia nie wróciła, więc pozostał prawie bez pościeli, a co gorsza amunicji. Zawsze mógł użyć podręcznika do Prawa Karnego zamiast broni miękkiej, ale jeszcze nie przekroczyli granicy, w której należało utoczyć krwi przeciwnikowi.
- Nie chcę rozmawiać o ostatnim meczu – jęknął przykrywając się kołdrą. – Myślmy o przyszłości. Przeszłość się nie liczy.
- Jasne, ponieważ jeśli wygracie następne spotkanie wcale nie zrobisz mi z życia piekła – prychnął Scott.
Stiles nie mógł mu niczego obiecać.
ooo
Kolejny telefon obudził go w środku nocy i pewnie powinien był wyłączyć swoją komórkę. Scott pochrapywał na łóżku obok, więc wymruczał coś do słuchawki, przecierając twarz.
- Potrzebne mi twoje zdjęcie – rzucił dobrze znany mu głos.
Jego szare komórki chyba się przepalały ponownie od braku snu.
- Nie zamierzam cię porwać, obiecuję. To nie byłoby fair play. Nie potrzebujemy tego, żeby wygrać. Nawet z tobą na boisku Metsi nie mają szans – ziewnął do słuchawki.
Przez chwilę po drugiej stronie panowała dobrze znajoma mu cisza.
- To chyba miło wiedzieć. Znaczy… Co? – spytał Derek.
- Scott się boi, że cię uszkodzę, żebyś nie grał w kolejnym meczu. To jest jednak niekonieczne. Braves są w świetnej formie – wyjaśnił cierpliwie, przytulając się drugim policzkiem do swojej kołdry.
Z jakiegoś powodu Derek za nim nie nadążał. A przecież to było całkiem oczywiste. Braves byli świetni. Tylko ślepi nie potrafili dostrzec zalet miotaczy i pałkarzy jego drużyny. A przecież Derek grał przeciwko nim już nie raz, więc widział ich w akcji na własne oczy. I z bliska, co było jeszcze ważniejsze. Skolioza Jima Johnsona nie miała większego znaczenia, kiedy przychodziło do gry. A nawet jeśli śmiesznie biegał, przecież to odwracało uwagę przeciwników. I Stiles był wniebowzięty.
- Co to ma wspólnego z twoim zdjęciem? – spytał Derek.
- Jakim zdjęciem? – zainteresował się.
- Tym, które mi wyślesz – rzucił Hale.
- Hmmm… - wymruczał. – Wiesz, zawsze możesz przekazać moje zdjęcie policji i powiedzieć, że jak nie pojawisz się na meczu to ja będę za to odpowiedzialny – stwierdził.
Scott pewnie zrobiłby właśnie tak.
Derek zaśmiał się do słuchawki. I Stiles zaczynał się przyzwyczajać do tego dźwięku.
- Czekaj – zaczął. – To nie jest jedna z tych sytuacji, gdzie prosisz mnie o nagie zdjęcie? Bo wiesz, jestem synem policjanta… - ziewnął.
- Wiem – wszedł mu w słowo Derek. – I obiecuje ci nic nie sypnąć do drinka.
- To miłe – stwierdził.
Derek śmiał się dalej, więc Stiles naciągnął na siebie mocniej kołdrę. Scott nie oddał mu poduszek. I pewnie powinien był przemyśleć sprawę z rzucaniem nimi. McCall w końcu był dupkiem.
- Wyślij mi jutro zdjęcie – powiedział nagle Derek.
- Okej – zgodził się, ponieważ nie widział powodu do sprzeciwu.
- Chcesz to zapisać? – zainteresował się Hale.
- Yhym – ziewnął, sięgając na ślepo w stronę szafki.
Derek prychnął, co było całkiem czymś nowym. Zaczynał tęsknić za tym śmiechem.
- Dobranoc Stiles – powiedział Hale, kiedy zapadła między nimi dziwna cisza.
- Yhym – zgodził się, nakrywając kołdrą.
