Rozdział czwarty: Wychowanie stresowe


Zajęcia z wychowania fizycznego są zmorą wielu uczniów szkół średnich w tym kraju – starają się oni unikać ich, jak tylko mogą.

Teraz, stojąc przy ścianie sali gimnastycznej, zaczynałam rozumieć ból tych uciśnionych nastolatków.

Nie żebym nienawidziła sportu – nic bardziej błędnego. Osobiście uważałam, że młodzi ludzie powinni uprawiać sport możliwie jak najczęściej, przynajmniej kilka razy w tygodniu. Jednak z tego, co wyczytałam z myśli nastoletnich chłopców biegających w tę i z powrotem za piłką, mieli takie zajęcia praktycznie codziennie – cały czas piłka nożna albo koszykówka, nigdy nic innego. Niektórym z nich powoli to zaczynało się nudzić, ujmując to delikatnie.

Powiodłam wzrokiem za Jeremym, którego trener zmusił do wzięcia udziału w meczu. Starsza grupa grała tutaj w koszykówkę. John był liderem jednej grupy, podczas gdy niejaki Tyler był liderem drugiej. Z myśli tych obu z łatwością wyczytałam, że nienawidzili się zapamiętale już od bitych dwóch lat, kiedy to Tylera przywiozła ze sobą Jessie.

John uważał Tylera za nadętego buca, który sądzi, że wszystko wie najlepiej. Tyler z kolei uważał, że John to zwykły „pół-mózg", który na dobrą sprawę nie potrafi sklecić jednego sensownego zdania bez wstawienia tam choćby jednego przekleństwa.

Obserwowałam ich zmagania z uwagą. Trener chłopców nie zawracał mi głowy – bądź co bądź, rozumiał on moją pozycję bycia jedyną dziewczyną w całym ośrodku, i na moich pierwszych zajęciach do niczego mnie nie zmuszał. Pozwolił mi ze spokojem stać z boku i przyglądać się na wszystko. Byłam jednak pewna, że jeśli nie w tym tygodniu, to na pewno w następnym będę zmuszona do dołączenia do grających w te nieszczęsne gry zespołowe młokosów.

Jeremy dość słabo radził sobie z grą. Pomimo faktu, że bez wątpienia był on wysportowaną i silną osobą, gra w koszykówkę nie była jego mocną stroną. Chłopak co chwilę był popychany, nawet przez członków swojej drużyny, przez co ostatecznie stał z boku, czekając cierpliwie, aż któraś drużyna nie zdobędzie wrzutu.

W pewnej chwili jednak coś się zmieniło. Popchnięcia Jeremy'ego stały się częstsze, aż w końcu chłopak upadł na parkiet, uderzając łokciami o nierówną powierzchnię i zdzierając sobie przy tym nieznacznie skórę.

Tego było za dużo. Odepchnęłam się prawą nogą od ściany, po czym szybkim krokiem podeszłam do chłopaka z drużyny Tylera, który to zrobił, i sama popchnęłam go mocno w tył.

- Co to miało niby znaczyć? – wykrzyknęłam w kierunku nastolatka. Trener, jak to trener, nie zareagował. Już wcześniej się domyśliłam, że ten gość nic sobie nie robi z konfliktów pomiędzy studentami, dopóki nie dochodzi do rozlewu krwi. Mimo to łudziłam się jednak, że jeśli zobaczy, że w owym konflikcie bierze udział samotna dziewczyna, to jednak ruszy swoje cztery litery, i coś z tym zrobi.

O, ja naiwna. No cóż, będę musiała zatem sama to załatwić.

- Radzę ci stąd iść, i nie mieszać się w nasze sprawy! – odkrzyknął mi chłopak, robiąc kilka kroków w moją stronę. W tej samej chwili jednak drogę zastąpił mi niski, drobny Mitch, wyciągając do przodu ręce w obronnym geście.

- Uspokój się, proszę. – Mitch zerknął na mnie przez krótką chwilę, zanim na powrót nie zwrócił się w kierunku agresora. – Zostaw ją w spokoju.

- Zostawię ją, gdy laska nauczy się, gdzie jest jej miejsce. – O nie… co za dużo, to nie zdrowo. Ten gość miał u mnie zdrowo przechlapane.

- Cofnij to. – warknęłam, robiąc krok w stronę chłopaka. Na tym etapie nie obchodziło mnie nawet, jak ma na imię. Liczyło się tylko to, że właśnie zadarł z niewłaściwą osobą, i miał wkrótce ponieść sromotną karę za tą zniewagę.

- Bo co mi zrobisz, co? – Chłopak odepchnął brutalnie Mitcha na bok, aż biedak upadł z hukiem na ziemię, tuż obok Jeremy'ego. Jak nic przejęłabym się jego losem, gdyby nie to, że zaraz potem mój napastnik rzucił się na mnie, łapiąc mnie za włosy i próbując pociągnąć mnie na ziemię.

Krzyknęłam krótko z bólu, jaki wywołał fakt, że moje długie praktycznie do bioder włosy zostały brutalnie szarpnięte. Szybko jednak odzyskałam stabilność i złapałam kretyna za kołnierz bluzki, po czym razem z sobą powaliłam go na ziemię, siadając na nim. Z rozmachem uderzyłam go dwa razy w twarz, zanim chłopak nie odepchnął mnie od siebie kolanami, przewracając mnie na plecy.

W chwilę później atak na moją osobę się wznowił. Nastolatek rzucił się na mnie, wyciągając do przodu łokieć, chcąc mnie nim zapewne znokautować lub ogłuszyć. Z porę jednak przeturlałam się w bok i jego łokieć z hukiem spotkał twardy parkiet. Chłopak jęknął cicho z bólu, ale zaraz potem siedział już na przykucniętych nogach, gotów do kolejnego skoku na mnie.

Wtedy to jednak doszło do sytuacji, jakiej stuprocentowo się nie spodziewałam.

Nagle znikąd pojawił się pomiędzy nami John Box, który jednym solidnym kopniakiem posłał walczącego ze mną nastolatka daleko w tył, aż ten gruchnął o parkiet z impetem i padł nieprzytomny. Wówczas Tyler i dwóch innych chłopaków rzuciło się na Johna. I zapewne by wygrali, gdybym w porę się nie ocknęła ze wstępnego szoku.

Wstałam na równe nogi, i gdy jeden z kumpli Tylera chciał uderzyć Johna w twarz z pięści, rzuciłam się mu na plecy, z całej siły ciągnąc jego podbródek do góry i zmuszając go do upadku. Wówczas do walki wkroczył kolejny chłopak. Szybko jednak został przeze mnie znokautowany przez jedno kopnięcie wymierzone z półobrotu, gdy schodziłam z pleców pierwszego nastolatka.

Nie musiałam długo czekać, aby Skye, Zane i Brennan ruszyli na pomoc swojemu „szefowi". Do walki włączył się nawet Mitch. Trener natomiast przez cały ten czas był w swojej kanciapie. Wyszedł z niej dopiero, gdy walka chyliła się już ku końcowi.

To on właśnie zakończył ten szaleńczy spór. Donośnym rykiem usadził resztę walczących na miejscu, choć jego mina mówiła mi, że nie zakończy on na tym swojej kary.

Oj, coś czuję, że dzisiaj się sporo nasłucham od panny Caldwell.