Rozdział III
McMillan.
McMillan.
McMillan.
Jego własne nazwisko cały czas dźwięczało mu w uszach, jakby powtarzał je raz po raz. Przed oczami miał twarz Dmitrija Iwanowa, człowieka pałającego do niego irracjonalną nienawiścią. To nie było już dziwnym wrażeniem, spychanym na skraj świadomości, nie było także bzdurą, w którą chciał wierzyć. To był fakt. Cyryl starał się jakoś go usprawiedliwić i wyjaśnił im, że szukający miewa swoje humory. „Gdybyśmy zwracali uwagę na wszystkie jego fochy, już dawno każdy z nas wylądowałby w wariatkowie." David nie uwierzył mu, ale uśmiechnął się słabo i przez całe spotkanie sączył tylko piwo kremowe, słuchając jednym uchem wynurzeń Scorpiusa na temat ich cudownej gry – chłopak krztusił się wręcz z ekscytacji, ale drużynie to ewidentnie pochlebiało. McMillan miał wrażenie, że gdyby rozmowa trwała dłużej, Malfoy zostałby ich maskotką i jeszcze im za to zapłacił.
Po powrocie do mieszkania uciekł natychmiast do swojego pokoju i ukrył pod kołdrą, zdjął jedynie uprzednio buty, bo w tym wszystkim myślał jeszcze o Dwighcie. Słyszał niewyraźną rozmowę na korytarzu, ktoś nawet szarpnął klamką, ale nie wszedł do środka. Odetchnął z ulgą. Nie zachowywał się jak facet, nawet jak normalny chłopak – bardziej jak rozhisteryzowana dziewczyna. Właściwie to najtrafniejszym określeniem byłoby „dziecko", bo sądził, że pod kołdrą nic mu nie grozi, była jakby tarczą, chroniącą przed całym złem tego świata w pakiecie z Dmitrijem Iwanowem.
Kiedy zabrakło mu powietrza, którym mógłby swobodnie oddychać, wychylił głowę spod kołdry i zerknął w stronę drzwi. Światło w korytarzu było zgaszone, nic nie świeciło w wąską szybę. Czuł się bezpieczny, bez ryzyka, że zaraz wparują ci dwaj psycholodzy i rozpoczną wywody, że tamten Rusek to idiota i pewnie mu zazdrości. To drugie powiedziałby zapewne Dwight, tylko nie potrafiłby wymyślić, czego tak naprawdę można Davidowi zazdrościć.
Westchnął ciężko. Może ta nienawiść nie zrodziła się przypadkiem? Może miało to coś wspólnego z jego ojcem? Gorzej – matką? Nazwisko męża nosiła od siedemnastu lat z kawałkiem, może… Tyle było tych domysłów. Nic nie pasowało. Potwierdziły się jednak groźby ojca. Co prawda nie dostał pałką w głowę, ale nie było to też miłe spotkanie przy kawce – szukający ewidentnie miał na niego alergię. Co było nie tak z jego twarzą? Nie tak z jego nazwiskiem? Nie tak ze… wszystkim, właściwie. Nigdy nie wyróżniał się z tłumu, był człowiekiem zwyczajnie przeciętnym, który nie zwracał uwagi na to, że ktoś inny ubrał sandały do skarpetek albo miał zielone włosy. Każdy powinien pilnować swojego interesu. Co takiego przeszkadzało Iwanowowi, co wzbudzało w nim tę wściekłość? Cokolwiek to było, na kilometr wyglądało na coś podejrzanego. Próbował odtworzyć słowa ojca, ale wyparowały. Ostrzegał go przed szukającym, ale David nie potrafił przypomnieć sobie tonu ani dokładnych słów, jakich ten wobec niego użył.
Czuł, jak powoli ból zaczyna pulsować w skroniach, robiąc mu w głowie jeszcze większy mętlik. Chociaż ojciec zazwyczaj kłamał bez mrugnięcia okiem, zwłaszcza matce, to tym razem miał rację. Gargulce były zwykłą bandą popaprańców, z Dmitrijem na czele. Gdyby naprawdę coś do niego miał, powiedziałby od razu lub zaprotestował, kiedy Scorp powiadomił ich trenera, że zabiera ze sobą kolegę, w końcu podał jego dane, prawda? A tak wyszedł na zwykłego buca, który złamał swoją miotłę, bo nie podobała mu się czyjaś mina.
Prychnął. Tak, o to właśnie chodziło – facet był jakimś ruskim dresem, który chciał człowieka sprać na kwaśne jabłko, kiedy nie spodoba mu się jedno krzywe spojrzenie. Nie należało się tym w ogóle przejmować. Dlaczego więc nie zmrużył oka przez całą noc, bo cały czas miał wrażenie, że słyszy trzask łamanej miotły?
Niedziela była dniem, w którym David zabierał Scorpa do rodziców na obiad, żeby Dwight mógł w spokoju wysprzątać mieszkanie. Matka kiedyś mu powiedziała, że wolałaby już Pearsona zwracającego uprzejmie uwagę na każdą smugę, plamkę, cokolwiek; Scorpius samym oddychaniem doprowadzał ją do szału, choć zazwyczaj była wzorem osoby cierpliwej. Ojca nic nie obchodziło, zwykle siedział tylko na kanapie i przeglądał papiery z pracy, przerywając co jakiś czas, żeby wysłać swoim podwładnym wyjce. David czasem zastanawiał się, czy przypadkiem nie jest adoptowany, w końcu nie posiadał praktycznie żadnej z ich cech. Kiedyś ktoś mu tylko powiedział, że kiedy się zamyśli, to ma "tak trochę wredną mordę" jak jego matka, ale nie dokończył myśli, bo Scorpius zaczął wyć ze śmiechu na cały regulator.
Kilka minut przed szóstą David miał już dość. Był okropnie zmęczony, ale nie mógł zasnąć. Przetarł oczy w nadziei, że tym samym pozbędzie się wrażenia suchości, ale jeszcze bardziej je podrażnił. Czuł się jak przed pierwszym września jakieś siedem lat temu. Nie spał całą noc; bał się, że Tiara przydzieli go do Gryffindoru. To byłby koszmar, bo przecież od czterech pokoleń każdy McMillan zostawał Ślizgonem. Nie zmieniło się to nawet po upadku Czarnego Pana, Slytherin uważano za jedyny słuszny dom. Davida straszono, że go wydziedziczą, jeśli przejdzie mu przez myśl zostanie Puchonem. Robiła to zwłaszcza ciotka Alice, która aktualnie przebywała w Azkabanie, bo w 2019 udowodniono jej w końcu torturowanie własnego brata i zabicie osiemdziesięciu ośmiu mugoli. Wzdrygnął się na samo wspomnienie jej spojrzenia. Ojciec zakazał mu w ogóle o niej wspominać, bo była chyba największą psychopatką, jaka trafiła się w Surrey od czasu, kiedy Bellatriks Lestrange i Walden Macnair przyszli do ich domu w Haslemere, by przeprowadzić „twórczą dyskusję" z dziadkiem Danielem. David, rzecz jasna, nie był tego świadkiem, bo nawet nie planowano w tamtym czasie, że znajdzie się na tym świecie, ale Draco Malfoy opowiadał takie historie z dziką satysfakcją. A przecież sam nie był lepszy...
Myśl, która nagle pojawiła się w jego głowie, sprawiła, że musiał uderzyć się w policzek, by znów w miarę trzeźwo myśleć. A jeśli Iwanow był śmierciożercą? Ojciec jasno dał do zrozumienia swój brak przynależności do mrocznej sekty świrów w maskach, robił to zwłaszcza na początku dwudziestego pierwszego wieku, gdy czarodzieje próbowali przywrócić ład i porządek w świecie magii. Może Dmitrij trzymał z Alice i chciał, żeby ojciec jednak do nich dołączył? Może się nie zgodził i teraz ten sadysta mści się na Davidzie? Może… Westchnął ciężko.
Zabrał pierwsze lepsze ubrania z krzesła przy biurku i wymknął się – miał nadzieję, że bezszelestnie – do łazienki. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na swoje odbicie, by mógł z czystym sumieniem stwierdzić, że wyglądał tak, jak się czuł. Aktualnie grał swój cień, co jeszcze bardziej zniechęcało go do patrzenia na samego siebie.
Ochlapał twarz zimną wodą i wcisnął się w to, co przyniósł z pokoju, uprzednio pryskając obficie, zwłaszcza koszulkę, dezodorantem. Miał nadzieję, że matka nie nabierze szybko podejrzeń, może przynajmniej uda mu się wymyślić jakąś bajeczkę na poczekaniu. Nie wiedział do końca, co chciał zrobić, ale wiedział, że chce to zrobić bardzo mocno. Tak, jak pewnych rzeczy nie chciał robić ze zwyczajnego lenistwa, tak teraz motywował go głównie strach o własne życie. Lubił je mimo wszystko. Nie potrzebował wiele czasu, by wymyślić teorię spiskową, a po dwudziestu czterech godzinach bez snu wszystko wydawało się prawdopodobne. Nawet to, że Iwanow za nim stoi... Odwrócił się szybko, z mocno bijącym sercem lustrując ścianę, czy aby ten się tam nie kryje. Potrzebował kolejnego ciosu w twarz.
Schował różdżkę do kieszeni bluzy i wyszedł ostrożnie z łazienki, starając się zamknąć za sobą drzwi jak najciszej. Kiedy dziwnie zgrzytnęły, zacisnął mocno powieki, ale nikt nie wybiegł na korytarz, ani nie włączył się alarm. Dwight prawdopodobnie robił poranne zakupy albo biegał po parku w swoim dresie, który David osobiście oceniał jako coś, co prowokuje oczy do krwawienia z nadmiaru wrażeń. Scorp co prawda nie chrapał, ale było za wcześnie, by przejawiał jakieś chęci do życia.
Odetchnął i skierował się w stronę szafy przy drzwiach wejściowych, bo, by zakończyć tę „misję", potrzebował jeszcze kurtki i butów. Pearson układał wszystko według chorego schematu, nawet wieszaki dobierał kolorystycznie. David swoje ubłocone trampki znalazł w reklamówce w ciemnym kącie, opatrzone naklejką „do śmieci". Sięgnął po nią, zapomniał jednak, że foliowe torby szeleszczą. Zaklął cicho, gdy wydała irytujący dźwięk. W tym momencie drzwi kuchni otworzyły się i wychylił się zza nich Dwight w fartuszku perfekcyjnej pani domu i nożu kuchennym w dłoni. Na widok Davida odetchnął z ulgą i wyszedł już pewniej na korytarz, biorąc się pod boki, brakowało tylko klasycznego tupnięcia nogą.
— Dlaczego się czaisz, Davidzie? – spytał z troską, którą starał się ukryć, ale nie wychodziło mu to najlepiej.
— Nie czaję się, nie chciałem was obudzić – skłamał gładko, z wzrokiem wbitym jednak w supły na sznurówkach, które próbował doprowadzić do porządku.
— Ależ mnie się nie musisz wstydzić, Dave. Nie naśmiewam się z ciebie ani nie mówię, że mogłeś po prostu bardziej uważać, każdemu z nas to może się zdarzyć, naprawdę…
— O czym ty mówisz?
— No, o tym tłuczku, który dał ci w twarz! – Dwight posłał mu pytające spojrzenie.
David przez chwilę nie był pewien, co ma powiedzieć, bo tak naprawdę nie wiedział o co chodzi. Podniósł się i otrzepał spodnie, zerkając w końcu na przyjaciela niepewnie. Pearson tkwił na swoim miejscu; wyglądał tak, jakby dzielił jego ból po uderzeniu, które nie miało miejsca, więc skąd… Scorpius. Nagle go olśniło i gniew chwilowo zastąpił strach. Wiedział, że od kilkunastu lat przyjaźnił się ze skończonym kretynem, ale nie sądził, że Malfoy wymyśli tak denną bajkę, by wytłumaczyć jego wczorajsze zachowanie. Westchnął ciężko i sięgnął do szafy po kurtkę, nie mogąc już dłużej patrzyć na Dwighta.
— Dzięki za troskę, wszystko dobrze – warknął w końcu i wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami.
Dwight podskoczył jak oparzony i przez moment tylko wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą był McMillan. Zamrugał kilka razy oczami, aż w końcu prychnął cicho i wrócił do kuchni. Wszyscy zachowywali się tak, jakby oszaleli. Nie zamierzał brać w tym udziału, chciał służyć za przykład osoby poważnej i racjonalnie myślącej. Ale nie mógł skupić się na robieniu śniadania, bo męczyła go jedna, dosyć ważna kwestia: dlaczego na twarzy Davida nie było śladu po uderzeniu?
Vena McMillan była perfekcjonistką w każdym tego słowa znaczeniu. Naczynia musiały lśnić, rzeczy nierówne lub niechlujne nie miały prawa bytu w jej idealnej przestrzeni. Dla niej jedna źle nakreślona linia psuła estetykę kartki i nie miała innego wyjścia, jak tylko zaczynać od nowa, dlatego nie poszła w ślady matki, architektki, bo brakowało jej do tego cierpliwości. Ojciec był prawą ręką już trzeciego Ministra Magii od czasów upadku Voldemorta, dlatego miała pieniądze na wynajmowanie ludzi do zmieniania wystroju wielkiej posiadłości McMillanów w Haslemere praktycznie co sezon. Nieważne, czy miała trzynaście, czy trzydzieści dziewięć lat – zawsze była jego oczkiem w głowie i korzystała z tego maksymalnie.
Otworzyła gablotę i wyjęła z niej jedno z ośmiu niedużych, czarnych pudełek. W środku znajdowały się flakoniki, ułożone w równych rzędach i opatrzone naklejkami ze schludnie wypisanymi datami. Myśli. Wyjęła pierwszą z brzegu, która głosiła, że trzyma w sobie wspomnienie z roku 1995, dokładnie ósmego stycznia. Pociągłą, szczupłą twarz Veny wykrzywił lekki grymas. Odłożyła buteleczkę na bok i resztę ukryła z powrotem w pudełku. Zamknęła gablotę na klucz i wsunęła go do kieszeni spodni. Tam byłnajbezpieczniejszy, zawsze istniało ryzyko, że Gabriel otworzy złe drzwi i tu zajrzy. Nawet nie lubiła ryzykować, adrenalinę wolała zostawić dla innych. Machnęła różdżką w stronę ściany, w której ukryła niewielką szafę. Nie mogła trzymać myślodsiewni na widoku, skoro nikt nie miał o jej istnieniu pojęcia. Wyciągnęła misę na środek i westchnęła ciężko. To nie to, że miała wyrzuty sumienia na starość, skąd; po prostu miała coraz większe trudności z trzymaniem się z dala od tych cholernych flakonów, w których poukrywała wszystko to, co było dla niej niewygodne. Lubiła roztrząsać znienawidzone sytuacje, oglądać je z dwóch perspektyw – swojej i Gabriela. Poniekąd ta druga perspektywa była nieco bolesna, bo zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy w niczym się nie zgadzali, zwłaszcza w tamtych czasach.
— Ale teraz już jesteście, opanuj się – mruknęła.
Przyzwyczaiła się do tego, że automatycznie samą siebie pouczała, zamieniając się na kilka sekund we własną matkę. To ją uspokajało i przekonywało o słuszności jej czynów. Nie nazywała tego egoizmem, tylko działaniem dla dobra ogółu.
Przyłożyła różdżkę do skroni i po chwili strzepnęła z niej do myślodsiewni srebrno—białą, świetlistą substancję. Robiła to tak wiele razy, że zdążyła się uzależnić od patrzenia na pewne sprawy z dwóch perspektyw. Wciąż odczuwała jednak dziwny strach przed tym, co ją czeka. To wspomnienie cały czas siedziało w jej głowie i nie dawało spokoju, bo nigdy nie spojrzała na nie oczami Gabriela. Była pewna, że to widział, bo sama mu je zabrała i zamknęła w butelce dobre dwadzieścia lat temu. Nie uważała się za sprytną i przebiegłą, ale ludzi słabych psychicznie należało konsekwentnie odcinać od pewnych spraw. Najpierw jednak chciała odtworzyć to jeszcze raz jako ona, jako Vena. Wzięła głęboki wdech i miała już zagłębić się we własnym wspomnieniu, ale drzwi skrzypnęły i ukazała się w nich głowa Davida. Odskoczyła od myślodsiewni, jakby misa ją poparzyła. Ogarnęła ją dziwna wściekłość, bo tyle razy mu powtarzała, żeby tu nie właził! Ale wtedy przyjrzała się synowi uważniej. Miała wrażenie, że ledwo trzyma się na nogach i patrzy na nią tak, jakby nawet jej nie widział albo wydawała mu się złudzeniem.
— Davie, kochanie, co ci jest? – wykrzyknęła i wypchnęła go na korytarz.
Wyszła tuż za nim, zaciskając palce na jego ramieniu. Przy okazji zatrzasnęła drzwi swojego pokoju, żeby nikomu więcej nie przyszło do głowy tam zaglądać. Grunt to priorytety.
— Mamo, skąd masz myślodsiewnię? – wymruczał David, starając się jednocześnie nie spaść ze schodów, choć matka za wszelką cenę próbowała zrobić z niego worek kartofli, ciągnąc go w dół, najprawdopodobniej do salonu.
— Jaką myślodsiewnię? – Udawanie zaskoczenia nie było zbyt trudne, opanowała tę sztukę do perfekcji. – Wydaje ci się, ile godzin nie spałeś, co? I gdzie jest Scorpius? Mieliście przecież być na jakimś festiwalu, pewnie znowu ukradli ci buty...
— Myślodsiewnię, skąd ją masz? – ponowił pytanie, kiedy usadziła go na kanapie w salonie i przykryła szczelnie kocem.
Matka unikała jego spojrzenia z uporem maniaka. Starał się wpatrywać w nią w miarę przytomnie, mimo że powoli zaczynała się rozmazywać, rozdwajać, zmieniać w mozaikę. Mrugał zawzięcie, choć przychodziło mu to z coraz większym trudem. Najchętniej po prostu poszedłby spać, bo koc był taki ciepły, miękki...
— Mamo, skąd masz...
— Śpij – przerwała mu przez zaciśnięte zęby i puściła w końcu jego ramię, przez co nie potrafił już utrzymać równowagi, nawet siedząc.
Pokiwał głową i po prostu opadł na poduszkę, rejestrując jeszcze przed zapadnięciem w sen, że ojciec cały czas siedział w pomieszczeniu i miał chyba zamiar wznowić jego przesłuchanie. Davidowi brakowało jednak już sił, by czuwać i nasłuchiwać, kilka minut później pochrapywał już cicho, nienękany strachem, który został najwyraźniej zastąpiony pytaniami o myślodsiewnię, a ona nie wydawała mu się tak ważna, by nie mógł chwilę się zdrzemnąć.
Nie miał zielonego pojęcia, ile czasu spał. Nie potrafił sobie przypomnieć, co mu się śniło, możliwe że nic, bo zazwyczaj pamiętał swoje sny jeszcze kilka minut po przebudzeniu. W ustach czuł piasek, właściwie to coś o konsystencji piasku, co jednocześnie sklejało mu język z podniebieniem. Nie czuł się wypoczęty ani trochę, ale na tyle trzeźwy, by potrafić sobie przypomnieć, gdzie był i dlaczego. Koc grzał za mocno, a poduszka uwierała go w policzek i zapewne zostawiła na nim cudowną mozaikę. Nie otwierał jednak oczu, bo chciał najpierw zorientować się, czy jest w salonie sam. Nie słyszał żadnych kłótni, nerwowych szeptów ani niczego, co mogłoby go zaniepokoić. Zostawili go tutaj? Zazwyczaj matka ślęczała nad nim, dopóki nie dowiedziała się wszystkiego, a ojciec wyglądał zza jej ramienia, marszcząc brwi. To „zazwyczaj" miało miejsce jakieś jedenaście lat temu, kiedy David łapał wszelkie magiczne grypy i choroby zakaźne, wszystko do niego przylegało i nie chciało odejść, przez jakiś czas wołali nawet za nim „smocza ospa", zwłaszcza Scorp. Czasem się zastanawiał, dlaczego przyjaźnili się tyle czasu, skoro ich przyjaźń polegała głównie na obrzucaniu siebie mięsem i rechotaniu głośno, kiedy jeden albo drugi się przewróci.
Odkrył w tamtym momencie jedną ważną rzecz – za długie przebywanie ze Scorpiusem skutkowało śmietnikiem zamiastmózgu, skoro myślał o takich rzeczach.
Podniósł się i otworzył oczy, spodziewając się rażącego światła, ale w pokoju panował półmrok. Okna zakryte były w całości zasłonami, choć nie na tyle szczelnie, by promienie słońca nie przedostawały się choć trochę do pomieszczenia. Ojciec drzemał na fotelu, otoczony papierami, jeden nawet przyciskał do piersi, jakby próbował go bronić przez sen. David nie potrafił określić, czy pokłócili się z matką, czy też nie, bo Gabriel zazwyczaj łagodniał, kiedy zapadał w sen, wygładzały mu się rysy twarzy i wyglądał aż za niewinnie. Przyglądanie się ojcu było trochę... dziwne. Zazwyczaj nie skupiał się na twarzach ludzi, i tak nie zapamiętywał szczegółów ich wyglądu, a mógłby wyjść na psychopatę, jednak... teraz szukał w nim czegoś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegł, prócz tego, że ma niesamowicie wielkie zęby. O mało nie zarechotał, bo wyobraził sobie reakcję Scorpiusa, gdyby rzucił głośno taką uwagą. Złożył koc i przewiesił go przez oparcie kanapy, po czym podniósł się i cicho wymknął z salonu, zerkając jeszcze niepewnie na Gabriela, który wydał z siebie senne westchnienie, jakby wiedział, o czym myślał jego pierworodny.
David był pewny, że matka siedzi w swoim tajemniczym pokoju na piętrze. Odkąd pamiętał, w ich domu panował zakaz nawet zbliżania się do tych drzwi i przestrzegał tego. Uznał, że mógłby coś zniszczyć i doprowadziłby ją do skrajnego stanu histerii. Możliwe, że jeszcze miała traumę po tym, jak śmierciożercy torturowali jej rodziców w dziewięćdziesiątym siódmym, chociaż uznano dziadka Marka za bohatera i dostali duże odszkodowanie, ale podobno „Vena nie była materialistką". Teraz jednak nie obchodziły go żadne domowe reguły, bo matka zachowywała się jak opętana, z takim uporem wmawiając mu, że ma jakieś halucynacje. Może i to była prawda, że z braku snu widział rzeczy, które nie istniały, ale chciał się upewnić. Wszedł na schody, już od pierwszego stopnia nasłuchując, czy przypadkiem nie zbliża się nikt niepożądany. Zamiast czaić się, mógł po prostu zapytać o tę myślodsiewnię, ale wątpił, by dowiedział się prawdy. A tylko to uważał za cenną informację.
Zbliżył się do drzwi pokoju i przyłożył do nich ucho. Serce biło mu niesamowicie głośno, przez chwilę oddychał głęboko i spokojnie, starając się choć trochę je uciszyć, bo zagłuszało ewentualne odgłosy dochodzące z pomieszczenia. Trwał tak chwilę i złapał za klamkę dopiero wtedy, kiedy miał pewność, że za drzwiami była tylko cisza. Otworzył je powoli, z nadzieją, że nie skrzypią nawet trochę, bo jeśli matka znajdowała się gdzieś blisko, to istniało bardzo duże ryzyko, że zaraz tu przybiegnie i zrobi mu awanturę.
Wśliznął się do środka i odetchnął z ulgą. W pokoju panowała cisza i spokój, jedynie wiatr wpadający przez uchylone okno poruszał delikatnie firanką. Właściwie to David był trochę rozczarowany, bo spodziewał się ciemnych ścian i jakiejś sali tortur. Pokój Veny okazał się ciasnym pomieszczeniem, którego większą część zajmowała ogromna szafa z czterema szafkami, dwoma u góry i dwoma u dołu oraz gablotą, wypełnioną czarnymi pudełkami, opatrzonymi naklejkami z numerami… telefonów? Zmarszczył brwi i podszedł bliżej, szukając jakiejś wskazówki, ale nie miał klucza, mógł jedynie przyglądać się opakowaniom zza szyby.
Największą ciekawość wzbudzała w nim jednak myślodsiewnia ustawiona pośrodku pokoju. Srebrzystobiały płyn wirował w niej lekko, David miał nawet wrażenie, że widzi małą postać unoszącą się nad nim, ale kiedy zamrugał oczami, rozpłynęła się w powietrzu. Wziął głęboki wdech i zbliżył się do misy. Liczył się z tym, że nie ma za dużo czasu, bo matka mogła w każdej chwili wkroczyć do pokoju. Nachylił się nad płynem, sądząc, że zaraz wspomnienie wyświetli mu się niczym film, ale z przerażeniem stwierdził, że wciąga go do środka! Nie zdążył nawet krzyknąć, kiedy wylądował w bardzo ciemnym korytarzu. Drogę oświetlało tylko światło różdżki, którą trzymała jakaś dziewczyna przed nim.
— Przepraszam bard… — urwał, kiedy próbował poklepać ją po ramieniu, ale dłoń przeszła przez nie, jakby ta była duchem, zwykłym złudzeniem.
Czyli był tylko obserwatorem. Cóż, nie spodziewał się, że będzie mógł z uczestnikami wspomnień rozmawiać, ale fakt, że miał do czynienia z „duchami", nieco nim wstrząsnął. Dziewczyna ruszyła do przodu szybkim krokiem, więc poszedł za nią, starając się trochę ją wyprzedzić, by móc się jej przyjrzeć. Przypominała mu kogoś, ale nie miał pamięci do twarzy, nie liczył na to, że szybko skojarzy, kim była. Miała długie włosy i ogromne okulary na nosie, właściwie to przesłaniały pół twarzy, po jej policzkach łzy spływały strumieniami, kończąc swoją drogę gdzieś w grubym szaliku, który zasłaniał usta. Nie wiedział, czy powinno mu być przykro, wyglądała na zrozpaczoną, kiedy tak potykała się raz po raz, starając się wydostać z przestrzeni nieoświetlonej nawet pojedynczymi pochodniami. Biegł za nią, bo chciał wiedzieć, co się stało.
Znikąd pojawiły się trzy stopnie schodów, które pokonała jednym skokiem, ale o mało nie zrobiła fikołka do tyłu na śliskiej powierzchni korytarza. Znajdowali się w Hogwarcie! Jednak nie takim, który znał. Ten Hogwart był jakiś… inny. Nie potrafił stwierdzić dlaczego, alew czasach, kiedy on się tam uczył, korytarze nigdy nie były opustoszałe, zawsze ktoś się kręcił, nawet duch. Teraz nie dostrzegł nikogo, kroki dziewczyny odbijały się głośnym echem od ścian, ciche chlipnięcia brzmiały nagle jak głośny szloch. Czuł się tu nieswojo i ona chyba też, zgasiła światło różdżki, ale ją samą cały czas trzymała w pogotowiu, jedynie opatuliła się bardziej ciemnym płaszczem. Dopiero teraz zauważył, że miała przypiętą do piersi odznakę prefekta.
Przypominała mu trochę Dwighta biegnącego na ratunek pierwszakowi, ale on nigdy nie płakał. Nie publicznie.
Kiedy wybiegła na dwór, spodziewał się, że automatycznie owionie go mroźne powietrze, ale wokół niego nadal panowała ta sama, pokojowa temperatura. Błonia pokrywał śnieg sięgający co najmniej kostek, drzewa uginały się pod białym puchem. To tutaj znajdowali się wszyscy uczniowie, naprawdę wszyscy, większe i mniejsze grupki cieszyły się z pogody i obrzucały się śnieżkami albo wykonywały akrobacje na zaczarowanych sankach. Chciał znaleźć w tym tłumie ojca albo chociaż Basila Pearsona, ale musiał podążać za właścicielką wspomnienia, która już prawie biegła w stronę dwóch osób stojących pod drzewem. Ewidentnie miały niezły ubaw z tego, że ta płacze.
— MACNAIR, ODDAJ MOJĄ TORBĘ! – zapiszczała i nagle przestał jej współczuć, bo naprawdę była miniaturą Dwighta, brakowało tylko charakterystycznej postawy osoby, której w tylnej części ciała tkwi kij – ona trochę się garbiła.
Nie wiedział, do kogo mówi te słowa, ale wywnioskował, że do dziewczyny, która szczerzyła zęby i wysunęła się nieznacznie do przodu. Nie potrzebował podpowiedzi, by stwierdzić, że to Ślizgonka. Albo chociaż naprawdę zdemoralizowana Krukonka. Na pewno wyróżniała się z tłumu, ale nie tym, że była jakoś szczególnie ładna — właściwie to jej postawa i sposób patrzenia na otaczające ją ślicznotki dawał jasno do zrozumienia, że prędzej wsadziłaby sobie patyk do oka, niż skorzystała z porad czasopisma Czarownica. Jedynym śladem integracji z kosmetykami były usta pomalowane jaskrawoczerwoną szminką, co i tak uczynione zostało dość nieudolnie — uważny rozmówca mógłby dostrzec smugi czerwieni na zębach dziewczyny.
— Ale po co? Fajna jest – odburknęła w odpowiedzi i wyciągnęła torbę zza pleców, po czym wyrzuciła jej zawartość na śnieg. – Tylko to takie jakieś ciężkie.
Stojący obok niej chłopak ryknął śmiechem i David dopiero teraz zwrócił na niego uwagę, przez co o mało nie przewrócił się z wrażenia. Dmitrij Iwanow, odmłodzony o jakieś dwadzieścia lat, stał tam obok tej całej Macnair i szczerzył złośliwie zęby, chociaż… Nie, to nie mógł być on. Mimo wszystko jego twarz, nawet prezentująca całą pogardę, jaką odczuwał względem tej biednej dziewczyny, do której najwyraźniej należało wspomnienie, wydawała mu się jakaś dziwnie… inna. Mógł go porównać do Puchona, który ma radochę z tego, że to po raz pierwszy nie jego torba wpadła w łapy idiotów ze starszego rocznika i ci nie mają nad nim władzy. Jednak porównanie go do pałającego nienawiścią do wszystkich istot żywych buca było obraźliwe, bo jego twarz była po prostu miła, innego określenia David nie potrafił znaleźć.
— Odejmujemy ci punkty, pało, bo w środku nie było kurczaka – powiedział, przejmując od koleżanki torbę i zajrzał do środka, by po chwili zrobić najmniej przekonującą smutną minę, jaką David w życiu widział. I choć to nie był Iwanow, którego „poznał" po meczu, to miał ochotę czymś mu przywalić, bo kiedy zerknął na właścicielkę torby, zrobiło mu się naprawdę jej żal. Nie powstrzymywała nawet łez, tylko stała z bezradnie rozłożonymi rękami, patrząc na swoje książki, jakby były jej dziećmi.
— Proszę… — szepnęła w końcu, zaciskając mocno powieki.
— Skoro tak bardzo chcesz ją z powrotem, to masz – mruknął Dmitrij i wzruszył ramionami.
Odetchnęła z ulgą i podeszła do niego, wyciągając rękę przed siebie. Już prawie trzymała w dłoni pasek torby, kiedy Rosjanin nagle odwrócił się i wrzucił ją do jeziora, na nowo wybuchając śmiechem. Macnair zagwizdała z uznaniem i poklepała swoją ofiarę po plecach. Ta była w takim szoku, że nie miała nawet siły się odsunąć.
— Nurkuj, Cox, mała syrenko – burknęła i odeszła razem z Iwanowem w stronę zamku. David czekał na moment, w którym oboje zawisną w powietrzu albo wylądują na ziemi, powaleni jakimś zaklęciem. Błonia jednak zaczęły rozpływać się i po chwili znalazł się z powrotem w pokoju swojej matki. Siedział na ziemi i dygotał z zimna. Dopiero teraz odczuł minusową temperaturę, ale to nie było winą pogody we wspomnieniu…
Cox. Cox. Cox. Nazwisko panieńskie jego matki, co do tego nie miał wątpliwości…
Iwanow był śmierciożercą i znęcał się nad jego matką. Do tego pałał do niego nienawiścią i możliwe, że takie same uczucia żywił w stosunku do jego ojca. Ale dlaczego?
David wiedział tylko jedno – dowie się tego, na pewno, ale wtedy facet słono za to zapłaci.
