Witam! Dziękuję wszystkim za komentarze i za rady! Cieszę się, że opowiadanie się podoba i wstawiam wam nowy, krótki rozdzialik, z moim ulubionym numerem - 3.


III

Dzisiaj był pierwszy dzień nauki. Harry i Ron tego ranka bardzo niechętnie zerwali się z łóżek i spakowali na zajęcia. W tym roku na szczęście nie mieli ich dużo, ale wiedzieli, że za rok będzie całkowicie odwrotnie, bo w piątej klasie będą zdawać SUMY. Jednak teraz nie mieli zamiaru się tym przejmować i zeszli na śniadanie do wielkiej sali. Harry od razu zauważył, że miejsce nauczyciela obrony ciągle jest puste, a przecież za chwilę mają mieć z nim lekcje, a później zielarstwo, podwójne eliksiry i transmutację. Co do nauczyciela obrony, to nie wiedzieli nawet jak wygląda i czy w ogóle istnieje. Równie dobrze może to być jakiś duch, który zaproponował, że będzie uczył tego przedmiotu. Jednak taki scenariusz nie przemawiał do Harry'ego, ale to przecież Hogwart. Tutaj wszystko jest możliwe.

— Jak na mój gust — mruknął Ron chwytając tosta — to on się po prostu spóźnia. — Harry w tym momencie przyznał mu rację. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nauczyciel nie przyszedł na pierwszą lekcję, ale kto wie. Nie zdarzyło się również, żeby nauczyciel nie przyszedł na wieczerzę, aby się pokazać. Zawsze musi być ten pierwszy raz.

— Nauczyciel nie powinien się tak zachowywać — wtrąciła Hermiona i mówiła dalej. — Po pierwsze, daje zły przykład. Po drugie, to nieodpowiedzialne z jego strony. Po trzecie… — w tym momencie Harry się wyłączył. Przestał słuchać przyjaciółki i nie wiedział ile punktów dokładnie wymieniła, bo jego myśli zaprzątała srebrnowłosa kobieta, która nieustannie siedziała w jego głowie. Ciągle zastanawiał się, kim ona jest, ale nie znał odpowiedzi. Hermiona wydawała się nie do końca wierzyć, tak samo jak profesor Dumbeldore i Snape, ale on wiedział swoje.

Po śniadaniu, na którym większość czasu jeździł widelcem po talerzu, myślami będąc daleko, poszli do klasy obrony. Tak, w tym roku to właśnie Obrona Przed Czarną Magią była ich pierwszą lekcją, za co Harry dziękował Merlinowi. Wolał OPCM niż jakąkolwiek inną lekcję. Jedyny problem był taki, że lekcje były razem ze Ślizgonami, ale jakoś to przeżyje. Wszyscy zatrzymali się pod drzwiami i cierpliwie czekali na nauczyciela. Mijały długie minuty, a jego nadal nie było. Harry zaczął się zastanawiać nad tym, o czym myślał wcześniej. Czy po raz pierwszy zdarzy się tak, że nauczyciel nie przyjdzie na pierwszą lekcję?

— Ej, drzwi są otwarte! — zauważył ktoś i drzwi klasy stanęły otworem.

Weszli do środka rozglądając się po pustej klasie. No prawie pustej, bo nie było w niej ani jednego stołu, nawet tego dla nauczyciela. Tylko same krzesła. Wszyscy niepewnie usiedli, na krzesła, które wyglądały jakby miały się zaraz rozpaść i czekali nadal. Klasa jak zwykle podzieliła się na dwa obozy. Stronę Gryfonów i stronę Ślizgonów. Lekcja miała rozpocząć się o 9:00, a była już 9:15 i klasa się niecierpliwiła.

— Co on sobie myśli?! — oburzyła się Hermiona chyba, jako jedyna. Klasa się niecierpliwiła, ale raczej nikt nie narzekał. — Nie powinien się spóźniać na pierwszą lekcję!

— Może pomyliliśmy klasy? — zaproponował Ron bawiąc się swoim piórem i wracając do rozglądania się leniwie po klasie. Hermiona chyba bardzo nie lubiła profesora Laggard'a, bo cały czas wysuwała niepochlebne komentarze na jego temat i nie dawała za wygrana. Z 9:15 zrobiła się 9:20 a później 9:25 i nikt już nie był pewny, czy nauczyciel się pojawi, gdy usłyszeli kroki na korytarzu i wyprostowali się.

— Przyszedł… — szepnął ktoś, gdy drzwi się otworzyły, ale nie wszedł przez nie nowy profesor, tylko dyrektor. Albus Dumbeldore wkroczył do klasy luźnym krokiem i zatrzymał się przed wszystkimi patrząc na nich smętnym wzrokiem jakby dopiero, co wstał.

— Oh — szepnął krótko — tutaj jesteście, moi drodzy. Laggardzie! Wydaje mi się, że ich znalazłem! — zawołał a wszystkie osoby spojrzały w stronę drzwi, w których stał wysoki mężczyzna o ciemnych włosach i równie ciemnych oczach oraz z widocznym kilkudniowym zarostem. Harry przyjrzał mu się dokładniej, jak pewnie każdy w klasie i uznał, że facet wygląda dość przeciętnie. Cóż, Remus też wyglądał przeciętnie, a okazało się, że jest wilkołakiem. Quirrell wyglądał niepozornie, a był Voldemortem. Lockhart miał opinię wielkiego czarodzieja, a był tchórzem. Harry zauważył, że nie mieli nawet jednego normalnego nauczyciela obrony i zaczął zastanawiać się, jaki jest Laggard. Czy też nie jest taki jaki się wydaje?

— Dziękuję za pomoc, Albusie — powiedział cichym i nieco znudzonym głosem. — Więc to te dzieciaki, tak? Nie wyglądają jakoś specjalnie.

— Duncanie — zaczął dyrektor, jak zwykle jedwabistym tonem — skoro tak uważasz, to spraw by pod koniec tego roku byli już ,,specjalni". Cokolwiek to dla ciebie znaczy — nauczyciel obrony uśmiechnął się pod nosem. — Teraz ufam, że zajmiesz się nimi, więc wrócę do swoich obowiązków. — i wyminął Duncana, wychodząc. Harry śledził kroki nauczyciela, który stanął przed klasą i machnięciem ręki nakazał im usiąść, po czym sam to zrobił, nie mówiąc ani słowa. Przeniósł wzrok, z czytającego jakiś notes Laggard'a na gotującą się ze złości Hermionę. Chyba miała wiele pytań do nauczyciela i chciałaby wytknąć mu jego niekompetencje, a Ron za to nie wyglądał na ani trochę przejętego. Zielonooki czuł się jakby był pomiędzy huraganem a leniwym wietrzykiem. Nagle nauczyciel zamknął notes i wstał.

— Dobra, dzieciaki! Właśnie czytałem informacje o waszej edukacji w zakresie obrony i jestem w szoku. Wasi poprzedni nauczyciele byli niekompetentni i niewykwalifikowani. No może ten wasz Lupin coś tam potrafił, ale to, że został waszym nauczycielem, to był czysty przypadek — głos nauczyciela był tak spokojny, jakby mówił o czymś nieważnym i mało interesującym. Harry teraz chciałby wtrącić, że Remus Lupin był najlepszym nauczycielem, jaki kiedykolwiek go uczył. Był wykwalifikowany i kompetentny, i nauczył go zaklęcia patronusa, dzięki któremu uratował Syriusza! Ręka Hermiony nagle wystrzeliła ku górze.

— Tak, Susan? — zapytał leniwie Laggard a wszyscy w klasie zrobili wielkie oczy. ,,Czy on właśnie nazwał Hermionę, Susan?" Gryfonka przez chwilę zawahała się i wydawała się skołowana, jakby nie oczekiwała takich słów, ale szybko się zreflektowała i wyprostowała w siedzeniu.

— Przepraszam, profesorze, ale nazywam się Hermiona Granger — oświadczyła, a on spojrzał na nią z szerokim uśmiechem.

— Oczywiście. W takim razie, o co chciałaś zapytać, Susan? — zapytał ponownie używając tego imienia i Hermina wyglądała na coraz bardziej wytrąconą z równowagi.

— Bardzo…

— Wiem jak się nazywasz — przerwał jej ostro zanim zaczęła. — Chciałaś o coś zapytać, tak? To pytaj, chciałbym zacząć lekcję.

— Dlaczego pan się spóźnił? — wydusiła z siebie, a on przechylił się w tył i spojrzał w sufit wzdychając głośno. Harry zauważył, że Hermiona zaciska pięści na kolanach, a jej brwi drgają nerwowo.

— Panno, Susan. Hogwart jest wielki. Jestem tutaj pierwszy raz w życiu i się zgubiłem. To tyle — odpowiedział na pytanie, ale ona już unosiła dłoń, by zadać następne. — Jeśli byłyby tu ławki, to razem z Albusem zastalibyśmy armię śpiących czwartaków.

Harry'ego zaskoczyły słowa profesora, chociaż sam też podejrzewał, o co jego przyjaciółka chce zapytać. Jedna nie odpowiedziałby na pytanie, które jeszcze nie nadeszło. Teraz nauczyciel rozejrzał się po uczniach i na moment zatrzymał wzrok na Harry'm, a chłopaka przeszedł dziwny dreszcz. I nie był to przyjemny dreszcz.

— Jako, że to wasza pierwsza lekcja ze mną, chciałbym wam wyjaśnić kilka spraw. Po pierwsze, nie jestem żadnym z waszych wcześniejszych profesorów. Po drugie, ja mam jakieś tam kwalifikacje. Po trzecie jestem bardziej wymagający. Po czwarte, książki przynosicie tylko w czwartki. Po piąte, na moje lekcje macie przychodzić pięć minut przed ich rozpoczęciem. Czy to jasne?

W tym momencie połowa klasy niechętnie potaknęła i kilka osób wymruczało cicho — Tak, proszę pana — ale Harry wątpił, że ich głosy doszły do profesora. Ręka Hermiony ponownie wyskoczyła w górę, wskazując sufit, a Laggard już jawnie przewrócił oczami i lekceważąco machnął w jej stronę dłonią, by mówiła.

— Dlaczego książki mamy przynosić tylko w czwartki? W czwartej klasie powinniśmy mieć więcej godzin teoretycznych.

Większość klasy jęknęła, w tym Ron.

— Ty jesteś Granger, tak? — zapytał wskazując ją palcem i nie czekał na odpowiedź.— Ta wścibska Gryfonka, która wszędzie wepchnie swój nos? — teraz w klasie nastąpiła głucha cisza, której nie przerwałaby nawet mucha, bo z pewnością wiedziałaby, że zostałaby stracona. Wszyscy umilkli zaskoczeni i chyba przerażeni słowami profesora, bo żaden nauczyciel prócz Snape'a się tak nie wyrażał, a nawet on nie posuwał się aż tak daleko w obecności innych. Hermiona wyglądała jakby miała się popłakać i Harry chciał ją jakoś pocieszyć, ale nie wiedział, co dokładnie mógłby powiedzieć. Ron chyba też nie wiedział, bo wbił wzrok w profesora jakby chciał go rozerwać. Po dłuższej chwili, gdzieś z tyłu klasy słychać było ciche, stłumione parsknięcie, które ktoś widocznie próbował powstrzymać. Harry spojrzał tam nienawistnie i zobaczył Malfoy'a zakrywającego usta.

— Dobrze, skoro już to wyjaśniliśmy — kontynuował Laggard — chciałbym wam jeszcze powiedzieć, że na następny tydzień macie napisać mi wypracowanie na pytanie; Dlaczego czarna magia istnieje i jak powstała? Powodzenia. Koniec lekcji!

Uczniowie niemal natychmiast wstali i ruszyli ku wyjściu, a na samym przedzie pędziła Hermiona, której Harry nie mógł dogonić. Czuł się nieco bezradnie.

— Nic nie zrobimy, stary. — szepnął cicho Ron, gdy schodzili po schodach z trzeciego na drugie piętro. — Wiesz, jaka on jest. Pewnie siedzi teraz w damskiej toalecie i płacze, a my przecież nie możemy wejść do damskiej toalety. Najlepiej będzie jak ją teraz zostawimy. I tak przyjdzie, mamy teraz zielarstwo.

— No, za dwadzieścia minut — zauważył Harry, patrząc na zegarek. Laggard wypuścił ich przed czasem.

— Ej! Potter! — Harry zacisnął pięści słysząc głos Malfoy'a. — I jak tam wasza wścibska Gryfonka?! Wścibia nos w umywalkę?! — Wraz z Ronem odwrócili się natychmiast, ale tylko Ron ruszył w jego stronę, z zaciśniętymi pięściami.

— Zaraz ty będziesz wścibiać nos w umywalkę! Przy okazji pozbierasz zęby!— zagroził blondynowi i Harry wystraszył się, że to naprawdę może się stać. Nieoczekiwanie tuż obok pojawił się Neville i oboje zatrzymali szybko Rona, zanim dotarł do Ślizgona.

— Oho! Tak Weasley! Wracaj sobie do swoich koleżków, ulubieńcu szlam! Tacy jak ty mogą mi buty czyścić. Chociaż nie, ta szlama nie nadaje się nawet do tego. Prawda, Crab?

Teraz nawet Harry nie wytrzymał. Nawet nie zauważył, kiedy puścił Rona i sam ruszył w kierunku Draco. Słyszał za sobą krzyk Neville'a, ale nie zareagował, bo był wściekły. Naprawdę, potrafi znieść bardzo wiele. Może znieść to, że Malfoy nabija się z niego i Ron też to potrafi, ale tu nie chodziło o nich. Harry tego nienawidził. Między prowokacją a obrażaniem jest naprawdę cienka linia, która teraz się zatarła. Tak samo między grożeniem, a rękoczynem. Teraz Harry dokonał rękoczynu wymierzając potężny cios w twarz blondyna i wymierzając kolejny w brzuch, gdy ten zatrzymał się na ścianie. Crab i Goyle przez chwilę stali jak sparaliżowani, ale za chwilę się otrząsnęli i odciągnęli go od swojego szefa, jednak nieco za późno. Na twarzy blond drania zaczął pojawiać się siniak, a z pękniętej wargi płynęły kropelki czerwonej krwi.

— Ał... Ałaaa! Boli! — krzyczał żałośnie Malfoy, jedną ręką trzymając się za twarz, a drugą za brzuch. Wyglądał żałośnie. Bardzo.

— Co tu się dzieje?! — usłyszeli mocny głos i wszyscy ujrzeli Duncana Laggard'a, który mimo, że z poważną miną, wydawał się być rozbawiony.

— Zaatakował mnie! — wywrzeszczał natychmiast — Rzucił się na mnie! To wariat! Uderzył mnie! Powinni go zamknąć! Wyrzucić ze szkoły! Mój ojciec się o tym dowie! Wylecisz Potter! — Harry czuł jak jego złość zastępuje irytacja. Skoro Draco zawsze udaje kozaka, to powinien w tym trwać zamiast zmieniać się w płaczka.

— W takim razie zalecam odwiedzenie pielęgniarki, panie Malfoy - powiedział spokojnie.

— Co?! Nie odejmie mu pan punktów?!

— Nie. Nie widziałem tego incydentu i według mnie spadł pan ze schodów, z dołu w górę i zatrzymał się na ścianie. Teraz proszę iść do pielęgniarki, by naprawiła panu twarz — powiedział mu nieco mniej opanowanym głosem. Malfoy wyglądał jakby właśnie otrzymał niespodziewany policzek. — A ty Potter, za mną.

Harry westchnął i posłał Ronowi uspokajające spojrzenie, chociaż samemu było mu daleko od spokoju. Na szczęście akurat w korytarzu nie było nikogo prócz niego samego, Rona, Neville'a i Malfoy'a z gorylami. Jednak i tak jeszcze dzisiaj cała szkoła będzie o tym wiedzieć. Młody poszedł za nowym profesorem na czwarte piętro i wszedł do jego gabinetu. Było raczej skromnie. Ciemne ściany, dziwny, brązowy dywan, kilka szafek i biurko. Po lewej stronie były drzwi, prawdopodobnie do prywatnych kwater nauczyciela, w których jest całkowicie inaczej.

— Siadaj — polecił i Harry usiadł. — Pokazuj rękę — zielonooki zawahał się na chwilę, ale posłusznie wyciągnął rękę. Dopiero teraz zauważył, że ta jest mocno spuchnięta a skóra na kostkach jest zdarta i krwawi. Laggard wyciągnął różdżkę, machnął nią nad dłonią zaznaczając w powietrzu literę ,,V " a później jakiś dziwny okrąg. Wtedy Harry poczuł jak wszystkie kości w ręce mu przeskakują. Zacisnął zęby i powieki powstrzymując cisnący się na usta krzyk i napływające łzy, a po chwili, gdy ból zaczął znikać, spojrzał. Było lepiej.

— Wybiłeś sobie dwa palce, trzeciego chyba złamałeś. Po lekcjach pokaż to pielęgniarce, do tej pory zaklęcie ci pomoże. Musiałeś mocno walnąć w tą ścianę — powiedział cicho i jakby z przejęciem. Harry przez chwilę zastanowił się nad tym. Albo profesor nie chce przyznać, że Harry pobił Malfoy'a, żeby nie odebrać mu punktów, albo Harry naprawdę uderzył w ścianę, ale tego nie pamiętał.

— Chyba tak — mruknął i poruszał odrętwiałymi palcami. Czuł, że teraz są bardzo słabe. Z pewnością nie utrzymałby nawet własnej różdżki. Profesor schował własną i zasiadł za biurkiem otwierając notes i coś zapisując. Siedział tak przez chwilę i Harry nie wiedział czy ma teraz wyjść, czy siedzieć w miejscu i czekać. Zdecydował się na tę drugą opcję i jakby na zawołanie nadeszło pytanie.

— O co poszło?

— Słucham?

— No mówże, o co poszło wam z Malfoy'em - polecił. - Nie wydaje mi się, że co przerwa trenujecie boks, by zacieśnić wasze przyjacielskie więzi. — Harry wpatrywał się w niego przez chwilę, zastanawiając, co powiedzieć. — Pytanie jest proste, odpowiedź pewnie też. O co wam poszło? — Harry uparcie milczał. — Panie, Potter, może nie jestem opiekunem twojego domu i wolałbym nie być, to naprawdę nie chciałbyś rozmawiać o tej bójce z Minerwą. Ona nienawidzi przemocy, zwłaszcza wśród jej uczniów. Mogłaby odjąć ci punkty w trybie natychmiastowym.

— A pan tego nie zrobi? — zapytał ciekawy.

— Jak już powiedziałem, moim zdaniem pan Malfoy spadł ze schodów, a ty walnąłeś w ścianę. To tyle. Odpowiesz mi?

— On… Obraził moją przyjaciółkę - wyznał.

— Tą Granger? I o to go pobiłeś? Przecież ja też ją obraziłem. Mnie też pobijesz? — Harry zacisnął zdrową pięść i odwrócił wzrok.

— Pan nie nazwał jej szlamą... - nastąpiła krótka chwila ciszy.

— Rozumiem — usłyszał cichy i smutny szept, w którym była też dziwna, nieznana nutka. — Możesz już iść. Tylko zasuwaj prosto na lekcję i nie spadnij ze schodów, bo wtedy ja straciłbym głowę. — Harry wstał bardzo powoli i bardzo wolnym krokiem skierował się do wyjścia. W głosie nauczyciela było coś bardzo dziwnego, przez co cała niechęć do niego po prostu wyparowała.

Tym razem szybkim krokiem, prawie biegiem, ruszył do szklarni. Lekcja z pewnością już się zaczęła i miał nadzieję, że nie otrzyma ujemnych punktów. Na szczęście nauczycielka była tak zafascynowana rozmową z Neville'm na temat jakiegoś dziwacznego liścia, że nawet nie zauważyła, gdy przybyło jej ucznia. Harry dosiadł się do Rona i Hermiony i od razu spotkał jej wzrok, który mówił mu, że ona już wszystko wie. Jednak nie odezwała się ani słowem, podobnie jak Ron, który znowu był dziwnie milczący. Harry coraz bardziej chciał go zapytać, o co chodzi, ale cierpliwie czekał. Wolał nie naciskać.

— Harry — powiedziała Hermiona, gdy tylko wyszli ze szklarni — nie powinieneś…

— Hermiono — przerwał jej błagalnym tonem — proszę, nie gadajmy o tym. I tak tego nie zmienię.

Jego przyjaciółka o dziwno nie powiedziała już nic więcej i teraz w trójkę szli na dwie godziny tyrani u Severusa Snape'a. Harry'emu chciało się płakać, ale te rok przynajmniej wydaje się w miarę zwyczajny i miał nadzieję, że taki będzie. W końcu też mają nauczyciela OPCMu, który wydaje się być ciekawy. Przez dwie godziny na eliksirach boląca ręka zdawała się pulsować i piec od środka, ale to był tylko chwilowy ból, po którym nadchodziło błogie uczucie, które ciężko było mu opisać. Było po prostu bardzo przyjemne. Udało mu się stworzyć w miarę dobry eliksir, który był prawie identyczny jak ten Rona i oddał go profesorowi, mając nadzieję, że dostanie jakąś pozytywną ocenę na początek.

Resztę lekcji jakoś przeżył, bez większych rewelacji. Tylko Malfoy cały czas sztyletował go morderczym wzrokiem, jakby chciał go ukatrupić i Harry starał się go ignorować, ale podczas transmutacji dosłownie czuł jak wierci w jego plecach dziurę. Teraz, po obiedzie, szedł do wieży Gryffindoru, mając nadzieję na odpoczynek przed jutrzejszym dniem. Nie wiedząc czemu, pomyślał o tej dziewczynie i zrobił się bardzo senny. Nie wiedział nawet czy doszedł do łóżka.

Dryfował pośród gwiazd.