Rozdział 4
Peter spędził większą część soboty, na nadrabianiu zadań szkolnych, które zostały odepchnięte na bok przez ostatni tydzień. Zbliżał się koniec roku i chociaż nienawidził myśli, że musi zrezygnować jeszcze bardziej ze swojego czasu jako Spider-Man, ze względu na naukę, nie chciał, nawet będąc w ostatniej klasie, pozwolić, by jego oceny spadły. Ciocia May, chwaliła go za głód wiedzy i przynosiła mu przekąski pomiędzy kolejnymi partiami zadań, przynajmniej do czasu, gdy zrobiło się ciemno. Sądziła, że chodzi spać razem z kurami, a nie że wymyka się przez okno w kostiumie Spider-Mana.
Bruce już na niego czekał, z resztkami chińszczyzny na wynos, z której Peter chętnie uszczknął coś dla siebie. Wydawało się, że mężczyzna jest wyjątkowo dobrym nastroju. Pokazywał wyniki swojej pracy nad wzorem, które osiągnął, od wczorajszej nocy. Gdy tylko Peter zjadł na szybkiego ryż i wieprzowinę, zrobili pierwszą próbę. Użyli zmienionego naboju, spryskując szkło badawcze świeżą pajęczyną, tworząc coś na kształt tkaniny. Czekając, aż wyschnie, omawiali różne metody użycia tego, do wzmocnienia kostiumu. Podczas rozmowy, mężczyzna kilkakrotnie wspomniał o zrobieniu naturalnych rozmiarów, manekina, na wzór Petera. Za każdym razem, psotny błysk w oku Bruce'a, przypominał wciąż od nowa Parkerowi, jak odmiennie zachowuje się ostatnio jego nowy przyjaciel od nauki.
— Wrócisz jutro? — zapytał Bruce, rozkładając ich zmodyfikowaną pajęczynę na stole badawczym. — Aby spotkać Tony'ego?
— Jasne, że tak. Myślisz, że będzie chciał się ze mną spotkać? — Pomógł Bruce'owi rozwinąć sieć i przypiąć ją do korkowego pasa, na końcu stołu. — Czy naprawdę jest liderem zespołu superbohaterów?
Bruce, roześmiał się mocując swój koniec.
— Kto ci tak powiedział?
— Cóż, nikt — przyznał Peter. — Ale Kapitan Ameryka dał do zrozumienia, że to od niego będzie zależało, czy będę mógł dołączyć.
— Naprawdę? — Bruce pokręcił z niedowierzaniem głową. — Nie mogę w to uwierzyć.
Peter obserwował Bruce'a, który szukał czegoś między biurkami.
— Jak dobrze znasz tych facetów? — Nie mógł powstrzymać swojej ciekawości. — Czy oni wszyscy pracują dla Starka? Czy Stark, mimo wszystko pracuje dla wojska?
— To skomplikowane — odpowiedział Bruce, wracając z nożyczkami. – I z góry ustalone. Nie jestem pewien, czy jest to coś, do czego można po prostu „dołączyć" jak do policji lub czy zatwierdzenie przez Tony'ego, wyjdzie ci na dobre. — Kąciki jego ust drgnęły, tak jakby przypomniał sobie jakąś anegdotę. — Ale jeśli szukasz sponsora, to mogłeś trafić o wiele gorzej, niż Tony Stark.
Peter, chwycił jedną z nici pajęczyny i wyciągnął ją, jak najdalej się dało.
— To nie tak, że poszukuję sponsora. Chcę pomóc — powiedział szczerze. — Albo przynajmniej robić, to co dotychczas, bez tak wielu policjantów na moim ogonie.
— To co robisz, jest niezgodne z prawem — przypomniał mu Bruce. — To nic nie zmieni, jeśli będziesz pod jurysdykcją rządu czy nie. Właśnie dlatego, Steve czy Tony, nie walczą z przestępczością na ulicach.
Peter wzruszył ramionami.
— Myślałem, że są zbyt zajęci ważniejszymi sprawami.
— To także.
Bruce, bezskutecznie próbował przeciąć jedną z nici. Spróbowali nożycami, nożami i wszystkim innymi ostrymi przedmiotami, które znaleźli w obrębie dwóch pięter, ale nie znaleźli niczego, co dało by radę to przeciąć.
— Przynajmniej jest wystarczająco wytrzymałe — powiedział z rozbawieniem, Bruce. — Chociaż, musimy utworzyć z tego pewne połacie materiału, jeśli chcemy pokryć tym kostium.
Peter przyglądał się przez chwilę Bruce'owi, by wreszcie zapytać:
— Czy także jesteś super bohaterem?
Czoło mężczyzny zmarszczyło się, ale nie spojrzał w jego stronę.
— Czemu tak sądzisz?
— Masz dostęp do wszystkich prywatnych laboratoriów Tony'ego Starka — powiedział Peter, pochylając się nad stołem. — Do jego penthouse'u. Jesteś po imieniu z Kapitanem Ameryką. I oczywiście jesteś geniuszem. — Bruce uśmiechnął się skromnie, dlatego też kontynuował. — Większość internautów nie może zdecydować, czy jest to faktycznie zespół, jednak ty, już go tak określasz. Więc, o co tu chodzi? — Nieświadomie obniżył głos. — Czy również jesteś bohaterem, Bruce?
— Nie. — Bruce na chwilę umknął spojrzeniem w bok. — Staram się pomóc, w każdy sposób jaki mogę.
Kontynuowali pracę. Badali wytrzymałość pajęczyny na rozciąganie i odporność na zewnętrzne czynniki. W pewnym momencie, Peter wsunął palce przez jeden z otworów w pajęczynie, następnie dłoń, niczym rękawiczkę, testując jak napina się wobec jego skóry. Bruce pomógł, przyciskając pajęczynę bliżej w pewnych punktach, dzięki czemu, pokryła ona szczelnie łokieć i nadgarstek Petera. Przestali przekomarzać się, jednakże Parker mógł poczuć mrowienie w miejscach, gdzie dotknął go mężczyzna. Jego dłonie były duże, męskie, ale jednocześnie ostrożne, niczym dłonie chirurga. W przeciwieństwie do przypadkowych dotknięć, przypadających najczęściej na ramiona i plecy Petera, nie miał żadnych skrupułów, by jawnie badać biceps młodszego mężczyzny, jeśli to było w ramach eksperymentu. Przypominało to Peterowi moment, w którym Steve chwycił go za rękę i sposób, w jaki mógł poczuć wewnętrzną siłę człowieka, skrytą pod niepozorną powłoką. Nie spodziewał się, poczuć tej siły od Bruce'a i to spowodowało gęsią skórkę na jego ramieniu.
— Moglibyśmy umieścić ją w bardziej newralgicznych miejscach, takich jak pachy i tym podobne — zasugerował Bruce, owijając pajęczynę wokół ramienia Petera. Jego zwinne palce próbowały umieścić ją w taki sposób, by nie stworzyć wypuklenia pod pachą zamaskowanego bohatera. Całkiem nieźle mu wyszło. — W innym przypadku, niepotrzebnie wypełnia i przeszkadza. Teraz tył kolan, pachwina...
Przeniósł dłonie na żebra Petera. Jego oczy za okularami, były skoncentrowane i rozważne. Ręce śledziły dokładnie klatkę piersiową i plecy młodzieńca. Dla Petera, nie powinno być to tak rozpraszające. Nie był wstanie myśleć o jakikolwiek rzeczach związanych z pachwiną. Będąc podany takiej analizie i opiece ze strony Bruce'a, czuł się znów boleśnie młody.
Rozstali się przy oknie, planując spotkać się w penthouse'ie, w niedzielę wieczorem.
— Niemal nie chcę, by Tony wrócił — przyznał Bruce. — Miło było mieć cię na wyłączność.
Peter roześmiał się, mając nadzieję, że Bruce, nie dostrzeże, jak bardzo cieszy się z tego stwierdzenia.
— Starczy mnie dla każdego — odpowiedział, tylko po to, by cokolwiek powiedzieć. Delikatny uśmiech Bruce'a, spowodował większy uścisk, w jego klatce piersiowej.
Po powrocie do domu, Peter nie mógł spać. Czuł się tak, jakby jego pierś była o kilka rozmiarów za mała i nie mógł przestać się zastanawiać nad tajemnicą, kim był Bruce. To tak jakby cichy głos mężczyzny, wciąż rozbrzmiewał w jego kościach. Był zdenerwowany i podekscytowany, a nawet bał się trochę, ale nie wiedział, dlaczego. Chciałby wiedzieć wszystko o Bruce'sie. Dlaczego jego oczy migotały, gdy wpadał w poważny ton? W jaki sposób poznał dwóch bohaterów? Nad czym pracował, kiedy nie zajmował się pajęczą breją? Dlaczego, każdy jego dotyk, uśmiech i żart, powodował że…
— Zostaw to, Parker — powiedział do siebie Peter, zagrzebując się pod kołdrą. — Co z tego zyskasz? — prychnął. — Wyobraź sobie moment, gdy spotkasz Tony'ego Starka.
Jęknął, postanawiając liczyć owce.
OoO
Tony i Pepper wrócili do wieży wczesnym popołudniem i Bruce niemal pognał na korytarz, by przywitać ich w penthous'ie. Szef kuchni przygotował niesamowity obiad i kiedy usiedli przy stole, Bruce podzielił się z nimi wrażeniami, ze spotkaniach ze Spider-Manem, który krążył w okolicy. Pepper była uprzejma i zainteresowana, ale Tony, przez całą jego historię, patrzył na niego spod przymrużonych powiek, w sposób, w który Bruce nie potrafił zinterpretować. Gdy talerze zostały zabrane, pokazał pajęczynę, którą stworzyli razem z Peterem ostatniej nocy.
Tony dotknął jednego pasma i powiedział:
— To technologia Oscorp.
Bruce zmarszczył brwi.
— Cóż... oryginalnie tak — przyznał. — Pamiętam, że w czasie mojej krótkiej pracy z doktorem Connorsem, pająki były w kręgu ich zainteresowań. — Szarpnął przeciwległy koniec pajęczyny. — Ale spójrz, jak wiele…
— Skąd to się wzięło? — przerwał mu Tony.
Bruce, nie wiedział zbyt wiele razy, poważnego oblicza Tony'ego, od czasu wygrania bitwy o Ziemię, ale na pewno potrafił go rozpoznać, gdy go widział. Odchylił się do tyłu.
— Spider-Man przyniósł to ze sobą.
— Ukradł to?
— Oczywiście, że nie. — Bruce zabrał z powrotem pajęczynę, postanawiając nie być rozczarowany, niezbyt entuzjastyczną reakcją Tony'ego. — Powiedział, że zamówił.
Tony, skrzyżował ramiona na piersi.
— Czy na pewno? Bo jeśli skradziona technologia Oscorp, znajduje się w mojej wieży, to będzie dla mnie problem.
Bruce próbował się uśmiechnąć i spojrzał na Pepper, prosząc ją o pomoc, ale ona się tylko uśmiechnęła, unosząc brwi. Poczuł, że traci swój zapał.
— Tak, jestem pewien — powiedział. — Tony, pracowałem z nim jedynie po godzinach i nikomu o tym nie mówiłem — podrapał się po brodzie. — Chociaż gdy teraz o tym wspomniałeś, to może będzie lepiej jeśli wymyślimy coś zupełnie oryginalnego, potencjalnie syntetycznego... — Tony przewrócił oczami. Jego dezaprobata powoli zaczynała grać na nerwach Bruce'a. — Co?
— Zostawiłem cię tutaj przez cały tydzień bez nadzoru i to jedyne co mogłeś wymyśleć? — powiedział z irytacją Tony. — Żadnych lotnych substancji chemicznych? Zmiany ołowiu w złoto? Żadnej technologii przeciw obcym? Żadnego odlotowego dodatku, do mojej zbroi?
Bruce zamrugał, patrząc na niego.
— Miałem pracować nad jedną z tych rzeczy?
— Nie zawracaj sobie nim głowy — powiedziała Pepper, rozbawiona tą wymianą zdań. — Jest po prostu zazdrosny, że masz nowego przyjaciela.
Tony ponownie przewrócił oczami i wstał.
— Najlepsze technologiczne laboratorium na świecie, warte miliony dolarów, a ty robisz serwetkę dla swojego chłopaka. To nie jest to, co miałem na myśli, dając ci dostęp do moich wszystkich urządzeń.
Tony odszedł, by nalać sobie świeżej kawy. Bruce spojrzał na Pepper.
— Czy wizyta w Madrycie nie poszła najlepiej? — zapytał cicho.
Skrzywiła się.
— Nie za bardzo.
— I wciąż nie spotkałem tego faceta — kontynuował Tony, z drugiego końca kuchni. — Lepiej żeby był niesamowity. Ponieważ niektórzy z nas, uratowali cały świat, a nie tylko Queens.
— Dzisiaj go poznasz — obiecał Bruce. — Jest młody, ale inteligentny. I chce być częścią „zespołu". — roześmiał się.
— Jak młody? — zapytała Pepper.
— Tak... nie jestem do końca pewien. — Bruce, przesunął okulary na czoło. — Zakładam, że jest studentem ostatniego roku. Może być również stażystą dla... kogoś tutaj. — Tony spojrzał na niego, kiedy wrócił do stołu, dlatego też kontynuował, zanim ten by mu przerwał. — Ale polubisz go. Gdyby to ode mnie zależało, zaoferowałbym mu pracę.
— W budynku? — Tony usiadł z powrotem na krześle. — Czy w zespole?
Bruce zmarszczył brwi. Traktował z rozbawieniem, entuzjazm Petera w sprawie bycia Avengers, ale nigdy, w rzeczywistości, nie rozważał możliwości gnania w stronę walki, ze swoim nowym przyjacielem u boku. Nie podobał mu się ten pomysł.
— To pierwsze. Co do drugiego... nie wiem. Nigdy nie widziałem, jak działa. Ale jestem pewien, że Fury gdzieś tam, posiada plik na jego temat.
— Założę się. — Tony, niecierpliwie bębnił palcami o blat stołu. — Czy sądzisz, że pozwoliłby nam go zobaczyć, jeśli ładnie byśmy poprosili?
— Nie — powiedzieli jednocześnie Bruce i Pepper.
— W takim razie, może bylibyśmy wstanie wgrać im niepostrzeżenie program, do ich komputera. JARVIS...
— Hej. — Bruce odsunął się od stołu. — Czy nie wziąłeś sobie cały dzień wolnego? Chodźmy do laboratorium. Istnieje kilka rzeczy, nad którymi pracuję... nie związanymi z pająkami.
To była prymitywna taktyka odwrócenia uwagi, ale zadziałało. Tony natychmiast poderwał się z krzesła i dołączył do niego.
— To już mi się bardziej podoba.
OoO
W niedzielne wieczorem, ciocia May jadła kolację, razem ze swoimi przyjaciółkami z klubu ogrodnika. Była to doskonała okazja. Peter udał się wcześnie do sypialni i sprawdził, czy jego kostium nie posiada żadnych poważnych rozcięć lub przetarć, które mogą zostać naprawione lub ukryte przed ważnym spotkaniem. Nie było żadnego sensu w układaniu włosów, kiedy były one schowane pod maską przez całą podróż, ale i tak próbował. Wyruszył tuż przed zachodem słońca i udał się na południowy zachód, mając zamiar skorzystać z mostu Williamsburg, dzielącego Manhattan. Gdy skakał z dachu na dach, będąc podekscytowany i przytłoczony przez nadchodzące spotkanie, został rozproszony przez dźwięk syren rozbrzmiewających w oddali.
Peter usiadł na gzymsie i kiedy upewnił się, że nie ma nikogo na tyle blisko, by móc go zobaczyć, zdjął maskę, aby lepiej widzieć panoramę miasta. Na południu unosił się dym.
— Ogień? — mruknął Peter. Założył z powrotem maskę, mówiąc do siebie: — Sądzę, że to po drodze. A ja ostatnio zaniedbałem swoje bohaterskie obowiązki... — Z głębokim westchnieniem ruszył w kierunku dymu.
Ogień powoli trawił trzypiętrowy budynek mieszkalny. Peter, zakradł się na krawędź dachu budynku, znajdującego się po drugiej stronie ulicy, obserwując wóz strażacki, który starał się manewrować w wąskiej ulicy zapełnionej zaparkowanymi samochodami. Gęsty, czarny dym, unosił się z jednego z okien, przy którym stłoczyło się kilku mieszkańców starających się zaczerpnąć świeżego powietrza, podczas rozpaczliwiej ucieczki. Ludzie tłoczyli się na ulicach, aby obserwował ogień i strażaków, którzy byli na dobrej drodze, do rozłożenia swojej drabiny. Peter rozważał, czy nie zostawić profesjonalistom, ratunek ludzi. Tak przynajmniej było, zanim nastąpiła eksplozja.
Gdzieś na trzecim piętrze rozbrzmiał głośny huk, pozostałe szyby w oknach, rozbiły się pod wpływem ognia, a dym zaczął wylewać się z okaleczonego budynku. Tłum krzyczał i wycofał się przed gradem odłamków, podczas gdy głowy strażaków chroniły hełmy. Peter przygryzł dolną wargę. Nie potrzebował większej zachęty, by dołączyć do walki z ogniem. Wyrzucił sieć na sąsiedni budynek i łukiem poszybował w stronę rozbitego okna, na trzecim piętrze.
Nawet cegła była gorąca. Peter wziął głęboki oddech żałując, że nie skończyli z Bruce'em jakiegoś prototypu kostiumu, który był bardziej odporny na gorąco.
— Czterdziesty trzeci powód, dla którego warto mieć geniusza po swojej stronie — powiedział do siebie, a później wskoczył do środka.
W tamtym momencie wydawało się to dobrym pomysłem. Skakanie do płonącego budynku, było czymś, co robią superbohaterowie. Rzeczywistość uderzyła go tak mocno, jak dym w tamtej chwili. Chociaż maska zasłaniała jego usta i nos, chroniąc go przed wdychaniem zbyt wielkiej ilości dymu, to wnętrze małego mieszkania było rozmyciem czerwieni i czerni, przed jego oczami.
— Halo! — krzyknął, ale było to bezsensu, przeciwko wyciu ognia.
Spocona dłoń chwyciła ramię Petera, który podskoczył zaskoczony. Odwrócił się i ujrzał kobietę w średnim wieku, która trzymała go rozpaczliwie, trzęsąc się i kaszląc. Działając instynktownie pociągnął ją do okna, ale zanim zdążył wymyślić sposób, jak ją z stąd wyciągnąć, zaczęła się szarpać w jego uścisku.
— Mój mąż…
— Wydostanę go — powiedział do jej ucha, Peter. — Trzymaj się mocno!
Peter przyczepił do jej brzucha pajęczynę i przytknął jej ręce, do niej. Kobieta nie wydawała się w żaden sposób zdolna do tego, by uciec z nim z budynku lub zejść samodzielnie, nawet za pomocą pajęczyny, więc musiał opuścić ją ręcznie na dół. Strażacy na ulicy, patrzyli na to, nie do końca rozumiejąc sytuację, ale pomogli, gdy kobieta była wystarczająco blisko, by móc jej dosięgnąć. Gdy była bezpieczna, Peter odwrócił się z powrotem do mieszkania.
Mąż kobiety leżał twarzą do podłogi. Jego lewa ręka była czarna. Pokryta krwią lub spalona, Peter nie potrafił tego stwierdzić. Przeciągnięcie nieprzytomnego mężczyznę do okna, było większym wyzwaniem, ale opuścił go na dół, w ten sam sposób co kobietę.
— Czy jest tu ktoś jeszcze? — zawołał Peter. Starał się wejść w głąb mieszkania, ale na korytarzach szalał ogień i czuł jak guma na jego kostiumie topi się, gdy zbliżał się za bardzo. Obrócił się dookoła, próbując dostrzec inne osoby, a gdy nikogo nie zobaczył, wycofał się do okna.
Ściany były pokryte pęcherzami. Peter szarpnął jego maskę do góry, odsłaniając usta, mając nadzieję na świeży łyk powietrza, ale dym wciąż był za gęsty przez co zaczął się jedynie dusić. Ktoś krzyczał. Peter potrząsnął głową, starając odświeżyć umysł i odwrócił się, sięgając do okna.
— Idę!
Strażacy zmagali się z drabiną, by dotrzeć do okien, na drugim piętrze, więc Peter kontynuował na trzecim, wskakując do następnego mieszkania.
Zastał tam trzech młodych chłopców. Peter chwycił całą trójkę i opuszczając ich na dół, ujrzał znajomą twarz. Była to osoba, gotowa pomóc chłopcom, dostać się na ziemię. Spider-Man wpatrywał się w nią.
— Kapitan?
Steve Rogers, stał wśród strażaków, w swojej eleganckiej koszuli i spodniach. Złapał trzech chłopców i uwolnił ich od pajęczyny.
— Czy to wszyscy? — zapytał.
Peter wrócił do środka, ale nie mógł dotrzeć na korytarz. Kiedy spoglądał przez wzrastającą ścianę ognia, myślał, że słyszy kogoś po drugiej stronie, ale nie był pewien, czy nie jest to dźwięk skrzypienia płomieni i pękającego drewna. Gdy gipsowa płyta na suficie pękła musiał wyskoczyć na zewnątrz. Zamarł na parapecie. Dudniło mu w głowie. Cząstki dymu zaczęły przenikać przez jego maskę.
— Jest więcej mieszkań od strony dziedzińca! — krzyknął Peter, do ludzi na dole. — Sprawdzę je!
Steve spojrzał w górę i w dół ulicy, ale budynki były zbyt ściśnięte obok siebie i nie było w pobliżu żadnych uliczek i przejść na drugą stronę.
— Bądź ostrożny!
Peter wyrzucił sieć na dach i przeskoczył na drugą stronę budynku. Dym był tutaj tak samo gęsty i nawet krótki spacer powodował, że paliły go podeszwy stóp. Gdy podszedł do krawędzi dachu zatrzymał się, by pomyśleć przez chwilę, ale nie było czasu. Człowiek przygotowywał się, by wyskoczyć z okna na trzecim piętrze.
— Hej... Hej!
Peter skierował sieć na ramiona mężczyzny. Waga człowieka naprężyła ją i pociągnęła Spider-Mana na samą krawędź budynku, udało mu się zaprzeć nogami i utrzymać pozycję, dopóki mężczyzna nie znalazł się na dziedzińcu.
— Dzieci! — krzyknął mężczyzna i machając rękoma, wskazywał na okno, z którego właśnie wyskoczył. — Tam są dzieci!
Peter odwrócił się w tamtą stronę. Był wstrząśnięty, gdy ujrzał kilkanaście płaczących ośmiolatków, stłoczonych przy nim. Kilka z nich, miało krzywo założone, urodzinowe czapeczki.
— Bez jaj — powiedział, Peter.
Mężczyzna na dole miał wyciągnięte ręce, ale Peter nie miał zamiaru, od razu rzucać dzieci w jego ramiona. Wszedł do środka i starał się uspokoić dzieci, ale one wciąż krzyczały i kaszlały, a ogień szybko się rozprzestrzeniał.
— Okej! — krzyknął. — Trzy na raz!
Chwycił dwójkę dzieci przy jego nogach i jeszcze jednego, owijając ich siecią tak jak to zrobił, po drugiej stronie budynku.
Dwie pierwsze trójki, bez żadnych problemów trafiły do mężczyzny, który czekał, by ich złapać i uwolnić z sieci. Przy kolejnej trójce, Peter wiedział, że kończy mu się czas. Pocił się obficie pod swoim kostiumem, sufit zaczął pękać, a podłoga pod nimi skrzypiała złowieszczo. Coraz trudniej było cokolwiek zobaczyć.
— Chodźcie — powiedział, chwytając tym razem czwórkę dzieci. — Trzymajcie się nawzajem. Jedziemy. Nie patrzcie w dół.
Peter upuszczał ich, gdy poczuł jak coś wybuchnęło za jego plecami. Pozostała dwójka chłopców, uczepiła się jego boków. Walczył sam ze sobą, by nie upuścić czwórki dzieci. Zerknął przez ramię. Przez dym mógł ledwo ujrzeć dziurę, w miejscu, gdzie wcześniej był sprzęt AGD.
— W porządku, nie mamy czasu. — Peter puścił dzieci wcześniej, niż by chciał. Usłyszał kilka krzyków, ale szybkie spojrzenie przez okno potwierdziło, że są one bezpieczne. Odwrócił się do ostatniej dwójki. — Teraz wy…
Dach zawalił się. Peter miał tylko moment na reakcję. Chwycił chłopców i skoczył w stronę okna. Udałoby mu się, gdyby podłoga nie rozpadła się pod nim. Jego stopa przeszła przez nią. Stracił równowagę i uderzył brodą o parapet. Pulsujący ból głowy, zmienił się w tym momencie w młot pneumatyczny, przeszywający jego czaszkę. Zmusił się jednak do wstania, ignorując spadający mu na ramiona i plecy gruz. Wyskoczył na zewnątrz, trzymając jednego chłopca pod pachą, gdy drugi uczepił się jego szyi. Próbował wystrzelić taśmę za pomocą wolnej dłoni, ale nic się nie stało.
Peter rzucił się, by spróbować chwycić parapet, przyczepić się do ściany, zrobić cokolwiek. Jego upadek został gwałtownie zatrzymany, gdy jego palce zahaczyły o framugę okna znajdującego się poniżej. Siła rozpędu sprawiła, że obrócił się i uderzył plecami w mur. Jego serce zatrzymało się na jedną przerażającą chwilę, gdy poczuł jak jeden z chłopców wysuwa się z jego uścisku. Jego żołądek opadł, gdy próbował chwycić jego koszulę, ramię, ale był zdezorientowany, a gdy drugi chłopiec zaczął poluźniać swój uścisk na jego szyi, nie mógł zaryzykować stratę ich obu. Nie dając sobie czasu na odpoczynek, oparł stopy na murze i odepchnął się. Obrócił się w samą parę, by zobaczyć, jak pierwszy chłopiec bezpiecznie ląduje, w rozpostartych ramionach Steve'a Rogersa.
Peter nie marnował czasu na ulgę. Upewnił się, że ostatnie dziecko jest bezpieczne w jego uścisku i skoczył lądując bez problemu na podwórzu. Kiedy w końcu opuścił chłopca, otoczyły go wstrząśnięte i będące w szoku dzieci. Ich głosy stanowiły dla niego niewyraźny szum.
— Czy to wszyscy? — zapytał niewyraźnie, Peter.
Ojciec policzył dzieci i klepnął Petera w ramię.
— To wszyscy. Dziękuję... Dziękuję, za uratowanie ich życia.
— Również twojego — przypomniał mu Peter, ale był zbyt oszołomiony i nie był zdolny do używania w tej chwili sarkazmu. Kiedy Steve dotknął jego pleców, oparł się o niego z wdzięcznością.
— Dobra robota — powiedział Steve. Jego głos ledwo co, przebijał się przez ryk pożaru, szalejącego za nimi. — Możemy się wszystkim zająć, jeśli musisz się ulotnić.
— Okej. — Peter zamrugał, starając się wziąć w garść, ale jego maska była pełna sadzy, a jego kończyny były tak ciężkie. Wszystko wokół niego było rozmazane. — Okej — powtórzył, padając na ziemię wśród dzieci. — Po prostu... muszę złapać oddech…
Zanim dzieci zdążyły stłoczyć się wokół niego, Steve ukucnął obok niego.
— Wszystko w porządku?
— Tak — powiedział Peter, ale im bardziej starał się zaczerpnąć oddech tym trudniej mu to przychodziło. Skulił się, gdy jego ciałem strząsnął kaszel. — Czuję się dobrze...
Ledwo co skończył mówić, gdy Steve chwycił go w ramiona. To było naprawdę żenujące, jak łatwo Rogers go podniósł, ale Peter nie miał sił, by protestować.
— Wiem, że nie chcesz teraz rozmawiać z policjantami — powiedział Steve, zabierając go szybko na drugą stronę dziedzińca. — Ten jeden raz wyświadczę ci przysługę.
Peter zrelaksował się.
— Mój bohater.
Świat pociemniał. Peter nie był pewien, czy stracił przytomność, czy może po prostu oddalili się na tyle od ognia, że ogarnęła ich ciemność. Jednakże był świadomy silnych ramion Steve, który zabierał go od miejsca tragedii. Z uchodzącą z jego ciała adrenaliną, był coraz bardziej świadom, jak słaby jest i jak ciężko mu się oddycha. Nie wstydził się oddać opiece Steve'owi. Dryfował w nieświadomość, słuchając bicia serca Rogersa przy uchu.
To było spokojne uczucie, niemal upajające. Z niewiadomych przyczyn, myślał o Brucie.
Peter nie odzyskał ostrości umysłu, dopóki nie zatrzymali się, a pod jego obolałymi plecami, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, pojawiła się zapadnięta kanapa. Opadł na poduszki z długim, pełnym zadowolenia westchnieniem i zanim zdążył przemyśleć swoje działanie, ściągnął maskę. Ale kiedy próbował wziąć swój pierwszy, głęboki oddech czystego powietrza, zakuło go w piersi i skończyło się na kaszlu.
— Hej... Spokojnie. — Steve usiadł na brzegu kanapy, chwytając za ramię Petera i trzymając go, aż uregulował oddech. — Nawdychałeś się dużo dymu. — skrzywił się. — Powinienem zabrać cię do szpitala.
— Czuję się dobrze — powiedział szybko Peter. Zamknął oczy, chcąc powstrzymać pokój przed wirowaniem i żeby się zrelaksować. — I tak nie mogę do niego pójść.
— Możesz po prostu ściągnąć kostium — zaproponował Steve.
Kąciki ust Petera drgnęły.
— Nie mam nic pod nim.
Otworzył oczy, by zobaczyć rozbawiony uśmiech Steve'a, ale ten patrzył na niego zaniepokojeniem.
— Czy masz jakieś urazy? — spytał Steve. — Oparzenia? Złamane kości?
Peter poruszył palcami u nóg i rąk. Był obolały, z lekkimi oparzeniami oraz zawstydzony, ale bywało gorzej.
— Nic mi nie jest — powiedział. Zdjął rękawiczki, by sprawdzić dłonie. Miał na nich kilka zadrapań, ale nic poważniejszego, niż oparzenia pierwszego stopnia. — A przynajmniej nic, co wymagałoby profesjonalnej opieki.
Steve wpatrywał się w niego, by po chwili chwycić go. Peter zamarł. Czuł, jak serce mu dudni, gdy duże palce Steve'a, badały ostrożnie jego szczękę.
— Będziesz miał paskudnego siniaka — powiedział, przypominając Peterowi o upadku, który zaliczył podczas ewakuacji z budynku.
— Szybko dochodzę do siebie — wymamrotał Peter.
Steve nie był przekonany. Przecisnął dwa palce na szczęce Petera, będąc ostrożny w miejscu, gdzie był obolały. Przechylił mu głowę do tyłu, by móc otrzeć sadzę z jego szyi, którą Peter tam rozmazał podczas ściągnięcia maski, gdy chciał zaczerpnąć krótkiego i nieudanego oddechu czystego powietrza. Peter wciąż się nie ruszał, gdy Steve badał jego ręce, a nawet kilka miejsc, gdzie kostium był szczególnie nadpalony. To było surrealistyczne. Zmysły Petera wciąż były oszołomione z powodu dymu i sadzy, przez co pokój stanowił rozmazane plamy światła i cieni, ale był aż nadto świadomy mężczyzny i każdego jego ruchu. Ciężar Steve'a, naciskający na kanapę, w pobliżu pasa Petera. Duże i ciepłe dłonie, z popiołem pod paznokciami. Jasne niebieskie oczy, z których bił spokój. Konsekwentne sprawdzenie ciała Petera. Przypominało mu to drugą noc, gdy się spotkali. Kiedy czuł drzemiącą siłę Steve'a, gdy ten chwycił go lekko. Było w tym coś dziwnego i niemal upokarzającego, w byciu obok kogoś takiego, nie mówiąc już, o uzyskaniu jego uwagi.
Peter był tym tak zaabsorbowany, że nie zauważył, iż Steve cały czas mówił, aż ten nie poklepał go po piersi.
— Wciąż jesteś ze mną? — spytał go Steve.
Peter odpowiedział:
— Taaa... — Ręka Steve'a ciążyła na nim, niczym łapa niedźwiedzia, jego żołądek się zaciśnił. Było to fascynujące, a zarazem dziwne uczucie i nie wiedział, co o tym myśleć. — Przepraszam, jestem trochę zamroczony.
Steve skrzywił się ponownie i położył swoją dłoń na policzku Petera, obracając jego głowę, by móc mu się przyjrzeć. Nastolatek czuł, jak pieką go policzki, tak jakby znów znalazł się wśród płomieni.
— Masz zawroty głowy? — zapytał poważnie, Steve. — Uderzyłeś się w głowę? Mam nadzieję, że nie masz wstrząs mózgu.
— Nie, ja... — Peter starał się nie wiercić na swoim miejscu, ale kiedy Steve zabrał dłoń, przesuwając ją po jego policzku, poczuł motyle w brzuchu. — Dzięki, ale nic mi nie jest. Naprawdę.
— W porządku. Cieszę się. — Steve w końcu się odsunął, ale zostawił dłoń na klatce piersiowej Petera, w ochronnym geście. Po chwili ciszy uśmiechnął się. — Wykonałeś dobrą robotę, dzisiejszego wieczoru.
To właśnie był ten uśmiech. Palce Petera zwinęły się i nagle zdał sobie sprawę, że to było to, to samo uczucie jak wtedy, gdy wpadł do sypialni Gwen, z pazurami Jaszczurki w swojej klatce piersiowej. Ciężko było mu oddychać, jego twarz była zarumieniona i naprawdę podobało mu się uczucie rąk Steve'a na swoim ciele. Chciał poczuć te szorstkie palce na swojej skórze. A może nawet chciał, jeszcze raz, znaleźć się otoczony przez te silne ramiona. Zrozumienie sytuacji przebiło się przez stos zbłąkanych myśli i pół uformowanych odczuć, które dopiero się tworzyły.
— Cholera — wyszeptał Peter. Steve zmarszczył brwi, a chłopak skrzywił się, starając się odzyskać jasność myślenia. — Po prostu zdałem sobie z czegoś sprawę — paplał. — To znaczy, wiedziałem wcześniej, ale... — być może jestem gejem? Zarumienił się ponownie. A nie raczej bi? Co się ze mną dzieje? — Miałem spotkać się z Bruce'em — dokończył niezręcznie. — Miał mnie przedstawić Tony'emu Starkowi. Człowieku, nie sądzę, że mogę dostać się do Manhattanu w tym stanie. Nawet nie mam jego numeru, by mu powiedzieć…
— Ja mam. — Steve poklepał go po ramieniu i wstał. — Spokojnie. Poinformuję ich.
Steve odszedł, a podczas jego nieobecności, przejaśniło się w głowie Peterowi. Potarł dłońmi twarz i jęknął:
— Co we mnie wstąpiło? — wymamrotał, opierając się o oparcie kanapy. Niemal żałował, że nie pochłonął go ogień.
Wrócił myślami do ostatnich dni – nocne wizyty, dokuczanie i dotykanie oraz... flirt? Czy to właśnie to, działo się przez cały ten czas? Przypomniał sobie rękę Bruce'a na swoich plecach w stanowczym i prawie zaborczym geście. Jego skóra wtedy mrowiła, a na ciele pojawiła się gęsia skórka. Czuł motylki w brzuchu. Zmusił się, by mieć otwarte oczy, studiując skromne mieszkanie Steve'a, tak jakby miało mu to pomóc zachować umysł, zamiast pogrążyć się w niedawnych wnioskach.
Uspokój się, powiedział do siebie Peter. Po prostu uspokój się. To nie musi... nic oznaczać. Prawda? Przełknął ślinę, a kiedy usłyszał głos Steve'a z drugiego końca pokoju, nastawił uszu.
OoO
Bruce podniósł wzrok na dźwięk telefonu. Spędził ostatnie pół godziny, wmawiając sobie, że nie jest jeszcze późno – nie na tyle, by uznać, że jego gość się nie zjawi – ale mógł poczuć pierwsze oznaki niepokoju i uścisk w żołądku. Po wspaniałym przedstawieniu chłopaka, Tony'emu, miał nadzieję, że Peter pokaże się wcześniej i zaimponuje mu.
Zamiast odebrać telefon, Tony nacisnął coś na końcu stołu w salonie, a na telewizorze wyświetliła się informacja o przychodzącym połączeniu. Numer dzwoniącego pojawił się wraz z irytująco, trzepoczącą flagą Ameryki.
— Rogers — przywitał się Tony. — Przywieź swój tyłek tutaj, jeśli chcesz spotkać znajomego Bruce'a, niesamowitego Spider-Mana.
— Właśnie dzwonię w tej sprawie — odpowiedział Steve. — Jest ze mną. Chciał, żebym was poinformował, że nie zdoła dzisiaj przyjść.
Bruce zmarszczył brwi i prawie nie zauważył, momentu gdy Pepper dosiadła się do niego i podsunęła mu herbatę. Uśmiechnął się do niej pobieżnie, ale cała jego uwaga była skierowana na toczącej się rozmowie.
— Czemu? — zapytał Tony. — Stchórzył?
— Był pożar w pobliżu Greenpoint. Obaj byliśmy w okolicy i postanowiliśmy pomóc.
Bruce przesunął się na brzeg kanapy.
— Nic wam nie jest?
— Nie, nic — odpowiedział Steve. W tym czasie, Tony naciskał przyciski na ekranie w stole, wywołując wiadomości lokalne. Na ekranie telewizora pojawiło się bezdźwięczne nagranie dymu i ognia, wydobywającego się z okien trzypiętrowego budynku. — Ale Spider-Man otrzymał pewne obrażenia i nie sądzę, żeby mógł gdzieś lecieć, za pomocą swojej pajęczyny. Przesyła pozdrowienia.
Bruce odstawił nietkniętą herbatę na bok. Patrzył, zaplatając palce, na odtwarzane nagranie, wykonane za pomocą czyjeś komórki. Przedstawiony na nim Spider-Man pełzał z jednego okna do drugiego.
— Spójrz na to — powiedział, Tony do Pepper. — Wspina się po płaskiej ścianie jak pająk. Jak on to robi?
Bruce nie mógł oderwać spojrzenia od nagrania.
— Dobrze — powiedział. — Dziękuję, Steve. Powiedz mu żeby odpoczywaj, a kiedy poczuje się lepiej, to wie gdzie nas znaleźć.
— I zapytaj go, jak robi te pełzające rzeczy — dodał Tony.
— Dobranoc — powiedział Steve i rozłączył się.
Bruce oparł brodę na splecionych palcach, gdy oglądał serwisy informacyjne. Po zakończonej rozmowie telefonicznej słuchał uważanie, jak reporterzy potwierdzają zerową liczbę zgonów i niewielkie obrażenia ofiar. Oglądał moment, gdy kilkoro dzieci wyszło na dziedziniec. Bruce poczuł uścisk w żołądku i z trudem przełknął.
— Ok. — Tony uśmiechnął się bez radości do Bruce'a. — Muszę to przyznać, ratowanie dzieci, mających imprezę urodzinową, przed pożarem, było niezłe.
Bruce przetarł oczy. Był dumny ze swojego nowego przyjaciela i chciał mu to powiedzieć, ale wciąż widział oczami wyobraźni, jak Peter skacze w piekło, złożone z płomieni i kłębiącego się dymu. Wiedział, jak łatwo takie rzeczy mogą pójść źle. To, co stało się ze Spider – Manem, boleśnie przypominało mu, że jest to nic niezwykłego. Peter wciąż narażał się na niebezpieczeństwo, Stawał przeciw nożom, kulom i innym katastrofom. Ryzykował swoje życie dla obcych, bez żadnego innego powodu niż ten, że było to słuszne. Bruce czuł wstyd, że nie jest taki sam. Był rozczarowany, że Peter nie przyjdzie, nawet jeśli to miało oznaczać kilkanaście zgonów.
— Bruce? — Pepper dotknęła jego ramienia. — Wszystko w porządku?
— Ta... przepraszam — wziął głęboki oddech. — To po prostu... naprawdę coś.
Tony uniósł brew.
— Wiesz, — powiedział — jeśli dalej będziesz w Avengers, znajdziesz się w gorszych sytuacjach.
— Wiem... ale nigdy nie chciałem tego dla niego. — Bruce przesunął dłonią po włosach. — Byłoby miło mieć przyjaciela, który nie stoi na linii ognia, że tak powiem.
Tony i Pepper równocześnie na niego spojrzeli, ale on nawet nie wiedział, co tak naprawdę miał na myśli. Podniósł kubek herbaty i wziął długi łyk, mając nadzieję, że powrócą do rozmowy między sobą i zaoszczędzą mu wstydu. Na szczęście, Tony spełnił jego oczekiwania i w krótkim czasie zaangażował się w rozmowę z JARVIS'em na temat, w jaki sposób Spider-Man jest w stanie utrzymywał się na płaskich powierzchni. Bruce sądził, że jest uratowany, ale jak tylko odsunął kubek od ust, Pepper zwróciła się do niego.
— Jestem pewna, że twojemu przyjacielowi nic nie jest — powiedziała z delikatnym uśmiechem.
— Tak — powiedział, a jego wzrok ponownie skierował się na wiadomości. Oglądając je, włosy stawały mu na karku. — Dziękuję.
OoO
Steve po zakończeniu rozmowy, wrócił z dwoma aspirynami i szklanką wody. Peter był mu za to wdzięczny. Wciąż czuł, że jego twarz jest zarumieniona, a bliskość Steve'a obok niego na kanapie, wcale mu w tym nie pomagała. I nie było lepiej, gdy zdał sobie sprawę, że nie ma na sobie maski i Steve patrzy mu prosto w twarz. Wypił szybko całą wodę, przez co jego żołądek skręcił się nieprzyjemnie.
— Nie są źli? — zapytał, chcąc odwrócić jego uwagę.
— Powiedzieli, że jesteś mile widziany, gdy poczujesz się lepiej — odpowiedział Steve.
Peter westchnął z ulgi.
— Okej. To dobrze. Dzięki.
Zastanawiał się nad najlepszym sposobem wyjścia z tej sytuacji, gdy Steve przybrał poważną minę. Nie dało się uciec przed jego jasnoniebieskimi oczami.
— Jak masz na imię, synu?
Peter przełknął i natychmiast pożałował, że wypił całą wodę. Biorąc wszystko pod uwagę, nie było powodu, żeby kłamać, a nawet protestować przeciwko temu, jak go nazwał Steve.
— Powiedziałam Bruce'owi, że może mnie nazywać Peter — powiedział. Jego głos był słabszy niżby tego chciał.
— Ile masz lat, Peterze?
Trzymał kurczowo szklankę, spoczywającą na jego brzuchu.
— Siedemnaście, proszę pana. — Ostatnia część wymknęła mu się mimowolnie.
Steve uśmiechnął się ponuro.
— Trochę za młody, żeby robić tego typu rzeczy, nie sądzisz?
— Nie — odpowiedział bez wahania, Peter. — Nie sądzę.
Steve nie odpowiedział od razu, dlatego też, Peter kontynuował:
— Wiem, że nie jestem jeszcze w tym najlepszy, ale uratowałem dzisiaj sporo osób, w tym dzieci. I uratowałem jeszcze wiele istnień, zanim ty lub twoi muskularni przyjaciele, superbohaterowie, pojawiliście się. Sądzę więc, że posiadam dość duże kwalifikacje, by założyć kostium i walczyć z przestępczością jak każdy inny.
Steve zaśmiał się podnosząc dłoń, w geście poddania.
— Nie, masz rację. Naprawdę. — Jego uśmiech był naprawdę sympatyczny. — Wykonałeś dobrą robotę. Szczerze mówiąc, gdyby to było możliwe, współpracowałbym z tobą co noc.
Serce Petera zabiło szybciej.
— Um... dlaczego nie? — podniósł się na łokciach. — To nie tak, że jestem terytorialny lub coś. Możesz dołączyć. Moglibyśmy rozbić głowy kilu przestępców. Jeśli chcesz.
— Niektórzy z nas są związani procedurami i prawem— powiedział Steve. — Dam ci jednak mój numer telefonu. Jeśli kiedykolwiek potrzebowałbyś pomocy, z czymś bardziej humanitarnym, niż rozbijaniem głów, to możesz do mnie zadzwonić.
— Tak? — Peter usiadł, obserwując jak Steve odchodzi, by przynieść komórkę. — Ty... byłbyś skłonny dać mi również numer Bruce'a?
— Nie sądzę, by posiadał telefon. — rzucił Peterowi komórkę.
— Hmm. — Peter wszedł do kontaktów Steve'a i zapisał swój numer pod zwykłym „Peter" i wysłał sobie sms. — Przypuszczam, że jeśli nigdy nie opuszcza wieży, to nie ma pożytku z posiadania go.
Steve zmarszczył brwi w zamyśleniu.
— Czyli, wciąż spotykasz się z doktorem Banner'em?
Banner. Impuls przeszył kręgosłup Petera, ale udało mu się zachować kamienną twarz. W końcu miał pełne imię i nazwisko. Nazywa się dr. Bruce Banner.
— No tak. Pomaga mi opracować parę rzeczy.
— Jak dużo o nim wiesz?
Steve ponownie stał się poważny. Peter miał wrażenie, że Steve jest słabym kłamcą – jeśli kiedykolwiek skłamał. Wszystkie odpowiedzi ujawniały się na jego twarzy, bez faktycznego zadania pytania. Peter nie miał jednak pojęcia, o co tu chodzi.
— Niewiele — przyznał. — Przyjaźni się z Tony'm Starkiem. Jest genialnym naukowcem. Nie ma zbyt bogatego życia towarzyskiego. — I jest dość dotykalski, kiedy ma dobry humor. Peter udawał, że pije ze szklanki, chociaż była pusta. — Lubi Skittles. To wszystko. Czemu pytasz?
Steve wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, po czym potrząsnął głową.
— Bez powodu. To dobry facet. Cieszę się, że się spotykacie.
Peter czuł, że kryje się za tym coś więcej i niemal usłyszał niewypowiedziane: nie złam serca mojemu przyjacielowi, ale mógł sobie to jedynie wyobrażać. Jego myśli były zbyt otumanione. Zanim zdążył powiedzieć coś głupiego, wepchnął w ręce Steve'a szklankę oraz jego telefon i wstał.
— Muszę iść. Czuję się już lepiej i chcę wrócić do domu zanim... zrobi się późno. Do zobaczenia — założył rękawiczki i maskę.
— Jesteś pewny, że dasz radę sam do niego dotrzeć? — zapytał Steve.
— Nic mi nie będzie. Nie będę się nadwyrężał. — Podniósł dłoń, by zasalutować, ale Steve wyciągnął rękę, więc potrząsnął nią. — Dzięki za pomoc.
— Nie ma za co — odpowiedział Steve. — Dbaj o siebie.
Peter wyszedł na zewnątrz, na schody pożarowe, a następnie udał się wprost na dach. Kiedy upewnił się, że wokół są jedynie gołębie, ściągnął maskę. W oddali wciąż mógł ujrzeć kłębiący się dym z pożaru, dzięki czemu mógł zorientować się, gdzie jest.
— Kapitan Ameryka mieszka w Brooklynie — powiedział do siebie, zapamiętując lokalizację. — Chyba mogłem się domyślić. — Z milionem pytań w głowie, ruszył powoli do domu.
