Scene four: Another life


Dwa miesiące od zniknięcia Castiela, Dean nie żałował swojej decyzji o odejściu. Nawet jeśli nie planował na początku uciec na zawsze, to cieszył się, że tak to się potoczyło. Życie z Michaelem jako para, a nie jako przyjaciele, nie różniło się wiele. Chodzili do pracy, robili na zmianę zakupy i na zmianę gotowali, a wieczory i wolne dni spędzali ze sobą czas. Czasami wychodzili też z domu osobno, Dean chodził na piwo ze swoimi znajomymi, a Michael ze swoimi. Wszystko było po prostu idealne. Ten związek nie był gorszy czy lepszy od jego związku z Castielem, był po prostu inny, choć miał też wiele podobieństw. Dean najbardziej się martwił o to, że wszystko skończy się tak jak poprzednio. Jeśli Cas był zdolny uzależnić się od narkotyków, to Michael także. Miał nadzieję, że nic takiego się nie stanie. Nie chciał znowu przechodzić przez to samo.

Długo zwlekał z powiedzeniem o wszystkim Samowi. Wspomniał tylko, że Castiel jest na Florydzie, ale nie powiedział nic o Michaelu. Długo jednak nie mógł trzymać tego w tajemnicy, zresztą nawet nie chciał tego robić. Więc powiedział bratu o wszystkim i tak jak się spodziewał, Sam miał zupełnie odmienną opinię od niego.

-Dean, jesteś pewien, że to w porządku? – zapytał, gdy rozmawiali ze sobą przez skype'a. –Nie zerwaliście przecież z Castielem.

- On zerwałem ze mną, nie odzywając się. – Wciąż go bolało, gdy sobie o tym przypominał, nie czuł się więc winy prowadzenia takiego samego życia z jego bratem. – Sukinsyn ma mnie gdzieś, więc nie zamierzam na niego czekać.

- Ale żeby z Michaelem? Oni są braćmi.

To było pewne, że Sam przyczepi się akurat do tego. Dean nie był tylko pewny, czy bardziej rozczarował go Michael, kradnąc bratu chłopaka, czy Dean, zgadzając się na to jak gdyby nigdy nic.

- Mike jest w porządku, pomaga mi i przynajmniej coś dla niego znaczę.

- To wciąż jest dla mnie nie w porządku.

- Sam, nie mogę wiecznie czekać, aż Cas wróci – wyjaśnił, nie pokazując, jak bardzo ta perspektywa go boli. – Bo on tego nie zrobi. Ty nie czekałeś na Jess.

Biedny Sammy przeżył załamanie, gdy jego dotychczasowa dziewczyna go zostawiła. Szybko jednak stanął na nogi znalazł sobie inną, nawet lepszą. Sarah do niego pasowała.

- Tak, ale ja nie zacząłem spotykać się z jej siostrą.

- Ona nie ma siostry.

Sam przewrócił oczami.

- Nie o to chodzi.

- Słuchaj, Sam, wiem, że się o mnie martwisz, ale wierz mi, jest mi z Michaelem dobrze i chcę z nim zostać, skoro Cas mnie olał.

- Okej. Jeśli cieszysz się, to chyba wszystko w porządku – zgodził się w końcu. – Ale co zrobisz, jak Cas kiedyś wróci, nie żeby cię odzyskać, ale tak w ogóle?

- Powiem mu prawdę, że teraz jestem z Michaelem. Albo to zaakceptuje albo niech wraca na Florydę.

Prawda była taka, że nie miał pojęcia, co by zrobił, choć kilka razy już to sobie wyobrażał i za każdym razem wszystko kończyło się inaczej.

- Pewnie będzie zły.

- Mógł o tym pomyśleć zanim zaczął brać to gówno. – Dean usłyszał otwierane drzwi, Michael wrócił do domu. – Mike już jest, pogadamy za parę dni, okej?

- Jasne. Trzymaj się.

- Ty też.

Dean zamknął laptopa i odstawił go na miejsce, akurat wtedy kiedy do salonu wszedł Michael.

- Rozmawiałeś z Samem? – zapytał, niosąc zakupy do kuchni.

Dean przytaknął, idąc za nim.

- W końcu mu o nas powiedziałem.

- I jak zareagował?

- Jak zwykle marudził, głównie o tym, że to nie w porządku względem Casa.

- To była jego decyzja.

- To samo mu powiedziałem. W końcu to zaakceptuje.

- Mam nadzieję, nie chcę żeby mój szwagier mnie nienawidził.

- Nawet nie myśl o ślubie, bo zabiję cię w nocy – ostrzegł. – Zapomnij.

- Dobra, już zapomniałem.

Dean nie mógł uwierzyć, jak niewiele się pomiędzy nimi zmieniło odkąd zaczęli ze sobą sypiać. Mimo to był w stanie wychwycić drobne różnice. Michael patrzył teraz na niego w inny sposób, stał bliżej niż wcześniej i zawsze starał się go dotknąć, choćby trącić palcami jego dłoń. To było miłe. Pamiętał, że to samo było z Castielem. Ale to było już przeszłością, teraz miał nowe życie, lepsze życie. Michael obiecał, że nigdy go nie zostawi. Wierzył mu.

Zjedli razem kolację, a potem położyli się do łóżka. Zaczęli się powoli całować, jako że nie mieli jeszcze ochoty na sen, a to było ich ulubione zajęcie, gdy leżeli razem. Dean nie mógł pojąć, jak całowanie jednej osoby może być tak wspaniałe.

Michael nagle przerwał, co nie było do niego podobne. Jeśli któryś z nich przerywał pocałunek, to zawsze był to Dean.

- Myślę o całej tej sytuacji – wyznał, bawiąc się krótkimi włosami Deana. – Przypomniało mi to słowa, które kiedyś słyszałem. Gdy umiera jedna miłość, w jej miejscu rodzi się kolejna.

- Daruj sobie to romantyczne gówno dla bab – powiedział Dean, przypierając go własnym ciałem do łóżka. – Mam lepszy pomysł na spędzenie czasu.

- Co nie zmienia faktu, że to prawda. – Michael przyciągnął go do pocałunku. – Kocham cię, Dean.

- Ja ciebie też, ale za dużo gadasz.

Dean uciszył go kolejnym pocałunkiem, który stopniowo przemienił się w coś więcej. Po wszystkim wyczerpani zasnęli w swoich ramionach. Wszystko było idealne, tak jak powinno być. Dean wiedział, że na to zasługiwał, obaj zasługiwali.