Dzień siódmy
Droga na Wieżę Astronomiczną nigdy jeszcze nie była tak długa.
Lily musi przysiąść na schodku, żeby potrzeć palcami zmęczone oczy i stłumić ziewnięcie. Jest bardzo zimno i kamienne schodki są oślizłe pod jej palcami, chociaż nie wydaje się, żeby ten dziwny śluz miał coś wspólnego z wilgocią. Dawno już nie czuła takiej potrzeby wychylenia się przez najwyższe okno Hogwartu i odetchnięcia rzadkim zimowym powietrzem. Wyobraża sobie, że to, co wtedy czuje, gdy oddycha tak głęboko i wpatruje się w ciemność, czują tylko nałogowi palacze, gdy zaciągają się dymem. Zimno kłuje i jednocześnie koi rozdymające się płuca. Z wolna błogość z płuc przepływa do kręgów, głowy, kończyn. Tłumiła tę potrzebę cały tydzień.
Cisza i ciemność podpowiadają jej, że Wieża jest pusta. Zamyka drzwi za sobą wyjątkowo starannie, by nie wydały najmniejszego dźwięku.
Samotność jest dobra. Lily rozkoszuje się poczuciem własnej małości pod bezchmurnym, głębokim niebem. Z dziwnego powodu zawsze przynosi ono ulgę. Dziś jak nigdy Lily stara się zapisać w pamięci wszystkie szczegóły tej styczniowej nocy, skupić się na tym, co ją otacza. Jasny kamień pod jej palcami nie jest oślizły, jest suchy i szorstki. Lily opiera się mocno na dłoniach, szeroko rozkłada palce. Przesuwa coraz więcej ciężaru na ręce, przyciskając brzuch do ściany.
Bezwstydnie spogląda w dół. Nie boi się tego. Jest sama, może sobie na to pozwolić. Czeka ją tam ciemność. Jest bardzo późno i w niewielu oknach, małych jak dziuple, widnieje jeszcze światło. Nie widać żadnych cieni w otchłani tego, o czym Lily wie, że jest tylko trawą.
Lily staje na palcach. Wznosi się powoli. Bezwiednie czubki jej palców zaciskają się mocno na szorstkim kamieniu. Gorąco jej w brzuchu i w głowie. Czuje, jak to gorąco rozpiera jej żyły na całej długości nóg. Uda pulsują głośno, pocą się, rozwijają. Czy jest to ryzyko, które byłaby gotowa podjąć?
Ta myśl przypomina jej o Jamesie Potterze. Nagle ogarnia ją strach, że tylko kilka cali dzieli ją od przechylenia się przez parapet i upadku.
Jak to jest? Czy to boli? Przez kilka sekund na pewno jest to wspaniałe. Jeśli się nie boisz, musi to być najcudowniejsze uczucie na świecie.
Potem z pewnością boli. Lily nie wie wiele o ludzkim ciele, ale ma pojęcie o kościach – żebra, kręgi, piszczele i ostre kości miednicy czuje przecież codziennie pod cienką skórą – organach, mięśniach, krwi. Cały ten misterny mechanizm nie miałby szans w starciu z trawnikiem, nie z takiej wysokości. Przez kilka głupich chwil Lily ma ochotę policzyć, z jaką prędkością spadałaby i z jaką siłą uderzyłaby o trawnik. Nie jest w stanie spamiętać wszystkich tych liczb i porzuca ten szalony projekt. Wie, że siła ta całkowicie by ją zmiażdżyła. Jak szybko? Czy czułaby ból? Być może jest tak okropny, że dochodzi do jakiegoś wstrząsu albo tracisz przytomność. Wobec tego nie czujesz go długo. Kilka sekund, może sekunda, może jej ułamki, jak czarownica palona na stosie.
To dobry dowcip.
Potem można zasnąć w Panu.
Lily zastanawia się, czy czarodzieje mają Pana. Nigdy nie słyszała, żeby ten temat był wokół niej poruszany. Ona sama dawno nie poruszała go sama ze sobą. Jego istnienie wydaje się jednocześnie bezsprzeczne i absurdalne, gdy patrzy w nocne niebo.
Dźwięk otwieranych drzwi jest tak subtelny, że niemal wydaje jej się, że tylko jej się zdawało. Potem jednak słyszy, jak drzwi się zamykają. W przestrzeni pod skórą czuje, że nie jest już sama.
Jeżeli Pan istnieje, sprawi, żeby nie był to Syriusz Black.
Lily odwraca się.
No cóż, mamy dowód.
Lily opiera się mocno o parapet. Właściwie nie czuje stóp wbitych twardo w podłogę. Czuje, że łatwo byłoby jej wyskoczyć.
Czy Black o tym myśli? Zepchnąłby ją?
- Znowu się spotykamy, Lily – mówi. Jest coś niepokojącego w tym, że wyraz jego twarzy jest niemal tak spokojny i nieprzenikniony, jak uśmiech Remusa.
- Właśnie wychodziłam.
- Nie spiesz się. Mamy do pogadania.
Lily cofa się, a właściwie przesuwa w bok, żeby nie stać zbyt blisko niego. Dwie stopy wydają się być bezpieczną odległością.
- Jesteś bardzo spięta – zauważa Black. W istocie, Lily się trzęsie. Nie drży z zimna, ale trzęsie się, szczęka zębami, bezskutecznie próbując je zacisnąć. Każdy mięsień w jej ciele sztywno przytwierdzony jest do kości.
Syriusz Black z kolei nonszalancko opiera się łokciem o ścianę. Lily widzi, że na przedramieniu ma trochę gęsiej skórki, ale jego beztroska świetnie maskuje tę niedogodność. Wygląda jak ktoś, kto świetnie się bawi, i Lily denerwuje to, że przy całym upokorzeniu, jakie już doznała z jego rąk, ma czelność świetnie się bawić, gdy ona czuje, że jej niedobrze z wściekłości.
- To dziwne?
- Nie masz się czym stresować. Dobrze się z tobą bawię.
Moim kosztem chyba, myśli Lily.
- Wsadź sobie w dupę te głupie żarciki.
- O, jaka dzika.
- Nie pogrywaj ze mną. Wiesz, że nie chce mi się cię oglądać, a co dopiero słuchać, co tam sobie myślisz w tej pustej głowie. Powiedz, co masz do powiedzenia, i wracam do wieży.
- Dobra. Pewnie. Powiem. Ale najpierw posłuchamy ciebie.
- Tak?
- Tak.
- Nie mam ci nic do powiedzenia.
- O nie, wręcz przeciwnie, odpowiesz na moje pytania.
Lily mimo woli mruży oczy.
- Czemu powiedziałaś Jamesowi, że ci zaimponował, że cię oczarował i że nie możesz się doczekać, aż znowu się spotkacie?
- Słucham?
Nie tego się spodziewała.
Twarz jej płonie. Nie pamięta, żeby powiedziała żadną z tych rzeczy.
Ze wszystkich talentów, jakimi mógł zostać obdarzony, Syriusz Black wybrał sobie umiejętność upokarzania jej.
- Być może nie pamiętasz tych sformułowań, bo wypowiedziałaś je w amoku zakochania. Na szczęście zawsze trzeźwy umysł Jamesa wyłowił te perełki z potoku innych bzdur, które mu zaserwowałaś. Mało brakowało, żeby wyczarował je złotymi zgłoskami na suficie. Czemu tak go zwodzisz? Czemu tak mu kłamiesz? Czemu łżesz tak szpetnie, czemu się nim bawisz? Mam nadzieję, że wiesz, że jeżeli coś knujesz, z łatwością to rozpracuję. Kiedy go skrzywdzisz…
- Pomówmy może najpierw o tym, dlaczego wyskakujesz z oskarżeniami – przerywa ten bezsensowny potok słów Lily. - Nie kłamałam. Byłam miła dla niego. Dobrze się bawiłam w jego towarzystwie.
- Nawet on zorientował się, że tak nie było. Coś skłoniło cię do zmiany zdania.
- Tak! Proszę! Oto, co knuję. Po dwóch godzinach pierdolenia o gnomach i goblinach udało mi się zmienić temat rozmowy. Wytrwałam te dwie godziny, bo chciałam być miła. Potem nie musiałam już próbować. Nie wszystko, co robię, jest wymierzone przeciwko komuś. Czasem ludzie robią coś dla innych ludzi. Czasami robią to też dla siebie samych. To nie jest trudny koncept.
Black milknie na chwilę, ale nie przestaje mierzyć jej wzrokiem.
- Remus powiedział, że nie powinnam robić nic pod presją, że to powinien być mój wybór – kontynuuje ośmielona tą ciszą Lily. – I tak właśnie jest. Nie mam chytrego planu. Staram się nie kombinować i robić to, na co mam ochotę.
Po kolejnej chwili ciszy, którą Lily odbiera jako dobry znak, Syriusz Black odzywa się. Już na nią nie patrzy. Przesunął się do parapetu i wychyla się przez niego, opierając się na łokciach, jak James wczoraj, jak ktoś, kto przy stole rozmawia z kolegą o quidditchu, zwyczajnie, ze śmiechem. Śmieje się? Może stłumił śmiech. Uśmiecha się pod nosem. Nieważne. Ważne jest to, że ma czelność dworować sobie z jej oszołomienia i cierpienia.
- Remus ci tak powiedział? Remus Lupin? Nasz Remus?
- Tak.
- Lunatyk.
- Tak.
- Że to twój wybór, żeby nie robić nic pod presją… co jeszcze ci powiedział?
- O co chodzi?
- To zabawne.
- Jak to zabawne? To mój przyjaciel.
Lily odważnie używa tego określenia. Chce, by zabrzmiało naturalnie. Sam Remus tak powiedział. Nie powinna się wstydzić, że używa go jako argumentu.
- Twój przyjaciel? To też powiedział?
- To rozumie się samo przez się.
- Ale powiedział ci to czy nie?
- No tak. Że się przyjaźnimy. I żebym nie robiła nic wbrew sobie, czy jestem pewna, że chcę się z nim spotykać, i tym podobne.
- Wczoraj rozmawialiście?
- Tak, wieczorem. Niedługo po powrocie z Hogsmeade.
- Jak rozstał się z Bones.
- Tak. Skąd wiesz?
- Widziała się ze mną. Też się przyjaźnimy.
Nacisk, jaki wywiera na to słowo, sprawia, że Lily buntuje się przeciwko tak lekkiemu traktowaniu tego pojęcia.
- Nie mów tego z takim przekąsem.
- Tak ci powiedział Remus, nie. Nic wbrew sobie. Chyba też coś jak „zastanów się, pomyśl, czy na pewno tego chcesz. Czy to tego potrzebujesz w tym momencie? Nie chcę, by stała ci się krzywda. Przyjaźnimy się."
- Przestań się z tego nabijać!
Lily kuli się i odwraca głowę. Jest bliska płaczu. Jego kpiny są bezpodstawne, ale bolą tak, jak gdyby były prawdziwe.
- Jak mogę się nie nabijać? Wydupił cię. Oszukał, rozumiesz? Chciał cię zakręcić tak, jak ja cię zakręcam.
- Ty mnie nie nakręcasz. Zakręcasz, znaczy. Nie uda ci się mnie w nic wciągnąć. Ty tylko przychodzisz tu i pomiatasz mną. Remus tego nie robi. Nie jest okrutny. Czasem się zastanawiam, czemu się przyjaźnicie, tak bardzo jesteście różni.
Oczy Syriusza Blacka są bardzo, bardzo zimne.
- Remus i ja jesteśmy dokładnie tacy sami. On jest nawet lepszy ode mnie. To największy manipulator, jakiego znam. Powiedziałbym, że jest suką, ale nie znam męskiego rodzaju tego słowa. No cóż, nie ma innego wyjścia. To najgorsza suka w Hogwarcie. Trzyma wszystkich w ręce jak pionki.
Lily czuje, że w oczach kręcą się jej łzy. Nóż zdrady w jej plecach obraca się, wyciskając z niej sok, odbijając cały miąższ od ścianek. Ucisk w brzuchu wzmaga tylko uczucie bycia niepotrzebną i niechcianą.
To najgorsze uczucie na świecie. Lily kuli się i odwraca się plecami do Blacka. Gorycz w żołądku miesza się z gorącą wściekłością. Jak śmie mówić jej coś takiego w twarz? Obrażać ją? Obrażać Remusa? To jego przyjaciel, tak go chyba nazywa. Jak może tak mówić?
I jak może jej to robić? Jak może wwiercać w nią nóż i jeszcze poprawiać? Co za obrzydliwy kundel, tak złośliwy, tak bezduszny…
Chętnie odwróciłaby się ku niemu i wycelowawszy w niego palec, wywrzeszczałaby mu, co o nim sądzi. On cofnąłby się w popłochu, widząc, jak Lily potrafi zachować zimną krew w obliczu zagrożenia, jak broni swojego terytorium, jak rzuca się, jak walczy. Lwica. Bohaterka. Być może nabrałby do niej nieco szacunku i zostawiłby ją nareszcie w spokoju. Lily niczego tak nie chce, jak tego, żeby ją zostawili w spokoju. Zwłaszcza Syriusz Black. Nie chce już mieć z nim nic do czynienia.
Ale właśnie w chwili, kiedy to sobie wyobraża, kiedy już jest gotowa odwrócić się i odpyskować mu gorąco, czuje, że w gardle, a właściwie nie w gardle, niżej, za dołkiem w szyi, między obojczykami, tworzy się i gotuje wielka, mączysta gula, która rozpiera jej przełyk, gardło, krtań i sprawia, że Lily nie potrafi wydusić z siebie słowa.
Wręcz zapowietrza się. Traci dech na chwilę. Charczy i syczy. Kleista maź oblepia jej gardło i mostek. Nie może oddychać. Ohydny śluz, flegma, ropa, mąka z wodą; czuje, że dotarł już do zatok, że zaraz ją udusi. Otwiera usta, by nabrać powietrza. Oczy jej łzawią.
- Uspokój się – słyszy cichy głos Syriusza Blacka. Czuje jego palce na swoich plecach.
Lily odskakuje gwałtownie. Jak śmie jej dotykać?
- Spokojnie – powtarza Black. Lily aż się pieni.
To chyba przez wściekłość odzyskuje zmysły.
- Jak możesz tak mówić? Jak możesz tak obrażać i mnie, i jego i jeszcze stać spokojnie i się z tego śmiać?
Słowa ciężko przechodzą jej przez gardło. Jej głos przypomina ropuszy skrzek.
- Najpierw trochę ochłoń.
- Nie. Najpierw ty mi powiedz, czy nie wstyd ci być takim nieludzkim.
Ku jej bezsilnej wściekłości Blacka to rozbawia.
- Nie, nie jest mi wstyd. Nie mam wstydu w ogóle. Sformułuj pytanie inaczej.
Lily zaciska pięści tak mocno, że paznokcie boleśnie wbijają jej się w delikatne wnętrza dłoni.
- Czemu mówisz tak o Remusie? – pyta cicho, ochryple.
Black myśli chwilę nad odpowiedzią.
- Bo to prawda – mówi, wzruszając ramionami. – Widzę, że bardzo się zdenerwowałaś, więc spieszę cię uspokoić, żebyś mi tu nie zeszła, zanim zakończymy naszą małą dyskusyjkę. Mimo mych gorących protestów i licznych zastrzeżeń Remus bardzo cię lubi. Naprawdę cię szanuje. Zawsze cię broni. Możesz więc dalej myśleć o nim w kategoriach przyjaźni.
- W takim razie dlaczego tak z tego kpiłeś?
- Żeby cię wkurwić, podejrzewam. Udało mi się, jak widzę. Ale również dlatego, żeby ci uświadomić, że Remus nigdy nie mówi tego bez powodu. Chciał coś ugrać, rozumiesz. Jest cudowny i milutki, jest jak mały puchaty sweterek, ale kiedy czegoś potrzebuje, manipuluje, kłamie, gra na emocjach, jak w twoim przypadku. Każdego potrafi bezwstydnie wykorzystać. Bezwstydnie, bo i on nie ma wstydu. Z nas czterech wstydzi się tylko Peter, i wstydzi się za całą czwórkę.
- Ale jaki miałby cel w wykorzystaniu mnie?
- To dosyć proste. Zarówno Remus, jak i ja dalibyśmy się pokroić za Jamesa. Pokroić, rozumiesz. Na kawałeczki. Przyjąłbym Avadę na klatę nawet teraz. Za któregokolwiek z nich trzech zresztą. Dbam o Jamesa najbardziej na świecie, i Remus też o niego tak dba, i zawsze, na pierwszym miejscu ma na względzie jego dobro. Cokolwiek zrobi…
- Co to ma do rzeczy?
- Obydwoje wiemy, że spotykasz się z Jamesem z łaski. Nie wiem, może dla rozrywki, może się z kimś założyłaś, może sobie żartujesz. Nie wiem, co się dzieje w twoim małym mózgu. Tak czy inaczej i ty i ja jesteśmy świadomi, że w ogóle cię on nie obchodzi. I Remus też o tym wie. Przecież dobrze cię zna. Nie chce, żebyś nim sobie pogrywała, żebyś go dookoła palca sobie zakręciła, a potem coś ci odjebie i go zostawisz. Podejrzewam, że to właśnie planujesz. Remus pewnie myśli w ten sam deseń. Będzie go chronił przed tobą. I ja też go chronię. Z tym że mamy obydwaj różne strategie. Ja mówię mu wprost, od lat powtarzam mu to samo, stary, przestań się pierdolić, zostaw tę sprawę, nie upokarzaj się. Bo to upokarzające, zwłaszcza w ostatnich latach, jak on się płaszczył przed tobą. Lily Evans, Lily Evans, jak mogę ci pomóc, Lily Evans, może jesteś zmęczona, może chcesz poduszkę, może cię odprowadzę do łazienki, czy nie jest ci zimno, Lily Evans?, zrobię to za ciebie, Lily Evans, dam ci herbaty, pogłaszczę po główce, nie bądź smutna, ona jest smutna, dlaczego jest smutna, dlaczego Lily Evans jest smutna, kto jest za to odpowiedzialny, pójdę i dam mu w ryj. Kto obraził Lily Evans, dam mu w ryj. Czemu zaczepiasz Lily Evans, chyba chcesz w ryj. Cały rok. Chyba zrozumiał, że to ostatnia prosta. Do niedawna wszystko było dobrze, bo go zlewałaś jak zawsze. I nagle coś tam się zaczęło rodzić w tej główce twojej. To pewnie wygodnie, mieć kogoś, kto jest na każde twoje zawołanie. Rozumiem cię. Też byłoby mi wygodnie, choć ja pewnie tak długo nie unosiłbym się był dumą i prędzej rozpocząłbym proces wykorzystywania. Gdyby to był ktokolwiek inny, dosłownie ktokolwiek, to bym ci kibicował, Evans. Pierwszy bym był. Że nareszcie dorosłaś. Że taka sprytna. Ale James jest mi zbyt drogi, żebym patrzył, jak się nim bawisz, i pozwalał na to. Więc odkąd się zorientowałem, powtarzam mu cały tydzień, ona coś knuje, nie ładuj się w to. James mówi, że to niemożliwe. I tu wchodzi Remus, milutki, złociutki. Z jednej strony chwali go i wspiera. Pożyczył mu spodnie, uczesał go. Z drugiej strony zastawia swoje sidła. Przekonuje, że nie warto, że jest za późno. Dziś z Bones szukał chyba haków u Avy Macmillan. Jeśli znajdzie dowód na twoją nieszczerość… albo, jak on to ujął, że to nie z twojej własnej woli… no cóż, uratuje go.
- Chyba całkiem straciłeś rozum. Przed czym chcesz go ratować? Ma chyba prawo podejmować własne decyzje.
- Wiesz, że to zła dla niego decyzja. Zostanie porzucony i zraniony, jeszcze zrobi sobie krzywdę. Jeśli nie odpuści, a ty go zostawisz, to będzie po nim. Ty nie wiesz. Ale ja wiem i działam dla jego dobra.
- Jak niby działasz? Obrażając mnie i wyśmiewając? To jest niby dobra strategia?
- Nie, to tylko preludium. Chcę zawrzeć z tobą umowę.
- Umowę.
- Umowę. Umowę o dzieło. Kontrakt mafijny, dzikusko. Cyrograf chcę sporządzić.
Gdy Lily nie odpowiada, Black naciska:
- Skoro nie ma sposobu, żebyś dobrowolnie to zakończyła, póki nic się jeszcze nie zrodziło, muszę zrobić odwrotnie. To on musi poznać się, że absolutnie do siebie nie pasujecie.
- I zerwać ze mną.
- I zerwać z tobą. Nie jesteś głupia.
- To może być trudne, biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy nawet parą. Byliśmy tylko na jednym spacerku.
- Ale ja wiem, dzikusko, że masz jakiś plan, o którym myślisz, że jest chytry, i wiem też, że niewiele potrzeba, żeby wciągnąć Jamesa w twój mały wir i żeby go zranić. Dlatego działam zawczasu, i zrobisz tak, jak ci powiem. Będziesz się z nim umawiać przez dwa, może trzy miesiące. Będziesz absolutnie wzorowa, rozumiesz. Będziecie się dogadywać wspaniale. My dwoje też będziemy w doskonałej komitywie. James będzie wniebowzięty. Po jakimś czasie zrobisz się irytująca, zaczniesz narzekać, kłócić się, słowem, podejmiesz różne małe kroczki, żeby zaczął mieć cię dość. Jest młody, szybko się tobą znudzi. Zrobisz wszystko, żebyście się rozstali, i żeby to było wyłącznie z twojej winy. Zrobisz absolutnie wszystko, co będziesz mogła, nie obchodzi mnie, co wymyślisz. Oto, co dostaniesz w zamian. Będziesz miała nieskalaną reputację i dziesiątki przyjaciół, poczynając od Amelii Bones, którą tak podziwiasz. Nie będziesz już nigdy siedziała sama i płakała nad swoim zjebanym życiem. Zamiast tego będą cię nosić na rękach. Wszystko dzięki mnie. Naprawię wszystkie twoje głupie sprawki, zalepię, wyjaśnię. Możesz też, oczywiście, nie przystać na tę propozycję, i wtedy zamienię twoje ostatnie półrocze w absolutne piekło. Ludzie będą pluć ci pod nogi, nawet twój drogi przyjaciel Remus i twoja najukochańsza Marlene. To również będzie dzięki mnie. Jeśli będziesz wyjątkowo niegrzeczna, zacznę kłamać. A najpierw skłamię Jamesowi.Powiem, że w dzień waszej randki spotkaliśmy się tutaj i mi obciągnęłaś. To nie będzie duże kłamstwo. Byłaś bardzo chętna.
Lily opiera się o okno, chowając głowę w ramionach. Zimne powietrze ją cuci, suszy jej oczy.
- To okropne, co mi robisz.
- Jeśli muszę być okropny, żeby oszczędzić krzywdy Jamesowi, to tak właśnie będzie.
- On nie chciałby tego.
- Skąd wiesz, czego by chciał? Nie znasz go. Masz go za kawał gówna.
- To takie okropne.
- Tak – mówi po prostu.
Po raz pierwszy Lily próbuje spojrzeć mu w oczy. Są ciemne, zimne, nieprzeniknione. Lily nie poznaje ich. Cała ta twarz wydaje się należeć do kogoś zupełnie innego; jakby nigdy go nie poznała, jakby dopiero co go spotkała, jakby rozmawiała z nim pierwszy raz. Jego postać jest jej zupełnie nieznajoma. Lily w panice próbuje ją opisać, zrozumieć, zorientować się, z kim ma do czynienia, na co może sobie pozwolić.
Black jest spokojny, znudzony wręcz, jak sportowiec oglądający występ amatora.
- Myślę, że powinieneś dać mi trochę czasu - mówi Lily. Czuje początki mączystej guli w tchawicy.
- Nie - mówi Black szybko. - Nie dostajesz czasu.
- To nie fair.
- Żadnego czasu.
- To duża decyzja.
- Sama się wkopałaś, myśląc, że uda ci się mnie przechytrzyć.
- Nie chciałam nikogo przechytrzyć, baranie. Nie jestem jebanym Ślizgonem jak ty.
- Inteligencja nie jest chyba dana wyłącznie Ślizgonom.
Nie przeczy, ale to jasne, że się zdenerwował. Zbliża się do niej, minimalnie, ale ona nie porusza się. Teraz Syriusz Black ma szansę zobaczyć, przekonać się, nabrać szacunku.
Maleńka żyłka pulsuje mu w poprzek czoła. Zaciska szczękę. I Lily zaciska swoją. Jest gotowa. Napina brzuch, w którym kłębi się gorąco.
Gdy Syriusz wreszcie się odzywa, Lily czuje, jak ucieka z niej para. Ciepły ucisk w brzuchu pozostaje, ale ma inny wydźwięk, nie jest już bojowym znakiem, przygotowaniem do skoku. Głos Blacka jest cichy i opanowany.
- Widzisz, największy problem z Jamesem i z tobą polega na tym, że w swojej głupocie jesteście do siebie podobni. Nie rozumiesz, że dla większego celu opłaca się kłamać, udawać. A jeśli rozumiesz, to wstydzisz się to przyznać. Wstydzisz się przyjąć korzyść, mimo że wiesz, że nie ma żadnych przeciwwskazań. Ja się nie wstydzę. I Remus się nie wstydzi. On jest największym Ślizgonem ze wszystkich. Nie ma skrupułów. Ty też się ich wyzbądź. Nie są potrzebne.
Lily odwraca się do niego plecami. Zamyka oczy. W pulsującej głowie kołacze jej kłąb myśli.
- Nie masz wyboru, Lily Evans.
Lily myśli o Marlene. Powiedział, że odwróci od niej Marlene. Czy to jest możliwe? Ma do niej dostęp. Ale ona nie jest tak głupia, nie jest tak pusta. W nic by nie uwierzyła. Marlene jest jej prawdziwą przyjaciółką.
Nonsens, dziewczynko, przecież to nonsens. Wszyscy dookoła są tak samo głupi i tak samo puści, w równym stopniu, tylko nie wszyscy to pokazują; dobrze o tym wiesz, zawsze to wiedziałaś, bo i sama taka jesteś, głupia, pusta, głupia, pusta, im bardziej to chowasz, tym bardziej widać. Syriusz Black to widzi. Głupia, pusta. Zepsuta, tak jak i on.
Marlene również jest taka. Może nie ma świadomości. Lily ma tę świadomość i to nią powinna się bronić.
- Jesteś straszny i nienawidzę cię – mówi Lily, nie patrząc w jego stronę – ale zgoda.
Przepraszam, że to tak późno, wiem, jestem okropna.
