Dennis kilkukrotnie w ciągu dnia otwierał usta, aby spytać, ale za każdym razem coś go powstrzymywało. Danny'ego bawiło to przez parę pierwszych godzin, ale później zaczął się zastanawiać, czy chłopaki z wydziałów nie rozpuszczali o nim nieprzyjemnych plotek. Z trudem położyć kres czyimś uprzedzeniom, którego do niego mieli, gdy został przydzielony do pierwszych śledztw. Omegi traktowano czasami jak obywateli drugiej kategorii, ale miał nadzieję, że te stereotypy zwalczył nie tylko swoją postawą, ale i służbą. Mieli z Baratem jedną z największych liczb zakończonych śledztw. W innym wypadku nigdy nie dostaliby sprawy Cannona, którą w zasadzie zajmowali się po godzinach.

Wszyscy wiedzieli, że rozwodził się z Rachel. Nie obnosił się z tym, ale jednak był jedyną rezydującą na tym posterunku omegą, więc chcąc nie chcąc, interesowano się jego życiem. Jego przygoda ze Stevem mogła zostać odebrana w różny sposób, ale odkąd było powszechnie wiadomo, że omegi są biseksualne – nie sądził, aby wytykano go palcami.
Nie miał takich obaw do czasu, gdy Dennis nagle zaczął milknąć w jego towarzystwie.

- No powiedz to w końcu – warknął, nie potrafiąc wytrzymać budującego się napięcia.

Jechali właśnie do kolejnego świadka, a broń ciążyła mu na biodrze. Steve wyszedł kilka godzin wcześniej i chociaż nie spali zbyt wiele – był naprawdę wypoczęty. Może śmiesznie to brzmiało, ale istniała szansa, że 'wypieprzył' Rachel ze swojego organizmu. Teraz wystarczyło przestać ją kochać.

- Nie sądziłem, że uporasz się z tym tak szybko – powiedział w końcu z ociąganiem Dennis. – Rachel była wczoraj u nas. Ona i Karen nadal są przyjaciółkami. Pytała, jak sobie radzisz i powiedziałem…

- Co powiedziałeś, Dennis? – spytał Danny, czując nagle, że całe zmęczenie z całego półrocza wraca na raz.

Miał ochotę przetrzeć dłonią twarz, ale ulice Newark o tej porze wymagały od niego pełnej uwagi.

- Powiedziałem, że źle to znosisz. Teraz czuję, jakbym ją okłamał – przyznał niechętnie Dennis. – Nie chciałem ci mówić, bo jesteśmy przyjaciółmi. Jesteś moim partnerem, ale ona jest…

- Myślisz, że mam ci za złe, że nie zerwałeś z nią kontaktu? Dennis, do diabła. Może nawet sam będę się z nią przyjaźnił. Po prostu potrzebujemy trochę czasu z dala od siebie, aby ochłonąć. Ten rozwód wyciągnął na wierzch tyle niepotrzebnego gówna… - zaczął Danny i słowa uwięzły mu w gardle. – I nic nas ze Stevem nie łączy. Po prostu zwykłe spotkanie dwójki ludzi, którzy są zdecydowani na seks.

- Czyli pierwszy raz w życiu zdecydowałeś się skorzystać z mojej rady, a ja nie widziałem tego na oczy? – spytał z niedowierzaniem Dennis.

- Och, na pewno mam gdzieś kasetę – odparł Danny, zerkając przelotnie na partnera.

Dennis skrzywił się niemożliwie, jakby wyobrażał sobie, jak faktycznie rozegrała się wczorajsza noc. Nie rozmawiali zbyt często o seksie. Obaj byli żonaci, gdy się poznali, więc żaden nigdy nie był skrzydłowym tego drugiego. Obaj kochali swoje żony.

- Jesteś trochę obrzydliwy – przyznał Barat w końcu.

- Ja?! – zdziwił się Danny. – Przecież to ty chciałeś popatrzeć.

Dennis rzucił mu jedno ze swoich mniej przyjemnych spojrzeń. Może gdyby byli w chińskiej dzielnicy, ktoś faktycznie by się przejął.

- Chciałeś wiedzieć, kto prowadzi śledztwo w sprawie śmierci tamtego alfy – zaczął Barat.

- Ależ subtelna zmiana tematu – prychnął Danny. – Ale dawaj.

Dennis wziął głębszy wdech.

- Nikt – odparł jego partner, kompletnie go zaskakując.

- Co nikt? – zdziwił się Danny.

- Nikt nie prowadzi tego śledztwa. Nie nasza jurysdykcja. Nie nasz problem – wyjaśnił mu Barat. – Marynarka wojenna wysłała swoich ludzi, aby dokonali identyfikacji zwłok i zabrali ciało dzisiaj rano. Nie mamy też raportów, a nawet podjechali do laboratorium, żeby zgarnąć wszystkie próbki. Nieboszczyk rozpłynął się w powietrzu.

- Marynarka wojenna – powtórzył Danny. – Czyli w końcu faktycznie przydałem się w kostnicy, a oni nam zabierają…

- Przysięgam, że jak powiesz 'cała dobrą zabawę', to cię strzelę – mruknął Dennis pod nosem.

- Łapanie morderców to jest dobra zabawa! – zaperzył się Danny.

- Ten facet był mordercą. Albo kimś gorszym. Podobno specjalny oddział śledził go przez kilka kontynentów, a dopadli go dopiero tutaj. Dlatego zabrali wszystko, bo to była tajna akcja. Nie dowiedzielibyśmy się, gdyby ten alfa się nie odczołgał i nie umarł kilka kilometrów od zasadzki – wyjaśnił Dennis.

Danny zagryzł wargę, nagle przypominając sobie rozbawienie Steve'a na wspomnienie o broni. I bojówki, do których mężczyzna był tak przywiązany. Pewnie powinien był połączyć wszystkie fakty w całość. Był detektywem, do jasnej cholery, ale to była jedna chwila słabości. Zresztą nie miał za złe Steve'owi, że alfa nie chwalił się celem wizyty w Newark.

- Okej – odparł Danny spokojnie, biorąc głębszy wdech. – Przesłuchajmy tego dupka i wracajmy na posterunek. Potrzebuję pączka i kawy.

- Nie wypiłeś jeszcze kawy? – zdziwił się Dennis. – Na pewno wszystko w porządku?

Danny poczuł, że na jego twarzy pojawia się zdradliwy rumieniec, który Barat oczywiście dostrzegł.

- Całą noc, poważnie? – spytał retorycznie jego partner.

- Zbieraliśmy się w popłochu – przyznał Danny, bo chociaż nie był przesłuchiwany i tak czuł, że musi jedną rzecz wytłumaczyć. – Jedna szansa na milion. Postanowiliśmy sprawdzić, czy te plotki z lat pięćdziesiątych są prawdą.

Barat spojrzał na niego zszokowany, a potem na jego twarzy pojawiła się czysta ludzka ciekawość.

- I jak? – spytał w końcu jego partner.

- Powiedzmy, że albo mutacja postępuje, albo opublikowano fałszywe raporty – odparł Danny, czując tylko lekką satysfakcję na widok rumieńca Dennisa.

Kolejne dwa tygodnie były tak spokojne, jak tylko mogłyby być, biorąc pod uwagę, że dostali tylko jedno śledztwo i nijak nie wiązało się z Cannonem. Ofiara była w kwiecie wieku i mieszkała tylko dwa kilometry od jego dawnego lokum. A sądził, że to porządna dzielnica.

Siłą woli powstrzymał się przed telefonem do Rachel, aby upewnić się, że wszystko z nią w porządku. Dennis zdawał mu relację z jej wizyt u nich, gdy tylko sam wpadał na kolację. W zasadzie ustanowili pewnego rodzaju grafik, za co był Rachel naprawdę wdzięczny.

Lucy widywała się z nim w czwartki i wiedział, że dzień później spotykała się z jego eksżoną. Nie mógł nie zastanawiać się, kiedy to wszystko wróci do normy.

Musiał zacząć żyć i zdawał sobie z tego sprawę, ale wszystko wciąż wydawało mu się za wcześnie. Nie chciał się przyzwyczajać do tej dziury, w której znalazł nowe mieszkanie. Nigdy mu się tak naprawdę nie podobało, a przeniósł tam swoje rzeczy, bo wciąż wierzył, że kolejne godziny terapii naprawią ich małżeństwo. Stało się jednak inaczej i chociaż dość szybko zorientował się, że jeśli nie chce na zawsze stracić Rachel – musi po prostu ją wypuścić, nigdy nie zdecydował się na przeprowadzkę.

Dennis oczywiście zaproponował mu kanapę w swoim domu, ale to nie było dobre rozwiązanie. Część glin tak właśnie odchorowywała swoje problemy domowe, ale Baratowie byli jego przyjaciółmi, a nie psychoterapeutami. I chciał, aby tak pozostało. Poza tym jego matka pewnie czułaby się urażona faktem, że po prostu nie wrócił do domu. Może zrobiłby tak, gdyby nie czuł się cholernym przegranym.

- Karen przygotowuje dzisiaj na kolację potrawkę i pyta, czy to mają być dwa nakrycia czy trzy – zaczął Dennis, spoglądając wymownie na swój telefon.

- Powiedzmy, że trzy, ale jutro zabieram was na kolację do restauracji. Lubię was o wiele za bardzo, aby dla was gotować, więc sam rozumiesz – wyjaśnił Danny, wzruszając ramionami.

- Nie musisz… - zaczął jego partner.

- Ty też nie – wszedł mu w słowo Danny. – I czy to nie jest piękne? – spytał retorycznie.
Jego przyjaciel uśmiechnął się do niego lekko.

Początkowo niczego nie zauważył. Nie przybrał na wadze, ale jego ciało wydawało się nieswoje. Całe życie monitorował zmiany, ponieważ tego wymagali od niego liczni naukowcy, którzy badali go przez lata. Nadal byli nowinkami, więc nie dostawali lekarzy pierwszego kontaktu, ale naprawdę wykwalifikowanych doktorów, którzy najpewniej pracowali dla NASA. On jednak nie chciał zostać astronautą, a oni uszanowali jego decyzję. Wciąż jednak zgłaszał się co pół roku na badania, aby mogli porównać to, jak starzeje się jego organizm.

Po rozstaniu z Rachel wszystko stanęło na głowie, ale pewne rzeczy pozostały bez zmian. Jak to, że rozpoznawał innych mutantów, gdy mijał ich na ulicy, czy fakt, iż wszystkie zapachy były dla niego o wiele ostrzejsze niż dla innych. Nie ufał sobie jednak w kwestii ludzi, bo jeśli nie zauważył zmian w Rachel – to jak miał oceniać obcych?

Nie bardzo wiedział, co naprowadziło go najpierw. Może sam fakt, że świat stał się wyraźniejszy – jego instynkt zaczynał wariować i teraz z łatwością potrafił powiedzieć, co ma zepsutego w lodówce. Mdłości informowały go o tym niemal od razu. A może po prostu coś szeptało z tyłu jego głowy, że powinien być ostrożniejszy w pracy. Częściej zmuszał Dennisa do zostania za biurkiem i wysyłali posterunkowych do świadków, których mogli przesłuchać sami.

Może to Barat spoglądał na niego podejrzliwie od samego początku.

Upewnił się dopiero, gdy usiadł bez koszulki na kozetce swojego lekarza, a ten zaczął mierzyć jego ciśnienie.

- Wszystko w porządku? – spytał doktor Carol.

I Danny ten jeden raz musiał się poważnie zastanowić nad odpowiedzią. Wszystko było w porządku. Czuł się dobrze. Nawet lepiej niż dobrze i to go wyprowadzało z równowagi.

- Nie wiem – przyznał w końcu szczerze i spojrzał na lekarza. – Czy nas też obowiązuje tajemnica lekarska? Czy pana raporty są przekazywane gdzieś dalej? – spytał wprost.

Carol spojrzał na niego lekko zaskoczony. I może powinien był spytać o to dawno temu, gdy spotkali się po raz pierwszy.

- Jestem tak dobrym królikiem doświadczalnym jak alfy w armii, czy nadal się mną interesują?

- Panie Williams, zapewniam pana, że do opublikowania czegokolwiek potrzebuję pana zgody. W innym wypadku muszę zachować tajemnicę lekarską. Monitoruję pański organizm nie tylko dla informacji, ale również dla pana dobra. Mutacja nie jest czymś, co zdarzyło się po raz pierwszy. Cały czas podlegamy zmianom. To się nazywa ewolucja i tak się składa, że pan obudził się za wcześnie – wyjaśnił Carol takim tonem, jakby Danny go poważnie uraził. – Wirusy i bakterie również podlegają stałej mutacji, a ponieważ ich RNA o wiele łatwiej ulega zmianom, musimy mieć pewność, że gdy coś pana jednak zaatakuje, będziemy mogli to zniszczyć – dodał lekarz. – Jeśli ma pan gorączkę albo…

- Czy możemy sprawdzić, czy jestem w ciąży? – przerwał mu Danny, uderzając w sedno.
Carol przez chwilę wpatrywał się w niego, jakby do końca nie wierzył własnym uszom.

- W ciąży? – powtórzył powoli lekarz.

Danny spojrzał na niego z wyzwaniem w oczach. Doskonale wiedział, jakie są jego szanse. I zabezpieczali się ze Stevem, ale coś było nie tak. Coś sprawiało, że jego ciało znowu nie do końca należało do niego. I Carol miał rację. Nigdy nie złapał nawet najmniejszego przeziębienia, co naprowadziło jego rodziców na myśl, że może nie był do końca standardowym dzieckiem. Pozostali członkowie jego rodziny również oddali swoje DNA do badań, ale tylko on okazał się mutantem.

- O ile to nie będzie oznaczało wsadzania mi czegokolwiek… - urwał sugestywnie.

Carol spojrzał na niego niewzruszenie. Tych tekstów również próbował wcześniej.

- Połóż się na plecach, zaraz zobaczymy – powiedział doktor i Danny był pod wrażeniem, że facet zachowywał zimną krew.

Udokumentowano niewiele męskich ciąż. Nie były niebezpieczne, po prostu nie do końca normalne. Niewielu decydowało się, aby je przejść, czy w ogóle dopuścić do zapłodnienia. Męskie omegi feminizowano we wczesnych latach badań i pewnie ten wewnętrzny bunt sprawiał, że nie chcieli być nadal kojarzeni z kobietami. Nie był matką. To musieli sobie powiedzieć na wstępie. Nie wiedział jeszcze, jak by się nazwał, ale to nie było adekwatne słowo.

- Podejrzewasz, że który to tydzień? – spytał Carol ostrożnie.

Wspomnienie wychodzącego z jego mieszkania Steve'a wróciło niechciane.

- Czwarty – powiedział spokojnie i zesztywniał, gdy poczuł, że coś lepkiego wylądowało na jego brzuchu.

Okrągła słuchawka zaczęła rozsmarowywać żel na jego skórze i naprawdę był wdzięczny za to, że wymusił, aby te spotkania odbywały się bez pielęgniarek. Nie potrzebował osób trzecich podczas takiej wizyty.

Carol mruczał coś pod nosem i ustawiał urządzenie według własnych potrzeb. Poprawiał okulary i znowu mruczał, i Danny po prostu wiedział, że im dłużej to trwało, tym większe było prawdopodobieństwo, że miał cholerną rację. I nie wiedział za bardzo, jak się z tym czuć. Gdy rozmawiali z Rachel o dzieciach – zawsze w niej widział tę osobę, która będzie je nosić. Co prawda ich znajomi czasem żartowali z ich podwójnej roli, ale ją wydawało się to krępować. Początkowo sądził nawet, że dlatego się rozwiedli.

- Czwarty tydzień, tak jak mówiłeś – powiedział spokojnie Carol i Danny'emu nie umknęło, że nagle przestał być 'panem Williamsem'.

Lekarz podał mu chusteczki, więc starł z włosów tak wiele żelu, jak mógł, ale wiedział, że koszula i tak miała się przylepić do jego brzucha. Carol spoglądał na niego w dziwnej ciszy, która zaczynała go denerwować. Sądził, że lekarz będzie podekscytowany.

- I co? – spytał w końcu, po raz pierwszy czując, że nie stać go na kąśliwy komentarz.

Carol spojrzał na niego, jakby układał sobie wszystko w głowie.

- Znam cię od dawna – westchnął lekarz. – To nie było planowane, prawda? – spytał i chyba właśnie mieli tą chwilę szczerości.

- Nie – przyznał Danny.

- Wiesz, kto jest ojcem ?

- Tak – odparł Danny.

Carol skinął głową.

- Rozwiodłeś się niedawno. Nie jesteś z nikim związany – odgadł Carol. – Mogę zaproponować ci przerwanie ciąży, bo muszę to zrobić. Takie są zasady. Możesz się zgodzić lub nie – dodał mężczyzna i spojrzał na niego poważnie.

Danny wziął głębszy wdech.

- To nie jest łatwa decyzja, więc nie podejmuj jej teraz. Jeśli jesteś w stanie porozmawiać z drugim ojcem…

- Nie – powiedział krótko Danny. – Czy jeśli zdecyduję się, no wiesz. Na zatrzymanie dziecka. Czy jesteś w stanie wszystko poprowadzić? Wiesz cokolwiek na ten temat? – spytał szczerze.

Carol zmarszczył brwi i wziął głębszy wdech.

- Jest kilka publikacji, ale niewiele. Sam wiesz dlaczego. Nie chcecie o tym rozmawiać, więc nie ma jak pisać podręczników. Te badania naprawdę nie są po to, aby utrudniać wam życie. Musimy się na kimś uczyć i po prostu kiedyś, kiedy wszyscy będą tacy sami, a słowo 'mutant' nie będzie w obiegu, wasze nazwiska zawisną w jakichś gablotach chwały – odparł Carol. – Zobaczymy, Danny. Poszukam i podzwonię. Może uda mi się skontaktować z lekarzem, który przeprowadził podobny poród trzy lata temu. Jeśli mi się uda, załatwię ci numer tamtej pary i porozmawiasz z omegą. Nie jestem w stanie niczego obiecać, bo jak wiesz, wszystko odbyło się anonimowo – wyjaśnił lekarz.

Danny powoli skinął głową, nie spodziewając się niczego innego.

- Jedyne, co wiem, to to, że twój organizm jest silny i gdybyś nie był w stanie urodzić, nie rozwinąłbyś się na tyle, aby począć potomka. Natura jest naprawdę nieskomplikowana. Nie mówię, że to nie będzie trudne, ale nie niemożliwe. Może niebezpieczeństwo jest takie samo jak twoja obecna profesja – ciągnął dalej Carol.

- Dzięki, doktorze – rzucił Danny, po prostu zeskakując ze stołu.

- Nie wychodź jeszcze. Chcę cię osłuchać i pobrać krew. W ciąży twoje ciało się zmieni. Muszę to sprawdzić. Sugerowałbym też, abyśmy umówili się na wizytę wcześniej niż za pół roku – dodał lekarz.

- Och, nie mów, że już się za mną stęskniłeś, doktorku – prychnął Danny, starając się zażartować, ale nawet w jego własnych uszach zabrzmiało to słabo.

Carol spojrzał na niego ponownie, marszcząc brwi .

- Obaj jesteśmy dość wytrąceni z równowagi. Masz mój prywatny numer i sugeruję, abyś korzystał z niego, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Wszystko zostaje między nami – obiecał Carol i Danny po prostu mu wierzył.

Nigdy nie sądził, że zobaczy tak wiele troski w oczach tego człowieka, ale może to właśnie ona go przekonała. Znali się z Carolem od lat. Lekarz obserwował cały okres jego dorastania. Może nawet traktował go jak syna. Danny od dawna nie traktował go jak wroga.

- Nigdzie tego nie ma, ale jak będzie pan cokolwiek publikował, może pan wspomnieć, że po prostu to wiemy – zaczął Danny ostrożnie. – Po prostu wiemy, że jesteśmy w ciąży. To jak cichy głos z tyłu głowy, któremu czasem nie chcemy się przysłuchiwać, ale to wcale nie znaczy, że jest mniej realny.

Carol uśmiechnął się lekko, wyciągając całkiem sporą strzykawkę z szuflady.

- Poważnie? Zwierzyłem się! Nie dostanę chociaż mniejszej igły? – spytał z nadzieją w głosie.