Znowu się całowali tym razem bardziej namiętnie. Q jednak chciał więcej. Więcej Bonda. Tym razem to on przerwał pocałunek, żeby niezgrabnie pozbyć się spodni i bielizny. Z całych sił starał się nie myśleć o swojej nagości i tym, jak jego ciało stwardniało. Jakie było gotowe na cokolwiek nadchodziło.
Bond uniósł biodra i też zsunął z siebie spodnie, ale nadal miał na sobie czarne, obcisłe bokserki z logiem Armaniego na szerokiej gumce.
- Chodź do mnie – powiedział.
(Od Autorki: Tutaj skończyłam oglądać Sherlocka. Rozpłakałam się na finale odcinka. Serio. Coś pięknego.)
Q znowu poczuł chęć ucieczki, ale przemógł się i ulokował się agentowi na mocnych udach.
- Wiedz, że tutaj przede wszystkim chodzi o mnie, więc sobą będziesz musiał zająć się sam.
Kwatermistrz uśmiechnął się kątem ust. Cały Bond.
007 sięgnął po filiżankę i zamieszał jej zawartość palcem. Q śledził ten ruch. Po chwili Bond uniósł dłoń i pozwolił skapnąć nadmiarowi gęstej, złocistej substancji. Lśniącym palcem dotknął ust Q; ten wysunął koniuszek języka i posmakował go. Znał ten smak: oliwa z oliwek, którą sam kupił, żeby Bond mógł mu gotować.
Q przytrzymał dłoń agenta za nadgarstek i zaczął brać po kolei jego palce do ust. Lekko possał każdy z nich, patrząc starszemu mężczyźnie w oczy. Ten uśmiechał się leniwie, unosząc biodra do góry. Q uniósł się razem z tym ruchem. Bond zsunął z siebie bieliznę jedną ręką, a drugą wyswobodził z dotyku kwatermistrza i znowu zanurzył palce w oliwie. Pocałował go, a kiedy ich usta znowu się spotkały w gorącej pieszczocie, Q poczuł dłoń Bonda nisko na swoich plecach. Ta zsunęła się jeszcze niżej. I niżej. Aż wreszcie kwatermistrz poczuł ją między swoimi pośladkami. Chciał zakończyć pocałunek, ale kiedy cofnął głowę, Bond pochylił się ku niemu. Ich usta nadal się ze sobą stykały, kiedy agent wsunął w niego naoliwione palce. Powoli. Dla Q było to zupełnie nowe doznanie. Nowe uczucie. Poddał mu się całkowicie. Jego członek lekko drżał, kiedy skupił się na dotyku Bonda. Tak intymnym, tak podniecającym. Jęknął, kiedy ten cofnął palce. Ale po chwili te wróciły jeszcze bardziej wilgotne od oliwy i jeszcze bardziej ruchliwe.
- Zajmij się sobą. No, dalej.
Q ujął w dłoń swoją męskość. Kostki jego palców ocierały się o twardy brzuch Bonda z każdym ruchem jego dłoni. Agent tymczasem znowu uniósł biodra i znów po coś sięgnął. Zsunął się po poduszkach niżej i wprawnym ruchem założył prezerwatywę. Szybko wrócił do poprzedniej pozycji, ale tym razem ujął Q za biodra i ściągnął go na siebie. Kwatermistrz zaczerpnął mocno powietrza, kiedy poczuł, jak Bond w niego wchodzi. Uczucie było obezwładniające. Jęknął krótko i ścisnął się mocniej za członka. Był blisko. Drugim ramieniem objął kark agenta i pozwolił się mu unieść do góry, a potem opuścić. Bond pocałował go w dolną wargę, po czym przygryzł ją. To on narzucił rytm, najpierw nieśpieszny, potem szybszy.
Z każdym pchnięciem Q starał nie skupiać się na bólu, ale na własnej przyjemności, co było dosyć trudne. Przyśpieszył ruchy dłoni, która mocniej ocierała się o brzuch agenta. Kątem oka spojrzał na twarz Bonda. Ten miał zamknięte oczy i raz po raz oblizywał rozchylone usta.
Orgazm przyszedł szybciej niż Q sądził. Ledwo zdążył nakryć się dłonią, kiedy trysnął między własne palce. Jego jękowi po kilku sekundach zawtórował jęk Bonda. Gardłowy i niesłychanie seksowny. Q z zamkniętymi oczami wsłuchiwał się w zwalniający oddech drugiego mężczyzny.
- Zejdź.
Kwatermistrz uniósł się na kolanach i osunął na posłanie obok, nadal obejmując się ciasno dłonią. Bond zsunął stopy na podłogę i usiadł na skraju łóżka. Po chwili podał Q karton chusteczek higienicznych. Ten szybko wytarł się i spojrzał za wychodzącym z pokoju 007. Spodziewał się, że agent zaraz wróci, ale nie było go dosyć długo. Wreszcie jednak nago stanął w progu, trzymając w ręku butelkę wina.
- Dobranoc – rzucił, obracając się na pięcie.
- Zaczekaj.
Bond zatrzymał się.
- Zostań – poprosił go Q. Agent Jej Królewskiej Mości zawahał się. Kwatermistrz wsunął się pod koc i prześcieradło. Powtórzył swoją propozycję.
- No dobrze – mruknął Bond i upijając wino, wrócił do pokoju. Po chwili poprawiał sobie poduszki pod głową, leżąc obok Q. – Czasem chrapię, ale dobranoc.
- Dobranoc.
][
Q obudził się sam w wymiętej pościeli. Jego ciało było przyjemnie obolałe. Wstał z łóżka i naciągnął na nogi spodnie od pidżamy. Ruszył do kuchni, ziewając. Na blacie kredensu tuż przy ekspresie do kawy siedział Bond. Kompletnie ubrany.
- Dzień dobry – rzucił Q, uśmiechając się lekko.
- Posłuchaj, chłopcze. To, do czego doszło między nami wczoraj… Możemy to przeanalizować, narysować diagramy, sklasyfikować i rozpisać na kolorowych karteczkach, które możemy później gdzieś porozklejać i połączyć takimi czerwonymi kawałkami wełny jak na filmach. Czy co tam jeszcze jest w twoim stylu.
- Powiedziałem tylko „dzień dobry"… - mruknął nieco zbity z tropu kwatermistrz.
- Dzień dobry. – Bond upił łyk kawy. – To wszystko?
- Tak. Nie musimy o niczym rozmawiać. Chyba udzielił mi się twój światopogląd. Widzę ludzi. – Q poprawił okulary, w których zasnął. – Wczoraj stało się i już. I może się kiedyś powtórzyć, nie mam nic przeciwko. Mogę dać ci więcej moich nocy.
Bond odstawił kubek.
- Postaram się więc nie zginąć. – Uśmiechnął się leniwie.
- Nie zginiesz, bo zaopiekuję się tobą z kwatery MI6.
- Mam nadzieję, chłopcze.
- Tak będzie, sir.
Bond zsunął się z kredensu i podał Q swój kubek.
- Możesz ją dopić, ja muszę lecieć.
Agent poklepał kwatermistrza po ramieniu i szybkim ruchem dłoni zmierzwił mu włosy.
- Lecieć do Singapuru – uściślił.
- A ja muszę lecieć do pracy.
- No to usłyszymy się niedługo.
- Ale zobaczymy nie tak szybko.
Q dopił kawę, patrząc, jak Bond bierze swoją walizkę i przekręca zamki w drzwiach.
- Na razie – rzucił za nim kwatermistrz, po czym dodał szybko: - Jesteś dobrym agentem, 007.
Ten obejrzał się i uśmiechnął nad swoim ramieniem. Postawił kołnierz i wyszedł.
- Jeszcze kilka razy to powtórz, a może uwierzę – rzucił, domykając za sobą drzwi.
Jego eks-gospodarz przez chwilę pił kawę, po czym nagle spojrzał na zegar. Był spóźniony. Pierwszy raz w życiu był spóźniony do pracy. Dał sobie jednak jeszcze dwie minuty na dopicie kawy. Jednak z chwilą, kiedy odstawił pusty kubek na stół, pobiegł prosto do swojego pokoju, przeklinając pod nosem. Ale uśmiechał się. Cały czas.
KONIEC
(JBucek & Ivonn, całuję Was tak mocno jak Bond swojego kwatermistrza~!:* No okej, może aż tak mocno to nie, ekhem, ale mocno i tak!)
(Oto mój 69 fanfik! Musiało być po bandzie, po prostu mu-sia-ło!)
(Teraz mogę spokojnie zabrać się za naukę. Kulturo audiowizualna, nadchodzę!)
Dai
