Betowała Len! Bardzo dziękuję!
4
Czarnoksiężnik skierował całą swoją uwagę na Francisa i mężczyzna zamarł w pierwszym odruchu. Zdawał sobie sprawę, że strach, który odczuwał, był irracjonalny. Nie mógł jednak zdławić uczucia zimna przenikającego aż do kości i usztywniającego całe ciało. Temperatura w pomieszczeniu nie miała z tym nic wspólnego.
Zmusił się do pokłonu i uprzejmego uśmiechu. Wyciągnął rękę do Voldemorta. Czarnoksiężnik całkiem zignorował gest, Francis nie miał więc wyboru i opuścił dłoń.
— Słyszałem wiele pochlebnych opinii na pana temat — zaczął Francis, starając się naprędce znaleźć coś oprócz niezaprzeczalnej potęgi, co mógłby wspomnieć. — Czuję się zaszczycony, mogąc pana poznać i to w tak szczęśliwych okolicznościach. Gratuluję przejęcia posady Ministra.
Miał wrażenie, że na twarzy czarnoksiężnika przez chwilę błysnęło rozbawienie.
— Dziękuję. To naprawdę fortunny zbieg okoliczności, że była Minister Bagnold podjęła decyzję sprzyjającą naszym oczekiwaniom. Jak mógłbym nie przyjąć takiego daru od losu?
Całkiem zaschło mu w gardle.
— Istotnie. Już nie mogę się doczekać pierwszych zmian, które pan wprowadzi.
Starał się uważnie dobierać słowa, ale wszystkie jakby rozpierzchły się w popłochu już w momencie pojawienia się Voldemorta i teraz mógł jedynie desperacko chwytać losowe uprzejmości. Raz po raz, gdy bezwiednie usiłował przerwać kontakt wzrokowy, tylko po to, by zostać złapanym w tę sieć ponownie, jego spojrzenie zjeżdżało przez wysokie kości policzkowe, zapadłe policzki, zahaczało o brodę i przez orli nos wracało do zimnych oczu rozmówcy. Nie dostrzegł jednak na jego twarzy żadnych zmarszczek mimo domniemanego podeszłego wieku, zupełnie jakby starość go nie dotyczyła.
— Czy jest wśród moich propozycji coś, na co szczególnie czekasz? — zapytał Voldemort z odpowiednią dozą ciekawości w głosie, by brzmieć uprzejmie.
Nie, pomyślał Francis, jednak nawet nie musiał się gryźć w język, by zatrzymać zdradzieckie słowo, ponieważ organ jakby zupełnie skamieniał. Wysilił pamięć, starając się przywołać choć jeden postulat, który go cieszył. Voldemort oczekiwał konkretnej odpowiedzi, a przynajmniej tak podejrzewał Francis.
— Jestem najszczęśliwszy z powodu końca wojny. Można więc powiedzieć, że moje nadzieje już się spełniły.
— Ta sprawa niedługo zostanie ostatecznie rozwiązana — zapewnił czarnoksiężnik. — Konflikt trwał wystarczająco długo, by znużyć nas wszystkich. Nie wydaje mi się jednak, by powinien cię szczególnie dotknąć, jeśli pozostałeś neutralny.
— Żyłem poza granicami Czarodziejskiej Brytanii. Nie utrzymywałem w tym czasie kontaktu z nikim, kto został, więc nie mam związku z żadną frakcją — zapewnił Francis.
— Neutralni wciąż pozostają frakcją oddzielną od suprematów, choć nie będziemy musieli czekać długo, by zechcieli znaleźć się pod naszymi skrzydłami.
— Suprematów?
— Tak bym określił czarodziejów o poglądach jak u wszystkich tu zebranych, gdy rozmawiamy w duchu politycznym. A potrzebujemy nazwy, która zbierze nas w jedną grupę bez uciekania się do terminu sojusznicy. Nie tylko sugerowałby wciąż trwający konflikt, ale wykluczyłby wielu z dzisiaj obecnych. — Wykrzywił usta w złośliwym półuśmieszku.
— To znakomita nazwa — zapewnił gorliwie Francis. Ta jako jedyna go obejmowała. — Jak nazywa pan czarodziejów o odmiennych opiniach? Przypominam sobie określenie „zdrajcy krwi", jednak… — urwał.
— Nie funkcjonuje w dobrym towarzystwie. Zwolennicy Albusa Dumbledore'a mieszczą się pod tytułem integrystów.
— Ponieważ chcą się integrować z mugolami?
— Mało nie połamią sobie przy tym różdżek. Nie żeby na wiele im się przydawały, gdy odrzucają znakomitą część dorobku wielkich magów. — Voldemort wyszczerzył się pogardliwie i zerknął w tłum.
Francis zastanawiał się, czy wśród gości znajduje się ktoś z tej grupy.
— Pewnie w ten sposób czują się bliżej swoich niemagicznych przyjaciół.
— O ile nie mam nic przeciwko integracji z przyrodą, wolałbym, by nasi rodacy powstrzymali się od bratania z bydłem.
W żyłach Francisa Ormonda płynęła jedynie w połowie czarodziejska krew i przez ułamek sekundy miał wrażenie, że sala się kręci i to bynajmniej nie od wina. Cokolwiek myślał o mugolach, wolałby, by jego matka, która wyszła za jednego z nich po śmierci jego ojca mugolaka, nie musiała ponosić konsekwencji, a słowa czarnoksiężnika zawierały potencjalną groźbę.
— Odpowiednia kampania informacyjna mogłaby zniechęcić ludzi do takich wyborów w przyszłości.
— To sugestia warta przemyślenia. Powiedz mi, gdzie zdecydowałeś się przeczekać wojnę?
— W Indiach — odparł chwili wahania. — Cudowny kraj.
— Słyszałem, że bardzo barwny. Swego czasu podróżowałem po Europie. Wiedza, którą wtedy zdobyłem, nie byłaby osiągalna w żaden inny sposób. Nie zamierzam umniejszać wartości podróży przy potędze, do jakiej się przyczyniły w moim przypadku… — mówił łagodnie. — Co ty przywiozłeś z Indii?
— Obawiam się, że nic znaczącego. — Dłonie Francisa bezwiednie powędrowały do pełnych kieszeni szaty, choć przy nałożonych na nie czarach zawartość była ledwo wyczuwalna i zupełnie niewidoczna z zewnątrz.
— Nosisz pamiątki przy sobie? — Voldemort płynnym ruchem dłoni wskazał miejsce, które Francis jeszcze chwilę temu wygładzał. — Chętnie się im przyjrzę.
— To nie tyle pamiątki, co przedmioty potrzebne do wykonania pewnej sztuczki, której nauczyłem się w Indiach.
— Równie chętnie ją zobaczę.
— Rozumiem. Czy chce pan, żebym zaprezentował ją w tej chwili? Może wywołać zamieszanie.
— W takim razie to bardziej pokaz. Byle sztuczka nie zwróciłaby zbyt wiele uwagi. Zdradź mi jednak, czemu tak mogłoby się stać w tym wypadku.
— Ponieważ potrzebuję do jej wykonania przynajmniej jednego węża, a ludzie mają w zwyczaju panikować na widok tych pięknych gadów.
Voldemort uniósł brew.
— Ach tak?
Francis wziął głęboki oddech, zanim kontynuował wyjaśnienia.
— To sztuczka, której się nauczyłem od czarodzieja z kasty sapera. Polega na swego rodzaju zaklinaniu węży.
Na twarzy Voldemorta rozlał się okrutny uśmieszek.
— Skoro tak, czekam na twój występ… I najlepiej wykonaj go teraz. Jestem pewien, że pozostali goście nie będą mieli problemu z tym, że zechcesz ich zabawić przez chwilę.
Francis kiwnął głową. Wiedział, co czarodziej planował — że zostanie ugryziony przez rozwścieczonego drganiami węża. Coś takiego na pewno by go zabawiło. I chociaż Francis nie planował pozwolić się pokąsać, miał nadzieję, że jego występ wciąż zostanie uznany za wystarczająco ciekawy.
Kochał być w centrum uwagi — przynajmniej tej pozytywnej — zwracać na siebie spojrzenia tak długo, jak nie były pogardliwe czy mordercze. Dlatego właśnie spakował potrzebne przedmioty przed wyjściem z mglistym planem, by być może popisać się w którymś momencie wieczoru.
Nie myślał o występowaniu przed pełną salą, ale nie przeszkadzało mu to. Wyciągnął z kieszeni podłużną skrzynkę z połyskującego drewna i ułożył ją na podłodze.
— Moja metoda wymaga użycia kilku rekwizytów. — Otworzył wieko. Wyciągnął ze środka cztery malowane misy i ustawił je przed sobą. Rozwiązał jedwabny woreczek, z którego wsypał do naczyń po trochę czerwonobrunatnych grudek. — Ponieważ nie chciałbym być oskarżony o oszustwo, odważę się prosić o wyczarowanie węża, gdy zacznę już grać… — Umieścił misy w czterech punktach wokół siebie, na liniach wyobrażonego okręgu.
— Nie będzie takiej potrzeby. Jeśli zagrasz wystarczająco dobrze, niejeden wąż na pewno się zjawi — odparł Voldemort.
Pozostawało mu tylko rzucenie zaklęcia wzmacniającego roznoszenie dźwięku na swój instrument.
Francis wyjął ze skrzynki pungi, wstał i machnięciem różdżki zapalił zawartość czterech mis. Ogień natychmiast zapłonął jasno, wzbijając się wysoko ponad brzegi naczyń i obficie się kopcąc. Mężczyzna poczekał, aż smugi dymu uniosą się w spiralach. Słodka, delikatna woń bursztynu mieszała się z cięższym, jakby bardziej korzennym zapachem mirry i trudnym do rozpoznania aromatem dodatkowego składnika, który ukrywały inne substancje w mieszance.
Wziął głęboki oddech, zanim zaczął grać. To był jeden z tych momentów, kiedy czuł się najlepiej we własnej skórze, oświetlony uważnymi spojrzeniami, wyczekiwaniem na spektakl. Uważał się za znakomitego aktora, takiego, który tchnie życie w każdą rolę i poprowadzi ją właściwie aż do końca. Melodia spłynęła z instrumentu, gdy z uwagą dobierał kolejne dźwięki. Pungi, prymitywna piszczałka, nie oferowała możliwości zagrania żadnej skomplikowanej, wzniosłej kompozycji. Była jednak zupełnie wystarczająca, by oczarować dziwnym dźwiękiem i hipnotyzującym rytmem. Chciał tylko tego — zwrócić na chwilę uwagę. Nie potrzebował zresztą nic więcej, by poczuć się jak na scenie światowej sławy filharmonii, choćby stał unurzany po kolana w gnoju.
Goście milczeli tylko przez chwilę, wsłuchani. Niektórzy zaczęli się szybko podśmiewać, pytając „Co to za cyrk?", ale Francis ich zignorował. Zapach kadzideł docierał już nawet do tych stojących w pewnym oddaleniu i w kolejnych minutach miał wypełnić całą salę.
W czasie bankietu mogli zapomnieć o przecinających podłogę wstęgach wody. Łatwo było odnieść wrażenie, że wręcz nie istnieją naprawdę, skoro wszyscy deptali po nich bez konsekwencji. Zupełnie jakby nie mieli pod stopami ustępującej materii, a wytrzymałe kafle jak w pozostałych miejscach sali.
Trójkątne, łuskowate łby, wciąż lśniące od wilgoci, zaczęły się wynurzać spomiędzy podzielonych platform posadzki. Nieruchome źrenice mierzyły gości, a długie ciała wślizgiwały się na stały grunt lub znikały pod jego powierzchnią, by pojawić się kawałek dalej, jakby w tańcu. Syki zostały zagłuszone. I tylko Czarny Pan podążał za nimi wzrokiem, wcześniej spodziewając się ich przybycia i zająwszy dogodne miejsce, tak, że pozostali świadkowie występu nie zasłaniali mu widoku z żadnej strony.
Któraś z kobiet zaczęła chichotać, jeszcze bardziej zagłuszając muzykę. Uważny obserwator zauważyłby, że usta kolejnych gości rozciągały się w uśmiechach.
Wąż o długości około półtora metra i o sinawoniebieskim kolorze łatwo zlewał się z barwą kafelków. Można go było dostrzec jedynie dzięki ciemnobrunatnym pasom. Wsunął się on w tłum gości, pełznąc do centrum zgromadzenia i po drodze muskając łydki kolejnych mijanych osób. Jedna z czarownic zauważyła go i z urwanym krzykiem odskoczyła do tyłu, wpadając na stojącego za nią czarodzieja.
Za gadem sunęły kolejne. Część pozostała w wodzie, zbliżając się tylko na tyle, na ile pozwalały koryta. Gdyby nie ściana ludzi zapewne natychmiast by zaatakowały.
Francis grał, nie zwracając uwagi na zamieszanie. Taka była jego rola.
Wąż, który dotarł do centrum jako pierwszy, uniósł się i zawisł w tej pozie, zbliżając żółty koniec pyska do dymiącego kadzidła. Wysunął język kilka razy, zanim opadł i zwinął się w kłębek, po czym szerokim zygzakiem pomknął w stronę jednego z gości i zaczął owijać się wokół jego nóg. Nieszczęśnik niemal nie nadepnął na kolejnego, bezskutecznie usiłując wyrwać się z uścisku.
Pozostałe węże zachowywały się podobnie — smakowały powietrze, a potem pełzły w przypadkowych kierunkach lub zaczynały się unosić w górę, kiwając ciałami na boki niby w tańcu kojarzonym z ulicznego zaklinania, zanim decydowały się zniknąć na powrót w wodzie.
Więcej osób krztusiło się z śmiechu, niemal wszyscy mieli dziwnie rozradowane miny, często zarzucali sobie ramiona na plecy w nietypowych gestach poufałości lub wznosili toasty za bliżej nieokreślone sprawy i w imię dawno zmarłych ludzi.
W końcu Francis skończył grać. Jego widownia rozpierzchła się tak samo jak otumanione zwierzęta. Czarny Pan wyraźnie śmiał się z czegoś — być może z niego, choć ciężko było ocenić powód w tej chwili. Ciężko było powiedzieć, czy w tym momencie ktoś w ogóle zauważył ucichnięcie muzyki. Francis miał tę przewagę, że nawet do działania magicznych substancji można było się przyzwyczaić lub ograniczyć ich działanie przez podjęcie odpowiednich kroków.
— Mogłeś nas wszystkich zabić tymi oparami — stwierdził czarnoksiężnik, zanim Francis zdążył zapytać o wrażenia. Nie było w jego słowach ani odrobiny troski.
— Nie jestem z takich. Jednak mógłbym — odparł, w pokazie odwagi wytrzymując jego spojrzenie — i od początku pan o tym wiedział.
— Taaak. I co mógłbym wtedy zrobić? Moi pupile, którzy zostali pod powierzchnią, nie przejedliby tylu trupów.
Zdawało się, że ze wszystkiego ta perspektywa najbardziej rozbawiła czarnoksiężnika.
— W obecnym stanie wciąż zdołają wyjść o własnych siłach, gdy nadejdzie pora.
— A ty zostawisz mi ten specyfik, zanim opuścisz nasz bankiet razem z resztą. Zdaje się, że jednak przywiozłeś coś wartościowego ze swojej wycieczki.
Plątał się przez resztę wieczoru wśród ogłupiałych Śmierciożerców i innych sympatyków idei czystej krwi, aż w końcu zawędrował w okolice rzeźbionych filarów, które zachwyciły go już w momencie wejścia na salę. Wypatrywał wspomnianych przez Scotta róż wśród gadzich kształtów i pojedynczych kości, które węże nosiły niczym klejnoty. Francis był naprawdę zaskoczony, że wydarzenie zostało urządzone w tak dobrym guście. Kiedy wcześniej analizował niektóre plotki, to picie z ludzkich czaszek zamiast kieliszków wydawało się być prawdopodobne.
Kiedy nie znalazł kwiatów w centralnej części sali, przeszedł na jej tył. Filary prawie całkiem odgradzały tę przestrzeń, przez co stanowiła niemal oddzielny korytarz pozostawiający możliwość podglądania gości.
Panowała tam taka ciemność, że musiał korzystać ze światła różdżki, by cokolwiek dojrzeć. Dopiero wtedy mógł posuwać się naprzód, zaglądając po drodze w każdy kąt i szukając kształtu płatków w każdym nietypowym zbiorowisku linii.
Nie sprawdził więcej niż kilka metrów, gdy dostrzegł mężczyznę w masce wygodnie opartego o ścianę. Sączył coś ze swojego kieliszka, obserwując przez przerwę między filarami główną salę.
— Słyszałem, że można tu znaleźć też rzeźby kwiatów. Orientuje się pan, czy to prawda? — zagadnął Francis.
— Można.
Jego głos był cichy i czysty. Jeden z tych, które odpowiednio użyte mogły zdziałać cuda przy manipulacji.
— Wie pan gdzie?
— Musi je pan sam odkryć.
Mimo pewnego rozczarowania w myślach zgodził się z mężczyzną. Całą rozrywkę w tym przedsięwzięciu stanowiło wyzwanie, by znaleźć jakieś nieznaczące kwiatki samodzielnie. Francis w żadnej mierze nie zaliczał się do miłośników zieleni i jedyne, co go zaciekawiło, to sposób ich ukrycia i pytanie bez odpowiedzi w najbliższej perspektywie: po co w ogóle ktoś je tu umieścił?
Dlatego bez dalszego odwlekania kontynuował przyglądanie się rzeźbom i oświetlanie wszystkich szczelin. Śmierciożerca odsunął się, odsłaniając fragment ściany, o który się opierał, gdy Francis dotarł do tego miejsca.
Zaledwie pół metra dalej spośród wężowych kształtów wyłaniała się róża. Oplatały ją niemal pod sam kielich i tylko delikatne, półprzezroczyste płatki wykonane z innego, lekko różowego materiału rozkładały się ponad ich głowami. W dotyku były chłodne i śliskie, prawdopodobnie wykonane z jakiegoś kryształu. Na myśl przychodził mu w pierwszej kolejności kwarc, choć nie miał pojęcia, na ile ten materiał nadawał się do rzeźbienia.
— Widzi pan, to nie było takie trudne.
Francis przyznał mu rację skinieniem głowy.
— Zna pan nazwisko artysty?
— Artysty, a nie wykonawcy? To bardzo pochlebcze z pańskiej strony — zauważył Śmierciożerca. — Dlaczego to pana interesuje?
— Chętnie bym porozmawiał z tym człowiekiem. Przekazał wyrazy uznania.
— Może mu pan przesłać kwiaty i czekoladki, może wiersz albo dwa na jego cześć, na pewno to doceni — powiedział mężczyzna i Francis uznał, że się z niego naśmiewa.
— Odpuszczę sobie, jeśli to moja jedyna możliwość.
Wyprostował się i przesunął różdżkę tak, że światło zaklęcia padło na maskę rozmówcy. Miał wrażenie, że się uśmiecha, choć ciężko było stwierdzić przez cienie gromadzące się przy otworach zasłony.
— Szkoda — odparł lekko. — W kwiatach kryje się wyjątkowo dużo poezji. Nie będę panu przeszkadzać w odkrywaniu jej, moja obecność wyraźnie nie nastraja pana odpowiednio.
Odwrócił się i odszedł, kończąc w ten sposób rozmowę. Francis nie słyszał jego kroków i ciemny kształt jego pleców również szybko zniknął w ciemności.
-xxx-
Jak okazało się w najbliższych miesiącach, nie wszyscy się poddali. Wciąż pozostali śmiałkowie, których dusze wołały o słodką krew, a usta wrzeszczały o sprawiedliwości. Próbowali podkopywać świeżo kładzione fundamenty rządu Voldemorta, jak szczury wychodząc ze swoich nor tylko po to, by niszczyć lub zdobywać się na mordercze akty brawury.
W grubej, kremowej kopercie z pieczęcią Ministerstwa Magii, której kształt podobnie jak motto został zmieniony, przyszło zaproszenie. Publiczna uroczystość.
Zebrali się w holu Ministerstwa, przypuszczając, że lepiej się pojawić i klaskać, gdy Czarny Pan skończy mówić. Kłaniać się niedawno mianowanym urzędnikom i snującym się gdzie im się uwidziało Śmierciożercom. W czarnych pelerynach wciąż sprawiali onieśmielające wrażenie, budząc skojarzenia z wojną i postaciami dementorów, nawet jeśli wielu porzuciło maski.
Francis poszedł jak poprzednio z ciekawości. Voldemort lubił aranżować spektakle, a on był zawsze chętny, by jakiś obejrzeć. Pierwszym, co spostrzegł na miejscu, był brak Fontanny Braterstwa. Dokładnie w miejscu przez nią uprzednio zajmowanym znajdowała się czara — podobnej wielkości co fontanna i wykonana z identycznego kamienia. Francis mógł przypuszczać, że ozdoba wątpliwej urody została jedynie transmutowana.
— Nie upłynęło wiele czasu od zakończenia konfliktu. Pamięć ludzka bywa jednak krótka, czyż nie? — odezwał się Voldemort. Pytanie rzucone w tłum nie doczekało się odpowiedzi i czarnoksiężnik wyszczerzył się pogardliwie. — Obecność naszego dzisiejszego gościa mnie o tym przekonała.
— Pamiętam dobrze, coście zrobili, bydlaki! — wrzasnął ktoś zasłonięty szeregiem Śmierciożerców.
— Odsłońcie go.
Rozsunęli się, ukazując mężczyznę przywiązanego magicznymi więzami do krzesła. Półprzezroczyste żyłki zdawały się połyskiwać mocniej za każdym razem, gdy się szarpał, nie ustępowały jednak ani o milimetr.
— Dlatego zdecydowałem się odświeżyć wam pamięć. Wierzę, że to będzie pouczające doświadczenie dla wielu z obecnych. Przyznam, że obawiam się, że w innym przypadku ci o słabym przekonaniu i słabej pamięci szybko zostaną ugoszczeni w lochach przez naszego przyjaciela Waldena Macnaira.
Macnair ukłonił się nisko, mamrocząc pod nosem „Mój panie".
— Ty, Colbert — zwrócił się do uwiązanego mężczyzny — będziesz miał przyjemność poznać go trochę bliżej już dzisiaj. Niestety nie będziecie mieli okazji zostać przyjaciółmi. Mam dla ciebie inne plany. Właściwie to wszystkie twoje znajomości się dzisiaj skończą. A może jedynie przeniosą się na inny świat, co, Colbert? Możesz nam powiedzieć, ilu twoich małych przyjaciół zamierza pójść w twoje ślady. I tak niewiele zmieni to ich los. Chyba że zdołasz przekonać ich do zmiany zdania? — zagadywał. W międzyczasie podszedł do czary. — Musimy nieco zmienić twoje zakwaterowanie, czyż nie? — Macnair spetryfikował delikwenta i magiczne więzy zniknęły. Został przetransportowany na środek kamiennego naczynia i przywiązany do kolumny, która wyrosła na środku. — Oczywiście nie miałem na myśli lochów. W końcu nie mogę jedynie przemawiać za każdym razem, gdy się spotykamy — zwrócił się do milczącej publiczności. — Jeszcze bylibyście skorzy uwierzyć, że rzucam słowa na wiatr.
Voldemort wycelował różdżką w środek czary i urwał monolog na czas inkantowania zaklęcia. Formuła była wyraźnie długa, choć czarnoksiężnik wymawiał na głos jedynie fragmenty, znacząco skracając czas trwania procesu.
Colbert, już dłużej niespetryfikowany, wyraźnie pobladł i w nieopanowanym strachu usiłował się uwolnić. Bezskutecznie.
Voldemort uśmiechnął się złośliwie i w następnej chwili więzy puściły. Colbert wyrwał do przodu z mieszanką desperackiej nadziei, ulgi i niemal szczęścia na twarzy. Żwawo wspiął się po pochyłych ścianach czary i wydawałoby się, że ogień rosnący pod jego stopami wcale nie parzy, że wręcz go nie ma.
W momencie, gdy dotknął pofalowanej krawędzi, więzy zmaterializowały się na powrót, oplatając jego ciało i z trzaśnięciem przywiodły go do kolumny, w samo centrum gorejącego coraz mocniej ognia. Jego postać wydawała się wręcz rozmazana, dziwacznie zniekształcona przez zielonkawy płomień.
Skazaniec zaczął wrzeszczeć w agonii. Nie było już niczego, co odwróciłoby jego uwagę od rozpoczynającej się tortury.
— Być może powinieneś spróbować jeszcze raz, Colbert? Jeszcze masz szansę, czyż nie? W końcu nie spaliłeś się do cna — zachęcał Voldemort. Jego ton brzmiał niemal przyjaźnie.
Kilku Śmierciożerców zaczęło rechotać. Gdyby ktoś przyjrzał się Colbertowi z bliska, już zauważyłby jego okropne poparzenia, których ilość rosła w zastraszającym tempie.
— W swojej łasce obiecałem wam wybaczenie. Muszę jednak rozwiać wasze złudzenia, jeśli sądziliście, że pozwolę takiemu robactwu pełzać bezkarnie przed moim obliczem jedynie dlatego, że nie tracę czasu na wyławianie go z gnoju. Obiecałem wam dobrze prosperujący kraj i potęgę. Ten majestat… Mój majestat nie tylko olśniewa, ale też pali. I wypalę każdą zarazę, która znajdzie się na tyle blisko, by tego doświadczyć… — mówił, dopóki nie zagłuszył go, tak samo jak jeszcze cichnących śmiechów, wrzask Coberta. Lepiej niż cokolwiek poświadczył za jego słowa i zgasił wszelkie poczucie rozbawienia, jakie mógł wywołać u widzów samo-natchniony monolog.
Voldemort pozwolił im się wsłuchiwać w rozpaczliwe zawodzenie jeszcze przez chwilę, zanim uciszył więźnia.
— Znając naszą historię, pewnie zastanawiacie się, skąd taka kara. Wszyscy pamiętamy polowania na czarownice. Naszemu dzisiejszemu gościowi są szczególnie bliskie, dzieli w końcu korzenie z naszymi prześladowcami. To tak bliskie pokrewieństwo, że do pozbawionego magii robactwa należą jego ojciec i matka. Tak, w jego żyłach płynie czysty szlam, tak gęsty, że gdybym go rozciął, pewnie nic by nie wypłynęło.
To stwierdzenie wywołało kolejną falę chichotów wśród jego popleczników. Voldemort kontynuował, krążąc w międzyczasie po kręgu uformowanym przez widzów:
— Lord Voldemort jest sprawiedliwy. Każdego przestępcę czeka odpowiednia kara. Dlatego każdą przyjmującą stronę mugoli szlamę spotka ten sam los, który oni nam zafundowali przed wiekami. Nie pozwolę, by przez zaślepionych głupców tak niesprawiedliwy i upodlający naszą rasę scenariusz się powtórzył.
Pół godziny później zebrani wciąż tkwili na swoich miejscach, już niemal pragnąc, by koszmar się skończył, by Cobert w końcu doczekał się śmierci. Mogli nie patrzeć, ale smród palonego mięsa wypełniający całe pomieszczenie był niemożliwy do zignorowania.
— Pewnie zastanawiacie się, czemu jeszcze żyje — powiedział Voldemort z uśmiechem. — W końcu ofiary palenia zwykle kończą swój żywot bardzo szybko z powodu uduszenia, czyż nie? Powinniście zauważyć do tej pory, że mój ogień się nie kopci. Nie chciałbym tak szybko oszpecić ministerialnego sufitu — zażartował.
Długi czas później egzekucja się skończyła. Choć być może widzom wydawało się tak jedynie z powodu terroru rozwlekającego każdą chwilę i wpajającego ją w pamięć. Czarodziejski ogień strawił ciało dużo szybciej niż zwykły i kości już zbliżały się do etapu, kiedy mogły rozsypać się na proch.
— Nie zgaszę tego ognia. Niech płonie, a może kolejni z was będą pamiętać, czego wam oszczędzam.
Wychodzili w milczeniu, tak, że było słychać tylko szuranie stóp, pokasływanie i wydmuchiwanie nosów tych kilku, którym zebrało się na łzy.
Jeśli Francis był aktorem, to Voldemort reżyserem i tego dnia przedstawił im wyjątkowo makabryczny spektakl. Francis zastanawiał się, czy w przyszłości każda linijka tej sztuki będzie hybrydą kpiny z uczestników i rozrywki sadysty. Być może Czarny Pan sam coś odgrywał, czarodziej nie wyobrażał sobie jednak, by z własnej woli przyjął rolę inną niż losu lub boga w greckiej tragedii.
Dokładny powód egzekucji został ujawniony dopiero kilka dni później przez Proroka. Istniało wiele przyczyn, dla których Voldemortowi nie opłacało się ujawniać, że Colbert został skazany za zamach na jego osobę. Najśmieszniejszym z nich był fakt, że śmierć zamachowcy mogła się wydać wręcz sprawiedliwa.
Publiczna egzekucja nie zapoczątkowała nowego trendu, ale też nie wystarczyła, by pozbawić buntowników woli walki. Kolejne utarczki odbywały się jednak z dala od Ministerstwa Magii.
Pierwszym jednak, o czym zaczął donosić Prorok, były donacje czystokrwistych rodów, które wspaniałomyślnie ofiarowały swoje rodzinne skarby, byle tylko uniknąć wojny, a przynajmniej tak brzmiała najczęstsza wersja. Za przekazaniem złota szybko podążało przekazanie orderu Merlina niskiej klasy za godną poszanowania postawę. Obsadzenie Wizengamotu odpowiednimi z punktu widzenia nowej władzy ludźmi nie potrwało długo. Plan Rudolfa okazał się sukcesem, choć Francis podejrzewał, że nie poszłoby tak gładko, gdyby społeczeństwo nie było wciąż oszołomione zmianami politycznymi. Voldemort jednak wydał nową ustawę, która zmieniała wymagania potrzebne, by zasiąść w czarodziejskiej radzie, co ostatecznie ugruntowało świeżo zajęte pozycje suprematów i zamknęło sprawę. Pozbawieni swoich miejsc byli radni stracili możliwość powrotu. Musieli czekać na młode pokolenie, jeśli w ogóle zainteresowałoby się polityką na tyle, by postarać się o spełnienie warunków przyjęcia kandydatury pod głosowanie.
Mimo to Rita Skeeter nie straciła zapału do pisania paszkwili o przekupności rządu. Nawet odważyła się wejść do sali obrad i zapytać, za ile można nabyć miejsce. Wyrzuciła ją Amelia Bones, nie powstrzymało to jednak kobiety od rozpisywania się w Proroku Codziennym o takiej możliwości, dodatkowo używając złości Bones jako dowodu, że rząd stanowi zamkniętą klikę.
Ostatnie strony gazet stale raziły podobiznami poszukiwanych buntowników. Niektórzy znaleźli się dopiero w wodach Tamizy po tym, jak brygada uderzeniowa wsparta grupą Śmierciożerców, wraz z aurorami zabezpieczającymi teren przed niepożądanymi interwencjami, wdarła się do kwatery zbiegów i zmiażdżyła ich siły w walce, która się natychmiast wywiązała. Prorok przez kilka kolejnych dni pokazywał zdjęcia współpracujących zespołów. Śmierciożercy z przypiętymi do czarnych szat emblematami Ministerstwa Magii dumnie pokazywali Mroczne Znaki na tle zdewastowanego budynku. Bellatriks szczerzyła się zwycięsko na pierwszym planie, a podpis głosił, że zdołała samodzielnie zdjąć przywódcę buntowników. Szminka rozmazana na jej zębach przywodziła na myśl krew. Niedługo później została szefową Brygady Uderzeniowej.
Później odezwały się głosy na temat Hogwartu. Szkoła długo pozostała poza sferą wpływów Voldemorta i mogłoby się wydawać, że czarnoksiężnik zwyczajnie o nią nie dbał. Błędnie. Powołując się na zmartwienie o los dzieci, na podejrzenia o notoryczne łamanie prawa oraz ukrywanie zdrajców przez Albusa Dumbledore'a oraz wspominając liczne donosy, ogłosił potrzebę interwencji Departamentu Przestrzegania Prawa. Na koniec przypomniał o długo odwlekanych zmianach w systemie edukacji.
Aurorzy zostali wpuszczeni za bramy, gdy Albus Dumbledore podjął próbę udowodnienia swojej niewinności. Śmierciożercy pozostali na obrzeżach, gotowi wziąć w razie potrzeby zamek szturmem, a Voldemort cierpliwie czekał w swoim gabinecie na nieuchronne połączenie sieci Fiuu.
Ostatecznie, aby uniknąć rozlewu krwi i aresztowania, a przez to pozbawienia uczniów swojej ochrony, Dumbledore zgodził się na swego rodzaju pakt. Francis wciąż czekał na jakiekolwiek szczegóły, gdy zobaczył Czarnego Pana po raz pierwszy od egzekucji w holu ministerstwa.
Tego dnia do swojego mieszkania wrócił pieszo. W środku zastała go cisza, a gościa dostrzegł dopiero, gdy wszedł do salonu. Od czasu, gdy przyjął niewielki apartament za swój, pomieszczenie stało się tylko bardziej zagracone, a biurko, które kupił w pierwszych dniach pobytu, i kufer, który porzucił tam na początku, nie zmieniły swoich miejsc, choć zostały przygniecione stertami rzeczy.
Voldemort zajął ulubione miejsce Francisa za biurkiem i z filiżanką herbaty na blacie, który w tajemniczy sposób opustoszał, przeglądał Proroka. Latający dywan, który czarodziej ze sobą przywiózł i który beztrosko pozostawił do tej pory w kufrze, został przewieszony przez kanapę. Papuzie pióro, którego do niedawna używał do pisania, gdzieś zniknęło, miał szczerą nadzieję, że nie na zawsze.
Oczywiście Voldemort pił z najlepszej porcelany Francisa, którą niedawno wyłowił w sklepie ze starociami.
— Wypisują o mnie niestworzone rzeczy, nie sądzisz? Szczególnie ta Skeeter…
— Ma pan na myśli te dywagacje na temat pana życia miłosnego?
— Tak, dokładnie te. Bezczelna kobieta — mruknął i niesmakiem odłożył gazetę. — Dlaczego nie usiądziesz?
Francis usiadł na kanapie.
— Co pana do mnie sprowadza? Oczywiście to zaszczyt… — zaczął, ale Voldemort przerwał mu machnięciem ręki.
— Spójrz, co znalazłem w twoim kufrze. Czy i następnym razem, gdy cię odwiedzę, znajdę coś interesującego? Pamiętam żywo nasze pierwsze spotkanie. Bardzo mnie wtedy rozbawiłeś.
— Nie spodziewałbym się, że uzna pan starą pamiątkę za wartościową — odpowiedział.
— Nawet gdybyś i następnym razem zdołał mnie zaskoczyć, nie starczyłoby ci dobytku na wszystkie nasze spotkania, Francis. A czeka nas ich wiele. Jesteś mi potrzebny — oświadczył Voldemort z niezachwianą pewnością, że owszem, czeka ich długa współpraca.
— W jaki sposób mogę panu pomóc? — zapytał Francis, przełykając nerwowo ślinę.
— Potrzebuję człowieka w Hogwarcie. Neutralnego czarodzieja, który nie wspiera żadnej ze stron. Nadajesz się idealnie, czyż nie?
— Wierzę, że jestem nie tyle neutralny, co niezwiązany ani panem, ani z Dumbledorem… Moje poglądy znajdują się po słusznej stronie.
— Niezwiązany to najważniejsze słowo. — Voldemort uśmiechnął się ze złośliwością, która szczęśliwie nie była skierowana na rozmówcę. — Jeśli ktoś będzie oczekiwać po tobie czegoś więcej, spotka się z przykrą niespodzianką. Jaka szkoda…
— Nie do końca rozumiem, w jaki sposób mógłbym zająć miejsce w Hogwarcie.
— Binns już dawno powinien zostać zastąpiony. Zajmiesz jego miejsce. Słyszałem, że znasz historię, radzisz sobie z ludźmi, a przecież i tak nietrudno o lepszego pedagoga od Binnsa. Ponadto spełniasz warunek o niezależności politycznej. Idealny kandydat! Zostaniesz przyjęty przyjaźnie przez obie strony. A gdy minie trochę czasu, a ty udowodnisz swoją wartość, zastąpisz Minerwę McGonagall na stanowisku wicedyrektora. W końcu nie możemy zostawić u władzy zbyt wielu stronniczych magów.
— Pokłada pan we mnie bardzo wysokie nadzieje. Nie zasłużyłem… — usiłował się wymówić, ale czarnoksiężnik ponownie mu przerwał.
— Oczekuję, że je spełnisz.
— Absolutnie. — Pochylił głowę.
Nieuchronny los czy okrutne bóstwo — zdecydowanie wolał być jego agentem niż ofiarą.
— Nie będę ci zabierać tak barwnej pamiątki. — Kiwnął w stronę latającego dywanu. — Zresztą niedługo stare przepisy i w tym zakresie zostaną poprawione. Może polecisz na nim do Hogwartu? Za miesiąc będzie już ciepło.
— Tylko jeśli nie będzie padać, mój panie.
— Minister Voldemort to tytuł, którego będziesz używać. Nie chcielibyśmy zaalarmować neutralnych jakąkolwiek poufałością. Jeszcze by pomyśleli, że się spotkaliśmy.
Francis drgnął i spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami.
— Jak w takim razie otrzymam posadę?
— Nie zainteresowały mnie nigdy zwyczaje panujące w Indiach, ale niezależnie od tego, od kiedy wróciłeś do Czarodziejskiej Brytanii, powinieneś przypomnieć sobie o istnieniu rozmów o pracę — zadrwił. Sięgnął do kieszeni szaty i wyciągnął stamtąd kawałek zwiniętego pergaminu. Rzucił go na kolana Francisa. — Przygotuj się dobrze. Nie mogę przyjąć kogoś, kto nie zna swojego przedmiotu…
Bezsenne noce pełne niemożliwych do zapamiętania dat i bezbarwnych ilustracji ze starych podręczników zdominowały cały kolejny miesiąc Francisa.
