Az: Dziękuję za miłe słowa. To szczególnie krzepiące, kiedy opowiadanie podoba się osobie na co dzień niezainteresowanej tematyką :)
Anjo: Jakże mogłabym nie znać Loli Sete-Paris? Dla mnie pozostaje mistrzynią, najlepsza polska pisarka NejiTen. Śmiem podejrzewać, że wyczytałam z polskiego fandomu wszystko, co o nich było. A ciekawostki oczywiście znam i to na pamięć (te pikle to również z databooków :D). Wróżbiarstwa jakoś nie potrafię wykorzystać, bo nie zgadza się ono z moją wizją TenTen jako w miarę rozsądnej kobiety :) I dziękuję Ci za poświęcenie czasu temu opowiadaniu i wyrażenie opinii :)
.
.
Tego dnia słońce zdawało się być większe niż zazwyczaj, świecić jaśniej, a przy okazji dawać więcej ciepła. Także niebo było bardziej niebieskie, woda czystsza, a pluskające się w niej ryby wesoło uderzały ogonami o jej powierzchnię. Ptaki śpiewały głośniej, żaby kumkały wesoło, kury znosiły większe jaja, a krowy dawały lepsze mleko. Psy klanu Inuzuka nie szczekały, a zamiast tego merdały wesoło ogonami. A gdyby ktoś niewiedzący co to za dzień oznajmił nagle, że przecież nic się nie zmieniło od dnia poprzedniego, prawdopodobnie nikt świadomy powagi daty by mu nie uwierzył.
Dlaczego ten dzień był tak szczególny? Dlaczego był tak wyjątkowy, że serca wszystkich stawały się weselsze i czystsze? Co to za dzień?
Była to szósta rocznica zakończenia Czwartej Wielkiej Wojny Shinobi. Dzień rokrocznie celebrowany z coraz większą radością. Im mocniej zasklepiały się i zabliźniały powojenne rany, tym szczęśliwsi byli shinobi na całym świecie, świętując koniec rzezi, jaka miała miejsce przed sześcioma laty.
Ta wojna była wyjątkowa. Wtedy to po raz pierwszy shinobi na całym świecie zjednoczyli się przeciw wspólnemu wrogowi, pragnąc ocalić swój świat, chcąc, aby pozostał takim, jakim go znali. Po raz pierwszy zagrożenie okazało się tak bardzo realne. Dzieło boga – Mędrca Sześciu Ścieżek – chciało zostać zniweczone przez… człowieka. O ile ukrytego za pomarańczową maską mężczyznę można było wciąż określać tym mianem. Ta wojna ukształtowała na nowo mentalność shinobi, zmuszając ich do zadumy nad życiem i śmiercią, przemijaniem i sensem ich nindou. I właśnie dlatego kolejne rocznice zakończenia tej konkretnej wojny celebrowano z dużo większym rozmachem, niż trzech poprzednich zwykło się świętować kiedykolwiek.
Z roku na rok wygląd urządzanego na tę okazję festiwalu zmieniał się, w zależności od aktualnego kaprysu organizatorów. Ważną rolę w przedsięwzięciu odgrywali uczniowie Akademii Ninja, dla których była to także lekcja historii. Młodsze dzieci rodziły się już po wojnie, niektóre z nich nigdy nie widziały się ze swymi ojcami, gdyż ci zginęli przed ich narodzinami. Starsi uczniowie zazwyczaj nic nie pamiętali z tego okropnego czasu. Byli pozbawieni traumy widoku śmierci. Z tego powodu przykładano wielką wagę do zakorzeniania w nich umiłowania pokoju. A organizowanie festiwalu było ku temu idealną sposobnością.
Przez ostatnich pięć lat niezmiennym było uroczyste honorowanie bohaterów tamtej wojny przez młodych genninów. Doświadczeni przez życie starsi shinobi wychodzili wtedy na specjalny podest, przyozdobieni w swoje medale otrzymane z rąk lorda feudalnego, nierzadko w wojennych mundurach. Młode adeptki ninja rozdawały białe i czerwone róże jako symbole niewinności i woli ognia, drzemiącej w sercach mieszkańców Konohy.
Nudy. Rok rocznie to samo. Wszystko odbywało się ku uciesze cywili. A jednak… Ninja lubili być doceniani. Zapewne za kilka lat ten zwyczaj zejdzie z piedestału, ustępując miejsca czemuś świeższemu. Zaś teraz mogli to jeszcze znieść. Zwłaszcza, że sama uroczystość była całkiem przyjemna. Oprócz tego w tym roku dla Neji'ego była swego rodzaju wybawieniem.
Na dzień festiwalu ustalono spotkanie z czwartą już kandydatką na jego żonę. Po tym jak bezceremonialnie odrzucił trzy poprzednie, Starszyzna liczyła na czwartą z dziewcząt. Ta dla odmiany pochodziła z Sunagakure no Sato i w Konoha znajdowała się pod protekcją szacownego Kazekage. Tak jak Neji pochodziła z odpowiednika gałęzi swego klanu. Nie wiązało się to z takimi restrykcjami jak u Hyuugów. Będąc bratanicą przywódcy klanu (a więc mając identyczne pochodzenie jak Neji), miała podobno o wiele łatwiejsze życie niż on. Była co prawda kunoichi, ale zgodziła się z tego zrezygnować, jeśli jej przyszły małżonek (niedoczekanie!) tego wymagał. Miała rangę gennina i brak ambicji na więcej. Ayame Kurou miała lat dwadzieścia i… Neji miał złe przeczucia. A może po prostu był sceptycznie nastawiony?
Tak czy inaczej Neji cieszył się niezmiernie ze sposobności wyswobodzenia się na chwilę i wyjścia na piedestał chwały wraz z… Z TenTen. Uśmiechał się na samą myśl… Ach, i Lee rzecz jasna! Nie powinien zapominać o Lee.
A jednak to o szatynce myślał przez cały czas. Może to przez to przyjemne mrowienie w ustach? Myślał o niej właśnie przez to, czy też to myślenie o niej powodowało to uczucie? Co było pierwsze? Nie mógł sobie przypomnieć.
Spokoju nie dawała mu jedna myśl – czy ona to pamiętała?
.
.
Czuła się, jakby po jej głowie przebiegało stado spłoszonych zwierząt parzystokopytnych dużego kalibru. To uczucie nie było dla niej obce – towarzyszyło jej co rano, przynajmniej dwa – trzy razy w tygodniu przez ostatni miesiąc, może nawet dłużej. Jeśli tylko następnego dnia z jakiegoś powodu Neji nie mógł z nią trenować, folgowała sobie bez nerwów. Raz popijała w barze, innym razem w zaciszu własnego mieszkania. Kiedy wypiła za dużo, zwykła płakać. Obojętne jej było w co wylewa swoje żal i frustracje – opcjonalnie było to ramię barmana, poduszka czy własny rękaw. Zawsze tylko pilnowała się, żeby nie dać po sobie niczego poznać w towarzystwie przyjaciół. Nie chciała żeby… Żeby…
Nie rozumiała dlaczego ostatnio tak chętnie się upija. A może po prostu nie chciała tego dopuścić do świadomości? Wlewając w siebie zawartość kolejnych czarek z sake, myślała nad czymś intensywnie, aż do popłynięcia łez. Kiedy zaś ktoś zwrócił na nią uwagę, wybudzała się, nie będąc jednak w stanie powiedzieć o czym myślała. I nie było to spowodowane stanem upojenia alkoholowego, w którym w ogóle ciężko było powiedzieć cokolwiek. Ona autentycznie nie miała pojęcia o czym myślała. A przynajmniej nie świadomie.
Cała jej podświadomość przebiegała przez kolejne spędzone z nim dni. Treningi, misje, wspólne posiłki, walki… Egzamin na chunnina, jego pogoń za Sasuke, stan w jakim był po powrocie… I kolejne misje, treningi, rozmowy… Egzamin, w którym cała ich drużyna została chunninami… Treningi, treningi, treningi i jeszcze raz treningi. Jego awans do rangi jounina, jej przerażenie na samą myśl, że mogliby zostać rozdzieleni, że mogliby przestać chodzić na wspólne misje. Nic takiego się jednak nie stało – wciąż razem trenowali, walczyli, jedli, spali, padali z wycieńczenia na splamioną krwią ziemię. To jak ją złapał po walce z człowiekiem-rekinem… Kolejne misje, wspólne zadania, treningi, więcej treningów. Potem Wojna. Ach, wojna. Nie mogła uwierzyć, ale z rozczuleniem wspominała czas, kiedy walczyli ramię w ramię… Byli tylko dla siebie. Jej serce przyspieszało, gdy razem powalali przeciwnika na ziemię. Czuła się wtedy taka pewna. Pewna siebie, pewna świata, pewna sprawy, za którą walczą. Pewna tego, że chce u jego boku narażać swoje młode życie na niebezpieczeństwo. Pewna, bo Neji przysiągł przed laty, że nigdy już z nikim nie przegra.
Neji był słowny.
Neji nigdy nie obiecywał jej, że już zawsze będą razem.
Tego wieczora piła, wpatrując się w swoje honorowe odznaczenie. Widziała jak jej łzy powoli skapują na pozłacany order. Rozmazywała je delikatnie, drżącą dłonią, z czułością, z bijącym sercem, z rozżaleniem. Z poczuciem niesprawiedliwości. Z poczuciem zdrady. Z poczuciem…
Czy naprawdę zasługiwała na odebranie jej czegoś najważniejszego w życiu?
To nie była jego wina. On nie chciał. To oni. Oni mu kazali.
Ona wiedziała, że on nie chciał. Nie chciała także uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
Nie mogła go winić. On był im posłuszny. Byli tylko pionkami. Durnymi marionetkami. Na co komu te pieprzone medale? I tak nie mieli honoru, dając się tak wykorzystywać.
Ona cierpiała. Cierpiała, bo on był nieszczęśliwy. Cierpiała, bo lepiej od kogokolwiek wiedziała, czego on chce. Wiedziała, że on pragnie resztę życia spędzić walcząc. Wiedziała, że chce walczyć wraz z nim. Cierpiała, bo znała wszystkie jego obawy i troski. Znała każde jego słowo i każdą myśl. Za każdym razem, gdy w zamyśleniu dotykał czoła. Znała powód troski, znała podstawy do obaw. Cierpiała, bo jego uczucia nie były jej obce. Dla niej? Dla niej on był otwartą kartą, zwojem, z które można było sczytywać kolejne znaki. Był jak pieczęć – wystarczyło poświęcić mu swoją uwagę, czas i energię, zbliżyć do niego dłoń, delikatnie i ostrożnie. Ona była ostrożna.
Znała Neji'ego Hyuugę lepiej niż ktokolwiek inny i czuła go lepiej niż ktokolwiek inny. Kiedy Neji Hyuuga był nieszczęśliwy, nieszczęśliwa była także mistrzyni broni. Kiedy on był niespokojny, niespokojna była także ona. Kiedy on odczuwał ból, bolało także i ją. Wiedziała, że gdyby chciał zdradzić wioskę, nie zawahałaby się ani przez chwilę przed pójściem za nim. On jednak miał odejść sam. Bez niej. Zostawić ją. Samą. Samotną.
Nie. Przecież nie chciał jej zostawiać. I nie zostawiał.
To dlaczego czuła, jakby ją opuszczał? Jakby zabierał jej coś bardzo ważnego?
Uginała się pod natłokiem myśli. Klęczała na drewnianej podłodze patrząc na butelkę sake. W jej sercu mieszały się sprzeczne uczucia. Nie wiedziała co się z nią dzieje. Jej świat… Patrzyła dookoła, a wszystko, co kiedyś było jasne i przejrzyste, zaczynało się rozmazywać. To tylko łzy – myślała, ocierając je wierzchem pobladłej dłoni. Myślała. Zdecydowanie zbyt wiele i zbyt często. I dodatkowo – nic jej z tego nie przychodziło. Dlaczego?
Ponieważ przez cały czas ani razu nie dopuściła do siebie tej jednej, jedynej i najważniejszej myśli.
Ona, TenTen, mistrzyni broni, przyszła legendarna kunoichi, bohaterka Czwartej Wielkiej Wojny Shinobi, zupełnie absurdalnie i całkiem po ludzku, kochała długowłosego geniusza klanu białookich. Kochała Neji'ego Hyuugę całym swoim sercem. Nigdy, przenigdy nie przyszło jej do głowy, że wszystko to, co do niego czuła i co chciała dla niego zrobić, można było streścić i nazwać jednym, krótkim, emanującym czerwienią (a może szkarłatem?) słowem – miłość.
.
.
Postanowiła doprowadzić się do porządku. Dopiła sake, które zostało w butelce, nie bawiąc się nawet w używanie czarki. Wstała z podłogi, na której siedziała i otrzepała ubranie. Próbowała się pozbierać. Nim jednak zdążyła dobrze nad tym pomyśleć, przewaliła się na sofę i, tonąc we własnych łzach, zasnęła.
Po alkoholu zwykła chrapać.
.
.
I teraz te paskudne zwierzaki taranowały jej czaszkę i odbierały zdolność myślenia. Rozpuściła sobie nawet dwie tabletki na ból głowy w szklance wody. Pomijając już fakt, że wypiła wcześniej trzy jej butelki. W ostatnim czasie miała sporo sposobności do przekonania się, co w jej wypadku jest najskuteczniejsze w walce z kacem.
Musiała się przygotować. Otworzyła szafę, w której trzymała swój wojenny mundur. Skrzywiła się przy tym i obiecując sobie solennie wśród przekleństw, że naoliwi te cholerne, skrzypiące zawiasy, nim pewnego dnia rozsadzą jej bębenki w uszach, a potem całą głowę.
Mundur był lekko zakurzony, a blaszka na ochraniaczu, którą zdobił znak znaczący „shinobi", wymagała wypolerowania. Wyjęła swoje odznaczenie z pudełka i drżącymi dłońmi przyczepiła po lewej stronie kamizelki, nieco powyżej piersi, dokładnie tam, gdzie znajdowało się serce.
Poczuła ukłucie. Po lewej stronie, na wysokości piersi. Tym razem była to jej własna pierś. Serce. Zignorowała to uczucie, wieszając wieszak z mundurem po zewnętrznej stronie drzwi szafy. Otrzepała go z kurzu pobieżnie, nie przejmując się zanadto.
Niedbała. W ostatnim czasie nic nie liczyło się dla niej na tyle, aby porządnie o to zadbać. Dom był nieposprzątany od dnia, kiedy Neji był u niej po raz ostatni, a było to ponad dwa tygodnie temu. Zaniedbywała siebie – jej koczki nie były tak misternie upięte jak zawsze, twarz poszarzała zapewne od nadmiaru zmartwień. Posiłki, które spożywała, były godne pożałowania. Stawała się obrazem nędzy i rozpaczy, równocześnie nie dopuszczając do siebie myśli o tym.
Gdy po latach wspominała ten okres w jej życiu, zdawało jej się, że minął okropnie szybko. Niemal go nie pamiętała. Zupełnie jakby wtedy… nie żyła.
.
.
- Palisz?
Brunet już wyciągał w jej stronę paczkę z papierosami, w drugiej ręce trzymając zapalniczkę.
Zmierzyła go badawczym spojrzeniem. Czy wyglądała na kogoś kto pali? Przeglądała się w lustrze przed wyjściem. Była blada i miała przekrwione oczy – to zapewne z powodu kaca, który dopiero teraz powoli zaczynał jej odpuszczać, zapewne za sprawą wypitego piwa.
- Nie – odparła, wyciągając rękę w stronę pudełka. Wysunął jej na dłoń pojedynczego papierosa. Kiedyś musi być ten pierwszy raz.
- Lepiej się nie zaciągaj – zasugerował, gdy już włożyła końcówkę bibułki owijającej tytoń do ust. Przypalił z drugiej strony i obserwował, co się będzie działo.
Skupiła wzrok na końcówce papierosa i patrzyła, jak dym powoli zaczyna unosić się ku górze. Stali na uboczu, nikomu nie przeszkadzali. Delikatnie pociągnęła, stłumiła kaszlnięcie. Strasznie śmierdziało, ale wydawało się relaksujące. Do zapachu w sumie można się było przyzwyczaić…
Neji szedł po drugiej stronie ulicy z blondynką uwieszoną na ramieniu.
Dym zdołał wedrzeć się do jej płuc. Długowłosy poszedł dalej, podczas gdy ona, zgięta w pół, kaszlała, próbując przy tym złapać oddech.
Shikamaru Narze cisnęło się na usta „A nie mówiłem", ale powstrzymał się. Był zbyt dobrym obserwatorem, żeby nie zauważyć co też się właśnie stało. Nie należał może do plotkarskiej elity Konohy, jednak Ino… To zupełnie inna sprawa. Dobrze wiedział, że ten genialny shinobi, Hyuuga, ma zostać usidlony przez jakąś bogatą panienkę. Widział także (i tego nie musiał mu już nikt mówić) jaki to ma wpływ na towarzyszącą mu szatynkę. Sprawa nie wyglądała za ciekawie, jednak on nie zamierzał się mieszać. To przecież nie jego sprawa.
On także nie zamierzał się mieszać.
.
.
Neji ośmielał się podejrzewać, że zarówno on jak i jego towarzyszka byli równie znudzeni tym spotkaniem.
Ona chodziła uwieszona (tak, dosłownie wisiała) na jego ramieniu, w drugiej ręce trzymała zaś mangę, którą bez przerwy czytała. Musiała mieć w tym sporą wprawę – przewracała strony jedną ręką bez większego problemu. Co się zaś tyczy samej treści mangi…
Mówiąc otwarcie: Kto normalny przynosi mangę yaoi na spotkanie z przyszłym mężem? Oczywiście to co się dzieje w jej głowie, jest tylko i wyłącznie jej sprawą. A jednak… Odczuwał pewien dyskomfort, gdy jego towarzyszka z zapałem oglądała całkiem szczegółowe ilustracje przedstawiające anatomię mężczyzn… w raczej nienaturalnych pozach.
Przewracała kolejne kartki, a on zrezygnował już nawet z prób odpowiadania jej na pytania. Za trzecim razem zauważył, że ta krótkowłosa blondynka wcale go nie słucha – po co więc miał się fatygować?
- Byłeś kiedyś z facetem? – zaświergoliła ni stąd ni zowąd swoim słodziutkim głosikiem, odrywając na chwilę spojrzenie od mangi i posyłając je Hyuudze. Wyglądała zupełnie, jakby liczyła na jakieś pikantne szczegóły. Że też akurat w tym momencie odczuła potrzebę słuchania pieprznych opowieści. Naprawdę, Neji był pewien, że jest mnóstwo lepszych tematów do rozmowy podczas takich spotkań. Zasadniczo – każdy temat byłby lepszy.
I jeszcze jedno – gdyby w ogóle zamierzał jej odpowiadać na to zwyczajnie ordynarne i nieprzystojące młodej kobiecie pytanie… To czy powinien się przyznawać, że nigdy w życiu nie był nawet z kobietą?
- Nejiii!
Z zamyślenia, a przy okazji także sytuacji bez dobrego wyjścia, wyrwał go głos przyjaciela. Nie musiał się odwracać, aby wiedzieć, że zza niego za chwilę wyłoni się samozwańcza (może już nie do końca?) Zielona Bestia Konohy w wersji junior.
- Zaraz się zacznie – oświadczył Lee, stając przed nimi w swoim wojennym mundurze, dokładnie takim samym, jaki Neji miał na sobie, z przypiętym do kamizelki odznaczeniem.
- Co się zacznie? – spytała towarzysząca Hyuudze blondynka, tym samym zwracając na siebie uwagę energicznego shinobi.
- Uroczystość… - wydusił z siebie brunet, tracąc przy okazji cały rezon. Neji spacerował z kobietą… I nie była to TenTen? Owszem, wrócił z miesięcznej misji dopiero dzisiaj rano, specjalnie z Guy-senseiem spieszyli się, aby zdążyć na festiwal, ale… Nie sądził, że aż tyle się pozmieniało. To znaczy wiedział oczywiście, że Neji szuka żony… Czy raczej jest do tego zmuszany, ale nie spodziewał się, że znajdą mu kogoś tak szybko. – Nazywam się Lee Rock – wyciągnął rękę w stronę blondynki, a jego entuzjazm zdążył wrócić na swoje miejsce.
- Kurou Ayame desu – odparła, nie mogąc się zdecydować co zrobić ze swoją książką. W końcu zdecydowała się schwycić mangę w zęby i uścisnąć rękę mężczyzny, uśmiechając się przy tym kątem ust. Po chwili spojrzała na Neji'ego pytająco, ten jednak nie uraczył jej choćby krótkim wytłumaczeniem.
Ten sam los spotkał przy okazji Lee, który zdawał się być wyraźnie zainteresowany osobą drobnej, całkiem uroczej blondynki.
- Nie ma z tobą TenTen? – spytał Neji, a gdy tamten pokręcił głową, w oczach długowłosego można było dostrzec zawód.
- Na pewno będzie już na miejscu – pocieszył go natychmiast. – Młodzieńczy kwiatuszek naszej drużyny nigdy nie przegapiłby tej uroczystości – Lee klepnął go w ramię i choć Neji przybrał niezadowolony wyraz twarzy, to w głębi ducha ucieszył się; czasami dobrze było mieć przyjaciela będącego skrajnym przeciwieństwem jego samego.
- Neji-san? – mruknęła Ayame, zwracając w końcu na siebie uwagę swojego przyszłego (dobry żart! – rzekłby Hyuuga) męża. – Kim…? – nie chciała zadawać pytania wprost, ale przecież musieli się poznać, a więc warto byłoby zacząć od dowiedzenia się kim jest dla niego Lee oraz… ten młodzieńczy kwiatuszek imieniem TenTen.
- Sumimasen – zaśmiał się Lee, widząc, że Neji jest nieskory do odpowiedzi. O co tak w ogóle w tym wszystkim chodziło? Pocieszająca była jedynie myśl, że blondynka zdawała się być równie zagubiona jak on. – Neji, ja, TenTen i Guy-sensei od czasów opuszczenia akademii, byliśmy w jednej drużynie.
- Guy-sensei? Nie jesteście trochę za starzy, żeby mieć sensei? – mruknęła, kątem oka zerkając do swojej mangi.
Neji z zaniepokojeniem dostrzegł niespokojne ogniki w oczach Lee. Brunet szykował się do swego młodzieńczego wywodu. Musiał zareagować – uniósł dłoń na wysokość twarzy mężczyzny i pomachał nią uspokajająco. Podziałało – Lee wziął głębszy oddech i stłumił emocje, przyciskając jednak zaciśniętą pięść do klatki piersiowej. Od czasów wojny bardzo wydoroślał – stał się o wiele spokojniejszy od swego przybranego ojca.
- Wiele zawdzięczamy Guy-sensei… Już na zawsze pozostanie naszym mistrzem, prawda, Neji?
Zapytany Hyuuga skinął niepewnie. Prawda była taka, że Guyowi zawdzięczał przede wszystkim umiłowanie medytacji, a więc także ogromne pokłady cierpliwości – tych dwóch zwykło doprowadzać go do szału, gdy był młody. To także dzięki nim do dzisiejszego dnia tłumił w sobie wszelkie emocje – trudno było jednoznacznie ocenić czy to dobrze.
- To dziwne… - mruknęła.
Lee już, już miał jej odpowiedzieć i Neji zapewne nie zdążyłby go powstrzymać, jednak w tym samym momencie brunet rozpoznał osobę nadchodzącą z naprzeciwka.
- Oii! TenTen-chan!– zaczął krzyczeć, machając do niej owiniętą w bandaże ręką.
Szatynka westchnęła cicho, ale przyspieszyła kroku. Tuż za nią wlókł się Shikamaru, paląc papierosa i mrucząc pod nosem „mendokuse". Oj tak, to z pewnością było kłopotliwe. Widzieli już Hyuugę z tą blondynką… Czyżby Lee o niczym nie wiedział? Krzczastobrewy zdecydowanie nie był najtaktowniejszym shinobi w ich wiosce, a gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to nie zaliczał się nawet do pierwszej setki.
- A więc to jest ten wasz „młodzieńczy kwiatuszek"? – mruknęła Ayame, kręcąc swoim małym noskiem. Przed nią stała kobieta o pobladłej twarzy, przekrwionych oczach i jeszcze delikatnie zalatywała tytoniem (a może to przez tego faceta za nią?).
TenTen zapowietrzyła się na chwilę, nie wiedząc co powiedzieć.
- Lee! – jęknęła. – Przestałam być młodzieńcza, – Neji dałby sobie głowę uciąć, że epitet wzięła w werbalne cudzysłowie - kiedy skończyłam dwadzieścia jeden lat. Poza tym wiesz, że nienawidzę, kiedy mnie tak nazywasz…!
Spojrzała na rękę Ayame, która zaciskała się wokół ramienia Neji'ego i… uśmiechnęła się najszerzej, jak tylko potrafiła. Zaśmiała się z zakłopotaniem. Robiła dobrą minę do złej gry.
- TenTen… - szepnął Neji, mierząc ją zdziwionym spojrzeniem. Rzadko się tak zachowywała.
- Neji? Nie przedstawisz mi swojej przyszłej żony? – zaśmiała się ponownie, prezentując także szereg swoich białych zębów w szerokim uśmiechu.
- To nie… - zerknął kątem oka na Ayame, której nos utkwiony był w mandze i zrezygnował z tłumaczenia. To była TenTen – za chwilę sama powinna zrozumieć.
- Ayame Kurou – spróbował się wyswobodzić z uścisku jej ramienia, ale nie zdołałby tego zrobić, będąc przy okazji delikatnym.
- TenTen desu – zwróciła się do dziewczyny. – I zapomnij proszę o tym młodzieńczym kwiatuszku… - dodała, posyłając Lee mordercze spojrzenie.
- Ayame… desu – odparła, układając usta w dzióbek. – Hej! Ty również masz ten order – zauważyła nagle, celując palcem w stronę lewej piersi szatynki.
- Przecież to oczywis… - Neji nie zdążył dokończyć.
- Walczyliśmy razem w czasie wojny – przerwała mu TenTen.
- Ramię w ramię – odezwał się w końcu Shikamaru, wyrzucając peta z papierosa na ziemię i zadeptując go. – Ta dwójka to…
- To przyszła legenda tej wioski – dokończył Lee, wysuwając przed siebie prawą rękę z kciukiem uniesionym ku górze.
TenTen zaśmiała się, choć wcale do śmiechu jej nie było. O ile Neji opowiadał jej o wszystkich kandydatkach na swoje żony, o tyle pierwszy raz miała okazję spotkać się z jedną z nich i… czuła, że boleśnie to odchoruje jutro rano. Znowu.
Chciała, żeby ta przeklęta dziewczyna wiedziała, że ona, TenTen, jest ważna w życiu Hyuugi. Żeby nie wyobrażała sobie zbyt wiele. Żeby nie myślała, że kiedykolwiek ją zastąpi… Równocześnie nigdy w życiu by się mu do tego nie przyznała. Przed nim udawała, że naprawdę cieszy ją, iż poszukiwania idą tak dobrze i są tak efektywne.
~ Shinobi Konohy odegrali ogromną rolę w zakończeniu Czwartej Wielkiej Wojny Shinobi… ~ usłyszeli dźwięk megafonu i w tym momencie Lee uświadomił sobie, po co tak naprawdę przybiegł do Hyuugi.
- Powinniśmy się zbierać… - mruknął Shikamaru, przeciągając się. Wydawał się być wyjątkowo znudzony. – Ta uroczystość… To takie… Mendokuse… - odwrócił się do nich tyłem.
- Chodźmy! – krzyknął Lee, łapiąc TenTen pod ramię.
Obejrzała się mimowolnie na Neji'ego, a ten posłał jej zmęczone spojrzenie. W tej samej chwili już wiedziała, że ten okropny moment jeszcze nie nadszedł – jej przyjaciel nie znalazł małżonki w tej dziewczynie. W duchu odetchnęła z ulgą, nie miała jednak czasu, aby się nad tym zastanowić – Lee bardzo stanowczo ciągnął ją w stronę centrum wioski.
C.D.N.
.
.
N/A
Wydaje mi się, że w tym wypadku to określenie jest wyjątkowo trafne. Pierwszy raz dzielę wątek na dwa rozdziały. To tylko dlatego, że nie chcę Was zanadto zamęczać.
Przepraszam, jeśli uważacie, że ten rozdział ma niższy poziom niż poprzednie – miałam mały kryzys i chyba wciąż mam. To się zdarza, kiedy prześladuje cię dziesięć pomysłów na dziesięć różnych opowiadań, a każdy z nich nadaje się tylko na jedną scenę… I to wszystko kłębi się w twojej głowie, taranuje, frustruje i takie tam. Nieważne ^,^
Cieszę się, jeśli ktoś dotarł aż tutaj. Zapraszam Was do pisania recenzji – wasze opinie są dla mnie bardzo ważne. Przepraszam, jeśli gdzieś trafi się błąd czy literówka. Staram się poprawiać swoje prace, ale nie zawsze udaje mi się wszystko wychwycić. W związku z tym wciąż szukam bety. Zainteresowanych proszę o pisanie na PM. :)
Chciałabym was także zaprosić na swoje dwa fanpage: fejsbuk [kropa] com /NejiTenPolska oraz /pages/MA-FanFiction-Fanclub/412023748834025 :)
O, i napiszcie mi w komentarzu czy oglądaliście Kuroko no Basuke – chciałabym napisać fanfica na podstawie tej serii i zastanawiam się czy ktoś byłby zainteresowany :)
