Cz.4. Rehabilitacja
Taki miał być koniec wojny. Ktoś mógłby powiedzieć, że skończyła się ona dla Johna Watsona najlepiej, jak tylko mogło być. Przeżył i wyszedł z niej bez większych obrażeń, bo ogólne stłuczenia i rozbite kolano trudno było nazwać zranieniami komuś, kto już raz ledwie uniknął śmierci i został inwalidą. Ignorował to, że znów musi chodzić wsparty na lasce, uparcie usiłując nie myśleć o tym, że raz już był w takiej sytuacji i jak się to stało, że wtedy odzyskał sprawność.
Przecież osiągnął swój cel.
Pułkownik Sebastian Moran został aresztowany, tak samo jak jego podwładni. Mógł się wykręcać i bronić, miał pieniądze na adwokatów, ale po swym szefie, czy też doradcy, Jimie Moriartym, odziedziczył zbyt wielką wiedzę, by pozwolono mu się wydostać na wolność. Chciała jej od niego nie tylko policja, ale i służby rządowe, i to zapewne więcej niż jednego kraju. I nie zamierzały za to płacić. Mogło to zająć miesiące, ale ostatni członkowie licznej siatki powiązań i wspólnych, nielegalnych interesów, jaką stworzył Moriarty, stracili właśnie grunt pod nogami. To była chyba najlepsza zemsta, jaką można było ofiarować pamięci Sherlocka Holmesa – dopilnować, by po jego zabójcy nic nie pozostało. Watson nie wątpił, że przed sądem Moran i jego ludzie będą za wszystko obwiniać zmarłego Jamesa Moriarty'ego, alias Richarda Brooka, ale nie przyniesie im to zbyt wielkiej korzyści.
Moran sądził jednak, że ma jeszcze jednego asa w rękawie.
- Powinienem był cię rozwalić – powiedział pułkownik, gdy Watson zajął miejsce naprzeciw niego w osobnej rozmównicy. – Ciebie, gliniarza i tamtą kobietkę.
- O czym ty mówisz? – John zjawił się tu na prośbę Lestrade'a. Nie miał ochoty widzieć człowieka, który współpracował z Moriartym.
Moran wyszczerzył się w paskudnym uśmiechu. Siedział, wygodnie rozwalony na krześle, nieudolnie próbując naśladować pełen zadowolenia uśmieszek Moriarty'ego.
- Ty, ten glina i ta słodka staruszka. Mieliście pójść do piachu. Moriarty miał takiego haka na waszego kumpla, tego świra detektywa. Wy, albo on…
Dłonie Watsona zwinęły się w pięści, jakby bez użycia woli.
- My albo on? – powtórzył, jakby niedowierzając temu, co słyszy.
- Tja. Plasnął jak żaba, więc wam odpuściłem… - pułkownik skrzywił się, do tej pory nie mogąc uwierzyć w swój błąd.
Ręka Johna, jakby kierowana własną wolą, zatoczyła łuk i opadła, gdy Watson uświadomił sobie, jak bardzo bezcelowy był ten gest. Od rozmówcy dzieliła go solidna szyba. Obejrzał się. Lestrade czekał przy drzwiach, a wyraz jego twarzy świadczył, że to dlatego go tu sprowadził.
Moran odezwał się znowu.
- Nie boisz się, że zechcę dokończyć robotę? – spytał. – Wiesz, że wyjdę stąd. Już niedługo. Za wiele wiem, doktorku, by mnie trzymali. Tak, jak Jima. A wtedy…
Watson stwierdził, że też zaczyna się uśmiechać, równie nieprzyjemnie.
- Jim Moriarty kupił swą wolność od brata Sherlocka – powiedział spokojnie i czekał, aż znaczenie tych słów dotrze do pułkownika.
Kiedy uśmiech Morana zbladł, wstał i ruszył do drzwi.
I tak wreszcie dla doktora Watsona wojna się skończyła.
Ukrywano aresztowanie Morana, ale ktoś w Scotland Yardzie albo był zbyt sfrustrowany, albo uważał, że pewne rzeczy muszą trafić do opinii publicznej. Pierwsze protokoły z przesłuchań wyciekły do gazet i tak jak parę miesięcy wcześniej tabloidy zachłystywały się, opisując fałszywego geniusza kryminalistyki, tak teraz gremialnie biły się w piersi i ciskały gromy na Jima Moriarty'ego, który tak je wprowadził w błąd.
Zdaniem doktora i tak ich redaktorzy byli zadowoleni. Przestępca zdolny wyprowadzić w pole najlepsze służby i genialnego detektywa, powiązany z handlarzami bronią i międzynarodowym terroryzmem – to było lepsze od próby zdemaskowania oszusta. A że Moriarty był nie tylko dość ekscentryczny, ale i martwy, więc bezbronny, mogli rozpisywać się o co bardziej smakowitych jego występkach, kończąc artykuły moralną nauką. Zło przegrało, dobro zwyciężyło, sprzedaż rosła, a imię Sherlocka Holmesa zostało oczyszczone.
Samego Watsona niewiele obchodził ten cały cyrk. Jak kiedyś ostrzegał Sherlocka, popularność i sława były zwodnicze. Gazety wyniosły utalentowanego detektywa, zniszczyły go, teraz z hukiem zrehabilitowały, a niedługo o nim zapomną. Znacznie ważniejsze było dla niego to, że paradoksalnie, słowa Morana przyniosły mu ulgę. Śmierć Sherlocka Holmesa nabrała nagle sensu, wpisując się w reguły wojny takie, jakie John znał i akceptował. Teraz czuł, że zostało uleczone coś, o czym do tej pory nie miał pojęcia, czego nie dostrzegał i o czym nie potrafiła mu powiedzieć Ella.
Ale mimo tego wszystkiego doktor wciąż czuł niedosyt, pustkę. Ella znów mu tłumaczyła, że musi dać sobie czas, na żałobę i pogodzenie się ze stratami, na nabranie nowych nawyków, na nauczenie się nowych reakcji i relacji. Przytakiwał jej coraz częściej i sam przyznawał, że tęskni za przyjacielem. Ona zaś odpowiadała, że taka już jest natura żałoby. Teraz miało być już lepiej, a John miał się ostatecznie nauczyć żyć w czasie pokoju.
Częścią tej nauki miało być kolejne, ostateczne już pożegnanie z Sherlockiem, więc kiedy pani Hudson zadzwoniła do niego, by się zjawił i pomógł jej w spakowaniu rzeczy wciąż pozostałych na Baker Street po detektywie, zgodził się. Wiedział, że przez te miesiące Mycroft Holmes opłacał czynsz, tak jakby jego brat nadal u niej mieszkał. Pani Hudson nie ukrywała, że było to jej na rękę, bo mimo czasu, jaki minął, wciąż było jej trudno choćby myśleć, że ktoś inny ma zająć te pokoje. Teraz widocznie i ona pogodziła się ze stratą i chciała znaleźć sobie nowych lokatorów.
X X X
Ciemnowłosy, wysoki mężczyzna patrzył, jak John Hamish Watson kulejąc i nie rozglądając się dookoła idzie z determinacją do drzwi na Baker Street 221b. Doktor był tak skupiony na swoim celu, że nie mógł zauważyć delikatnego drgnięcia firanki w oknie na piętrze.
Mężczyzna odwrócił się do obecnej w pokoju kobiety.
- Pani Hudson, bardzo proszę, niech pani nie reaguje, jeśli tu będą krzyki – powiedział.
- Oczywiście, oczywiście – zapewniła i ruszyła do drzwi. W progu odwróciła się jeszcze na moment. – Mój drogi chłopcze – powiedziała przez łzy. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę!
Koniec
Wrocław, 27.04 – 23.05.2012
