4. Gdzie nikt nie chce wracać
Budzik zamilkł uderzony w przycisk drzemki. Blada ręka, która była tego małego zamachu sprawcą, zaczęła obmacywać urządzenie. Po chwili długie, chude palce zatrzymały się na niewielkim przełączniku i pociągnęły go w dół. Następnie dłoń zrejterowała pod szarą kołdrę w białe i kremowe, geometryczne wzorki.
Marcelina nawet nie otworzyła oczu. Nie zamierzała się ruszać tego ranka z łóżka. Może i nie miała już gorączki - temperatura wróciła do względnej normy jeszcze zanim poszła spać, ale nie znaczyło to, że czuła się już wystarczająco na siłach by pójść do szkoły. Poprzedniego dnia popełniła ten błąd i później żałowała. Lepiej zostać w komfortowych warunkach i zdrowieć, żeby być w formie na wyjazd.
Właśnie… wyjazd. Brzmiał całkiem ciekawie. No… przynajmniej z ust Bonnibel. Czarnowłosa na lekcji nie była w stanie skupić się wystarczająco, żeby ogarnąć co mówił nauczyciel.
Dziewczyna ponownie wyplątała dłoń spod kołdry. Wyciągnęła ją w stronę stolika nocnego i przesuwając kilka przedmiotów wymacała telefon. Podważyła go kciukiem i oplotła palcami, po czym przyciągnęła do siebie. Odblokowała urządzenie i otworzyła oczy. Gdyby nie to, że przez okno wkradało się już całkiem dużo światła słonecznego, blask dochodzący z ekranu pewnie by ją nieco oślepił. I tak musiała trochę pomrugać.
Nieco wolniej niż zwykle dobrała się do aplikacji komunikacyjnej, po czym z listy kontaktów wybrała Bonnibel. Wyświetliła się długa lista starych wiadomości, z których ostatnia pochodziła z poprzedniego wieczoru. Czarnowłosa stuknęła palcem w pole tekstowe, po czym zaczęła pisać na klawiaturze ekranowej, która pojawiła się na dole ekranu.
M: Wstałaś już? Ja dziś nie idę
Różowowłosa odpowiedziała po dłuższej chwili.
B: Wstałam. Jem właśnie śniadanie.
B: Jak się czujesz?
M: Lepiej niż wczoraj. Ale nie ruszam się na razie z łóżka
B: Okej :)
B: Przekażę ci później co się działo na lekcjach.
M: Dzięki :D
Bonnibel oderwała wzrok od ekranu i wróciła do zjadania śniadania. Płatki zdążyły już mocno nasiąknąć ciepłym mlekiem, co zwiększyło ich objętość i zmniejszyło twardość. Były teraz bardziej kluskami niż płatkami. I straciły większość walorów smakowych.
Chcąc nie chcąc wzięła się za jedzenie. Miała coraz mniej czasu do godziny, o której zwykle wychodziła z domu. Przynajmniej nie musiała się już przygotowywać - plecak miała spakowany od poprzedniego dnia.
Pochłonęła płatki w rekordowym czasie. Pozostałe po nich mleko zastawiła w misce - chciała się najeść, a nie napchać. Zebrała naczynia i przeniosła je w pobliże zlewu, po czym wyszła z kuchni. Poszła do przedpokoju zabierając po drodze zostawioną pod ścianą torbę i zdjęła swoją kurtkę z wieszaka. Założyła ją, a następnie wzięła się za naciąganie butów na stopy.
Gdy była już całkowicie gotowa do wyjścia, w korytarzu za nią pojawił się niespodziewanie Peppermint.
- "Gotowa do szkoły?" - zapytał z lekkim uśmiechem.
Osoby, które cieszyły się z wychowania fizycznego na pierwszej lekcji można było policzyć na palcach jednej ręki. Były to te same osoby, które były już na boisku szkolnym gdy cała reszta uczniów z dwóch połączonych klas dopiero kończyła się przebierać.
Z grupki przyjaciół do tych osób należał tylko Finn. No… i może trochę Phoebe, która zawsze starała się towarzyszyć swojemu chłopakowi. Cała reszta wolałaby spać, czytać albo robić cokolwiek co nie było wysiłkiem fizycznym.
Gdy stali w dwuszeregu przed wuefistą, aż promieniowało od nich niechęcią. W wzroku nauczyciela było zresztą równie jej wiele. Nikt się więc nie zdziwił gdy po ekspresowym sprawdzeniu obecności, uczniowie zostali natychmiast zapędzeni do biegania dookoła boiska. Przy okazji musieli też wykonywać w biegu różne ćwiczenia.
Cała ta rozgrzewka trwała jakieś pięć minut i duża część dzieciarni ledwo ją skończyła. Co najmniej połowa obecnych dyszała ciężko i ostatnie parędziesiąt metrów przebyła apatycznym marszem. Jake do tego wszystkiego nabrał koloru pomidora. Siedząca na ławce przeznaczonej dla niećwiczących Lady uśmiechnęła się do niego pocieszająco.
Po rozgrzewce, nauczyciel zorganizował uczniów we w miarę równy dwuszereg. Przez dłuższą chwilę przyglądał się twarzom swoich podopiecznych, z których duża część już spływała potem. Skrzywił się z pewnym obrzydzeniem. Miał przed sobą bandę leniwych dzieciaków, które spędzały większość czasu na opychaniu się słodyczami i siedzeniem przed komputerem. Znosił jakoś ich postawę na matematyce, ale na wu-efie? O nie…
Nie zwlekając wskazał pięć osób, które miały wybierać drużyny do gry w piłkę nożną. Po raz kolejny argumentował wybór tej dyscypliny tym, że znajdowali się na zewnętrznym boisku. Uczniom nie chciało się dyskutować. Namawianie na lekcję w sali i zagranie w coś innego nie było dotychczas zbyt skuteczne.
Pośród wybrańców, którzy mieli zostać kapitanami drużyn znalazł się Paul. Chłopak nie lubił tego straszliwie. Nigdy nie umiał ocenić kto nada się na jaką pozycję na boisku. Zwykle wybierał w pierwszej kolejności swoich przyjaciół, a następnie osoby, które były powszechnie uznawane jako ponadprzeciętnie sprawne. Co ciekawe, inni uczniowie zdawali się go jako takiego widzieć. Nie żeby mu szło jakoś specjalnie dobrze.
Zerknął na pozostałych "wybrańców". Z jego klasy była tylko Football - nieco nadpobudliwa dziewczyna, która była wręcz dumna z tego dziwacznego przezwiska. Dość pasującego zresztą. Jej obecność w drużynie podczas meczu piłki nożnej praktycznie gwarantowała zwycięstwo. Trudno się zresztą było dziwić. Football kopała futbolówkę od wczesnego dzieciństwa.
Reszty kapitanów nie znał z imienia i był w stanie tylko określić ich umiejętności. Wiedział też, że na pewno byli z klasy Finna, co dawało złudne poczucie bezpieczeństwa. Instynkty podpowiadały, że to przecież jeszcze dzieciaki, które na sto procent nie poradzą sobie z drużyną złożoną z ludzi w jego wieku. Bzdura jakich mało…
Wybierający zebrali się w ciasną grupkę i zaczęli grać w papier-kamień-nożyce. Po kilku rundach udało im się ustalić kolejność. Pierwszy był jeden z młodszych. Paul dostał drugie miejsce.
Gdy tylko nadeszła jego kolej, jego wzrok skupił się na Carroll. Wyszczerzył się. Nie potrzeba było ani słowa - dziewczyna pokręciła z uśmiechem głową, po czym wystąpiła z dwuszeregu i stanęła tuż za nim. Dlaczego ją wybierał? To chyba było dość logiczne. Chłopak nie za bardzo się przejmował wynikiem meczu i wolał mieć w swojej drużynie swoją dziewczynę niż kogoś, kto jakoś szczególnie umie grać.
Jakieś pięć minut później udało się skompletować całą drużynę. Trafili do niej Phoebe, Jake oraz dwójka dzieciaków z młodszej klasy. Starszy brat Finna od razu dostał rolę bramkarza. I to wcale nie dlatego, że miał wyraźnie zarysowaną oponkę. Blondyn był po prostu całkiem dobry w te klocki.
Rudowłosa piromanka z kolei nie była jakoś super-sprawna. Była za to całkiem szybka i cholernie agresywna. Paul nie był pewien, czy ta ostatnia cecha była pozytywna.
Pozostałe dwie osoby wybrane były prawie losowo. Dwóch chłopaków, którzy wyglądali na w miarę wysportowanych. Nieco niepokoił tylko sposób w jaki mrużył oczy jeden z nich. Coś jakby słabo widział i zostawił okulary w szatni.
Sekwencja świdrujących w uszach gwizdów przerwała jakiekolwiek rozmyślania na temat doboru drużyny. Nauczyciel w ten sposób w kilka sekund zdołał zorganizować uczniów w pięć zwartych grupek. Następnie wskazał kolejność, w której zespoły będą grać. Paul i Football poszli na pierwszy ogień.
Ich drużyny raz dwa rozstawiły się na boisku, na którego środku stał już wuefista z łaciatą piłką pod pachą. Gdy tylko zbliżyli się do niego kapitanowie drużyn, upuścił ją na murawę, odsunął się o krok i wsadził gwizdek do ust. Zerknął na twarze uczniów, po czym nie czekając na żaden znak, dmuchnął w metalowy "instrument" tak mocno jak tylko mu płuca pozwoliły.
Paul skrzywił się gdy nieprzyjemny dźwięk przeszył mu w ucho. Zaraz jednak otrząsnął się i skupił na piłce. Zdążył ją kopnąć w ostatniej chwili, ale nie dało to wiele. Futbolówka wystrzeliła z żałośnie małą prędkością w stronę przeciwnej połowy boiska, po czym prawie natychmiast została przejęta przez zielonkawowłosą dziewczynę. Chłopak puścił się w pogoń, kątem oka widząc zbliżającego się Finna.
Super…
Szatnia cuchnęła potem. I zapoconymi skarpetkami. Oddychało się tak ciężko jakby powietrze było jakimś śluzem, nawet przy otwartym oknie. Każdy centymetr kwadratowy rozstawionych pod ścianami ławek był pokryty ciuchami i torbami uczniów. Co kawałek stała para śmierdzących butów, niektóre nawet porzucone na środku wyłożonej szarymi płytkami podłogi.
Kilkanaście osób zdążyło stanąć już obok swoich rzeczy i zaczęło ściągać z siebie zapocone stroje. Sądząc po chichotach dochodzących zza ściany, sytuacja w szatni dziewcząt była podobna. Paul skrzywił się lekko, po czym przemaszerował przez usłaną butami i ciuchami podłogę w stronę miejsca, w którym pozostawił swoje ubrania. Przebrał się najszybciej jak potrafił, po czy ewakuował się ze skażonego pomieszczenia. Zajeżdżające nieco nabłyszczaczem do podług powietrze korytarza było cudowną odmianą.
Chłopak oparł się o ścianę i skrzyżował ramiona na piersi. Zerknął w stronę szatni dziewczyn i zmarszczył brwi. Wiedział, że będzie musiał trochę poczekać zanim Carroll stamtąd wyjdzie.
Skrzypnęły drzwi przez które chwilę temu przeszedł. Przez korytarz przetoczyła się fala irytująco nieprzyjemnego odoru zapoconych skarpet i niezbyt świeżych koszulek. Brązowowłosy skrzywił się i zerknął w tamtą stronę. Z wypełnionego gęstym powietrzem pomieszczenia wypełzł Finn. Na plecach miał rozpięty częściowo plecak, a w dłoni ściskał worek z ciuchami na wf. Jego ukochana, uszata czapka była wyraźnie przekrzywiona. Zatrzymał się pod ścianą tuż obok Paula i zaczął upychać zielony, nieco śmierdzący worek do torby.
- "Nie idziesz pod klasę?" - zapytał unosząc głowę znad swoich rzeczy, które zdawały się być jeszcze mniej spakowane niż były minutę wcześniej.
- "Czekam na Carroll" - odparł zerkając kątem oka na kumpla. Zmarszczył brwi - "Coś ty taki nerwowy?" - zapytał.
- "Za pół godziny jestem umówiony z dentystą…" - skrzywił się chłopak. Odruchowo zaczął grzebać sobie językiem w chorym zębie i skrzywił się jeszcze bardziej. Każde dźgnięcie czubkiem jęzora wysyłało kolejną falę tępego bólu, który zdawał się rozchodzić po całej czaszce.
- "Wyglądasz jakbyś cierpiał" - powiedział spokojnym, prawie wypranym ze współczucia głosem Paul. Finn spojrzał na niego ze zdziwieniem - "Może pośpiesz się do tego dentysty" - zaproponował - "Jak się spóźnisz to będzie bolało dłużej."
- "Wiem…" - jęknął - "Ale ten dentysta pewnie tylko wszystko spieprzy. Potem będzie tylko gorzej. Lepiej żeby mi wyrwał tego durnego zęba."
- "To nie mleczak, co nie?" - zerknął na blondyna - "Nie ma co wyrywać stałych jeśli da się z nimi coś zrobić."
- "Oj z tym się już nic nie da zrobić! Trzeba go wyrwać!" - zapewnił Finn energicznie kiwając głową. Z szatni dziewcząt wyszły dwie nieznane Paulowi uczennice. Minęły ich i zaczęły oddalać się korytarzem.
- "Boisz się bólu, prawda?" - zapytał odwracając się w stronę młodszego przyjaciela.
- "Nie boję się!" - zaprotestował chłopak.
- "Pamiętaj, że wyrywanie boli bardziej niż zabieg" - skłamał Paul. No może nie do końca skłamał… Po prostu zmyślił informację, której nie posiadał. Nigdy nie spotkała go wątpliwa przyjemność utraty zęba w ten sposób - "I naprawdę powinieneś już iść" - powiedział zerknąwszy na zegarek - "Zostało ci jakieś dwadzieścia pięć minut. Niecałe."
Finn westchnął ciężko. Wolał już zostać w szkole do końca lekcji niż iść dobrowolnie na te tortury. Z drugiej jednak strony ból zęba stawał się powoli nieznośny. Coś jak młotek uderzający w jego szczękę co kilkanaście sekund.
Z pewnym wysiłkiem skończył szarpać się ze swoimi rzeczami, zapinając w końcu swój przeładowany plecak. Zarzucił go na ramię i powstrzymał spowodowane nagłym uderzeniem ciężaru stęknięcie, po czym pożegnał się krótko z Paulem i ruszył w stronę wyjścia.
Nie udało mu się wydostać z budynku przed dzwonkiem, ale nie przejął się tym za bardzo. Nauczyciele nie mogli się do niczego przyczepić, bo miał przy sobie pisemną zgodę na wyjście ze szkoły przed końcem lekcji udzielone przez jego wychowawcę po otrzymaniu odpowiedniej wiadomości od opiekuna. Po wyjściu przez podwójne drzwi frontowe, poczuł na twarzy odświeżający powiew chłodnego wiatru. Słońce grzało całkiem przyjemnie, więc wiaterek nie był taki zły.
Wszystko to byłoby jednak znacznie, znacznie przyjemniejsze gdyby nie zbliżający się zabieg. Gdyby nie ograniczenie czasowe, Finn pewnie wlókłby się najwolniej jak tylko się dało. W sumie to parę lat temu nawet z tym limitem szedłby powoli. Albo zaszył się na kilka godzin w parku. Byle tylko z dala od przerażającego gabinetu stomatologicznego.
Niewielka, prywatna klinika znajdowała się całkiem niedaleko szkoły. Przyjmował tam jedyny dentysta w miasteczku. Było to nieco nieprzyjemne dla ludzi, którzy mieli niewielkie oszczędności, bo trzeba było płacić za każdy zabieg, nawet za te refundowane w publicznych ośrodkach zdrowia.
Finn dotarł na miejsce w niecałe dwadzieścia minut. Gdy wchodził do poczekalnie brakowało mu jakiś dwóch-trzech minut do umówionej godziny. Zostawił swoją torbę pod wieszakiem na kurtki i usiadł na jednym z plastikowych, przymocowanych do ściany siedzeń wzmocnionych aluminiowymi rurami.
W pomieszczeniu, poza chłopakiem siedziała tylko jedna osoba. Był to niższy od niego typek z prawie żółtymi włosami, które ścięte miał w dziwaczny sposób - na czoło opadała mu krótka grzywka, boki miał ścięte prawie na łyso, a z tyłu zapuścił sobie zakrywającą kark grzywę. Do tego wyglądał na wściekłego na cały świat, co zabawnie kontrastowało z podciągniętymi zdecydowanie za wysoko krótkimi spodenkami, szarymi skarpetkami sięgającymi do połowy goleni oraz dziewiczym wąsikiem. Finn ze wszystkich sił starał się unikać patrzenia na dziwnego człowieczka.
Zaczął więc rozglądać się po poczekalni. Była ona urządzona całkiem schludnie. Ściany pomalowane były na kremowo, a podłoga wyłożona była drewnopodobnymi płytkami. Do dwóch przeciwległych ścian przymocowano krzesła, a w narożniku postawiono wieszak na kurtki oraz prosty, ciężki drewniany stolik ze szklanym blatem, na którym rozsypano ulotki dentystyczne. Trochę dziwił brak plakatów z różnymi, nieprzyjemnymi ilustracjami chorych zębów.
Otworzyły się drzwi do gabinetu i wyszła z niej niewysoka, starsza kobieta. Masując się dłonią po policzku podreptała w stronę wieszaka, zabrała wiszący tam, wiśniowy płaszczyk, po czym wymaszerowała z pomieszczenia. Finn odprowadził ją wzrokiem, po czym zerknął na wejście do gabinetu. Dentysta go nie zawołał, więc tylko wzruszył ramionami i zaczął przyglądać się swojej prawej dłoni.
Kończyna była znacznie lżejsza niż parę miesięcy temu. Większość stali została zastąpiona plastikiem i aluminiowymi wzmocnieniami. Zamiast skóry były niebieskie płytki z tworzywa. Bonnibel proponowała zastąpienie jej sztucznym substytutem ludzkiego naskórka, ale chłopak stwierdził, że będzie to wyglądać zbyt nudno i normalnie.
- "Finn Mertens" - chłopak poderwał się do pionu słysząc swoje imię. Odwrócił się w stronę źródła dźwięku. Była to wystająca zza krawędzi drzwi do gabinetu głowa dentysty. Albo raczej dentystki. Kobieta kiwnęła w jego stronę głową, po czym zniknęła w pomieszczeniu pozostawiając uchylone drzwi.
Chłopak westchnął ciężko i podniósł się z plastikowego siedziska. Ignorując nieprzychylne spojrzenie dziwnego typka, ruszył niepewnym krokiem w stronę wejścia do gabinetu. Wślizgnął się do środka i zamknął za sobą drzwi, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu.
Bywał już tu wcześniej i ciężko mu było nie zauważyć, że wystrój nie zmienił się ani trochę. Wciąż wszystko - od wyłożonej płytkami podłogi aż po sufit - było w kolorze białym. Wyjątki stanowiły ciemno-brązowe blaty rozstawionych pod ścianami szafek i biurka oraz błękitne elementy stojącego prawie na środku fotela dentystycznego.
Na znajdującej się naprzeciwko wejścia ścianie znajdowało się wychodzące na ulicę okno. Po jego obydwu stronach wisiały plakaty z niezbyt przyjemnymi dla oka ilustracjami wyjętymi żywcem z jakiegoś podręcznika stomatologii. Wpadające przez szybę światło słoneczne nie było mile widziane i blokowała je opuszczona do połowy ciemno-szara roleta.
Przy zastawionym papierami, kilkoma kubkami ze śladami kawy i licznymi długopisami biurku siedziała dentystka. Kobieta, której nazwiska chłopak kompletnie nie pamiętał zajęta była wypełnianiem jakiegoś dokumentu niewyraźnymi szlaczkami ciężkich do odczytania liter. Miała zauważalną nadwagę, krótkie czarne włosy i ciemną skórę, której odcień sugerował Indyjskie korzenie.
Obdarzyła pacjenta nieco dziwnym uśmiechem, po czym wskazała mu fotel dentystyczny. Finn usiadł na wykonanym ze sztucznej skóry siedzeniu i prawie położył się na długim oparciu. Przed oczami miał lampę bezcieniową, która włączyła się z cichym pstryknięciem. Prawie w tym samym momencie, w którym, w jego polu widzenia pojawiła się dentystka.
- "No… Otwieramy buzię" - odezwała się przykręcając malutkie lusterko do metalowego uchwytu.
Ciężka książka wypuściła z pomiędzy stronic chmurkę kurzu gdy została zatrzaśnięta przez ślęczącą nad nią dziewczynę. Zdobyta przez internet informacja została potwierdzona, zadanie domowe skończone, a czas wolny zwany również długą przerwą powoli się kończył - nie było już po co siedzieć w bibliotece. Trzeba by wrócić do przyjaciół i do zachowywania się jak normalna osoba, która nie spędza większości czasu w samotności. Zresztą wcale nie było tak źle. Ostatnim razem spędziła dużo czasu w samotności gdy ojczym zakazał jej wychodzenia z domu.
Zgarnęła swój zeszyt i zapięty wcześniej piórnik do torby, którą zaraz zarzuciła na ramię. Podniosła się z krzesła, które przesunęło po podłodze z nieprzyjemnym dźwiękiem. Zasunęła je z powrotem pod stolik, po czym zabrała księgę i odłożyła ją na znajdującej się parę metrów za nią półce. Musiała użyć trochę więcej siły niż zwykle - regały były wypchane naprawdę ciasno i miejsce, z którego wzięła wcześniej książkę było częściowo zajęte.
Z uśmiechem na ustach pożegnała się z bibliotekarką, która prawdopodobnie znała ją najlepiej spośród wszystkich uczniów, po czym zwróciła się w stronę drzwi. Wymaszerowała na korytarz i skręciła w kierunku sali, w której miała mieć za kilka minut lekcję. W przeciwieństwie do większości swoich kolegów i koleżanek doskonale wiedziała "jaka jest następna lekcja" i "gdzie jest następna lekcja". Zapamiętanie podzielonej na pięć kolumn tabeli z ledwie kilkunastoma słowami i połączonymi z nimi numerkami nie było dla niej najmniejszym problemem.
Szkoła była dość pusta. Jak zwykle o tej porze roku drzwi na boisko były otwarte i uczniowie mogli posiedzieć sobie na świeżym powietrzu. Niewielu decydowało się na pozostanie na korytarzach, gdzie panowało więcej zasad i znajdowało się więcej nauczycieli. Jedynymi dzieciakami jakie zostawały wewnątrz były te, które musiały się na coś nauczyć lub były zbyt leniwe by ruszyć tyłek i pójść na zewnątrz.
Dziewczyna minęła grupkę takich ludzi. Pięć osób siedzących pod ścianą, na torbach i workach ze strojami na w-f, wszyscy z książkami od geografii w dłoniach. Uśmiechnęła się pod nosem. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek musiała uczyć się czegoś, czy nawet powtarzać sobie coś w szkole. Wystarczyły jej wykłady na lekcjach oraz czytanie podręczników i notatek w domu.
Część korytarza, w której się znalazła przechodząc za róg była kompletnie pusta. Pomijając oczywiście porzucone na podłodze plecaki. Poczuła się prawie jak za czasów, kiedy z wielką ochotą zostawała po lekcjach na przeróżnych zajęciach dodatkowych. Kiedy nie miała nic konkretnego do roboty poza nauką.
Wzdrygnęła się słysząc zbliżające się kroki. Gdyby ktoś zapytał nie potrafiłaby wytłumaczyć dlaczego jej reakcja była tak nerwowa. Przecież doskonale wiedziała, że nie była sama. Przed ledwie kilkunastoma sekundami widziała grupkę ludzi, a do tego znajdowała się w szkole podczas godzin lekcyjnych. Obecność uczniów była logiczna i możliwa do przewidzenia. Może po prostu wczuła się we własne wspomnienia?
Odruchowo zwolniła i zerknęła przez ramię. Zbliżał się do niej widocznie młodszy chłopak. Był nieco niższy od niej, miał lekką, ale zauważalną nadwagę i krótkie, rude włosy. Jego pyzatą twarz pokrywały pryszcze, a jego usta wykrzywione były w czymś co prawdopodobnie uważał za atrakcyjny uśmiech.
- "Hej! Poczekaj!" - zawołał. Miał dziwnie niepasujący głos. Brzmiał znacznie doroślej niż wyglądał. Dziewczyna nie chciała się zatrzymywać, ale zrobiła to z uprzejmości. Albo czegoś w tym rodzaju. Dzieciak zbliżył się, jego uśmiech zdawał się być nieco szerszy niż kilka sekund wcześniej - "Ty jesteś Bonnibel, prawda? Bonnibel Bubblegum?" - zapytał. Wyczuła w jego głosie jakieś dziwną ekscytację.
- "Tak" - zabrzmiało to nieco jak pytanie. 'Skąd znasz moje imię?' chciała dodać, ale słowom jakoś nie udało się ześlizgnąć z mózgu na język. Do tego nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z chłopakiem, którego istnienie dopiero zaobserwowała. No może chwilkę wcześniej. Zdawało jej się, że widziała go w grupce uczących się na geografię.
- "Byłaś w szkolnej drużynie na olimpiady naukowe, prawda?" - zapytał. Różowowłosa nie miała szansy na odpowiedź, czy nawet kiwnięcie głową - "Słyszałem, że lubisz chemię. Ja też lubię chemię! To mój ulubiony przedmiot" - oznajmił ze swoim dziwacznym uśmiechem. Dziewczyna miała coraz większą ochotę znaleźć się jak najdalej od dzieciaka. Na jej nieszczęście działo się coś dokładnie odwrotnego. Chłopak powoli zbliżał się do niej, naruszając jej osobistą przestrzeń. Różowowłosa zaczęła się cofać - "Chciałabyś pomóc mi przy eksperymentach na kółku chemicznym? Później moglibyśmy pójść na ciastko" - zaproponował. Jego słowa wydawały się nieco zbyt… natarczywe. Trafiła plecami na ścianę.
- "Nie dziękuję. Jestem zajęta. Muszę wpaść do mojej dziewczyny" - wymamrotała nieco za szybko. Nie była pewna czy cokolwiek z tego co właśnie powiedziała udało się jej wyartykułować. Nie dowiedziała się tego z reakcji rudzielca. Chłopak wciąż miał na twarzy swój dziwaczny uśmieszek. Postanowiła nie czekać ani chwili dłużej i zrobiła krok w stronę znajdujących się po jej lewej stronie schodów. W kierunku, w którym szła od początku.
Na ścianie tuż obok jej głowy wylądowała dłoń. Ręka chłopaka zablokowała jej drogę. Odwróciła się gwałtownie w jego stronę i wbiła w niego zdziwione i mocno zaniepokojone spojrzenie. Tak bardzo żałowała w tym momencie, że Marcelina leży chora w domu. Zresztą nie musiała by to być czarnowłosa. Wystarczyłby Paul. Albo Carroll. Albo Finn. Albo ktokolwiek…
- "Poczekaj chwilkę. Do lekcji jeszcze trochę brakuje. Na pewno się nie spóźnisz" - powiedział. Jego głos stał się nagle strasznie nieprzyjemny. Podobnie zresztą jak jego ogólna obecność. Robiło się nieco klaustrofobicznie - "Jesteśmy podobni, lubimy podobne rzeczy. Będziemy świetnie się bawić!" - uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech. Uspokoiła myśli i zaczęła szukać rozwiązania. Nigdy nie była dobra w kontaktach międzyludzkich, więc zaczęła zastanawiać się co zrobiliby inni. Co zrobiłaby Marcelina?
Pomysł zabłysnął w jej głowie niczym symboliczna żarówka. Postanowiła dłużej się nad nim nie zastanawiać. Z nerwów zacisnęła palce na swojej torbie, po czym uderzyła kolanem prosto w krocze dzieciaka. Rudzielec jęknął z bólu, cofnął się o krok i zasłonił się obiema rękami. Reakcja była spóźniona i niepotrzebna, ale dała różowej możliwość ucieczki. Dziewczyna wyślizgnęła się z pomiędzy ściany, a chłopaka i pośpieszyła w kierunku schodów. Popędziła na niższe piętro, jak najdalej od dziwaka i jak najbliżej do jej przyjaciół.
Na korytarzu, w który wbiegła schodząc po schodach znajdowało się znacznie więcej osób niż do góry. Co najmniej kilka głów zwróciło się w jej stronę, posyłając jej nieco zdziwione spojrzenia. Dziewczyna ścisnęła torbę jeszcze bardziej, nie zwracając uwagi na zsuwający się z jej barku pasek i podreptała w stronę sali, przy której już z daleka widziała niebieską plamkę włosów Carroll.
Zbliżyła się do grupki przyjaciół i oparła się o ścianę. Odetchnęła ciężko. Co to było? Co jest nie tak z ludźmi w tej szkole? Wzdrygnęła się. Tak jak normalnie całkiem dobrze znosiła czas spędzony w szkole i nie ciągnęło jej do wcześniejszego wychodzenia do domu, tak teraz miała wielką ochotę znaleźć się w swoim pokoju, zawinięta w kołdrę. Najlepiej z Marceliną siedzącą obok. I jakimś ładnym, spokojnym filmem wyświetlonym na laptopie ustawionym w nogach łóżka na kilku dużych poduszkach.
- "Bonnibel?" - głos Lady był lekko zniecierpliwiony. Jakby pytała już drugi albo trzeci raz.
- "Wszystko okej?" - zapytała Carroll patrząc się na nią lekko zaniepokojonym wzrokiem. Stojący za nią, przewyższający ją prawie o głowę Paul mierzył różową podobnym spojrzeniem - "Tak trochę przed chwilą odpłynęłaś."
- "Nic mi nie jest" - odparła po krótkiej chwili Bonnibel. Z pewną satysfakcją stwierdziła, że jej głos nie drży - "Tylko… Musiałam przez chwilę coś przemyśleć" - 'Powiedzieć im?' zastanowiła się. Szybko zrezygnowała. Przypomniało się jej jak potrafi zareagować Paul, a jakoś nie za bardzo się jej uśmiechało, żeby ktoś został pobity lub zastraszony przez jej decyzję.
- "Okej…" - Jake zmarszczył brwi - "Tylko wiesz… Jak coś jest nie tak, to komuś powiedz" - zabrzmiało to w jego ustach dość niezręcznie. Bonnibel pokiwała głową.
- "Ach! Właśnie…" - Paul zerknął na czubek głowy Carroll - "Jak sobie radzisz, Carroll?" - zapytał. Przyjaciele, którzy odwrócili się w jego stronę gdy się odezwał unieśli brwi i odruchowo wbili wzrok w niebieskowłosą.
- "Lepiej" - odparła wzruszając ramionami. Sądząc po tym geście można było stwierdzić, że już całkowicie pogodziła się z tym co musi zrobić - "Szykuje się do tego psychicznie od rana."
Usta chłopaka ułożyły się w pocieszający uśmiech, a jego dłoń wylądowała na ramieniu niższej dziewczyny. Miny pozostałych świadczyły o tym, że nie za bardzo nadążają. Nie odezwali się ani słowem, ale Paulowi udało się odczytać ich spojrzenia.
- "Idziemy dziś do matki Carroll…" - delikatnie ścisnął ramię dziewczyny - "...po podpis na zgodzie."
- "Fajnie byłoby mieć to już za sobą…" - westchnęła niebieskowłosa. Czas zdawał się płynąć coraz wolniej i wolniej, a lekcje ciągnęły się jak odcinki brazylijskiej telenoweli.
Carroll wzdrygnęła się pod wpływem powiewu chłodnego wiatru. A może był to stres? Prawdopodobnie był to stres. Kurtka, którą miała na sobie nie była może najcieplejsza, ale izolowała od zimna. Zresztą Paul, którego wiatrówka była jeszcze cieńsza, a do tego rozpięta, nawet nie drgnął. Chociaż to mogła być akurat kwestia jego odporności na zimno…
Postanowiła nie roztrząsać już dłużej tego problemu. Myśli mogące odwrócić jej uwagę od celu aktualnie uskutecznianego marszu były bardzo mile widziane, ale jednocześnie niepotrzebne. Rozpraszały ją wciągając w niekończący się strumień rozmyślań i długie minuty milczenia. Przynajmniej brązowowłosy nie miał z tym problemu. Cisza nigdy mu nie przeszkadzała. Potrafił się nią cieszyć i udało mu się zarazić tym dziewczynę. Zerknęła w jego stronę kątem oka. Uśmiechał się lekko, patrząc przed siebie i trzymając ręce w kieszeniach spodni.
Szkoda, że ona nie była w stanie się uspokoić do tego stopnia. Przydałoby się jej to. Może byłaby w stanie przestać skakać z myśli na myśl, z których każda miała coś wspólnego z jej matką lub z narastającym stresem. Mentalne przygotowania sypały się w pył. W pewnym momencie zaczęła nawet wymyślać co powie do swojej rodzicielki. Kolejne, coraz bardziej absurdalne scenariusze rozmowy rodziły się w jej głowie.
- "Jak tam?" - uniosła gwałtownie głowę słysząc głos Paula. Przez ostatnie kilka minut wpatrywała się w poobijane czubki swoich tenisówek i z początku pomyślała, że są już na miejscu i chłopak pyta, czy jest gotowa. Rzut okiem na okoliczne budynki mniej więcej wyjawił gdzie są. Do celu brakowało jeszcze kilku minut marszu. Spojrzała na brązowowłosego.
- "Dziwnie…" - odparła, po czym prawie od razu spuściła wzrok. Powrót do gapienia się na własne buty - "Wcześniej mówiłam, że jestem w miarę gotowa, ale teraz… jakoś… Nie wiem. Nie mogę się uspokoić, zamykam się w sobie i zaczynam się… zaczyna mi się wszystko plątać…" - chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zamilkła gdy oplotło ją ramię chłopaka. Dała się przyciągnąć bliżej i uspokoiła przyśpieszony przez własny monolog oddech.
- "Załatwimy to szybko. Może nawet nie będziesz musiała się odzywać" - pocieszył ją. Nawet skutecznie - "Ale jesteś pewna, że będzie w domu?"
- "Jest wtorek…" - mruknęła - "Zwykle we wtorek robi sobie wolne. Taki bufor pomiędzy ewentualnym kacem, a… czymkolwiek co robi przez resztę tygodnia."
- "Miejmy nadzieję, że jeśli miała kaca, to zdążył jej przejść" - Paul uśmiechnął się krzywo.
Carroll nie była w stanie zdobyć się na uśmiech. Uniosła za to w końcu głowę. Tylko po to, żeby zobaczyć swój stary dom po drugiej stronie ulicy. Wzdrygnęła się jednocześnie odczuwając ulgę - nie zalały jej żadne nieprzyjemne wspomnienia. Zresztą nie spodziewała się, żeby tak się miało stać. Wszystkie te "fale wspomnień" z filmów i książek zawsze wydawały się jej idiotyczne i pretensjonalne.
Spojrzała na swojego chłopaka, który uśmiechnął się ciepło i pomasował jej ramię. Udało się jej jakimś cudem wymusić słaby uśmiech.
Marsz w stronę znajomego budynku był dziwny. Czuła się jakby nie szła tam do końca z własnej woli, czy o własnych siłach. Coś jakby idący przed nią chłopak prowadził ją za rękę gdy akurat tego nie robił.
W momencie, w którym zatrzymali się przed drzwiami, dziewczyna poczuła się jak przy wizycie w sekretariacie, urzędzie lub innym ważnym miejscu. Wiedziała, że musi załatwić to po co przyszła, ale i tak miała ochotę odwrócić się na pięcie i zwiać.
Paul wyciągnął rękę i nacisnął na przycisk dzwonka. Z wnętrza domu dało się słyszeć stłumiony, przerywany dźwięk, który sugerował, że dzwonek był elektryczny, a jego baterie powoli umierały. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Carroll zaczęła dreptać w miejscu. Dopiero po jakieś minucie zza drzwi dobiegł stłumiony głos.
- "Idę, już idę!"
Paul "pięknie" się uśmiechnął i stanął tak, żeby widać było go przez zamontowany w drzwiach wizjer. Po chwili dało się słyszeć chrobot otwieranego zamka i wejście stanęło otworem.
W progu stała wysoka kobieta z popielatymi włosami zebranymi w dość długą kitkę. Miała na sobie koszulkę bez rękawów w kolorze wyblakłej czerwieni spod której wystawały czarne paski jej stanika. Na nogi założone miała przetarte jeansy, których przetarcia były najprawdopodobniej celowe. Spodnie były wyraźnie przekrzywione co sugerowało, że założyła je tylko po to, żeby otworzyć drzwi. Była boso, a spod jej prawej nogawki wystawała opaska uciskowa, która usztywniała jej kostkę.
Nieco zmęczonym wzrokiem przeskanowała stojącą po drugiej stronie drzwi parkę i skrzywiła usta w wyraźnym niezadowoleniu. Już chciała zamknąć drzwi, ale z twarzy brązowowłosego chłopaka łatwo dało się odczytać jego zamiary. Prawdopodobnie zablokowałby drzwi swoim ciężkim buciorem albo coś w tym rodzaju.
- "Dzień dobry" - powiedział z dziwnie szerokim uśmiechem. Kobieta zaczęła zastanawiać, czy goście nie przyszli przypadkiem po zemstę. Czyżby miała skończyć upchnięta w beczkę, zabetonowana i zrzucona na dno jeziora? Szybko pozbyła się tej myśli. Za dużo ostatnio oglądała programów o morderstwach.
- "Czego tu chcecie?" - zapytała starając się brzmieć agresywnie.
- "Jednego podpisu" - uśmiech nie znikał z twarzy brązowowłosego.
- "Po cholerę wam mój podpis?" - zmarszczyła czoło i zacisnęła palce na krawędzi drzwi, gotowa, żeby je zatrzasnąć.
- "Po nic co pani przeszkodzi" - odpowiedział zanim kobieta mogła zacząć podejrzewać coś dziwnego - "Potrzeba nam podpisu na zgodzie na wycieczkę" - wyjaśnił spokojnie.
- "Nie dam wam ani grosza" - zmrużyła oczy. W tym momencie właściwie testowała ich cierpliwość udając idiotkę.
- "Kwestie finansowe mamy w pełni załatwione" - powiedział spokojnym głosem chłopak. Jego twarz wciąż rozświetlał irytujący uśmiech - "Chodzi tylko o podpis" - wyciągnął dłoń w stronę Carroll, która wydobyła z plecaka kartkę A5 oraz długopis. Zabrał przedmioty i przysunął je w stronę kobiety.
Niebieskowłosa przestała dreptać w momencie, w którym otworzyły się drzwi. Teraz tylko patrzyła na swoją matkę, która przyglądała się kawałkowi zadrukowanego papieru. Zaczęła analizować ruchy jej twarzy. Mina kobiety stała się obojętna, ale nie było ani śladu niezadowolenia. To była… dość dobra wróżba.
Dziewczyna poczuła dziwną satysfakcję. Nie była pewna skąd się ona brała. Może po prostu spodziewała się dostać podpis i już cieszyła się na zapas? Albo popielatowłosa wydała się jej tak żałosna, że cały dotyczący jej strach zniknął i został zastąpiony przez okrutną, wręcz sadystyczną satysfakcję. Prawdopodobnie to drugie. Carroll nie była pewna, czy jej się to podoba.
- "Niech wam będzie. Dawaj ten długopis" - kobieta westchnęła ciężko i przeciągle, a do tego postarała się, żeby jej wypowiedź brzmiała jakby robiła im olbrzymią łaskę. Mimo to serce niebieskowłosej zabiło mocniej.
Popielatowłosa przyjęła długopis i przez chwilę obracała go w palcach wpatrując się krytycznym wzrokiem w kartkę. W końcu wydała z siebie ten dziwny dźwięk, jaki wydaje język odklejany od podniebienia i przyłożyła kartkę do drzwi. Używając drewnianej powierzchni jako podkładki machnęła krzywy podpis, a następnie oddała obydwa przedmioty chłopakowi, który przekazał je Carroll.
- "Bardzo dziękujemy" - powiedział z szerokim uśmiechem. Kobieta miała wrażenie, że gdyby się nie zgodziła, to ten chłopak zmusiłby ją torturami. To jednak znów mogła być jej skrzywdzona przez programy o morderstwach wyobraźnia.
- "Tak, tak… Nie wracajcie tu" - prychnęła, po czym zatrzasnęła drzwi.
- "Nie zamierzamy" - mruknął Paul. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Zaraz jednak pojawił się z powrotem. Podpis na zgodzie wyglądał tak jak powinien. Wszystko było okej. Misja wykonana.
- "Poszło lepiej niż się spodziewałam" - powiedziała cicho Carroll - "Chociaż mam ochotę się na nią powydzierać…"
Chłopak objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Ruszyli w drogę do domu.
Cudnie. W końcu porządnej długości rozdział. Ta...
Sorry za to, że tak długo pisałem. Szkoła wysysa ze mnie wenę i chęci. Z tego też powodu nie mogę dokładnie określić kiedy napiszę kolejny rozdział.
Miłego czytania, napiszcie jakiś feedback, podzielcie się opinią, czy pytaniem.
~MasterSkorpius
