O`Neill ocknął się w absolutnej ciemności. Leżał na plecach na twardej i zimnej ziemi. Spróbował się poruszyć i jęknął, gdy cała górna część ciała eksplodowała bólem. Dłuższą chwilę leżał nieruchomo, zaciskając powieki i czekał, aż ustaną zawroty głowy. Oj niedobrze… Podniósł ręce do twarzy. Pod palcami czuł lepką wilgoć o nieco metalicznym zapachu. Krew. Zasychała już na jego prawym policzku. Miał nią posklejane włosy. Pomyślał, że w świetle dnia musiałby wyglądać fatalnie. Ostrożnie, centymetr po centymetrze dźwignął się do pozycji półleżącej. Miał z tym pewne trudności. Jego kark był sztywny i obolały. Mógł na razie zapomnieć o skrętach głowy. Prawe ramię pulsowało bólem, ale pomimo to ręka nadawała się do użytku. Bał się, że może mieć wstrząs mózgu, na to jednak już nic nie mógł poradzić. Trochę szumiało mu w uszach, więc nie był pewny czy słyszy w ciemnościach prawdziwe głosy, czy też są one wytworem jego wyobraźni.
- Halo? – Spytał na próbę. - Daniel… Daniel! - Gardło miał wyschnięte. Jego głos przypominał jakiś dziwny rechot.
- Jack? Dzięki Bogu! - Usłyszał przybliżające się kroki, a po chwili w polu jego widzenia pojawił się promień latarki. Daniel podszedł do niego i przykucnął tuż obok. Okulary miał przekrzywione, twarz brudną i podrapaną, ale w jego oczach błyskała prawdziwa ulga. - Mocno oberwałeś. Jak się czujesz?
- A jak ci się wydaje? Jakby stratowało mnie stado słoni… – Pomasował obolały kark. Potem spojrzał przyjacielowi prosto w oczy. - A co tobą? Też nie wyglądasz najlepiej.
- Nic mi nie jest. To powierzchowne otarcia.
- Carter? Teal`c? Byli w tunelu po drugiej stronie groty…
- Nie mam pojęcia. - Daniel spuścił głowę. - Mam nadzieję, że udało im się uciec. Cały korytarz się zawalił. Nie wrócimy tamtędy… Razem z Azu bezskutecznie próbowaliśmy usuwać kamienie.
- Azu?
- Tak ma na imię nasz uciekinier.
- Gdzie on jest? - Zainteresował się O`Neill. - Nic mu się nie stało?
- Nie, nie. Z nim wszystko w porządku. Poszedł sprawdzić, czy dalsza część korytarza nie jest zablokowana. Pomógł mi wydostać cię spod kamieni, a potem opowiedział, co wydarzyło się na planecie w ciągu kilku ostatnich dni.
- No i?
- To długa historia…
- No dobra. Mnie w zasadzie interesuje tylko, co stało się z geologami i pułkownikiem Burnsem?
- Tego Azu niestety nie wie. Opuścił wioskę zanim starszyzna zadecydowała o ich losie. Obawia się jednak, że mogą zostać straceni.
- Acha! Obawiam się dokładnie tego samego! Gdzie są teraz? W wiosce? - Daniel przecząco pokręcił głową.
- Schronili się w górach. Odeszli wkrótce po tym, Jak Bóg Góry okazał im swoje niezadowolenie. Są przekonani, że chce się na nich zemścić za to, że okazali mu nieposłuszeństwo.
- Co? Jaki bóg?
- Wiesz, Jack… Bóg Góry. Tej góry. Wydaje mi się, że trzęsienie ziemi, które nas tu uwięziło ma związek z wulkanem. Kopalnia znajduje się przecież w jego zboczu.
- Coraz lepiej! - Jęknął Jack - Więc nie jest wygasły?
- Najwyraźniej tylko uśpiony. I właśnie się przebudził…
- To dlaczego do cholery nikt o tym nie zameldował? W obozie przebywało trzech geologów. Nie zorientowali się, że coś się dzieje? Na miłość Boską! Wyssało im wszystkim mózgi?
- Zapominasz o mieszkańcach tej planety. Nie wiem, w jaki sposób to robią, ale potrafią przewidywać różne zjawiska w przyrodzie i to z dużym wyprzedzeniem. Wyczuli, co ma nastąpić, jeszcze zanim mogły wykryć to nasze czujniki. I niestety, za wszystko obwiniają nas.
- My jesteśmy winni temu, że wulkan się przebudził? - O`Neill dźwignął się do pozycji siedzącej. Zauważył, że na prawym ramieniu, w miejscu, które przeorały pazury napotkanego w jaskini zwierzęcia, miał założony opatrunek. Bandaż zdążył już lekko przesiąknąć krwią. Sięgnął po metalową manierkę z wodą. Gardło miał suche jak pieprz. Daniel siedział naprzeciwko z ponurym wyrazem twarzy. Splatał i rozplatał palce.
- Obwiniają nas, ponieważ sprowadziliśmy na planetę sługę dawnych bogów… Jaffa.
- Acha… Rozumiem, że chodzi o Teal`ca. Ale całości dalej nie ogarniam…
- Są przekonani, że historia się powtarza. Ostatni wybuch wulkanu miał miejsce, gdy planetą rządził jeszcze Goa`uld. Erupcja pokrzyżowała jego plany wydobycia minerału. Opuścił planetę. Wtedy wśród tubylców doszło do buntu. Wszyscy pozostali na straży Jaffa zostali straceni. Goa`uld już nigdy tu nie powrócił. Miejscowi byli przekonani , że to bóg zamieszkujący wnętrze wulkanu przyszedł im z pomocą i wypędził najeźdźcę. Szamani przez stulecia przekazywali sobie tą historię, aż do czasu, gdy gwiezdne wrota ponownie zostały otwarte i pojawiliśmy się my.
- Więc dlaczego nam pomagali? Czemu dopuścili nas tak blisko tej przeklętej góry?
- Hmm… Tu sprawy nieco się komplikują. – Daniel zdjął okulary i w zamyśleniu pocierał czoło. U nasady nosa odcisnęły mu się dwa czerwone punkciki. Ślady pozostawione przez oprawki. - Ostatnio, zwłaszcza wśród młodych, dochodziło do pewnego rozprzężenia. Coraz mniej wierzyli słowom szamanów. Coraz więcej poszukiwali własnych rozwiązań. Starszyzna zaczęła obawiać się znacznej utraty swych wpływów. Wtedy przybyliśmy my. Przynieśliśmy nową technologię, a jednocześnie nie próbowaliśmy ich zniewolić. Chcieliśmy jedynie swobodnego dostępu do kopalni. Rada starszych zaczęła się nam bliżej przyglądać. Zaniepokoiło ich to, że zakłócamy spokój milczącego przez stulecia Boga Góry. Ostrzegali swych towarzyszy przed kontaktami z nami. Niewielu jednak ich posłuchało. Wiele osób z wioski codziennie przychodziło do obozu, by uczyć się nowych umiejętności lub posłuchać fascynujących opowieści o innych, odległych światach. Wiesz, ta rasa jest naprawdę inteligentna. Chłonęli wiedzę jak gąbki. Azu na przykład zaprzyjaźnił się z doktorem Nowakiem. Towarzyszył mu w jego badaniach, pomagał przy wydobyciu minerału i w badaniach nad nim. Niestety, już samo wydobywanie minerału, wzbudziło w szamanach niemiłe skojarzenia. Na dodatek, pewnego dnia nasza drużyna odwiedziła planetę i któryś z mieszkańców zauważył Teal`ca. We wszystkich starych zapiskach Jaffa występują, zresztą zgodnie z prawdą, jako armia służąca okrutnym i bezwzględnym bogom. Szamani dodali dwa do dwóch i wyszło im, że ich oszukaliśmy udając przyjaźń, a tak naprawdę przygotowujemy się na powrót dawnego tyrana.
- Nonsens… - O`Neill ukrył twarz w dłoniach. Głowa pękała mu z bólu.
- Tym razem szamani tryumfowali. - Ciągnął dalej Daniel. - Starszyzna kategorycznie zakazała wypraw do obozu i przebywania w towarzystwie ludzi. Kiedy zaczęli wyczuwać pierwsze sygnały nadciągającego wybuchu wulkanu, wpadli w panikę. Nie rozumieli istoty tego, co miało nadejść. Postanowili, tak jak kiedyś ich i przodkowie, pozbyć się przybyszów. Uprowadzili czterech, ich zdaniem najważniejszych, pozostałych zabijając.
- Dowódca drużyny i ludzie nauki… Mówiłeś, że mają być straceni…
- To właśnie dlatego Azu do nas przyszedł. Chce uratować zakładników. Nie wie jednak, czy nie jest już za późno. Szamani obawiają się zemsty Boga Góry za to, że wpuścili obcych na jego terytorium. Że nie byli wystarczająco czujni i przewidujący. Krwawa ofiara ma odwrócić jego gniew.
- I oni uważają, że Goa`uldzi byli okrutni… - Jack aż sapnął ze złości.
Z korytarza dobiegł ich odgłos kroków. Drugi promień latarki zatańczył na kamiennych ścianach. Młody tubylec ostrożnie zbliżał się do siedzących. Skulił ramiona. Cała jego sylwetka była napięta jak struna. Jakby w każdej chwili mógł rzucić się do ucieczki. Patrzył podejrzliwie na O`Neilla. Widocznie nie zapomniał, jak niebezpieczny może być ten człowiek. Daniel gestem przywołał go jeszcze bliżej. Podszedł niechętnie.
- Nie chciałem was skrzywdzić. – Powiedział cicho. - Przyszedłem, żeby was ostrzec. Nie chciałem, żeby do tego doszło.
- Tak. Wiem. Też tego nie chciałem. - Mruknął Jack. - Przybyłeś nam z pomocą a ja cię zaatakowałem… Ale jesteśmy tu razem. Może, więc razem wymyślimy, jak się stąd wydostać?
Azu spoglądał na siedzącego mężczyznę z powątpiewaniem. Wciąż go oceniał. Nawet tutaj, ranny i bez broni wyglądał groźnie, ale w jego oczach już nie było dzikości. Patrzył otwarcie i szczerze. Już nie budził takiego lęku. Uwadze chłopaka nie uszedł też fakt, że Daniel odnosi się do niego z szacunkiem, a jednocześnie z prawdziwą troską. Archeolog od razu zdobył sympatię i zaufanie Azu. W jakiś sposób przypominał mu, porwanego przyjaciela, doktora Nowaka. Jeśli, więc ten mężczyzna jest przyjacielem Jacksona, to pomimo wszystko, również zasługuje na zaufanie. Tubylec wyprostował ramiona i po raz pierwszy odkąd go zobaczyli, uśmiechnął się.
- Sprawdziłem długi odcinek korytarza w tamtym kierunku. Można nim przejść, więc myślę, że mamy szansę…
- Mówisz, że potrafisz znaleźć wyjście z tego labiryntu? – O`Neill patrzył młodemu człowiekowi w oczy. Powoli kiełkowała w nim nadzieja.
- Być może… Nie możemy wrócić drogą, którą tu przyszliśmy. Przejście jest całkowicie zatarasowane. Nie zdołamy się przekopać. Jednak z większości korytarzy można się wydostać otworami wentylacyjnymi. . Nie wiem, czy ten akurat nie jest zasypany, ale chyba nie mamy wielkiego wyboru. Musimy podjąć to ryzyko. Dla ciebie będzie to jednak trudne. To praktycznie ścieżka. Wąska i stroma a ty jesteś ranny…
- Poradzę sobie. - Przynajmniej jego głos zabrzmiał tak pewnie, jak powinien. Ani Daniel ani Azu nie powinni dowiedzieć się, że w rzeczywistości ma bardzo duże wątpliwości. W głowie wciąż mu się jeszcze kręciło. A gdy powoli dźwigał się na nogi, jego mięśnie drżały lekko. Zacisnął mocno zęby. Do diabła z tym! Musi dać radę. Po prostu nie ma innej opcji. Odetchnął głęboko. - Dobra, dzieciaki. Komu w drogę, Temu czas!
