Już mieli wyruszać, kiedy Sir Leon obdarzył jeszcze ich prymitywną mapą Kamelotu z zaznaczonymi miejscami, w których odnalezione zostały ciała ofiar.

- Huh, nie zauważyłem żadnego wzorca – przyznał Merlin gdy rozłożyli ją na stole.

- Wilkołacze ofiary wszystkie były niedaleko centrum miasta. – Dean machnął ręką nad pergaminem. - Ale wampirze głównie na obrzeżach – znaczy, że nieźle się dziś nachodzimy, żeby porozmawiać ze wszystkimi.

Przesłuchiwanie ludzi w Kamelocie było doświadczeniem zupełnie innym niż przesłuchiwanie ich w choćby i najmniejszym miasteczku w ich rodzimym kraju. Ludzie gnieździli się ze sobą w zdezelowanych domkach szeregowych i znali wszelkie szczegóły z życia sąsiadów. Żadnej telewizji, żadnego dojazdu do miejsca pracy, żadnych wielkich trawników, które odseparowałyby okna od ulicy. Sam musiał przyznać, że bez Merlina i Gowena on i Dean byliby traktowani z podejrzliwością i pewnie niewiele by się dowiedzieli. Jednakże Merlin wraz z Gowenem zdawali się potrafić oczarować wszystkich tak, by wydobyć od nich zarówno zaproszenie do środka, jak i zeznania.

Merlin wyjaśniał miękko, że Król był zatroskany sytuacją ludzi w mieście i bardzo chciał pojawić się osobiście i z nimi porozmawiać, ale jego napięty grafik na to nie zezwalał, tak więc Merlin był tam by sprawdzić co i jak i po powrocie zdać raport. Udzieliwszy tego wyjaśnienia cała czwórka była sadzana i oferowana dziewięćsetną szklankę wody lub słabego wina i zadawała delikatne pytania, podczas gdy mieszkaniec domu nie przestawał zachwycać się jaki to z Artura dobry i troskliwy król.

Sam nie mógł nie zastanowić się ile z tego, co mówił Merlin było prawdą. Nie potrafił stwierdzić gdzie w tym wszystkim kończył się prawdziwy Artur, a zaczynał arturiański mit. Nie ulegało wątpliwości, że poddani go uwielbiali, ale Sama nurtowało to, czy naprawdę Artur wolałby zejść do miasta osobiście. Po pierwsze był zapach. Sam krzywił się co jakiś czas mimo najszczerszych chęci powstrzymania odruchu. Dean złapał go jak patrzył na coś z obrzydzeniem, ale tylko się zaśmiał i powiedział coś o autentyczności. Sam przedłożyłby kanalizację i lepszą higienę ponad autentyczność.

Skończyło się na tym, że przez całe popołudnie wysłuchali masę bezużytecznych informacji: miotlarz zaczął więcej pić, jego córka Helena wpadła w złe towarzystwo, Tomas z sadu podkochiwał się w Clarissie, która to właśnie znalazła pracę na zamku. Ale nie, nikt nie widział na ulicach po zmroku nikogo, kogo by na nich nie powinno być.

Jedną rzeczą, którą Sam przyuważył było to, że jeśli ktokolwiek pomyślał, że szukają czegoś związanego z magią, to poza przerażeniem nic nie dało się z niego wyciągnąć. Zazwyczaj to Merlin ratował sytuację, zapewniając daną osobę, że nie groziło im nic, ani ze strony magii, ani rycerzy. Pewnym było, że ludzie łączyli związki z magią z wyrokiem śmierci.

Udało im się, jednak, trafić wreszcie na jakiś ślad.

- Zdaje się, że powinniśmy wpaść do córki piekarza – oznajmił Dean gdy opuszczali dom krawcowej. Wyglądało na to, że Lilian, córka piekarza, została zaatakowana trzy noce temu, ale napastnik uciekł kiedy zaczęła krzyczeć, co przyciągnęło uwagę strażników nocnych. - I mogę się założyć, że nasz wampir przesiaduje w karczmie. Musimy się tylko zorientować gdzie jest jego gniazdo.

- Ale jeśli córka piekarza została zmieniona – odparł Sam – to znaczy, że mamy teraz na głowie dwa wilki, jeśli nie więcej. Zależy, czy ona też gryzła, czy tylko zabijała. Musimy zadziałać szybko, Dean. Liczba ofiar będzie tylko wzrastać.

- Myślisz, że nie wiem? - Dean westchnął. - No dobra, to na wilki najlepiej poluje się nocami. Na wampiry za dnia. W takim razie może ty i Merlin pójdziecie pogadać z córką piekarza, dowiecie się gdzie została zaatakowana. Gowen i ja pójdziemy do karczmy, popytamy czy ktokolwiek coś zauważył.

Sam obserwował jak Gowen i Merlin wymieniają się spojrzeniami i Merlin kiwa Gowenowi głową.

- W porządku? - spytał.

- Tak, chodźmy – odparł Merlin. - Niedługo muszę wracać na zamek.

- Ludzie naprawdę boją się tu magii – rzucił Sam po drodze.

- Mów ciszej – skarcił go Merlin.

- Wybacz, tylko że... Znaczy, rozumiem, w złych rękach może być straszna, ale nawet biali mag- - Merlin rzucił mu twarde spojrzenie – uh... znaczy nawet ci dobrzy... tak jakby myśleli, że zostaną powieszeni za to, że przywitali się z kimś kto... jej używa.

- Bo tak było kiedy rządził Uter – westchnął Merlin. - Każdy kto udzielał schronienia albo dawał pożywienie magowi był uznawany współwinnym jego zbrodni.

- A co jeśli nie popełniono żadnych zbrodni? - spytał Sam. - Co jeśli używali jej tylko do... no nie wiem... zabijania potworów... albo leczenia króliczków...

- Leczenia króliczków? - roześmiał się Merlin.

- Wiesz co mam na myśli – odparł zawstydzony Sam. - Ja tylko... znaczy, Dean i ja, zabijamy wiedźmy cały czas. - Wzdrygnął się kiedy Merlin zatrzymał się całkiem, patrząc na niego wielkimi oczami, więc pośpieszył z kontynuacją. - Ale zabijamy tylko te, które mordują ludzi i używamy... - zaniżył głos - … zaklęć, czasami, żeby znaleźć demony albo zabić coś, co można zabić tylko w ten sposób... Ja tylko mówię, że nie cała magia jest zła. Nie ma żadnego rozróżnienia?

Wyraz twarzy Merlina przeszedł w sympatię w miarę jak Sam mówił.

- Artur nie naoglądał się za dużo tego dobrego typu – odparł. - Było szczególnie źle za panowania Utera. Wielu było wściekłych za jego zbrodnie – za czystkę i śmierć. Jedyna magia, którą Artur wtedy widział to była ta, która przybywała na zamek by zabić jego lub jego ojca w odwecie. Właściwie to tak właśnie zostałem jego służącym. Ocaliłem go od jednego takiego ataku.

- Ale czy ci mordercy nie podsycali tylko jego ognia? Jeśli jedyni magowie, jakich widział Artur chcieli go zabić, to nic dziwnego, że będzie kontynuował w przekonaniu, że magia jest zła – zastanawiał się Sam. - Ale nie może podjąć sprawiedliwej decyzji jeśli to jedyne jej oblicze jakie poznał.

- Dokładnie – zgodził się Merlin. - Tak długo jak magia zakazana jest prawnie Artur nigdy nie ujrzy ile dobra może zdziałać, bo ci, którzy do tego jej używają są wystarczająco mądrzy, żeby się nie wychylać.

- A jeśli nigdy nie zobaczy jej dobra to zapewne jej nie zalegalizuje. Masz tu niezły Paragraf 22.

- Niezłe co? - spytał Merlin.

- Uh, mam na myśli to, że – musisz powiedzieć Arturowi-

- Nie – sprzeciwił się Merlin. - Nie mogę go chronić jak mnie zabije.

- Ale gdyby wiedział-

- Nie – przerwał znowu Merlin. - Nie, musiałbym mieć pewność. Zbyt wiele jest do stracenia i nie mogę... słuchaj, tu nie chodzi tylko o moje życie. Tu chodzi o Albion i cały ten świat, który Artur ma zbudować. To zbyt wielkie przeznaczenie, żeby tak ryzykować, Sam. - Merlin zatrzymał się. - To tutaj.

Sam zmarszczył brwi na zachowanie Merlina i dopiero wtedy zorientował się, że stoją przed domem, który pachnie jak świeżo upieczony chleb.

Porozmawiali z piekarzem, a potem z jego córką, Lilian, która odpoczywała na pięterku, ponieważ podobno nie przesypiała nocy. Twierdziła, że kiedy jednej nocy wracała do domu napadł ją od tyłu jakiś mężczyzna. Według niej chciał pocałować ją w kark, ale ugryzł ją kiedy zaczęła się szarpać i krzyczeć. Uciekł gdy tylko nadszedł najbliższy strażnik.

Sam zapytał, czy mógłby obejrzeć ugryzienie. Wciąż było czerwone na brzegach, ale zaleczyło się nadzwyczaj dobrze. Dalej spytał jak ostatnio sypia. Odparła, że jak najlepiej, choć jej ojciec dopiero co powiedział im co innego.

- Twój ojciec twierdzi, że zbudził się o świcie i zastał cię robiącą pranie – powiedział i musiał przyznać, że Lilian świetnie ukryła swoją panikę.

- Ja... obudziłam się wcześnie i zauważyłam, że zaplamiłam swoją koszulę nocną. Chciałam ją wyprać zanim plama się wżarła na dobre – powiedziała patrząc na ścianę.

- Czym ją poplamiłaś? - zapytał Sam.

- To kobieca sprawa, Panie – odparła z wyrazem strasznego zawstydzenia na twarzy. Sam zerknął na Merlina, który wyglądał dokładnie identycznie.

- Ach tak, wybacz – powiedział. - Dziękuję za twoją pomoc.

To był jeden z tych nielicznych razów kiedy Dean nie musiał przekupywać barmana za informacje. Gowen był z nim w świetnych stosunkach. W parę minut, nie świadom nawet tego, że jest wypytywany, mężczyzna opowiadał już Gowenowi wszystko o nowych klientach z ostatnich dwóch tygodni.

- Niespełna dwa tygodnie temu – mówił, - ta panna wchodzi, całkiem sama. Twarda jak żelazo była, i przednio odziana. Mężczyzn miała u swoich stóp ledwie weszła, i stawiali jej ale i mówię ci, potrafiła ona pić. Tobie by trudno z nią było konkurować.

- No to przykro mi, że coś takiego mnie ominęło – zaśmiał się Gowen, a barman mu zawtórował. - Zajrzała tu jeszcze od tamtego czasu?

- Ano, już następnego dnia przyszła, z młodym mężczyzną pod rękę. Nieśmiały chłopak – syn starego Brana. Znałeś Brana? Porządny człowiek, pokój jego duszy. Był właścicielem ziemi przy Lesie Darkling – wyjaśnił barman. - Biedny chłopak, nie wyglądał jakby miał ochotę na wieczór w karczmie. Zdaje się, za głośno tu jak dla niego. Wzdragał się na każdy hałas jakby ktoś wbijał mu szpikulce w ciało. Ja to myślę, że przyszedł tylko dla tego, że ona tego chciała, a z taką dziewką to albo jest jak ona chce, albo nic nie ma. Od tego czasu zachodziła jeszcze kilka razy, od czasu do czasu.

- Sama? - spytał Dean, a potem, żeby odwrócić wszelkie podejrzenia, dodał z uśmiechem – Czy chłopak zatrzymał przy sobie taką dziewczynę?

Barman pokręcił głową.

- To zdaje się nie ten typ dziewczyny, co to chce być zatrzymywany, jeśli mnie rozumiesz.

- Chyba nie rozumiem – odparł Dean, rzeczywiście bez pojęcia.

Barman poruszył się zmieszany i wymienił spojrzenia z Gowenem, który zdawał się pojmować.

- Przychodzi sama, ale nigdy sama nie wychodzi? - zgadł. Mężczyzna skinął głową.

- A – zrozumiał Dean.

- A chłopak nigdy nie przyszedł jej szukać? - dopytywał Gowen.

Karczmarz potrząsnął głową.

- Pewnie siedzi w domu i liże rany.

Dean wątpił. Laska odgrywała klasyczny wampirzy numer. Wywabiała pijanych mężczyzn z karczmy w jakieś odosobnione miejsce, a jej nowo przemieniony partner rzucał się na łatwy posiłek. Podejrzewał, że gdyby spojrzeć na mapę Leona to karczma znajdowała by się w samym środku między wszystkimi wampirzymi morderstwami.

Gowen i karczmarz pogadali jeszcze trochę, wymieniając sprośne żarty, które bardzo rozśmieszały Deana, aż wreszcie barman musiał odejść zająć się innymi klientami.

- Skoro już tu razem siedzimy to pomyślałem, że moglibyśmy uciąć sobie pogawędkę – powiedział Gowen, zwracając się do Deana z uśmiechem.

- Na temat? - spytał Dean przyglądając się swojemu rozmówcy – który, był tego pewien, cały dzień rozglądał się za kobietami, nie mężczyznami, no ale nie byłby to pierwszy raz...

- Merlina – odparł Gowen, a uśmiech zniknął z jego twarzy. - Może i przysięgałem wierność Arturowi i Kamelotowi, ale przed tym, przysiągłem, że będę lojalny Merlinowi, bez względu na to, czy on zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Zdaję sobie sprawę, że nieporozumienia się zdarzają, ale nie wątp w to ani na moment, że jeśli włos spadnie Merlinowi z głowy, to rozpłatam cię na kawałki.

- Zrozumiano – Dean skinął głową.

Gowen uśmiechnął się.

- To dobrze... - dodał Dean. - Merlin ma szczęście, że trafił mu się taki przyjaciel.

Gowen potrząsnął głową jakby chciał zaoponować, ale upił tylko łyk swojego ale.

- Nie, tak jest – powtórzył Dean. - Zastanawia mnie tylko... mówisz, że jesteś lojalny Merlinowi, ale oficjalnie złożyłeś przysięgę Arturowi. To co by się stało jakby to Artur zagroził Merlinowi?

Gowen spojrzał na Deana jakby ten oszalał.

- Artur nigdy by nie skrzywdził Merlina – oznajmił. - Znaczy, tak, zdzieli go po głowie od czasu do czasu, ale to po prostu... oni.

- Ale co gdyby... - upierał się Dean. - Co gdyby Artur skazał Merlina na śmierć, któremu z nich pozostałbyś wierny?

Gowen zmarszczył brwi.

- On nigdy by...

- Hipotetycznie – bądź miły i odpowiedz.

- Ja... - Gowen urwał i wyglądał na szczerze wystraszonego na samą myśl. - To byłby Merlin – wyszeptał w końcu. - Inaczej chyba nie mógłbym żyć z sobą samym.

- Dobrze – rzekł Dean. - Dobra odpowiedź.

- Nigdy nie będę musiał dokonywać tego wyboru – oznajmił z mocą Gowen.

- Miejmy taką nadzieję. - Dean kiwnął głową.

Gowen zmarszczył czoło.

- Brzmisz jakbyś wiedział o czymś, o czym ja nie wiem.

Dean pokręcił głową.

- Ledwie znam Króla, a Merlina spotkałem dzisiaj rano.

- Więc skąd te pytania? - spytał Gowen z irytacją.

- Tak jakoś, dziś po południu odniosłem wrażenie, że Merlin może potrzebować kogoś po swojej stronie. Powiedzmy, że to przeczucie. - Dean wzruszył ramionami i dopił swoje ale. - A teraz, nie mam pojęcia która godzina, ale umieram z głodu – głosuję, żebyśmy wrócili i zobaczyli co zdziałali Sammy z Merlinem.

Gowen kiwnął głową i jednym haustem dopił resztę swojego piwa, rzucając kilka monet na stół. Następnie spojrzał na Deana z wyczekiwaniem – i ten zorientował się, że powinien zapłacić za swoje ale... pieniędzmi, których nie posiadał. Jakby tego było mało, wstając zostali zauważeni przez karczmarza, który właśnie szedł w ich stronę.

Dean włożył w swój uśmiech cały swój urok osobisty.

- Wyślij rachunek Królowi – powiedział pewnie.

Karczmarz uniósł brew, ale kiwnął głową.

- To twoja głowa.

Gowen roześmiał się i zarzucił rękę wokół ramion Deana.

- Nie jestem pewny jak cię oceniać, przyjacielu – oznajmił, - ale lubię twój styl bycia.

Sam westchnął głośno, gdy opuścili dom piekarza. Merlin wiedział co myślał i wiedział, że miał rację, ale jakaś część jego wciąż nie pozwalała mu tego zaakceptować.

- Może to było po prostu... no wiesz... - powiedział cicho.

- Nie – odparł Sam. - Dziewczyna zostaje ugryziona, dwa dni później budzi się cała we krwi... to nie była jej krew i ona dobrze to wie.

- Czy to zawsze tak wygląda? - spytał Merlin, prowadząc ich z powrotem na zamek.

- Czy co tak wygląda?

- Wasze życia – rzekł Merlin machając ręką. - Znaczy, kiedy to sobie wyobrażałem, potwory i złe duchy były...

- Nie nastoletnimi dziewczynami, które nawet nie zdają sobie sprawy z tego, czym są? - dokończył Sam.

- Dokładnie – odparł Merlin nagle nie mogąc powstrzymać myśli o ciemnych włosach, świetle świec i szmuglowaniu jedzenia do zapomnianych magazynów zamkowych.

- Nie zawsze – odrzekł Sam. - Ale przez większość czasu – tak, to jest to. A ty? Nigdy nie spotkałeś się z niczym takim podczas swoich przygód z Arturem?

- Była raz jedna dziewczyna – powiedział Merlin. - Jak Lilian. Tylko, że ona... ona wiedziała. Została przeklęta. Nocą zmieniała się w basteta.

- Co to takiego? - spytał Sam.

- Wielka czarna pantera, uskrzydlona. - Merlin uśmiechnął się. - Nawet taka była piękna. Tylko, że zabijała ludzi. Artur... mieliśmy razem uciec, żyć nad jeziorem...

- Ty i Artur?

- Nie. – Merlin roześmiał się. - Ja i Freya.

- Oh, - westchnął Sam. - A Artur ją zabił?

- Tak – odparł cicho Merlin.

- Raz spotkałem wilkołaka – odezwał się Sam. - Na imię miała Madison. Myślałem, że uda mi się ją uratować i przez moment myśleliśmy, że mamy szansę, ale... nie zadziałało. Na to nie ma lekarstwa.

- Czy Dean ją zabił? - spytał Merlin zastanawiając się ile tak naprawdę on i Sam mieli wspólnego ze sobą.

- Nie, to ja to zrobiłem – odrzekł Sam. Merlin przełknął ciężko próbując wyobrazić sobie, że musiałby własnoręcznie odebrać Freyi życie – i nie mógł. Ale nie potrafił odgonić obrazu szerokich oczu Morgany gdy uświadomiła sobie, że Merlin ją otruł – że Merlin ją zdradził. Potrząsnął głową by oczyścić umysł. Nie miał innego wyboru, wiedział to.

- Możesz zaczekać na Gowena i Deana w Kwaterach Rycerzy – powiedział w końcu gdy wchodzili na wewnętrzny dziedziniec. - Ja muszę towarzyszyć Arturowi. Znajdziesz drogę sam?

- Tak mi się wydaje – odparł Sam, a potem uśmiechnął się. - Dzięki za pomoc, Merlinie.

Merlin skinął głową, nie nawykły do podziękowań, a już zupełnie nie do podziękowań od wojownika, który powinien istnieć jedynie w legendach.