44#03
Gaara zamrugał, chłonąc wzrokiem wszystko, co znajdowało się dookoła.
Kiedy schodzili w głąb pomieszczenia, zdumiewająco długimi, wąskimi stopniami wijącymi się jak wstęga, spodziewał się, że bardzo szybko zrobi się ciemno, szczególnie jak kamienna pokrywa, ze chrzęstem kamienia szorującego o kamień zasunęła się za nimi powolnym ruchem.
Ku jego zdumieniu wzdłuż krawędzi stopni pojawiły się wzory, lekko lśniące w ciemności, kanciaste i symetryczne, wyznaczając im bezpieczną ścieżkę w dół, w dół, w dół.
– Dlaczego to się świeci? – zapytał, przycupnąwszy na jednym ze stopni i przesuwając palcem wzdłuż jaśniejącej krawędzi. Blade, niebieskawe światło ku jego zdziwieniu sprawiało, że palec wydawał się świecić czerwonawo, szczególnie obok paznokcia. Zamrugał, zaintrygowany zjawiskiem.
– Nie mam pojęcia, ale miło z jego strony – mruknął Ryoshi. – Inaczej trzeba byłoby paradować tutaj z pochodniami.
Gaara skinął głową i wstał, a następnie kontynuował wędrówkę, odrobinę zadumany nad tym, że jego ojciec mógł czegoś nie wiedzieć.
Dorośli powinni wiedzieć wszystko, szczególnie Kazekage.
W końcu znaleźli się w przestronnym pomieszczeniu, od którego bocznych ścian rozgałęziały się wąskie korytarze. Mogli dostrzec wszystko to, bo na podłodze, w równych odstępach znajdowały się symetryczne, proste wzory, znacznie mniej szczegółowe niż równe linie symboli, które wydawały się pełznąć w górę ścian i ciągnąć wzdłuż sufitu.
Gaara otworzył szeroko oczy i podbiegł do jednej ze ścian, zaintrygowany cieniami, jakie się na niej znajdowały.
z bliska okazało się, że to wcale nie były cienie, a bardzo, bardzo stare rysunki, wyblakłe przez lata, ale ciągle możliwe do rozpoznania.
W ciemnych kształtach rozpoznać można było sylwetki ludzi, bardzo uproszczone, niczym z jednego z jego rysunków, ale towarzyszyły im także większe, potworniejsze. Miały dodatkowe głowy i wielkie szpony, a ich oczy narysowane był szybkimi, ostrymi liniami, które jednoznacznie kojarzył się z czymś gniewnym i złym.
Wyglądało to prawie strasznie, ale w okolicy narysowane też były inne postacie, równie duże jak te potworne, ale te dla odmiany budził dobre skojarzenia i dawno temu, kiedy rysunki były świeże, musiały wyglądać na pokryte blaskiem. Nawet teraz, kiedy wpatrywał się wystarczająco intensywnie, był w stanie dostrzec ślady złotej farbki.
– Co to jest? – zapytał, odwracając się do ojca.
Ryoshi nie wydawał się być pod wrażeniem otoczenia.
Widział to wszystko wystarczającą ilość razy, żeby się przyzwyczaić, jak do każdej innej dziwnej rzeczy, na którą natknął się w ciągu swojego życia.
– Historia – powiedział, nie przerywając przyziemnego zajęcia, jakie go teraz pochłaniało. Dostosować miejsce do przebywania w nim jakiś czas. rozpieczętować rzeczy przeniesione w zwojach. I tak dalej, i tak dalej.
– Jaka? – dopytywał się dalej Gaara.
W tej chwili był prawie jak każde inne pięcioletnie dziecko, dopytując się o wszystko, co go zainteresowało.
Prawie. To słowo zawsze czyniło różnicę.
– Ciężko stwierdzić, przekazy ustne mają tendencję do deformowania się z czasem – mruknął Kazekage.
Gaara naturalnie nie rozumiał z tego ani słowa. Po prostu czekał na kontynuację.
– Powstały jeszcze przed tym, jak zostały założone wioski ninja – kontynuował Ryoshi. – Na długo, długo przed tym, kiedy po świecie oprócz ludzi chodziły demony i bogowie.
– Demony? – zamrugał Gaara, marszcząc lekko brwi. – takie jak ten we mnie...?
– Przypuszczam, że między innymi – mężczyzna uniósł lekko brwi.
Dzieciak potrafił odróżnić siebie od Shukaku, to już coś.
– Między innymi? To były jakieś inne?
Ryoshi podszedł bliżej do ściany i wzrokiem odnalazł coś, co według niego musiało być początkiem historii. A przynajmniej jej fragmentu, który został narysowany na ścianach pradawnego schronienia.
– To jest Tiamat – powiedział, wskazując palcem na postać czegoś, co wyglądało jak smok. Pięciogłowy, a każda z głów miała inny kolor, chociaż teraz bardzo trudno było to dostrzec.
– Kiedy świat był jeszcze młody, to ona stworzyła chakrę pięciu podstawowych żywiołów. Przynajmniej tak mi się wydaje. Każda ze smoczych głów władała jednym żywiołem. Ogień i woda, ziemia i powietrze oraz błyskawica, która rozdarła niebo i sprowadziła noc.
Gaara słuchał z błyszczącymi oczyma i wypiekami na twarzy. Nieczęsto zdarzało się, żeby ojciec poświęcał mu tyle czasu i opowiadał historie. Straszne historie o niezrozumiałych rzeczach, pełne pradawnych bestii, ale słowa był skierowane do niego, padały dla niego.
– Za sprawą Tiamat na świecie pojawiły się istoty stworzone z czystej chakry. Ogoniaste demony i byty, które zostały dawno, dawno zapomniane. Tworzyły kolejne stworzenia, słabsze od nich, zaludniając świat. – kontynuował Ryoshi. – Ale Tiamat nie była zadowolona. Akt tworzenia ją wyczerpał i chciała odpocząć, ale chaos, jaki został rozpętany przez rywalizujące ze sobą żywioły i szalejące nowe moce nie dawał jej spokoju nawet w najczarniejszych głębiach oceanu.
– Co się stało? – zapytał chłopiec z lękiem w głosie.
– Wynurzyła się z głębi oceanu, rozszalała w swoim gniewie, zdecydowana uciszyć wszystkie stworzenie jeszcze raz.
– to bez sensu – wymamrotał chłopiec. – po co to wszystko robiła, skoro teraz wszystko niszczy?
– Nie spodziewaj się po prastarych bytach logiki – mruknął Ryoshi. – Robiły zawsze to, na co miały ochotę, niezależnie od tego, czy miało to w ogóle sens. Dbały jedynie o własną, chwilową wygodę. Być może dlatego przepadły w zapomnienie.
– Co się stało? – zapytał po raz kolejny chłopiec.
– Nic nie chce umierać i nigdy nie chciało – wzruszył ramionami mężczyzna. – Widząc gniew Tiamat, wszyscy zdecydowali się, że stawią jej czoła, ale nikt nie był wystarczająco silny, żeby się z nią zmierzyć.
– Ale ktoś się znalazł i ją pokonali, prawda?
– Tak, znaleźli jedną osobę, która okazała się wystarczająco potężna. To był Marduk – Ryoshi wskazał palcem na postać o sześciu rękach, która stała pionowo, z jedną nogą opartą na biodrze drugiej. Środkowa para rąk wydawała się złożona jak do modlitwy, to samo z górną, z tym, że dłonie tej znajdowały się nad jego głową. Dolna para rąk rozłożona była w geście błogosławieństwa. Zdaniem Gaary mistyczny bohater wyglądał trochę jak pająk, ale chłopiec postanowił nie dzielić się tą refleksją z ojcem. Zamiast tego słuchał dalej, bo Ryoshi kontynuował historię:
– Jednak zanim ruszył do walki, postawił pewien warunek.
– Jaki?
– W zamian za pozbycie się Tiamat, zostanie władcą ich wszystkich – uśmiechnął się krzywo. – Burzyli się, ale ostatecznie musieli się na to zgodzić.
– Czyli... – zastanowił się chłopiec. – Poszedł, pokonał ją i został królem?
– Owszem – skinął głową. – Ale uznał, że Tiamat miała rację w jednym. Świat nie jest w stanie znieść chaosu, jaki wywoływało zgromadzenie potężnych istot, nakazał więc wszystkim odejście i zostawić go najmłodszym ze stworzonych istot, które były wówczas wystarczająco słabe, żeby nie doprowadzić do zagłady.
– To nie przypomina opowieści ze szkoły – wymamrotał chłopiec.
– To mitologia, nie historia – wzruszył ramionami Ryoshi. – Jeżeli cokolwiek się zgadza, to tylko jakaś mało znacząca część.
– W jaki sposób mogliby zniszczyć świat po prostu na nim będąc? – Gaara nagle zmienił temat. – To trochę bez sensu.
– Byli zbyt potężni, żeby było to bezpieczne.
– Dla nich?
– Dla wszystkich – Ryoshi nie zmarszczył brwi, nie dał w ogóle po sobie poznać, że ta rozmowa, ten jej konkretny fragment, liczy się bardziej od całej reszty. To praktycznie nie miałoby sensu w przypadku zwykłego dziecka, bo zachowanie i poglądy pięciolatka zmieniały się niczym chorągiewka na wietrze, ale Gaara nie był zwykłym dzieckiem. O ile w ogóle nim był, teraz, czy kiedykolwiek.
– Dla innych – powiedział powoli Kazekage. – Silne osoby zawsze powinny bronić tych słabszych. Nawet, jeżeli będzie to oznaczało, że będą musiały odejść.
– To niesprawiedliwe – burknął chłopiec. – Skoro ktoś jest aż taki dobry, to powinien zostać! Zasłużył sobie na to! Bardziej niż wszyscy inni.
– Dlaczego?
– Bo… jest lepszy! Dlaczego ludzie chcieliby zostać kimś silnym i potężnym, skoro nic im by to nie dało?
– Bo chcą chronić innych – uciął Ryoshi krótko.
– Tylko tyle? – Gaara zmarszczył brwi.
– To mało? – zapytał Ryoshi, przechylając głowę.
– Inni nie muszą być wcale mili, prawda? – chłopiec spochmurniał i wbił wzrok w podłogę. – I nie są. Nie lubią każdego, kto się jakoś od nich różni. Przezywają, pokazują palcami, udają, że ci silni nie istnieją.
– Tak czasami bywa – powiedział mężczyzna. Zdawał sobie sprawę, że Gaara mówi z autopsji. Potrafił więc wskazać przynajmniej częściową różnicę pomiędzy sobą, a innymi ludźmi, potrafił stwierdzić, że nosi w sobie moc większą, niż przeciętni mieszkańcy Suny. I zdawał sobie sprawę z tego, że to właśnie przez tę różnicę jest traktowany w taki sposób, a nie inny.
Pytaniem było tylko, co jeszcze widział, oprócz własnego poczucia krzywdy.
– Więc jak inaczej miałoby to wyglądać?
– Nie wiem – skrzywił się chłopiec. – Ale na pewno nikt nie musiałby odchodzić! Ludzie po prostu musieliby nauczyć się żyć obok tych silniejszych!
– A jeżeli by się nie nauczyli? – Ryoshi miał wrażenie, jakby coś zimnego powoli pełzło wzdłuż jego kręgosłupa, budząc dreszcz, sprawiając, że mięśnie napinały się, niczym do walki, a w piersi ściskało jak po długim biegu. – Jeżeli nie potrafiliby żyć obok silniejszych od siebie? Co by się z nimi stało?
– Nie wiem – pokręcił głową. – Ale dlaczego mam się martwić? Skoro mnie nie lubią, skoro są niemili? Nie chcę odchodzić, żeby innym było lepiej, niech to oni odejdą! Na zawsze!
– Ani słowa więcej – wysyczał cicho Ryoshi i wstał. Patrzył na syna chłodno, górując nad nim, a chłodne światło, jakie wypełniało pomieszczenie malowało na jego twarzy przerażające cienie.
Gaara zadrżał. Bardzo nie chciał, żeby ojciec patrzył na niego w ten sposób, w sposób, w jaki patrzyli na niego wszyscy inni ludzie. To było niesprawiedliwe, on nie powinien, on był jego tatą! Powinien go kochać, chronić i przytulać, a nie patrzeć tak strasznie, jakby przed nim stał nie Gaara, a jakiś obrzydliwy potwór, który wypełzł z najgłębszej ciemności, ze starych opowieści, w których na dnie wielkiej wody spoczywała demoniczna bogini.
– Dlaczego…? – wykrztusił w końcu chłopiec, czując jak w oczach wzbierają mu się łzy, a w gardle coś ściska, sprawiając, że oddychanie i mówienie zupełnie nagle stało się strasznie trudne. – Dlaczego tak na mnie patrzysz? Dlaczego wszyscy zawsze tak na mnie patrzą?
– Nie wiesz?
– Nie zrobiłem nic złego! – krzyknął Gaara.
– Słowa wystarczą – wysyczał Ryoshi. Mówił bardzo cicho, ale jego słowa wydawały się dudnić w pomieszczeniu, rozchodząc się echem, atakując chłopca zewsząd swoim jadem. Było w nich przerażająco wiele gniewu, złości, wszystkich tych paskudnych, brzydkich uczuć, o których Gaara chciał zapomnieć. Ale ludzie nigdy mu nie pozwalali, patrząc na niego właśnie w ten sposób, mówiąc w ten sposób, tak bardzo, bardzo zimny.
– Słowa potrafią być dużo gorsze – kontynuował Kazekage. Wyciągnął rękę i chwycił syna za przedramię. Zacisnął na nim palce na tyle mocno, że warstwa piasku usiłowała odepchnąć jego dłoń, ale nie pozwolił jej na to. Nie siląc się na najmniejszą delikatność, zawlókł opierającego się chłopca pod jedna ze ścian i ustawił go tyłem do pomieszczenia. – Przemyślisz, to co powiedziałeś. Przemyślisz, to co pomyślałeś.
– Nie! – krzyknął chłopiec, czując jak gorące łzy spływają mu po twarzy, bo coś w jego środku pękło, strasznie boleśnie, a to w jego głowie syczało i parskało, ziejąc nienawiścią, niczym smok czarnym ogniem, w stronę ojca.
– Będziesz robił to, co ci każę – warknął Ryoshi. – A teraz mówię, że będziesz stał i będziesz myślał, aż nie powiesz, co zrobiłeś źle. Nawet, jeżeli będziesz tam sterczeć bity tydzień.
– Nie chcę stać w kącie! – jęknął Gaara i pociągnął nosem. Łzy ciągle płynęły mu po twarzy, w okolicy podbródka spływając błotem, bo wymieszały się z piaskiem, który go pokrywał. Wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy, ale Ryoshi jedynie prychnął.
– Ale będziesz do czasu, aż nie stwierdzę inaczej – powtórzył mężczyzna raz jeszcze.
Próbował się burzyć, uciec jakoś, ale za każdym razem wracał do kąta, zaciągany tam w mało delikatny sposób.
W końcu zrezygnował i sterczał, gdzie mu kazano, nadal szlochając rozpaczliwie i wbijając wzrok we własne stopy.
Kazekage obserwował go ze swojego kąta, raz na jakiś czas unosząc wzrok znad zwoju nad którym pracował.
Ze względu na bardzo niesprawiedliwą względem Suny politykę Daimyo Wiatru, shinobi musieli znaleźć inne źródła zarobku, które umożliwiłyby im przetrwanie w podłym pustynnym klimacie.
Opowiadał synowi o handlu i reszcie, ale słowem się nie zająknął o sobie. Naturalnie dzieciak widział Złoty Pył, o którym krążyły legendy, a który w zasadzie nadawał się tylko i wyłącznie do powstrzymywania Shukaku i jego Jinchuriki. Stosowanie tego surowca na większą skalę doprowadziłoby do poważnej destabilizacji waluty i w rezultacie potężnie ugryzłoby Kazekage i całą Sunagakure w tyłek, ale istniała jeszcze jedna rzecz, która na dłuższą metę wydawała się dużo bardziej opłacalna od innych działań Ryoshiego pod tym kątem.
Jutsu nie brały się z powietrza. Legendarny Pustelnik Rokudo dał jedynie podstawy, a nie stworzył wszystko, jak mówiły lokalne opowieści.
Konstruowanie technik ninjutsu było jednak koszmarnie trudną i niewdzięczną pracą, która wymagała od pracującego wiele wysiłku, który czasami okazywał się kompletnie nieopłacalny.
I akurat w tym Ryoshi okazał się zaskakująco dobry, ku własnemu zaskoczeniu. Nie należał do osób, które posiadały naturalny talent ku czemukolwiek szczególnemu. Bardzo nietypowa natura chakry również bardziej przeszkadzała niż pomagała w osiągnięciu czegoś większego.
Poza tym miał zdrowe podejście – nie dawał się ponieść ambicji, nie kreował potężnych, pełnych błysków jutsu, które wymagały skomplikowanego łańcucha pieczęci. Kierował się raczej w stronę maksymalnej prostoty i szybkości, co okazało się bardzo opłacalne i oszczędzało wiele czasu.
Jego podpis znajdował się pod całkiem ładnym stosikiem jutsu niskiej rangi. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to na szczególnie ambitną robotę, w praktyce znacząco wpływało na wielkość jego targetu. Nie istniało zbyt wielu ninja zdolnych do wypluwania z siebie jednej chakrożernej sztuczki za drugą, za to na świecie żyły prawdziwe masy ludzi, którzy woleli rozwiązania sprawdzające się w akcji i nie wyciskające z nich siódmych potów.
– Mogę już przestać? – zapytał Gaara z jękiem, wytrącając ojca z zamyślenia. – Nogi mnie bolą!
– A wiesz, co zrobiłeś źle? – zapytał Ryoshi, nie odrywając się od pracy. Myśl jednak podkasała kiecę i oddaliła się od niego w podskokach. Z irytacją roztarł skronie.
– Nie – przyznał szczerze chłopiec. – Ale mam już dość, jestem zmęczony!
– Nie obchodzi mnie to – powiedział Ryoshi. – Będziesz sterczeć do skutku.
– Ja nie chcę! – krzyknął i odwrócił się i ruszył biegiem przez siebie, znowu płacząc, usiłując uciec.
Ryoshi złapał go i szarpnął, zaciągając wyrywającego się chłopca na powrót do kąta. Przerażenie na jego buzi, kiedy zbliżał się do ciemnej ściany nie mogło nie być prawdziwe.
– Ja naprawdę nie chcę...! – zaszlochał.
Ryoshi pozostał niewzruszony. Silnym pchnięciem zmusił chłopca do stanięciem twarzą do ściany. Gdyby nie piasek, który zawsze go ochraniał, prawdopodobnie uderzyłby w nią.
– Będziesz tutaj stał, aż nie powiesz mi, na czym polegał twój błąd – powiedział sucho, patrząc z wyrazem irytacji na swojego syna.
– Ja nawet nie wiem, co zrobiłem nie tak – wymamrotał, ocierając łzy i tym samym rozsmarowując na twarzy więcej nasączonego wodą piasku.
– To nad tym też pomyślisz – wzruszył ramionami i wrócił do swojego kąta, dalej pracować ze zwojami.
Musiało już minąć kilka godzin, uznał przymykając lekko oczy i usiłując wyczuć to, co działo się dookoła, poza ich schronieniem. Słońce powinno już wstawać, niedługo zrobi się gorąco.
Na zewnątrz powietrze musiało się powoli nagrzewać, a wszystko, co żyło wśród niegościnnych piasków zajmowało się teraz zlizywaniem kropli losy osiadłych na każdej przynajmniej odrobinę bardziej stałej od piasku powierzchni, albo już pierzchało do kryjówek, żeby przeczekać bolesny żar dnia.
Kątem oka, zauważył, jak Gaara się obraca.
Chłopiec musiał dostrzec jego wzrok, bo drgnął wyraźnie, po czym wrócił do wpatrywania się w ścianę przed sobą z rezygnacją.
Ile czasu to może zająć?, zastanowił się Ryoshi, kreśląc kilka symboli na papierze, który łakomie pochłonął tusz.
Zwój przed nim nie służył i nigdy nie będzie służył do niczego konkretnego. Kilka błędów w trakcie zapisywania początkowej pieczęci sprawiało, że nigdy nie będzie mógł stać się niczym poza brudnopisem, ale to akurat mu pasowało.
Dzięki temu mógł zapisać pomysły, nie marnując przy tym dobrego narzędzia. Ryoshi nie znosił marnotrawstwa, nawet jeżeli chodziło o kompletne pierdoły, do których nikt inny nie przywiązywał uwagi.
W tej chwili nie pracował nad niczym konkretnym. Oceniał jedynie kilka luźnych pomysłów, bazujących na absolutnej ochronie, jaką gwarantował piasek jego syna.
Gaara przynajmniej do tego się przydawał. Wiele technik, jakie Ryoshi opracował na własny użytek miało wzór w tym, co dzieciak mógł zrobić przy pomocy swoich zdolności. Które jednocześnie robiły z niego potwora, jakiego obawiał się każdy mieszkaniec Suny, a przed jakim Ryoshi jako Kazekage powinien bronić mieszkańców miasta znajdującego się pod jego pieczą.
Czas płynął. Słońce przesuwało się po niebie, prażąc pustynny piasek wysoko ponad nimi. Ryoshi rysował, usiłując dojść do tego, czego w ogóle chciał od opracowywanej techniki. Gaara nadal cicho szlochał w kącie.
Nie pozwolił mu oddalić się ani na chwilę.
Chłopiec i tak nigdy nie miał poznać, czym tak naprawdę jest sen, więc trzymanie go dwa dni na nogach nie stanowiło niczego niezwykłego.
Co innego zmuszenie go do sterczenia w jednym miejscu przez cały czas.
Być może nawet nuda zmusiła go do przemyślenia rozmowy, po której został odesłany do kata, pomyślał Ryoshi, wpatrując się w sylwetkę dzieciaka.
On również nie spał; zostawienie chłopaka samemu sobie nie wydawało się najlepszym pomysłem, poza tym podejrzewał, że gdy tylko Gaara zrozumiałby, że nie jest pilnowany, ulotniłby się.
Podejrzewał, że do tego sytuacji dojdzie, więc przed wyruszeniem w drogę zaopatrzył się w pigułki wojskowe i kilka innych środków, które utrzymają go na nogach, przez wystarczającą ilość czasu.
To nie należało do najzdrowszej diety, ale i tak nie zdołałby wmusić w siebie czegokolwiek.
Przed nim dokonywało się przeznaczenie.
Od decyzji i słów, jakie padną w niedalekiej przyszłości będzie zależało, co się stanie.
Ryoshi westchnął cicho i opuścił powieki. Oczy go piekły, od zbyt długiego ślęczenia w półmroku, pracy wzrokowej, braku snu. Nie czuł zmęczenia, ale jego pierś ściskało inne uczucie, które sprawiało, że zaczynał bać się każdej kolejnej minuty, która upływała. Bo gnający naprzód czas coraz bardziej zbliżał go do chwili, w której nie będzie już odwrotu, w której zostanie zmuszony podjąć decyzję. Wszystko w jego wnętrzu krzyczało, domagając się ucieczki, rzucenia wszystkiego w cholerę.
Nawet nie miał się komu wykrzyczeć, przy kim odreagować to wszystko. Jako Kazekage nie wolno mu było okazywać słabości, bo siła Kage określała również siłę wioski shinobi, której strzegł.
Wszyscy, którym mógł zaufać na tyle, że potrafił się przed nimi odsłonić dawno nie żyli. Może nawet nie było już czego odsłaniać, może w pewnym momencie wyrzucił swoje człowieczeństwo i nawet tego nie zauważył?
Miałoby to jakiś, sens, koszmarnie ironiczny, ale jakiś. Dziecko–potwór, a ojciec nie lepszy…
– Dosyć – warknął, nie do końca pewien, czy mówi do siebie, czy do dzieciaka w kącie. Zaczynało mu odbijać, teraz, kiedy dla odmiany miał za dużo czasu na myślenie. – Chodź tutaj.
Gaara drgnął wyraźnie, słysząc głos ojca i odwrócił się lękliwie, jakby upewniając się, czy dobrze słyszał. Ojciec siedział, tam gdzie zwykle i patrzył na niego wyczekująco. Chłopiec przełknął ślinę i powoli odwrócił się, po czym krokiem skazańca ruszył w stronę mężczyzny, starając się nie patrzeć mu w oczy. Chciał jednocześnie odwlec moment spotkania jak najbardziej tylko się da i stawić się na wezwanie na tyle szybko, żeby mężczyzna nie zdążył się zezłościć. Gdyby się wściekł, Gaara na pewno zostałby ponownie odesłany do kata, a w tej chwili naprawdę nie chciał tam wracać. Wzdłuż zesztywniałych nóg rozchodziło się nieprzyjemne, kłujące uczucie, a pusty brzuch przypominał przez cały czas o sobie w naprawdę nieprzyjemny sposób, którego Gaara nie potrafił nawet nazwać.
W końcu jednak dotarł na miejsce. Zatrzymał się o kilka kroków od Kazekage i zamarł tam, niczym słup soli.
– Nadal nie rozumiem – wymamrotał chłopiec, spoglądając na niego niepewnie, jakby spodziewał się, że zaraz znowu zostanie odesłany pod ścianę. Nie było juz jednak wycia, amoku i prób rozsmarowania go po ścianie, więc Ryoshi uznał to za całkiem ładny postęp.
– Każda akcja ma swoją reakcję – westchnął mężczyzna, siadając naprzeciwko chłopca. – Jeżeli zrobisz coś złego, czy nieodpowiedniego, to możesz się spodziewać, że otoczenie zareaguje w taki sam sposób.
– Kiedy próbowałem być mili, inni i tak nie byli dla mnie przyjemni – burknął nieprzekonany Gaara.
– Raz – Ryoshi uniósł palec wskazujący, żeby lepiej zobrazować sytuację. – A ile razy wcześniej nie byłeś miły i po prostu brałeś to, czego chciałeś?
– Ale próbowałem!
– Ludzie to trudne stworzenia – westchnął mężczyzna. – Jeżeli raz stracisz ich zaufanie, musisz pracować bardzo długo nad tym, żeby je odzyskać, nawet jeżeli to trudne i męczące, a efektów nie widać.
– Nie powinno tak być – wymamrotał Gaara.
– Niby dlaczego? – Ryoshi lekko uniósł brwi. – Powiedz mi, jak się czułeś, kiedy stałeś w kącie?
– Nogi mnie bolały – burknął chłopiec, łypiąc na niego ze złością. – Było mi zimno. Byłem głodny.
– Ty na karę sobie zasłużyłeś – powiedział chłodnym tonem mężczyzna. – Ale kara trwa stosunkowo krótko. Wyobraź sobie, że są dzieci, które przez cały czas są głodne i jest im zimno.
– Dlaczego? – Zamrugał. – Zrobiły coś aż tak złego?
– Nie – Ryoshi spojrzał chłopcu prosto w oczy. – Są głodne, bo zrobiłeś coś, co sprawiło, że nie ma dla nich jedzenia.
– Nieprawda!
– Czyżby? – prychnął mężczyzna. – A ilu ludzi do tej pory poważnie zraniłeś, zabiłeś lub okaleczyłeś, bo nie spełniali twoich zachcianek, lub patrzyli na ciebie krzywo?
– Ale... ale oni nie byli niemili i byli dorośli!
– Mieli dzieci, które utrzymywali ze swojej ciężkiej pracy – uciął Ryoshi. – To dzięki nim nie były głodne ani nie było im zimno. Ale pozbawiłeś ich możliwości kontynuowania zajęcia.
– Nie wiedziałem...!
– To nie zmienia faktu, że to zrobiłeś – padła sucha odpowiedź.
– Ale... ale przecież ty jesteś Kazekage! – Gaara zacisnął pięści w desperacji. – Przecież możesz pomóc im, możesz wszystko...!
– Nie, nie mogę – Ryoshi pokręcił głową. – Jeżeli oddałbym pieniądze na jedzenie dla kogoś, kto nie może pracować dla osady, to zabrakłoby ich dla kogoś innego.
– To niesprawiedliwe! Nie powinno tak być!
– To jest jak najbardziej sprawiedliwe – stwierdził mężczyzna. – W zamian za pracę i oddanie wiosce, i innym ludziom dostajesz od innych ludzi to, czego potrzebujesz. Jeżeli nie jesteś w stanie tego robić, kończysz głodny.
– Naprawdę nie można nic zrobić? – Gaara pociągnął nosem.
– Nie – pokręcił głową. – Ale od teraz będziesz wiedział, jakie są konsekwencje twoich czynów.
Położył przed dzieciakiem talerz z jedzeniem i wstał.
– Ty tutaj zostaniesz. Zjesz i będziesz dalej myślał o wszystkim, co do tej pory zrobiłeś i jak to skrzywdziło innych ludzi. Jutro opowiesz mi o tym, do jakich wniosków dotarłeś.
Wyszedł z pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi.
To było dosyć ryzykowne, ale skryte wśród bogatych ornamentów złote oko pozwoliło mu na odrobinę optymizmu.
Gaara rzucił się ze szlochem na jedzenie, mamrocząc pod nosem przeprosiny skierowane w stronę nieobecnych ludzi.
To było okrutne i podłe z jego strony, ale nie miał najmniejszych pomysłów w jaki inny sposób nauczyć szczeniaka empatii. Głód i zimno przynajmniej odrobinę zademonstrują mu, jak przykre może być życie ludzi, w porównaniu z tym, które sam wiódł, otoczony zbytem, ze wszystkimi swoimi pragnieniami spełnianymi na zawołanie.
Sam osunął się na piasek pod prażącym słońcem, przymknął oczy i oddychał, głęboko, mocno, pełną piersią, starając się skoncentrować całą swoją uwagę na ten jednej czynności.
Gaara ostatecznie nadal nie do końca rozumiał całą sytuację, ale długo i gorąco obiecywał, że będzie się starał jak najbardziej tylko się da utrzymać piasek na wodzy.
Tymczasowo musiało wystarczyć. Szczególnie, że Shukaku musiał zrozumieć zagrożenie lepiej od chłopca – bo Ryoshi był pewien, że demon gdzieś tam jest, słucha i ocenia, czekając na okazję – bo wyciągające się we wszystkich kierunkach piaskowe macki nie pojawiły się ani razu w trakcie ich pobytu na pustyni.
Kazekage nie mógł zwlekać z powrotem, miał obowiązki do wypełnienia, chociaż zdawał sobie sprawę, że zostało jeszcze wiele, wiele rzeczy do zrobienia, zanim nie uzyska całkowitej pewności, że chłopak zdoła utrzymać kontrolę nad tym, co zamknięte.
Kiedy wracali, Gaara siedział w jego ramionach w milczeniu, ze spuszczoną ponuro głową.
On mnie naprawdę nie lubi, doszedł do wniosku chłopiec.
Być może, zgodziło się to w jego wnętrzu.
Nie jestem taki jak trzeba, Gaara kontynuował myśl.
To chyba w ten sposób nie działa, zadumał się demon.
Myślisz, że jak coś się stanie, to znowu staniemy w kącie?
To prawdopodobne, przyznał głos.
Obaj jednak myśleli o czymś, do czego nie chcieli sformułować pytania, nawet w głębi umysłu.
Chciałbym, żeby mnie kiedyś polubił, westchnął chłopiec, kiedy został postawiony na ziemię, po przekroczeniu bram Suny.
– Idź przywitać się z Yashamaru – burknął Ryoshi, zerkając na Gaarę.
Spojrzał na niego z wyraźnym niezadowoleniem na twarzy, ale zaraz skinął głową i pobiegł w stronę domu medyka.
Naruto obejrzał się za nim, z zakłopotaną miną.
Ryoshi wpatrywał się w niego przez chwilę.
– Hej – powiedział w końcu, zwracając na siebie uwagę chłopca. – Mogę mieć do ciebie prośbę?
– Prośbę? – zamrugał oczyma, wpatrując się w niego z zaaferowaniem.
Mężczyzna skinął głową i przyklęknął przy nim. Rozmowa w ten sposób była łatwiejsza, a przynajmniej pozycja pozwalała dzieciakowi w pełni odczuć, jak poważnie się go brało.
– Chodzi o Gaarę – powiedział Ryoshi, a buzia szczeniaka spoważniała jeszcze bardziej.
– Coś się stało? – zapytał zaniepokojony.
– Gaara nie rozumie ludzi – stwierdził Ryoshi z westchnieniem. – Piasek chroni go przed wszystkim, więc nie jest w stanie powiedzieć, kiedy robi coś niedobrego lub kogoś krzywdzi, bo nigdy nie poznał tego na własnej skórze.
Naruto skinął głową, zastanawiając się, do czego w tym wszystkim potrzebny był on.
– Czy mógłbyś go pilnować? – zapytał Ryoshi.
– Ja? – zamrugał zaskoczony.
– Jesteś odpowiedzialny i znasz ludzi dużo lepiej niż Gaara – Ryoshi uśmiechnął się lekko, przeczesując palcami złociste włosy chłopca. – Możesz zostać jego moralnym kompasem.
– Czym? – zmarszczył lekko brwi.
– Jeżeli będziesz mu mówił, co jest dobre, a co złe, to z całą pewnością w końcu zrozumie i z czasem ludzie przestaną się go bać – wyjaśnił.
Oczy chłopca rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu, po czym entuzjastycznie skinął głową.
– Pomogę mu!
– Cieszę się – przeczesał palcami jeszcze raz grzywę włosów. – A teraz zmykaj, Gaara stęsknił się za tobą i zaraz zrobi się markotny.
Naruto przytaknął radośnie, po czym odbiegł.
Ryoshi westchnął ciężko, podnosząc się i odprowadzając dzieciaka wzrokiem.
Coś, co jeszcze niedawno uznawał za szansę jedną na milion, możliwość tak niemożliwą, że nie brał nawet tego rozwiązania na serio, stawało się coraz bardziej prawdopodobne, z godziny na godzinę.
Być może, ale tylko być może, jeżeli wpływ szczeniaka na jego małego potwora będzie tak duży, jak w tej chwili się wydawał, uda się nie tylko poskromić Shukaku miotającego się wewnątrz chłopca, ale i wykorzystać go dla dobra wioski, tak jak było planowane na samym początku.
Założył ręce na piersi zaciskając kurczowo palce na swoich przedramionach, mocno, kurczowo aż do bólu.
