4. Numer jeden.

Jeżeli ktoś pomyślałby, że nie mając konkurencji Tom odpuści sobie konkurs, to ten Ktoś go nie znał. Chłopiec był nie tylko ambitny – on był uosobieniem ambicji.
Nigdy nie pozwalał sobie na luz i nie odpuszczał.

Tom Marvolo Riddle nie zgadzał się z powiedzeniem, że liczy się droga do celu, a nie sam cel - on grał by wygrać. Jeżeli brał się za coś, to musiał być w tym najlepszy. Przed zajęciami odkładnie czytał nie tylko zadany i kolejny temat, ale też i wszystkie księgi z odnośników i często był przygotowany lepiej niż profesorowie - a zawsze najlepiej ze wszystkich uczniów.

Jego dążenie do perfekcji we wszystkim na pewno zaniepokoiłoby rodziców, ale Tom takowych nie miał - ani nikogo innego, kto przejmowałby się naprawdę jego losem, dlatego robił swoje, a że zawsze przy tym wyglądał na wystarczająco zadowolonego z siebie i życia nikt nie miał uwag, zostawiając go w spokoju.

Nie inaczej było z rywalizacją o miejsce w programie wymiany. Może w swojej dwuosobowej grupie nie miał już praktycznie konkurencji, ale testy z języków i prezentacja ich talentów miały być dla wszystkich grup razem i to, że był z tej najmłodszej nie przeszkodzi mu zostać najlepszym ze wszystkich startujących uczniów.


Jeszcze przed przybyciem do Hogwartu Tom nauczył się wielu przydatnych mu zaklęć, a i kiedy już został uczniem to oprócz tego, co przerabiali na zajęciach dodatkowo miał też własny program nauki obejmujący wszystko, co akurat było mu potrzebne.

Jednymi z pierwszych poznanych przez niego i często wykorzystywanych zaklęć były zaklęcia prywatności: najpierw opanował te ogólnie wyciszające pomieszczenia, potem bardziej precyzyjne: wyciszające konkretne osoby i w końcu te najlepsze: wyciszające wybrane dźwięki przed wybranymi osobami.

Idealne do rozprawiania się z jego kolegami z sierocińca, tak by nikogo nie zaalarmować, ale samemu móc cieszyć się ich krzykiem.

Teraz wykorzystywał je jednak w zupełnie innym celu: aby spokojnie ćwiczyć głos nie wywołując przedwczesnego zainteresowania. Jedyne wykonanie, które inni uczniowie i profesorowie mieli usłyszeć to te w trakcie konkursu.

A dzięki zaklęciu ukrywającemu, tonującemu widzialną mimikę twarzy, nawet osoby siedzące tuż obok niego w pokoju do nauki nie wiedziały, że właśnie ćwiczył: najpierw gamy, wstawki, a potem już konkretne fragmenty i wreszcie całość wybranego utworu.

Wszyscy widzieli tylko, że siedzi nad książkami do nauki języków, czasami lekko poruszając ustami.

Tom lubił się uczyć i nigdy się nie oszczędzał, ale te dwa miesiące były najcięższe w jego życiu - poza tymi dodatkowymi zajęciami do konkursu musiał przecież także utrzymać swój status najlepszego ucznia.

Przez cały ten czas rzadko można było go zobaczyć bez jakiejś księgi. Kiedy koledzy dopiero wstawali - on już siedział czytając księgi lingwistyczne, kiedy oni szli spać - Tom czytał podręczniki i pisał zadane prace domowe.

I mimo tego nie wyglądał na przepracowanego - nie był ani zmęczony, ani nerwowy. Prezentował wszystkim swój firmowy uśmiech, odpowiadał grzecznie, zgłaszał się na zajęciach i nawet dodatkowo, oczywiście za wiedzą profesorów - inaczej to nie miałoby sensu, pomagał mniej zdolnym kolegom.

Naturalnie nie osiągnął tego jedynie dzięki niespotykanej kontroli, jaką miał nad swoim ciałem i umysłem - pomagał sobie zaklęciami i eliksirami - własnoręcznie przygotowanymi a często także samodzielnie ulepszonymi lub opracowanymi przez niego od podstaw.

Wszyscy ludzie będący pod wrażeniem jego zdolności i pracowitości nie znali nawet jednej dziesiątej tego, co zrobił i jednej setnej tego, co mógł zrobić - do czego naprawdę był zdolny.


Na szczęście dla Toma, ze względu na to, że wielu uczniów przystępowało do kilku różnych sprawdzianów językowych nie były one ustalone na tę samą godzinę, ale w kilkuminutowych odstępach. Trwały dwa dni i jako że był jedynym, który zgłosił różny poziom umiejętności z nich wszystkich przez pierwszy dzień biegał od sali do sali pisząc testy a drugi rozmawiając z różnymi członkami Rady Szkoły.

Ostatecznie wszystkie zaliczył dokładnie tak jak zadeklarował: niemiecki na Wybitny a rosyjski, skandynawskie i francuski na Powyżej Oczekiwań.

Pozostał jeszcze jeden - ostatni etap, na który przeznaczono weekend w połowie października – w sobotę miały odbyć się „pokazy" sportowe, a w niedzielę artystyczne.

Oczywiście główną rozrywką tego pierwszego było latanie na miotle i quidditch. Tom nie przepadał za takimi rozrywkami, latał ile musiał a na zawody chodził, żeby zobaczyć, jak ich drużyna wygrywa i o ile punktów wyprzedzają rywali w rozgrywkach między Domami.

Kiedy punktacja była słabsza, wtedy wszyscy musieli się mocniej angażować, by zdobywać punkty za naukę a punkty zdobywane przez Toma miały znaczenie w ogólnym rozliczeniu. Wiedział co i kiedy zaprezentować, żeby nawet najbardziej skąpi i niechętni Wężom profesorowie uznali, że należy go nagrodzić – nawet choćby dwa czy trzy punkty – kropla do kropli i Ślizgoni mieli Puchar.

Tym razem jednak przyszedł na boisko, by obejrzeć jeden konkretny występ – Charlus Potter miał się pochwalić, jakim jest doskonałym ścigającym. Tom chciał to zobaczyć, chciał mieć pewność, że nawet gdyby Potter sam się wtedy nie wkopał - to przeciw niemu nie miałby szans.

I rzeczywiście, było co oglądać. Gryfon czuł się na miotle lepiej niż niejeden na własnych nogach, mknął z kaflem wymijając zawodników, którzy mieli go powstrzymać, albo przechwytywał go w ostatniej chwili tuż przy pętlach i każdy jego rzut – niezależnie jak bardzo się starali bramkarze - trafiał do celu.

Potter zdobył najwyższą ilość punktów nie tylko w swojej grupie - był najlepszy że wszystkich roczników – co mogło być zaskakujące, bo przecież na pierwszym roku nie należał do drużyny a na tym co prawda się dostał, jednak grać jeszcze nie zaczęli, gdyż na razie cala szkoła koncentrowała się na kwalifikacjach do programu wymiany.

Najwidoczniej gry rodzinne u Potterów były na bardzo wysokim poziomie a quidditch mieli we krwi.

No cóż, Tom nie mógł przygotować się lepiej, niż już to zrobił a i jego motywacja także nie mogłaby być silniejsza, zatem tylko wzruszył ramionami i zszedł z trybun darowując sobie pozostałe gry. Już wcześniej miał zamiar pokonać wszystkich, teraz wiedział, że musi to zrobić, żeby każdy wiedział, że nie wygrał z Potterem przez jego pech – ale dlatego że mu się to należało.


Tom nigdy nie był uczuciowym dzieckiem, nie miał okazji by się tego nauczyć, a może raczej szybko to u niego wytępiono. Rzadko coś potrafiło wzbudzić w nim prawdziwe, mocne uczucia. Obserwował świat bez emocji, chłodno oceniając wszystko i wszystkich i reagując w najlepszy, obiektywnie wybrany sposób, niezależnie jakim/ czyim kosztem.

Kiedy pozostali uczniowie czekający za zasłoną na swój występ nerwowo paplali, albo w ostatniej chwili powtarzali swoje kroki, słowa czy nuty w przypadku grających i/lub śpiewających on siedział spokojnie na ławie, równo oddychając i obserwując z politowaniem te żałosne starania. Jeżeli ktoś jeszcze nie był gotowy to może powinien zrezygnować - chociaż z drugiej strony przy niskim poziomie, nawet całkowicie żenujący występ może być wystarczający do wygrania.

Ich prezentacje miały być oceniane przez pięcioosobową komisję składającą się z Opiekunów Domów i dyrektora. Członkowie Rady nie dawali punktów ale obserwowali kandydatów robiąc sobie notatki.

Kolejność została ustalona poczynając od najmłodszych - żeby nie czuli się zawstydzeni występując po bardziej doświadczonych, doskonalszych starszych rocznikach.

Skoro tak uważają...

Najpierw zaprezentować się miała piątka startująca do Beauxbatons. Na pierwszy ogień para Krukonów, która zaprezentowała gorący taniec latynoski. Szlo im nawet całkiem nieźle, dopóki chłopak się nie potknął i dziewczyna nie wyleciała mu z rak lądując tyłkiem na podlodze, wtedy się speszyli i dalej było już tylko gorzej.

Mimo to oboje dostali po 25, czyli połowę możliwych punktów - zdaniem Toma zbyt wiele.

Potem wystąpił Ślizgon - Zevi Prince. Miał przy sobie buteleczkę z Eliksirem osobiście przyniesioną na scenę przez Slughorna i z jego pieczęcią, profesor zaświadczył, że jego Ślizgon sam go uwarzył bez pomocy a jedynie w jego obecności. Eliksir giętkości prawidłowo uwarzony miał umożliwić mu wykonywanie wszelkich ruchów wyginając stawy w dowolnym kierunku. W razie błędu jego kości mogły się stopić lub rozsypać.

Chłopak z pewnym siebie uśmiechem i dumną miną, która bardzo podobała się Tomowi otworzył fiolkę i przełknął jej zawartość, a po kilkunastu sekundach zaczął występ pokazując zestaw figur udowadniających, że wykonał go prawidłowo i że wiedział do czego można go wykorzystać.

W sumie otrzymał za to 44 punkty - nieźle, ale nie cieszył się, bo jeszcze nie wiadomo, jak wypadną następni.

Po nim pojawił się Krukon grając na fortepianie - pięknie, wręcz perfekcyjnie i kompletnie bezbarwnie - niestety, nawet najlepsza technika nie zastąpi uczucia. Dostał tyle samo punktów co Zevi - Tom uznał, że niesłusznie, bo Prince kochał swoje eliksiry i dzięki temu jego występ o wiele lepszy niż tego sztywniaka.

Ostatnia dwójka: Abraxas Malfoy i Julie La Faye też wystąpili w parze - odgrywając scenę balkonową z "Romea i Julii". Pięknie, wzruszająco - otrzymali po 45 punktów. Oczywiście te wyniki nie przesądzały o zwycięstwie któregoś z nich albo Zeva, w zawodach sportowych też były podobne wyniki.

Ponadto by wyłonić zwycięzcę punkty z wszystkich etapów musiały być zsumowane a dodatkowo jeszcze w razie wątpliwości Rada Szkoły miała głos decydujący.

I nareszcie - przyszła kolej na ostatniego ucznia w tej grupie i zarazem jedynego z nich chcącego wyruszyć do Durmstrangu. Starczyłoby mu nawet pięć punktów, by wygrać z Potterem - pomimo tego, że ten za quidditch uzbierał aż 45 punktów.

Tom jednak wiedział, że nie tego się po nim spodziewają.


Powolnym, ale równym krokiem wszedł na środek sceny, nieśmiało się uśmiechnął i jakby spłoszony spoważniał i opuścił głowę.

Rozległo się trochę oklasków, trochę szeptów i śmiechu. Początkowo niezauważalna, powoli nad tym szumem zaczęła dominować muzyka skrzypiec, płynnie falująca jak porywy wiatru, uczniowie nieświadomie zaczęli poruszać się do niej, coraz gwałtowniejszej i głośniejszej, a gdy już porwała wszystkich tak samo powoli i płynnie cichła.

I wtedy zaczął być słyszalny współgrający z nią i dla odmiany coraz głośniejszy głos Toma.

Chociaż chłopiec nie używał żadnej magii słuchającym zdawało się, że widzą malowane przez niego obrazy ze starej pieśni - baśni o Insygniach Śmierci. Mimo że każdy uczeń i profesor ją znał przeżywali historię podążając z Tomem śladami trzech braci, poruszeni każdym ich upadkiem i gorzkim triumfem zakończenia.

Kiedy ostatni brat odszedł w objęciach Śmierci, głos Toma rozpłynął się w muzyce, która tak samo płynnie jak na początku wznosząc się i opadając powoli ucichła. W sali panowała kompletna cisza. Oczywiście Tom nie mógł triumfalnie potoczyć wzrokiem po widowni, więc znowu skromnie opuścił głowę i wykonał ukłon, po czym powoli, uderzając obcasami trzewików o podłogę zszedł ze sceny na widownię, by podziękować siedzącemu w pierwszym rzędzie swojemu nauczycielowi.

Stary czarodziej chociaż słyszał już jego głos i wykonanie w czasie ich lekcji, w tej chwili był tak samo wzruszony jak reszta widowni i miał łzy w oczach.

Zadanie wykonane.

Kiedy objął Toma cicho mu gratulując wreszcie rozległy się pierwsze nieśmiałe oklaski, które szybko zmieniły się w prawdziwą burzę.

Dyrektor odczekał chwilę, zanim rzucił Sonorus, odchrząknął i poinformował, że:

- Tom Marvolo Riddle otrzymał 50 punktów. - Kolejna, jeszcze głośniejsza fala wiwatów. - Najmłodsi mogą już wyjść zza zasłony - teraz przerwa na lunch. Po nim zaprezentują się uczniowie z roku III/IV a po obiedzie już ostatni - najstarsi.

I niech starsze grupy nie czują zawstydzenia występując po niedoskonałych i niedoświadczonych maluchach - pomyślał Tom drwiąco, ze skromnym, nieśmiałym uśmiechem przyjmując gratulacje od uczniów i profesorów.


Jak można było się spodziewać jego perfekcyjny występ podniósł oczekiwania komisji i w starszych grupach już nikt nie otrzymał więcej niż 40 punktów a wielu ledwo przekroczyło 10.

Tom był najlepszy ze wszystkich na tym etapie a także i po podsumowaniu wszystkich był niekwestionowanym numerem jeden.

Dostał za to dodatkowe pieniądze z funduszu szkoły i mógł się porządnie wyekwipować na wyjazd, nareszcie! Przynajmniej tym razem już nie będzie wyglądał jak uboga sierotka w używanych szatach.

Pozostało mu tylko czekać na 31 października, kiedy to przybędą uczniowie z Beauxbatons i trójka z nich razem z Hogwartczykami uda się do Durmstrangu. A potem, gdy w Szkocji zjawi się grupa ze Skandynawii trójka z nich wraz z trójką z Hogwartu, a wśród nich, ku rozczarowaniu Malfoya - Zevi Prince, wyruszy do Francji.

Wszyscy uczestnicy programu mieli swoje oczekiwania, ale nikt nie czekał na to z taką niecierpliwością jak Tom Marvolo Riddle.