"To jej wina!"
Marik z całej siły trzasnął drzwiami. Głośny huk odbił się echem wśród niewielkich, szarych domków, strasząc przy okazji wszystkie ptaki w promieniu kilkuset metrów.
Jego osobista lista "absolutnie nienawidzę" była, łagodnie rzecz ujmując, o wiele dłuższa niż w przypadku przeciętnego człowieka w podobnym wieku. Chłopak szczerze brzydził się wężami, politykami, aroganckimi bogaczami, pyskatymi kobietami... Do niczego jednak nie posiadał tak głębokiej awersji, jak do braku kontroli. Ta niemoc, ta bezradność, ta godna pogardy słabość gdy traci się panowanie, a sprawy obierają zaskakujący, niewłaściwy kierunek.
"Głupia dziewucha!."
Od zakończenia turnieju Battle City chłopak dokładał wszelkich starań, by móc prowadzić w miarę normalne życie. Nie miał wybujałych aspiracji - jedyne, czego chciał, to po prostu poczuć się lepiej. Naprawdę próbował.
"Sama się o to prosiła!"
W pewnym momencie, nie widząc już większego sensu swoich wysiłków, po prostu uciekł w apatię. Mur, misternie zbudowany z obojętności, skutecznie chronił go przed strachem, bólem i poczuciem winy. Zyskał dość stabilny spokój. Coś jednak, jak zwykle, poszło nie tak.
"Anzu…"
- Jeba*a dziwka! - wrzasnął. Trząsł się z nerwów. Całkowicie wyprowadzony z równowagi, wolał nie ryzykować jazdy na motocyklu w swoim obecnym stanie. Jego ręce, drżąc niemiłosiernie, i tak nie mogłyby utrzymać kierownicy. Chcąc nieco się uspokoić, chłopak zdecydował się na spacer po osiedlu.
Ciężkie chmury groźnie wisiały na niebie. Pomimo braku słońca, dzień był wyjątkowo duszny. Marik szedł spokojnie, bez pośpiechu stawiając kroki. Jego złość powoli dogasała.
Po jakimś kwadransie chłopak zaczął czuć się naprawdę dziwnie. Dopiero po kolejnych kilku minutach zorientował się, że tutejsi ludzie bacznie obserwują każdy jego krok. Ukryci za tanimi firankami, co jakiś czas ukradkiem zerkali na nieznanego im, podejrzanie wyglądającego człowieka. Marik westchnął i przewrócił oczami. W sumie wcale nie dziwił się miejscowym. Nie miał najmniejszych złudzeń: z całą pewnością nie wzbudzał w ludziach szczerej sympatii i zaufania. W dodatku ta cała paranoja z terroryzmem. Arabska uroda chłopca nie zawsze przysparzała mu grono fanów…
Podirytowany całą tą sytuacją, po prostu wrócił do punktu wyjścia i usiadł na schodach. Przygryzł wargę. Żałował, że zwyczajnie nie został w domu, że nie zignorował tego wszystko. Był bardzo zmęczony. Położył głowę na swoich kolanach i zamknął oczy. W pewnej chwili przestał odczuwać upływ czasu. Małe skrawki zdeformowanej pół snem rzeczywistości z trudem przebijały się do jego zamglonej świadomości. Wśród wszystkich zniekształconych dźwięków nagle pojawił się jeden, równie wyraźny, co i irytujący:
- Tak! Tego mi trzeba! Wyjść i trochę się rozerwać! - Marik, brutalnie wyrwany z letargu, niezgrabnie wstał. Nie odwracając się, odszedł od drzwi na tyle daleko, by uniknąć uderzenia przez drewniane skrzydło. Drzwi jednak ani drgnęły. Zamiast tego, po ich drugiej stronie rozległ się chory śmiech, skowyt, dźwięk tłuczonego szkła i dziwny szloch. Chłopak przez dłuższy moment stał osłupiały. Dopiero po kilkunastu długich sekundach odwrócił się i chwycił za klamkę.
Tuż przed nim, klęcząc wśród szklanych odłamków, znajdowała się przyczyna wszystkich jego problemów. Przyduszony rechot, dochodzący z jej gardła, prowokująco drażnił jego uszy.
"Co ją tak bawi?! Ja?! To, że mnie wkurza?!"
- Z czego się śmiejesz?! - wrzasnął. Anzu nie przestawała chichotać. Jej nieustający śmiech coraz bardziej denerwował Marika. Dziewczyna podniosła wzrok: posklejana krwią grzywka zasłaniała jej niebieskie oczy.
- Co jest takie śmieszne?! - chłopak zdawał się nie widzieć krwi spływającej po twarzy nastolatki. Zdenerwowany, zacisnął dłoń na jej ramieniu i zaciągnął wgłąb korytarza. Szkło zgrzytło pod jego grubą podeszwą. Wleczona dziewczyna w pewnym momencie zaczęła nieludzko wrzeszczeć. Tak nagła reakcja przestraszyła Marika. Puścił ją. Uwolniona, natychmiast zwinęła się w kłębek.
- Nie ucieknę… - szepnęła - Nie ucieknę... To twoja wina... - zaczęła szlochać.
- Co ty mówisz? - chłopak spojrzał na nią zmieszany.
- Nie zostawią mnie. Nie ucieknę…
- Mazaki! Kur*a mać! Anzu! Ogarnij się! - Marik chwycił jej ramiona i przycisnął dziewczynę do ziemi.
- Marik… - zaśmiała się delikatnie - Podobało ci się, gdy spaliśmy razem? - jej głos brzmiał niemal naturalnie.
- Co to, kur*a, za pytanie?! Czego do cholery chcesz?! - chłopak nie spodziewał się czegoś takiego. Jeszcze pięć dni temu nawet nie przypuszczał, że znajdzie się w podobnej sytuacji.
- Nie uciekaj. Zostań. Nie lubię być sama… - nogi dziewczyny sugestywnie oplotły jego biodra. Zdrętwiał. Wszystko było nie tak. Absolutnie nie tak. Anzu z całą pewnością nigdy nie powiedziałaby czegoś takiego, nie zachowałaby się w podobny sposób. Na pewno nie w stosunku do niego. Chociaż cała ta chora psychoza wydawała się dla niego czystą abstrakcją, to ciepłe ciało leżące pod nim było jak najbardziej prawdziwe. Poczuł na swojej twarzy miękką dłoń. Otępiony zmęczeniem, mając w pamięci dwie poprzednie noce, niepewnie położył rękę na jej udzie…
W przeciwieństwie do chłopaka, Anzu nie miała żadnych wątpliwości. Demony, jeszcze niedawno zatruwające umysł Marika, ciasno owinęły się wokół duszy dziewczyny.
"Zabaw się!"
"Nie odmawiaj sobie!"
"Dalej! Będzie fajnie!"
Zniekształcone Głosy sączyły słodką truciznę w każdą jej myśl, z miejsca zabijając najmniejsze przejawy buntu. Koszmary wiedziały, że odcięte od uczuć swojego twórcy, koniec końców zginą. Tylko jeden z nich był na tyle silny, by żyć samodzielnie. No właśnie - BYŁ.
Zdesperowane, w końcu znalazły pewne rozwiązanie: mając w pamięci słabą psychikę Anzu, właśnie ją uznały za idealne schronienie. Niektórym, nieco silniejszym, już wcześniej udało się prześlizgnąć do jasnej, ciepłej duszyczki dziewczyny. Tam miały możliwość przetrwać znacznie dłużej, niż zamknięte w jałowej podświadomości Marika. Nic dziwnego, że gdy ich "ofiara" znalazła się dostatecznie blisko, na jej psychikę rzuciła się cała wataha wygłodniałych Biesów.
Demony do życia potrzebują strachu, cierpienia, gniewu, nienawiśc, pożądania... Rozpacz po stracie sympatii i przyjaciela, tłumiona we wnętrzu Anzu, stała się dla nich doskonałą pożywką. Koszmary, rosnąc w siłę, zaczęły przejmować kontrolę. Będąc niejako "gatunkiem inwazyjnym" wyniszczały dziewczynę od środka. Czułość Marika na jej uczucia w rzeczywistości wcale się nie zwiększyła. To, co chłopak uznał za rozchwianie emocjonalne, tak naprawdę było rozpaczliwymi podskokami zaatakowanej duszy, żywcem pożeranej przez bezlitosne Potwory.
O ile on potrafił sobie z tym radzić, o tyle Anzu była całkowicie bezbronna.
Była sztywna, gdy jego dłonie nerwowo wędrowały pod jej sukienką, chaotycznie rozluźniały bandaże, odsłaniały coraz więcej jasnej skóry... Jego język wygłodniale penetrował wnętrze ust dziewczyny.
Każda myśl w jego głowie była przekrzykiwana przez następną.
"Szybciej!"
"Nie tutaj!"
"Zamknij te cholerne drzwi!"
"Skup się!"
"Zabierz ją gdzie indziej!"
"Nie myśl!"
"Sama cię prowokuje!"
Starał się nie zastanawiać nad tym, co robi. Liczyło się tylko to, by czuć pod palcami skórę dziewczyny: miękką, gładką na brzuchu i piersiach, za to na plecach - szorstką, pokrytą strupami. Zanurzył dłoń w jej włosach, zacisnął palce i szarpnął.
Jej krzyk zgrał się wraz z dźwiękiem telefonu.
Zignorował go. Komórka jednak zadzwoniła ponownie. Dalej żadnej reakcji ze strony chłopaka. Dzwonek rozbrzmiał po raz trzeci, czwarty, piąty… Marik nie wytrzymał. Brutalnie odepchnął Anzu i sięgnął do kieszeni.
- Czego kur*a chcesz! - wrzasnął.
- Marik? - w słuchawce usłyszał zaskoczony głos siostry.
- Ishizu? - wydukał po dłuższej chwili. Nieprzyjemną ciszę przerwał jęk Anzu. Marik odruchowo zakrył jej usta dłonią.
- Marik, co to było?
- Nic! Chcesz czegoś? - chłopak chciał jak najszybciej zakończyć ledwie rozpoczętą rozmowę.
- Ja… Czy wszystko w porządku? - subtelne drżenie w tonie kobiety zdradzało jej niepokój.
- Tak. W jak najlepszym. Coś jeszcze?!
- Chciałam zapytać, jak ci idzie i kiedy zamierzasz wrócić. - Ishizu wiedziała, że coś jest nie tak. Brat nie miał w zwyczaju odnosić się do niej w tak wulgarny, oschły sposób.
- Niedługo.
- Marik…
- Cholera! Czego ty jeszcze kobieto chcesz?! - chłopak wydarł się do telefonu.
- Czy mógłbyś mi powiedzieć co u Anz…
Marik rozłączył się bez słowa. Jego wzrok spoczął na pokrytej krwią twarzy dziewczyny. Powoli oderwał dłoń od jej ust...
Postanowiłam wrócić do cenzurowania przekleństw. Zdaję sobie sprawę, iż moje działania być może nie wszystkim wydają się logicznie. Mimo to niech ta maleńka, niepozorna gwiazdka stanie się symbolem wszelkich działań wymierzonych przeciwko tej wulgarnej rzeczywistości. Niechaj jej jasny blask przypomina ludziom o mej beznadziejnej, próżnej i morderczej walce o lepszy, odchamiony świat!
\°/
Ostatnio nauczyłam się, że motor to jest w pralce. Ludzie jeżdzą na motocyklach!
