Rozdział 4

Nie w porządku

Lestrade, stojąc przy recepcji, nagle usłyszał znajomy głos:

- A ty co tu robisz, u diabła?

Sherlock stanowił doprawdy kapitalny widok, kiedy wpadł jak burza do holu. Gregory wiedział, skąd ta gwałtowna reakcja, ale postanowił ją zignorować. Przecież on tu jest czysto przypadkowo...

Oczywiście Sherlock natychmiast się domyślił, że Grega przysłał tu Mycroft, bezczelnie przerwawszy inspektorowi urlop. Lestrade był nieco rozdrażniony. Uwaga odnośnie jego imienia dotknęła go do żywego. Ratował detektywa z odmętów śmiertelnej nudy, bezprawnie pozwalając mu pomagać w dochodzeniach, a temu nawet nie przyszło do głowy, że „Greg" to wcale nie jest przezwisko. Lecz wszystkie te niepotrzebne myśli uleciały, kiedy John powiedział, że inspektor będzie im potrzebny.

Przesłuchanie właścicieli hotelu nie przedstawiło najmniejszego problemu. Inspektora rozgniewało jedynie to, że dla własnej korzyści i dla przywabienia turystów mało nie doprowadzili biednego Henry'ego Knighta do obłędu. A widząc, że Sherlock z Johnem nie przegryzają sobie gardeł, Lestrade z czystym sumieniem zostawił ich sam na sam, po czym udał się na miejscowy posterunek, w nadziei, że zdobędzie jeszcze jakieś informacje. Dartmoor okazało się nienajgorszym miejscem z bardzo ładnymi pejzażami, i to śledztwo można było porównać do odpoczynku na świeżym powietrzu.

Tamtego dnia Gregory nie dowiedział się niczego szczególnego, prócz tego, gdzie znajdowało się Zapadlisko Dewera. Postanowił tam się udać, by osobiście obejrzeć to mistyczne miejsce. Lestrade trafił akurat na ten moment, kiedy Sherlock odbierał Henry'emu Knightowi pistolet. To co działo się dalej, Gregowi przypominało film grozy. Słowa Sherlocka, że jest to zwyczajny pies, wcale nie uspokajały. Inspektor strzelił kilka razy, ale pistolet drżał mu w ręce i chybił. John naprawił ten błąd, celnie rozprawiając się z zębatą kreaturą. Sherlock zmusił Henry'ego, by ten zmierzył się ze swoim dziecięcym koszmarem, po czym Knighta ledwo udało się odciągnąć od Franklanda. Zresztą, winowajca zdołał umknąć w dogodnym momencie, lecz na skutek zbiegu okoliczności wybrał śmierć zamiast aresztowania. Sprawa została zamknięta.

Lestrade wyjechał późnym wieczorem, samochodem, przysłanym przez Mycrofta. Nie niepokoił Johna, który poszedł spać zaraz po nocnych zajściach. Z Gregorym pożegnał się tylko detektyw, odprowadzając go do auta. Inspektora grzecznie odstawiono do domu i kierowca nawet pomógł mu wnieść rzeczy, choć Greg wcale o to nie prosił. Rozpakowując bagaże, Greg natrafił na kolorowe pudełko, o którym całkiem zapomniał. Dał mu je Sherlock tuż przed wyjazdem, mówiąc zagadkowo, że jest to drobny prezent od Mycrofta. Nie wyczuwając podstępu, inspektor rozwiązał wstążkę i otworzył pudełko. Wewnątrz leżał „zestaw dżentelmena" w postaci kajdanek z futerkiem, prezerwatyw i niewielkiej tubki z żelem. Gregowi zaparło dech i w szoku padł na stojącą w pobliżu kanapę. Nie miał na to słów, ani nawet odpowiednich myśli. Co to miało być? „Delikatna" aluzja Mycrofta odnośnie tego, że powinien trzymać język za zębami w sprawie planu „Sherlock+John", czy sprawka samego detektywa, który chciał dogryźć bratu? Obie wersje były prawdopodobne, więc Lestrade postanowił zemścić się na obu braciach. Z Mycrofta zedrze słone odszkodowanie za straty moralne, a jeśli chodzi o Sherlocka, już dawno cały oddział chciał się zrzucić i kupić mu tę kraciastą czapeczkę myśliwską.

Dalsze wydarzenia zlały się w jeden burzliwy potok, nie do zatrzymania nawet przy najlepszych chęciach. Sherlock jak zawsze błyskotliwie rozwiązywał sprawy, stając się łakomym kąskiem dla gazet. John jak zwykle trwał u boku przyjaciela, z którym po Dartmoor zbliżył się jeszcze bardziej. Lestrade obserwował tę dwójkę, próbując sobie wyobrazić, co jeszcze dla nich wymyśli Mycroft. Jednak Holmes Starszy nie miał głowy do takich psot. Jego całą uwagę zajmował Jim Moriarty, uparcie realizujący plan zniszczenia Sherlocka Holmesa, i nawet sam detektyw-konsultant zaczął zauważać obecność niebezpiecznego rywala.

To był proces stulecia. Obserwował go z wielką uwagą cały Scotland Yard. Ludzie nieustannie o tym szeptali. Uniewinnienie Moriarty'ego było ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich, chyba poza samym Sherlockiem.

Jednak ostatnie śledztwo, dotyczące porwanych dzieci, stało się punktem zapalnym. Wątpliwości zakradły się w duszę, zjadając ją od środka. Lestrade nie mógł wytrzymać nacisków ze strony Sally i Andersona. Zwierzchnicy byli wściekli, a wszystko, co Greg mógł zrobić dla przyjaciół – to zadzwonić i uprzedzić o aresztowaniu. W każdym wypadku tych dwóch pojechałoby na posterunek razem, gdyby tylko nie uciekli w kajdankach. Razem.

Gregory postanowił więcej się nie wtrącać, starał się tylko posyłać grupy poszukiwawcze w rejony z dala od Baker Street. Pozostawało mieć nadzieję, że uciekinierom uda się wydostać z tarapatów i odnieść również tym razem zwycięstwo, jednak to nie było im sądzone...