Ciągle liczysz na jakiś cud, aż w końcu dociera do Ciebie, że nigdy on nie nastąpi. Postanawiasz zmiany i zaczynasz wcielać je w życie. Cud staje się pogrzebany, ale nadzieja zostaje.

Cofam się pamięcią do chwili, kiedy się to zaczęło, ponieważ wspomnienia to jedyne, co mi pozostało.

Nicholas Sparks - I wciąż ją kocham

Deszcz zmian…

Krople deszczu uderzały jednostajnie o parapet okna. Hermiona przekręciła się na drugi bok i z zamkniętymi oczami wsłuchiwała się w przyjemną melodię wygrywaną przez wodę, która z zaciętością próbowała przebić się przez szybę, zupełnie jakby chciała dostać się do pokoju, w którym dziewczyna spała. Już od dłuższego czasu po prostu leżała i pozwalała myślom swobodnie przepływać przez jej głowę. Nie chciała skupiać się dłużej na niczym, więc z wdzięcznością przyjęła dźwięk budzika, który rozdzwonił się równo o godzinie siódmej. Czekał ją ciężki dzień, w końcu musiała załatwić kilka bardzo ważnych spraw. Dodatkowo jej organizm domagał się dziennej dawki kofeiny i, o dziwo, nikotyny. To, że zaczęła palić po urodzeniu Hugona, było dla wszystkich jej przyjaciół i znajomych tajemnicą bardzo skrzętnie przez nią ukrywaną. Nie sądziła jednak, że jej nałóg z poprzedniego życia objawi się również w tym, przyprawiając ją o zły nastrój z samego rana.

- Ironia losu… - mruknęła, odkrywając się, siadając na łóżku i przeciągając się, by odgonić resztki snu, które wciąż czaiły się w jej mięśniach.

Podeszła do szafy i otworzyła ją z rozmachem. Na jej twarzy odmalował się szok i niedowierzanie. Zamiast swoich ukochanych żakietów i spódnic na półkach zauważyła mnóstwo powyciąganych swetrów i kilka par szerokich spodni, wszystko w burych i nieciekawych kolorach, bardziej odpowiednich dla staruszek niż młodych dziewczyn. Zupełnie zapomniała, że w wieku siedemnastu lat miała okropny styl, o ile w ogóle można było to tak nazwać.

- Czyli jeszcze zakupy… - Dodała kolejną rzecz do swojej listy i niechętnie ubrała się w coś, co jako tako jej odpowiadało. Nie mogła wyjść z szoku, że jako nastolatka była tak nieświadoma swojej urody i figury oraz tak odporna na wszelkie modowe nowinki. – No tak, wtedy liczyły się tylko książki i ratowanie świata, kto by się przejmował wyglądem.

Spakowawszy do torebki najpotrzebniejsze rzeczy zeszła cicho do kuchni gdzie z lubością zaparzyła sobie mocnej kawy. Usiadła na jednym z kuchennych krzeseł i po raz kolejny zasłuchała się w melodię wygrywaną przez deszcz, grzejąc dłonie na kubku. Pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia, niezbyt długą, ale zawsze to było coś.

Momentalnie przed jej oczami pojawiła się pamiętna noc, gdy jednym ruchem różdżki zniszczyła wszystko co kochała i co miało dla niej jakieś znaczenie. Pamiętała swój krzyk, gdy podczas upadku spadła mu maska, pamiętała wyraz jego oczu, kiedy patrzył na nią, leżąc na trawie i wykrwawiając się na śmierć. Widziała jego usta, bezgłośnie wypowiadające jej imię, które zawisło w powietrzu wraz z ostatnim oddechem. Znów klęczała nad jego ciałem, zanosząc się niemym szlochem i głaszcząc jego zastygłą twarz. Potrząsnęła głową, odganiając od siebie tę wizję i zdecydowanym ruchem wytarła samotną łzę spływającą jej po policzku.

Jednym machnięciem różdżki sprawiła, że puste naczynie umyło się i odstawiło na swoje miejsce po czym, zarzucając kaptur na głowę, wyszła na zewnątrz, poddając swoje ciało strugom deszczu.

Okręciła się wokół własnej osi i już po chwili stała przed niskim, jednorodzinnym domkiem na obrzeżach Londynu. Tutaj także padał deszcz, sprawiając że woda lała się z dziewczyny strumieniami. Po prostu stała i patrzyła na swój rodzinny dom, teraz pusty i niezamieszkały. Zbyt cichy. Ze wszystkich sił starała się nie dopuścić do siebie wspomnień o rodzicach, wiedziała, że to nie ma sensu i że lepiej będzie im bez niej.

Weszła do środka i pewnie skierowała swoje kroki w kierunku strychu. Jeśli pamięć jej nie myliła, to tutaj znajdzie wszystko czego potrzebowała. Wśród zatęchłego powietrza wypełnionego wirującymi drobinkami kurzu dostrzegła starą szafę, do której rodzice zawsze zabraniali jej się zbliżać. Uśmiechnęła się, delikatnie dotykając starego drewna, którego faktura drażniła jej palce, po czym wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwiczki. Po raz kolejny poczuła ten sam zachwyt, gdy zobaczyła delikatną poświatę unoszącą się znad zwykłego kartonowego pudła. Ona doskonale wiedziała, że to właśnie tam, w środku, znajduje się całe jej dziedzictwo, wszystko co jest dowodem jej magicznego pochodzenia. Drżącymi dłońmi ściągnęła karton z półki i położyła na podłodze, zupełnie jak wtedy, gdy po raz pierwszy znalazła to wszystko. Wtedy zachowała swoje odkrycie w tajemnicy, tym razem jednak postąpi inaczej, wiedziała to dokładnie, gdy ostrożnie brała w dłonie grubą księgę. Delikatnie przejechała opuszkami palców po tłoczonych w skórze złotych literach.

- Księga Rodowa Clearbloodów – przeczytała cicho, a jej oczy błysnęły radością, gdy na ostatniej zapisanej stronie zobaczyła swoje zdjęcie, które mrugnęło do niej zawadiacko.

Z wcześniejszej strony patrzyli na nią rodzice, uśmiechając się ciepło. Nigdy ich nie poznała i nigdy nie będzie miała możliwości ich poznać. Tuż koło dat urodzenia widniała również data ich śmierci - 31 październik 1981, ten sam dzień, w którym zginęli rodzice Harry'ego, lecz kilka godzin wcześniej. Wiedziała o tym, gdyż przy dacie widniała również notatka dotycząca okoliczności zgonu: „Zamordowani przez Toma Rilddle'a, los ich dziecka nieznany". Zdawała sobie sprawę, jak potężnej magii musieli użyć, by ją ukryć, jednak nigdy nie dowie się, dlaczego oddali ją właśnie państwu Granger.

Potrząsnęła głową i podniosła się z klęczek, jednym ruchem różdżki odsyłając pudło do swojego pokoju w Norze. Otrzepała się z kurzu i pośpiesznie opuściła dom, który był pełen jej wspomnień, ale również przynosił jej pewien rodzaj goryczy. Tyle lat upokorzeń, a wystarczyło otworzyć starą szafę na strychu mruknęła w myślach, po czym teleportowała się przed Bank Gringotta. W dłoni nerwowo ściskała dwa kluczyki. Jeden do skrytki, którą założyli jej rodzice, gdzie miała własne oszczędności. Drugi, wyglądający na naprawdę stary, do skarbca Clearbloodów, którego nie miała zamiaru użyć, przynajmniej do jutra. Gdy zaopatrzyła się w zapas pieniędzy ruszyła na zakupy do niemagicznego Londynu, nucąc pod nosem przebój ze swoich czasów, zapominając o tym, że jeszcze nikt go nie zna.

xXxXxXxXx

Deszcz rytmicznie uderzał w wielkie okno, zamazując wszystko co było za nim. Krople z zawrotną prędkością sunęły w dół, urządzając między sobą wyścigi lub łącząc się w pary, i spokojnie płynęły ku swemu przeznaczeniu. Na parapecie przysiadła para zmokłych ptaków, które wspólnie chroniły się przed zacinającym deszczem. Jednak chłopak siedzący po drugiej stronie zdawał się niczego nie zauważać. Tępo wpatrywał się w zamazany krajobraz, lecz nic nie widział, zbyt był pogrążony w swoich myślach. A miał o czym rozmyślać.

Przed oczami przelatywały mu sceny z jego życia i sprawiały, że czuł się jeszcze gorzej niż wcześniej. Coś ściskało go za gardło przyduszając, nie pozwalając złapać głębszego oddechu. Gdy tylko zaczerpnął życiodajnego tlenu w płuca, jakaś nieznana siła przygniatała mu klatkę piersiową, a uczucie duszenia wracało. Tysiące igieł wbijało się w jego ciało, powodując ból, który, mimo usilnych prób, nie chciał zniknąć. Coś w środku niego ciągnęło go w dół, sprawiając że umysł pogrążał się w mroku a serce zwalniało swój rytm, jakby przygotowywało się do wiecznego snu.

Słyszał tysiące głosów przeplatających się ze sobą, tworzących zbitą masę dźwięków, która uderzała w jego i tak już okaleczone jestestwo, wyniszczała jeszcze bardziej i gmatwała wszystko, co nieludzkim wysiłkiem starał sobie ułożyć w głowie. Nie mógł, nie potrafił znaleźć wyjścia z tej sytuacji, czuł, jakby w ogóle go nie było. Opuścił wzrok, spojrzał na swoje dłonie i zdał sobie sprawę, że jedyne co widzi, to dłonie marionetki kierowanej przez kogoś innego. Nie miał już własnej woli, nie mógł robić tego co chciał. Zabijał, bo ktoś kazał mu zabijać. Sprawiał ból, bo ktoś zmusił go do tego, a on nie mógł powiedzieć nie. Coraz mniej zostało go w jego własnym ciele. Coraz bardziej stawał się po prostu kukiełką, którą prowadził lalkarz, pociągając za sznurki i narzucając swoją wolę.

Poczuł, jak zimne palce strachu po raz kolejny oplatają się wokół jego serca, jak jego zimny oddech sprawia, że włosy stają mu dęba. Zdał sobie sprawę, że było to jedyne uczucie, którego nikt w nim nie kontrolował. Było jego własne, wzlatywało z jego szarzejącej duszy i zachowywało w nim resztki jego dawnego ja. Nie dało się kontrolować tego strachu, nawet lalkarz był bezsilny, jednak na tyle sprytny, by wykorzystać go do swoich celów. Bezwzględność, z jaką kierowano jego ruchami, zacierała złudzenie, że mógłby jeszcze się odnaleźć, znaleźć gdzieś w sobie siłę, by się przeciwstawić.

Westchnął głęboko, zwieszając głowę nad splecionymi jak do modlitwy dłońmi. Nie wierzył w Boga i zdał sobie sprawę, że tak naprawdę on w nic nie wierzy. Ani w dobro i zło, którego podobno nie ma. Ani we władzę i potęgę, które podobno liczą się najbardziej. Ktoś mu tak kiedyś powiedział, ale jego otumaniony umysł nie mógł skojarzyć kto, kiedy i w jakich okolicznościach. Wszystko mu się rozmazywało, zlewało w jedną masę, z której nie dało się wyodrębnić poszczególnych składników. Wiedział tylko, że przeszłość była szara, teraźniejszość grafitowa, a przyszłość, mimo wszelkich wysiłków, malowała się w czarnych jak smoła barwach. Niepewny swojego jutra nie potrafił skupić się na niczym. Raz po raz pojawiała się przed jego oczami scena z czerwca i czuł wtedy, jak presja tamtego wydarzenia, a raczej tego, czego nie był w stanie zrobić, zgniata go jak robaka. Nienauczony był przegrywać, chociaż los często raczył go porażkami.

Uśmiechnął się krzywo, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę przyczyną jego przegranych był tylko on sam i jego wybory, których dokonywał przez lata. Jasna błyskawica przecięła czarne niebo, a wraz z nadchodzącym grzmotem pojawiła się w jego sercu niepewność i coś na kształt nadziei. Zrozumiał, że wszystko co go spotkało, wszystko co przeżył, jest winą jego wyborów. Bo każdy człowiek ma wybór, może zdecydować o swoim losie, a on pozwolił, aby ktoś inny nim kierował, aby ktoś inny narzucał mu tok myślenia i wpajał wartości. Nigdy nie mógł sam zdecydować co popiera, co jest dla niego najlepsze. Nigdy, w ciągu swojego siedemnastoletniego życia, nie dali mu możliwości wyboru.

Zajrzał głęboko w siebie. Przedzierając się przez mroki swojego umysłu odnalazł w końcu to, czego szukał. Prawdziwy on siedział zamknięty głęboko w środku, przygnieciony przez puste frazesy i wygórowane wymagania innych. Był prawie niewidoczny, ale jednak wciąż był, istniał, i to właśnie ta jego prawdziwa strona wciąż miała nadzieję na to, ze kiedyś uda jej się dojść do głosu. Teraz ten jasny on stanął prosto naprzeciw swojego przeciwieństwa, tej obrzydliwej chimery stworzonej przez innych, i uśmiechał się ironicznie, jakby wiedział, że nadszedł jego czas. Strach pojawił się na twarzy ciemnej odsłony jego osoby, a wszystkie jego rany przeszły na tego drugiego, który z każdą sekundą stawał się coraz silniejszy. Nigdy niegojące się rany, pamiątki po wszystkim, co zrobił złego, ozdobiły ciało tamtego, ale on tylko się uśmiechnął. Z uśmiechem patrzył na upadek tego, co przez lata nie pozwalało mu dojść do głosu.

Rozważając, co jest właściwe, chłopak wstał z parapetu i podszedł do kominka, rozpalając w nim ogień jednym ruchem różdżki. Wpatrywał się w płomienie, a w środku toczył zażartą walkę. Nie wiedział co wybrać, jak się zachować. Nagle znowu pojawiły się sceny z jego życia. Oglądał wszystkie po kolei, jednak stojąc jakby z boku. Obserwował samego siebie i uderzył go jego własny wygląd. To nie mogłem być ja… pomyślał i siłą swojej woli zatrzymał pokaz na jednej scenie. Krzyczał wtedy na jakąś dziewczynę, w której oczach szkliły się łzy smutku. Nie znał jej, choć po kolorze krawatu uznał, że musiała to być jakaś Krukonka.

Odwrócił od niej wzrok i spojrzał na siebie. Zmarszczone brwi, wredny uśmiech i lekceważące gesty. Cały on, w tej najgorszej z możliwych odsłon. Ale jeden szczegół przykuł jego uwagę. Przyjrzał się dokładniej i dostrzegł to, czego, jak mu się wydawało, nikt inny dostrzec nie potrafił. W jego oczach czaiły się smutek i ból, głęboko schowane za nienawiścią i żądzą władzy, ale jednak wciąż tam były. Uśmiechnął się na ten widok, zdając sobie sprawę, że jeszcze jest dla niego szansa, że jeszcze może przestać być złym i zmienić swoje życie. Odwrócił się od swojej postaci zamaszyście i aż się zachwiał, gdy napotkał na sobie spojrzenie czekoladowych tęczówek, w których czaiło się zrozumienie i wiara. Jednak nie tylko on zauważył, że nie jest za późno. Ona także to widziała i to ostatecznie przekonało go o słuszności jego postanowienia poprawy.

Bo mogłoby się wydawać, że on, Draco Malfoy, nienawidzi z całego serca Hermiony Granger, jednak były to tylko pozory. W głębi siebie tak naprawdę podziwiał ją za odwagę i inteligencję. I zazdrościł jej. Zazdrościł jej przyjaciół, których on tak naprawdę nie miał. Uśmiechnął się ironicznie i podszedł do Gryfonki, która z nieodgadnioną miną przyglądała się jemu samemu kilka miesięcy wcześniej. Odgarnął jeden z niesfornych loczków z jej policzka, po czym pochylił się nad nią. Jego oddech owiał jej twarz, gdy wyszeptał jedno zdanie, patrząc jej prosto w oczy.

- Dziękuję, że we mnie wierzysz…

Po chwili znów znajdował się w swoim pokoju. Stał przy kominku wpatrując się w ogień i zastanawiając się jakie ma szanse na to aby się zmienić.

- I na to, żeby ktoś w tę moją zmianę uwierzył…

Zmiany przychodzą jak lekki wiatr, który porusza zasłony o poranku i jak delikatne perfumy pachnące dzikimi kwiatami, ukrytymi w trawie.

John Steinbeck

Zmiany przyjdą na pewno, lecz nie wtedy, kiedy się na nie czeka.

Stefan Kisielewski

xXxXxXxXx

Tłum ludzi przemierzał ogromną powierzchnię największego centrum handlowego w Londynie w poszukiwaniu tysiąca rzeczy, które w danym momencie wydawały się wręcz niezbędne do dalszego życia. Gwar rozbawionych głosów, w których pobrzmiewała ekscytacja i coś na wzór chęci przeżycia przygody, wypełniał całą przestrzeń. Jednak jaką przygodę można przeżyć w zwykłym centrum handlowym? Można na przykład trafić na wyprzedaż ubrań swojego ukochanego projektanta, można spotkać dawno niewidzianych znajomych, można robić wiele zwyczajnych rzeczy, które później wzrastają do rangi przygody.

Można też jak Hermiona wpaść w szał zakupów i wydawać kolejne pieniądze na bluzki, bluzeczki, spódnice, żakiety i inne tego typu rzeczy. Brunetka wyglądała na najszczęśliwszą osobę na ziemi, gdy przedzierała się przez tłum londyńczyków z masą toreb wypełnionych jej zdobyczami. I tak było. Już dawno nie czuła się tak beztroska i radosna jak w tym momencie. W swoim poprzednim życiu między pracą a domem nie miała czasu na takie drobne przyjemności jak zakupy. Zazwyczaj po prostu zaklęciami zmieniała stare ubrania w nowe, nadawała im inne kolory i fasony, dostosowując je do panującej mody. A teraz tak po prostu z uśmiechem na ustach przechadzała się wśród sklepów, a do którego by nie zajrzała, znajdowała coś, bez czego w żadnym wypadku nie mogła się obejść. Na szczęście od Gringotta wzięła wystarczającą ilość pieniędzy, aby pokryć wszystkie swoje zachcianki.

Wyszła właśnie zadowolona z jednego z butików z niebotycznie drogimi dodatkami ciesząc się z nowej torebki i kilku innych drobiazgów, gdy w jej uszach zabrzmiał lekko zachrypnięty głos, który poznałaby na końcu świata, a może i dalej.

- Dziękuję, że we mnie wierzysz…

Siatki wypadły jej z rąk, a ona sama przykryła usta dłonią i rozejrzała się wokoło, jednak nikogo nie zauważyła. Szybko pozbierała swoje pakunki i śpiesznym krokiem opuściła centrum handlowe. Od nadmiaru myśli zaczęło huczeć jej w głowie, więc w najbliższym, ciemnym zaułku odesłała zakupy do swojego pokoju w Norze, po czym śpiesznym krokiem ruszyła w stronę kawiarni, która majaczyła po drugiej stronie ulicy.

Gdy tylko przekroczyła drzwi przytulnego lokalu owiał ją aromat świeżo parzonej kawy i dymu papierosowego. Zapach ten nie podziałał na nią w pełni uspokajająco, więc gdy podeszła do baru wciąż miała rozbiegane spojrzenie, była blada, a dłonie trzęsły się jej tak, jakby była z galarety. Barman, mężczyzna w średnim wieku, popatrzył na nią ze zrozumieniem i po chwili postawił przed jej nosem dużą filiżankę ciemnej, aromatycznej kawy. Tuż obok położył talerzyk z apetycznie wyglądającym ciastem czekoladowym i popielniczkę.

- Na nieprzewidziane sytuacje najlepsza jest mocna kawa, coś słodkiego i papieros. – Uśmiechnął się do dziewczyny dobrodusznie i, nie zwracając uwagi na jej wiek, położył przed nią paczkę cienkich papierosów o wiśniowym posmaku, po czym odszedł, by obsłużyć następnego klienta.

Hermiona uśmiechnęła się delikatnie i upiła łyk kawy. Jak zawsze była wyborna, pełna aromatu i tej ujmującej goryczki. Dlatego uwielbiała to miejsce w swoim poprzednim życiu. Tylko tutaj podawali tak znakomitą kawę i domowej roboty ciasta. Tutaj też po wprowadzeniu zakazu palenia w miejscach publicznych nikt sobie nic z niego nie robił. Było to jedyne miejsce w Londynie, gdzie nad filiżanką kawy można było zapalić. Dziewczyna uśmiechnęła się do barmana, który nieraz już jej pomógł, choć teraz nie zdawał sobie z tego sprawy, i ze smakiem zaczęła pałaszować przepyszne ciasto, które okazało się jej ulubionym czekoladowo-miętowym. Po skończeniu z lubością odpaliła papierosa i, zaciągając się dymem, zaczęła zastanawiać się nad tym, co się jej przed chwilą przydarzyło. Była pewna, że usłyszała głos Malfoya, ale nie miała pojęcia, jak to mogło być możliwe. Przecież na pewno nie było go w centrum handlowym, a nawet jeśli by był, to skąd wziąłby się pomysł na szeptanie jej czegoś do ucha? Pokręciła ze zrezygnowaniem głową i, dopijając kawę, wstała z wysokiego barowego stołka. Położyła na ladzie należność za wszystko i wyszła na ulicę z zamiarem jak najszybszego powrotu do Nory i położenia się w łóżku. Zdecydowanie za dużo wrażeń jak na jeden dzień.