Przez moment poczuł się jak przedstawiciel mugolskiego bóstwa, ale bez wszechmocnych następstw tego faktu. Ostrożnie zerknął w obie strony, tak, aby nie dało się zauważyć ruchu oczu, napiął mięśnie, po czym runął w dół próbując zeskoczyć z mostku wprost do strumienia. Jego zamiarem była ewakuacja z tego snu, szybki powrót do sypialni, nakrycie się kołdrą po czubek głowy…. I byłaby to bardzo obiecująca perspektywa. Niestety. Z identyczną prędkością oraz identyczną siłą poczuł się wybity do góry. Nie zdążył nawet ujrzeć, co go odbiło jak plasnął całym ciałem tam, gdzie leżał przed momentem. Poczuł jak żebra wbijają mu się w kręgosłup a wątroba stanowczo protestuje przeciwko takiemu traktowaniu. Ponownie uderzył go kompletny surrealizm sytuacji, dowodzący niechybnie, iż jest to sen tylko. Leży na zmurszałej kładce w środku nocy. W środku lasu. W jakiejś absurdalnej bańce- widział świetlny odblask księżyca po jednej i drugiej stronie pomostu, nie może zejść, zeskoczyć, uciec.… Poczuł się złapany, postanowił więc leżeć i czekać, co z tego wyniknie, niespecjalnie mając ochotę się pionizować. Obok siedzi Śmierć w ciele Dudleya i próbuje mu wmówić, że czuje się rozżalona przez fakt zaginięcia przedmiotów zwanych Insygniami Śmierci, dodatkowo angażując w historię bliżej nieokreśloną trójcę.
- nie rozżalona tylko, co najmniej poirytowana się czuję! One nie należały do mnie, nigdy, tylko do Merlina. Po tej żałosnej historii z trojaczkami Barta Beedla jakoś udało mi się zatuszować ich zniknięcie i zapomniał o nich. No, ale jak zaczęliście robić ten cały burdel na granicy światów i machać Avadami- ty, łysy Gargamel i smerf maruda to sam Merlin zaczął was obserwować no i wyszło! Ujrzał czarną różdżkę i przypomniała mu się reszta rzeczy! I... zażądał natychmiastowego zwrotu. Bo jak nie to mnie wyśle do zajmowania się zarazkami. Mugolskimi zarazkami, które zdychają w tempie nadświetlnym! ROZUMIESZ? POGRZEBY BAKTERII! ONE NAWET NIE PŁACZĄ! Nie mają uczuć! Nie targują się o życie! A ty wiesz ile to milionów istnień?! Więc ubłagałam żeby dał mi choć trochę czasu i teraz czekam tu sobie na ciebie. Ty miałeś je wszystkie, więc bądź łaskaw mi je oddać!
Harry postanowił się jednak spionizować, bo niedowierzanie i szok w połączeniu z poczuciem pokrzywdzenia łatwiej znieść w pozycji stojącej. Popatrzył się w twarz Dudleya z całą niewinnością swych zielonych oczu, z całym bagażem szczerości swojego serca i niema prośbą o święty wreszcie spokój
- ale ja już nie mam!- rozłożył bezradnie ręce.
Śmierć gdyby chciała go w tym właśnie momencie pozbawić życia zrobiłaby to samym spojrzeniem
-NO WŁAŚNIE.
Harry postanowił się obudzić. Niestety- im bardziej był zdeterminowany, tym mniej mu się udawało choćby przybliżyć do stanu jawy. Właściwie to wcale mu się nie udawało, ale uważał, że obudzenie się na tym etapie snu jest absolutnie konieczne. Śmierć Dudley patrzyła się nań zimnymi oczami, w których przebłyskiwał cień politowania.
- No raczej ci się to nie uda.
Uda się, uda, trzeba się tylko bardziej postarać i bardziej otworzyć oczy.
- A nos to cię nie boli już?
Bolał. Bolał jak cholera.
- A jakbyś spal to raczej by nie bolał, prawda? - Syknęła Śmierć ze złośliwym uśmieszkiem, który na twarzy Dudleya wyglądał szczególnie sugestywnie.
Zacisnął mocniej oczy. Może jak tak zrobi to się jednak obudzi. Wmawia sobie we śnie ze go nos boli, pewnie, nic go nie boli, ale śni mu się ze boli. Niewątpliwie.
- niewątpliwie. Dobra, siadaj wreszcie, bo ja już mam dość czekania na ciebie od tygodni a ty się musisz wziąć do roboty- Dudley usiadł z zadowoleniem obok Harrego, w mugolski turecki sposób i wyglądał na -wreszcie-zadowolonego z własnych pomysłów.
-Jakiej roboty? Jęknął chłopiec-którego-bolał- nos- i -wątroba
No jak, Insygnia trzeba Merlinowi oddać- Śmierć uśmiechnęła się cały, swym jadowitym uśmiechem pełnym perfidnej radości.
-Ale ja ich nie mam! Mam pelerynę, mogę Ci oddać pelerynę, ale różdżkę złamałem i wyrzuciłem! A kamień upuściłem w lesie jak oberwałem od Voldemorta...
- no to pójdziesz teraz i go znajdziesz- podpowiedziała Śmierć tonem oczywistym jak gdyby wysyłała Pottera po kupno dwóch flaszek Ognistej. I wypicie ich w ciągu minuty. Wysyłany zerwał się do pozycji stojącej, niestety- kolana odmówiły posłuszeństwa, zakończył więc akrobację lądując na kolanach przed Śmierciodleyem. Wyglądał i czuł się idiotycznie, pomimo narastającego wkurwa. Wkurwa giganta.
-NO CHYBA CIĘ POGIĘŁO! - Wrzasnął- Kamień w lesie, niby jak ja go mam znaleźć? A różdżka tez pływa gdzieś w wodzie, mogła już do morza dopłynąć! To gdzie mam jej niby szukać?! Oszalałaś chyba całkiem albo śni mi się ze oszalałaś! Nie no, to musi być sen, mam koszmary, zaraz się obudzę!
-Mój drogi- westchnęła Śmierć westchnieniem pełnym politowania- Musze cię zmartwić ze to nie jest sen. Ja nie zamierzać do końca świata zabijać bakterii tylko dlatego ze zrobiłeś z czarnej różdżki misie patysie i walnąłeś ją w wodę, o kamieniu nie wspomnę. Jak zgubiłeś to teraz znajdź, zresztą nie tylko ty- cała wasza trójca rozrywkowa. Partacze od siedmiu boleści, jeden z kompleksem bohatera, drugi z manią wielkości a trzeci wyje mi cały czas w zaświatach. Teraz mam jeszcze wściekłego Merlina na głowie, który mi nie da spokoju póki swoich cennych insygniów nie dostanie. Mam już was wszystkich dosyć. Statystyka wiecznie wydzwania ze nie zgadza im się ilość rzuconych Avad, ciał i zgonów. Poza tym wszyscy mają duszności i napady astmy przez tego pylącego się durnia.
Harry zdezorientowany zupełnie patrzył w oczy Śmierci, bez legendarnej odwagi, za to z błyskiem niezrozumienia.
-Pylącego durnia? Znaczy, kogo?
Śmierciodley aż się zapluł ze złości a ręce mu się zaczęły trząść w stanie lekkiej furii.
- No jak to- ty go rozpyliłeś! Tak go walnąłeś na pożegnanie ze się rozpadł w pył i w tej postaci trafił w zaświaty! Wszystko zasyfił! Wentylacja nie działa, w zęby włazi, dementorzy nie mogą latać! Nawet mugolskie lotniska stanęły, udało się tylko taki myk zrobić ze to niby wulkan wybuchł na Islandii. Ty nawet nie wiesz ile ja czasu straciłam żeby go poskładać chociaż w kawałku! Wiesz jak ciężko się składa zwłoki z pyłu?- Wykrzyczał na jednym oddechu (czy śmierć oddycha?).
No raczej.… Wzruszył ramionami Potter-, ale nie boisz się ze znów ci będzie próbował uciec? Jak ostatnio? Akurat za niego mogłabyś być wdzięczna, bo dość długo ci się migał..…
Śmierć westchnęła głęboko (chyba jednak oddycha!)
- Niby tak- odparła-, Ale wiesz- to taka trochę niedźwiedzia przysługa, bo co z tego ze w końcu go mam jak jest w postaci właściwie nieużywalnej. Ani go do kociołka wsadzić, ani pognębić... Trochę go skleiłam, czarować nie może, uciec w zasadzie tez nie. Ale meczący jest strasznie. Pyskuje. A Merlin nie chce go ode mnie zabrać, obrażony za te Insygnia, które zginęły.
Harry popatrzał zaciekawiony pomimo niby- przerażającej sytuacji.
-Czekaj, nie do końca rozumiem. To ty władasz zaświatami czy Merlin?
Śmierć jakby uspokoiła swoje emocje na chwilę.
-Uch. Merlin włada wszystkim. On jest takim... Jakby to określić- prezydentem. A ja jestem ministrem od zaświatów. Znaczy od krainy tych, co umarli.
- i wszyscy tam są? Dobrzy i źli? Naraz? Nie bardzo mógł sobie wyobrazić byłych śmierciozerców i Albusa Dumbledore'a popijających zgodnie herbatkę.
Są są! Wszyscy! - Dudleyośmierć zaśmiała się swoimi pulchnymi jak pączuszki wargami- Tyle ze w zależności od uczynków są pozbawieni magii a czasem tez dodatkowo zwyczajnych zmysłów. Na przykład taka Bellatrix jest nie tylko pozbawiona magii, ale tez nie mówi, bo ten jej piskliwy rechot był wyjątkowo irytujący. No i ma ciało guźca- dodała parskając śmiechem.
-GUŹCA? Wyjąkał Harry usiłując sobie przypomnieć z grubsza wygląd zwierzaka. Miał niejasne skojarzenia z mugolskim filmem i słowami Hakuna matata. Guziec to nie był główny bohater, lew Gryffindoru. To było to grube coś.
- Guźca! a co, fajny pomysł miałam, za życia była tak wkurzająca, że teraz niech docenia ze ma w ogóle cztery nogi!
Rany. Wyobraził sobie czarną czarownicę, straszliwą Bellatrix Lestrange, jako zwierzę z ryjkiem. To nie działo się naprawdę, choć akurat ten fragment snu mógłby się okazać prawdziwy. Z wahaniem wyszeptał kolejne pytanie.
- Czyli Voldemort tez tam jest?
Śmierć uśmiechnęła się półgębkiem.
- Tak, kawałek. Ten sklejony z pyłu. Więcej się nie da i tak dokleić, a przy jego kartotece niech się cieszy, że w ogóle jest, choć w formie mało zadowalającej. Niestety, przywracanie formy zaczyna się od najważniejszych organów wiec musiałam go robić od głowy. No i na tyle starczyło materiału...
-... A Pettigrew? Jest szczurem?
Śmierć popatrzała z wyrazem pełnym obrzydzenia, jakby, co najmniej proponował jej zjedzenie starych skarpetek Hagrida.
- Szczurem? Ten obrzydliwy typ nie zasłużył na bycie szczurem! Szczur to szlachetne zwierzę w porównaniu z tym obleśnym typem! Tfu, ten to dopiero jest wstrętny, po co mi go przypomniałeś?
Harry nie potrafił zrozumieć, dlaczego Bellatrix po śmierci stała się guźcem, bądź, co bądź sporych rozmiarów ssakiem a Pettigrew nie zasłużył nawet na bycie szczurem... Dziwna ta sprawiedliwość pośmiertna.
- to, kim on jest teraz, Glizdogon?
- jak by ci to powiedzieć... A słyszałeś o Prosthogonimus Ovatus?
- nie?- Oczy Harrego ustawiły się w zielony znak zapytania.
- no to jest właśnie Glizdogon. Znaczy jest przywrą. Kurzą. Myślałam nad tasiemcem, ale Prosthogonimus był zabawniejszy.
- W życiu nie słyszałem o czymś takim... I co on robi?
- Nic. Kury przez niego sikają jajami. Nic gorszego zrobić już nie może- parsknęła zadowolona z siebie grubaśna Kostucha.
Potter zaczął się chichotać opętańczo. Pośród wszystkich dziwacznych wiadomości, które usłyszał w ciągu ostatnich kilkunastu minut ta była najzabawniejsza. Obrzydliwy Glizdogon skończył w czarnej dupie. Kurzej dupie.
- To mi się podoba! Stwierdził pomiędzy poszczególnymi kwiknięciami śmiechu. W przebłyskach poczuł się prawie jak Bellatrix z ryjkiem...
- Tak, tez uważam to za jeden ze swoich lepszych pomysłów. Ale wracając do meritum, nie ma Insygniów- nie ma spokoju od pyskującej głowy tego padalcowatego durnia. Merlin chce ją wziąć, jako lampkę, wiesz- taki kinkiet. Tez niegłupi pomysł no, ale dopóki nie dostanie swojej różdżki, kamienia wskrzeszenia i niewidki mogę zapomnieć o ciszy i spokoju. A co gorsza zagroził mi przeniesieniem do działu pośmiertnego bakterii, a tego to już sorry, ale nie zdzierżę- oświadczyła śmiertelnie konkretnym tonem Dudley Śmierć.
Harry szybko zapomniał o wizji kurnika w niebiosach, ze złością konstatując, że Dudleya nie daje się ani zagadać, ani obłaskawić ani udawać ze jej/ jego nie ma. Grubasek śmierć siedział sobie w najlepsze opierając się o niewidoczną ścianę i szczerząc zęby z nieskrywaną radością.
-My tu gadu gadu a czas ucieka! Dobra, jest deal: znajdujesz i oddajesz mi Insygnia, a ja uwalniam cię od tego hmm... pakunku. Do pomocy dostaniesz jeszcze wyjąca niemotę, co go tez już mam dość. Całe życie taki poważny, taki wyniosły, pomnik przyrody prawem chroniony a po śmierci, co? Rozklejona beksa! Tak mi wyje, że wytrzymać nie idzie. A poza tym to i tak wasza trójca tak mnie urządziła to sobie teraz sami radźcie!
Z radośnie jadowitym chichotem ŚmiercioDudleyDursley wcisnął Harremu okrągłe pudło na kapelusze. Z tyłu coś zaszeleściło.
- Ach, zapomniałam dodać! Twój kolega ma na sobie MOJA niewidkę. Twoja, ale przed chwilą obiecałeś mi ją oddać, więc ja się już szybko obsłużyłam i z-acciowałam ją z twojego domu. Daję mu niewidkę żeby nie sprawiał ci problemu swym nieodłącznym widokiem i ponurym wyglądem. Nie martw się- znajdziesz patyk i kamyk i jesteś wolny!
Jasnobłękitny dym wąską nitką uniósł się ku niebu z miejsca gdzie siedziała. Już nie siedziała. Znikła. Harry pozostał sam z wintydzowym pudłem na kapelusze i poczuciem odgrywania roli w jakiejś bardzo kiepskiej komedii.
