A oto kolejny rozdział. Czas na kolejne dziwne wydarzenia, zagmatwane sprawy i problemy. Na jaw wychodzą nowe fakty, dotyczące mieszkańców zoo. Głównie tych, po których nikt nigdy by się niczego nie spodziewał...

UWAGA! W moim FF zwierzęta mogą wykonywać czynności ludzkie, a nawet nosić ubrania (poza wzrokiem ludzkim oczywiście)


Kowalski

Szef nie dawał nam odpocząć. Ostry trening, czasami od rana do wieczora. Uznał, że musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Raz czy dwa nawet zerwał nas w środku nocy na kilkunastokilometrową przebieżkę. Szeregowy prawie płakał już ze zmęczenia. Nie mieliśmy na nic siły. Czyżby nasz szef mścił się na nas za te tajemnice? Przecież nie mogliśmy mu tego od tak powiedzieć! Baliśmy się, to raz, a dwa - po prostu było nam wszystkim wstyd. Przecież on jest taki... idealny. Żadnej pomyłki, żadnego błędu. Nie mogliśmy przed kimś takim przyznać sie do życiowych błędów, przez które jesteśmy pogrążeni tak naprawdę przez całe życie.

No i oczywiście nie pokazywaliśmy się na wybiegu lemurów. Nadal kontynuowaliśmy swoje obowiązki, ale tym razem bardziej skrycie. Tak, żeby Orna nas nie zobaczyła. Ona oczywiście wiedziała, że tu jesteśmy, ale woleliśmy trzymać się od niej na dystans.

W wolnej chwili postanowiłem pojechać do laboratorium po kilka ważnych rzeczy do mojego nowego wynalazku. Powiedziałem o tym szefowi i wyszedłem z naszego wybiegu. Zoo było już zamknięte, więc nie musiałem się niczego obawiać. Ruszyłem w stronę wyjścia. Niestety, mój biedny pech znowu się odezwał Za zakrętem natknąlem sie na Ornę. Wciągnąłem głęboko powietrze do płuc. I to był błąd. Poczułem ten zapach. Taki znajomy, a jednocześnie znienawidzony. Znowu ogarnęło mnie pragnienie tak silne, że musiałem zatkać nozdrza, żeby się oprzeć.

- Dzień dobry, Antoni - odezwała się słodko. Pokręciłem głową, usiłując się od tego odgonić. Nie mogłem się znowu skusić. To będzie koniec. Lata pracy pójdą na marne. Szef wyrzuci mnie z oddziału, to jest pewne. Nie mogłem tego wszystkiego stracić.

- Odejdź - wydusiłem, cofając się. Jak najdalej. Może ktoś inny nie był tak wrażliwy, ale ja potrafiłem wyczuć każdy możliwy narkotyk z odległości kilku metrów. Byłem na tym punkcie przewrażliwiony.

- Ależ mój drogi, czyżby coś ci przeszkadzało? Na przykład... to? - spytała, zbliżając się do mnie. Po chwili wyciągnęła z kieszeni paczkę tego, czego tak bardzo nienawidziłem, a jednocześnie tak bardzo pragnąłem. Moje oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Przecież nie mogłem...

- Idź stąd, zostaw mnie w spokoju! - krzyknąłem, zaczynając biec. Ona jednak przeskoczyła na murek obok mnie i zagrodziła mi drogę. Prawie na nią wpadłem.

- No co, Kowalski. Chyba mi nie powiesz, że cię już do tego nie ciągnie, co? - spytała i pomachała mi paczuszka przed nosem. Odsunąłem się, w panice usiłując uciec. Ornea otworzyła opakowanie i pomachała mi przed nosem Wszystko we mnie aż podskoczyło, ciągnęło do tego. Nie mogłem się opanować. Nim się obejrzałem sięgnąłem po dragi. Orna zaśmiała się w ten swój przesłodzony sposób. - No weź. To dla ciebie. W końcu to TY będziesz mieć władzę.

Chwyciłem paczkę i po prostu juz nie mogłem opanować drżenia na całym ciele. Znowu to miałem. Nieograniczona władza. Teraz na pewno przetrwam mordercze treningi szefa. Znów miałem w skrzydłach tę moc...

Skipper

Zaczynałem sie już martwić. Dość długo go nie było. Miał wrócić kilkadziesiąt minut temu. W dodatku Szeregowy doniósł mi, że Marlenki nie ma na wybiegu od kilku dni. Co dziwne, Ornea przyjechała do nas kilka dni temu. Bałem się, że to mogło mieć ze sobą coś wspólnego. Tej dziewczynie mogło coś grozić. W końcu była taka niewinna i bezbronna... Westchnąłem ciężko. Chłopcy byli już przygotowani na każdy możliwy atak. Taką przynajmniej miałem nadzieję. Nic nie mogło nas zaskoczyć. Nie da się rozbić tego oddziału. Przynajmniej z zewnątrz. Obawiałem się, że Orna spróbuje zadziałać od wewnątrz. Widziałem, jak moi podopieczni się jej boją. Ona może wykorzystać ten strach przeciw nam. To mnie najbardziej przerażało.

Właśnie chciałem zaparzyć sobie kolejną kawę z rybą, gdy do bazy wpadł Kowalski. Od razu do niego podbiegłem.

- Kowalski! Zapomnieliście chyba o której mieliście wrócić do bazy, co? Punktualność to podstawa. Dyscyplina, Kowalski, dyscyplina! Czyżby wyleciała wam z głowy podczas tej wyprawy?! - wrzeszczałem. Głównie po to, żeby wyładować nerwy. Przecież nie powiedziałbym mu, że się martwiłem, co nie? Nie należę do mięczaków.

- Ależ szefie, wyluzujmy... - zachichotał Kowalski i zatoczył się delikatnie. Dopiero teraz zauważyłem, że coś jest z nim nie tak. Był strasznie wesoły, a jego oczy przypominały gigantyczne spodki. Otworzyłem oczy w przerażeniu i złości.

- Szeregowy! Natychmiast sprowadźcie tu Ogoniastego! - krzyknąłem i pociągnąłem stratega na środek bazy, gdzie posadziłem go na krześle. Już wiedziałem, co się stało, ale musiałem się upewnić. A więc tak zamierzała działać Orna. Na pewno to ona go podkusiła. Zaczynała działać na ich słabe strony.

- Będziecie się tłumaczyć, Kowalski - mruknąłem z wściekłością. Byłem taki głupi. Pozwoliłem mu pójść samemu do tego cholernego laboratorium. Nie zauważyłem, że zbliża się niebezpieczeństwo. Po chwili do bazy wpadli jak burza Julian i Szeregowy. Ogoniasty od razu dopadł do stratega i spojrzał mu w oczy.

- Antoni, czy ty znowu to zrobiłeś?! - wrzasnął, niemal tak samo, jak ja wcześniej.

- Firenzo, to jest extra! Musisz spróbować! Mogę wszystko! Wszystko! O, czy to nie mrówka? Łazi ci po nosie... - mówił najwyższy pingwin, chichocząc przy tym jak wariat. Julian wyraźnie się wściekł.

- Cholera, tyle razy ci mówiłem, że masz od tego uciekać jak najdalej! Czy do ciebie nic nie trafia?! Chcesz znowu wylądować na dnie?! - krzyczał, miotając się po całej bazie. Wodziłem za nim wzrokiem, nieco zaskoczony. Nie znałem go od tej strony.

- Ile czasu ten stan się utrzyma? - spytałem. Młody Martinez spojrzał na mnie ponuro.

- Kilka godzin. Lepiej będzie potrzymać go przez ten czas w izolatce - powiedział. Skinąłem głową.

- Rico! Przygotujcie tutaj jakąś izolatkę dla Kowalskiego - poleciłem. Oddziałowy szaleniec natychmiast wykonał polecenie, umieszczając stratega w odizolowanym, szklanym pomieszczeniu, które na szybko sklecił.

- Sz...szefie? - usłyszałem głos Szeregowego. Odwróciłem się.

- Tak?

- Czy to właśnie się zaczęło? Czy Orna naprawdę nas zniszczy? - spytał przerażony. Westchnąłem i zerknąłem na Ogoniastego. Miał poważny, a jednak dość smutny wyraz twarzy. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie chciałem okłamywać malca, ale nie mogłem go też załamać. Znowu spojrzałem na naszego słodziaka, tym razem ze spokojnym wyrazem twarzy.

- Nie, Szeregowy. Nie pozwolę na to - powiedziałem i objąłem go skrzydłem. Wiedziałem, że potrzebował wsparcia.

Wszyscy jednak wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Że to dopiero początek i bardzo możliwe jest, że ta dziewczyna naprawdę nas zniszczy...

Mourice

Zadanie Orny było wręcz banalnie proste, a przynosiło tyle radości...

Zacząłem już następnego dnia. Po pierwsze skontaktowałem się z kameleonami, naszą trującą żabką i gorylami. Szybko wtajemniczyłem ich w pomysł. Oj tak, znaliśmy się z zamieszek w San Francisco, Monte Carlo, Paryżu i Berlinie. Obiecali, że mi pomogą i dadzą znać innym starym znajomym. Oj tak. Jak tak dalej pójdzie, to plan Orny przejdzie gładko. Julian i pingwiny wpadną na dobre. Nie wiem dokładnie po co jej czterej komandosi, skoro ma już swojego braciszka, ale nie mnie się w to mieszać. Wiem tylko, że dostanę za to sowitą zapłatę i to wystarczy.

Koło południa znów zawitałem na wybiegu lemurów. Orna z zadowoleniem przyglądała się wybiegowi pingwinów.

- Twój plan działa? - spytałem, chociaż odpowiedź na to pytanie była oczywista.

- Ależ oczywiście! Rozwalimy ich. Ty od zewnątrz, ja od środka. Tatuś bedzie zadowolony - powiedziała lemurzyca. Oboje uśmiechnęliśmy się na tę myśl. Zadowolony Matt Martinez, to hojny Matt Martinez.

Już się nie mogłem doczekać całej akcji.

Kowalski

Bolała mnie głowa, cały się trząsłem i czułem niesamowite ssanie, tylko że nie tylko w żołądku. Wiedziałem, co się stało, ale nie mogłem przyjąć tego do wiadomości. Brzydziłem się sobą i swoim postępowaniem. Zrobiłem to. Znowu. Powoli otworzyłem oczy. Szef i Julian siedzieli przy stole i o czymś poważnie rozmawiali, Szeregowy spał a Rico oglądał telewizję. Chwyciłem się za bolacą głowę i cicho jeknąłem, co od razu przyciągnęło uwagę pozostałych. Szef powiedział coś do Rico i ten wypuścił mnie ze szklanego więzienia, w którym przebywałem.

- Chyba musicie mi coś wytłumaczyć, Kowalski - powiedział dowódca. Westchnąłem ciężko.

- Mogę najpierw poprosić o szklankę wody? - spytałem. Julian natychmiast mi ją przyniósł, a ja opróżniłem naczynie niemal jednym duszkiem, po czym odetchnąłem głęboko.

- No, słuchamy - niecierpliwił się dowódca. Zmieszałem się nieco i wbiłem wzrok w podłogę.

- A więc... ja... przepraszam, naprawdę, nie wiem, co we mnie wstąpiło. Ale spotkałem Ornę i ona podała mi tę paczke, otwartą, ja... nie mogłem się powstrzymać - tłumaczyłem szybko i chaotycznie, żeby tylko mieć to już za sobą. Szef uniósł skrzydło, żeby mnie uciszyć. Umilkłem niemal natychmiast.

- Dobrze, dobrze. Rozumiem - powiedział. Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia.

- R...rozumie szef? - spytałem zaskoczony. Ten skinął głową.

- Owszem.

- I nie wyrzuci mnie szef z oddziału?

Dowódca spojrzał na mnie z zaskoczeniem i lekką irytacją w oczach.

- Co też pleciesz, Kowalski? Przecież nie zrobiłeś tego naumyślnie, jak mógłbym cię wyrzucić? Przecież musimy trzymać się razem - odparł szef. O mało nie rzuciłem mu się na szyję z radości. Mój szef pozwoli mi zostać. Nie stracę tego... Nadal coś znaczę.

Marlenka

Winda zatrzymała się i wypuściła mnie na jasno oświetlony korytarz. W tej chwili przestaję wątpić w znaczenie okularów przeciwsłonecznych. Poprawiłam zapięcie swojej czarnej, skórzanej kurtki i ruszyłam przed siebie. Zdecydowanie przesadzali tu z klimatyzacją. W końcu skręciłam w prawo i po chwili stanęłam przed pancernymi drzwiami, podobnymi do tych w bazie pingwinów. Wcisnęłam granatowy przycisk znajdujący się po ich lewej stronie.

- Kto idzie? - odezwał się głos z głośniczka.

- Agentka 001, sprawa wyjaśnienia misji - rzuciłam spokojnie. Coś kliknęło, skrzypnęło i drzwi się otworzyły. Weszłam do całkiem sporego pomieszczenia, urządzonego w surowy, wręcz wojskowy sposób. Białe, prawie gołe ściany, na której wisiało tylko kilka zdjęć z ważnymi osobami, nagród i odznaczeń. Po prawej stała dębowa szafa z półkami zapełnionymi teczkami i segregatorami. Arni siedział za wielkim, dębowym biurkiem z lampą i kilkoma papierami i teczkami. Skinęłam głową w jego stronę i usiadłam po drugiej stronie pokaźnego mebla. Był dla mnie o wiele za duży. W końcu Arni był tygrysem chińskim. A ja tylko wydrą. Zdjęłam okulary i zawiesiłam je przy dekolcie kurtki.

- Witaj, agentko 001. Podróż udała się bez przeszkód? - spytał Arni.

- Owszem, ale nie przychełama tutaj, żeby gadać o dyrdymałach. Do rzeczy - powiedziałam twardo. Nie będę marnować czasu. Skoro Orna była aż taka niebezpieczna, to musiałam szybko wracać do zoo. A nie siedzieć i rozprawiać o podróżach. Owszem, pingwiny były komandosami, ale wolałabym zachowac ostrożność. W końcu pilnuję ich od tylu lat... wolałabym, żeby to nie przepadło w ciągu kilku dni, w punkcie kulminacyjnym mojej misji. Kytt skinął głową.

- No dobra. A więc od początku. Julian... - przerzucił kilka papierów, a po chwili podał mi plik kartek. Wzięłam je i przejrzałam.

- Opowiadaj - rzuciłam.

- A więc tak. Kojarzysz tego dilera narkotyków, Matta Martineza? "Król"? - spytał. Skinęłam głową.

- A i owszem. Narobił nam sporo problemów. On i jego spiskowcy, mistrzowie zamieszek - przytaknęłam.

- No właśnie. Julian to tak naprawdę Firenzo Martinez. Jego syn.

Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. Cały czas miałam pod nosem syna największego dilera narkotyków na świecie?!

- Dlaczego więc miałam go pilnować? Mogliśmy go złapać i wtedy dorwać się do Króla!

Arni uciszył mnie ruchem ręki.

- Niestety nie mogliśmy. Gdybyśmy zaczęli przesłuchania Matt mógłby go dorwać. On się zbuntował. Zabrał spod pieczy Matta trzy pingwiny. Zgadnij kogo? - spytał. Zmarszczyłam brwi, ale powoli zaczynałam się domyślać.

- Ale... na wybiegu są cztery pingwiny.

- No właśnie. Dam ci kartotekę każdego z trzech uwolnionych. Za to o czwartym wiemy bardzo mało. To Skipper Dendui. Dawno temu zniszczył cała swoją kartotekę. Wiadomo o nim tylko tyle, że jest szefem oddziału pingwinich komandosów, ale nie są oficjalnie zarejestrowani. Wszyscy sie ukrywają.

Odebrałam od niego kartoteki Szeregowego, Kowalskiego, Rico i Juliana i schowałam je do torby, która leżała po mojej stronie biurka.

- No dobra,a teraz powiedzcie mi, o co chodzi z tą całą Orneą - zażądałam.

- Ornea Martinez to córka Matta Martineza. Siostra Firenza. Młoda, piękna dilerka. Wielu ludzi naciągnęła na wielką ilość kasy. Mistrzyni gry zamkniętej, potrafi tak podejść innych, że ci w końcu nie wiedzą, kim są. Morduje i nie ma żadnych skrupułów. Jeżeli wyda Firenza Królowi nasza nadzieja na złapanie dilera i jego szajki przejdzie nam koło nosa. Pingwiny i król lemurów są naszym zabezpieczeniem, żywym dowodem na działalność Martineza. Dotychczas kazaliśmy ich tylko pilnować, bo woleliśmy nie ruszać tej sprawy, ale teraz nadszedł czas na największą zabawe. Wzmożona czujność, agentko 001.

Zmarszczyłam brwi, ale skinełam głową. Teraz mi się rozjaśniło. A więc tak to wygląda. Moi przyjaciele mają tajemnice niemal tak samo wielkie, jak ja. Cezkało mnie jeszcze sporo czytania. I musiałam wracac na stanowisko.

- Mam nadzieję, że w razie czego będziemy w kontakcie. Żebym szybko mogła zebrać posiłki - powiedziałam. Arni skinał głową.

- W pobliżu będzie się kręcić cały oddział, tak w razie czegoś. Nasz łącznik przyjedzie do zoo i się z tobą skontaktuje - poinformował mnie szef. Skinełam głową i szybko opuściłam pomieszczenie. Musiałam jak najszybciej znaleźć sie w zoo. A wtedy rozpocząć pracę. Tym razem na poważnie...


A więc to już koniec tego rozdziału. Wiem, trochę szybciej, niż zapowiedziałam, ale to chyba dobrze, co nie? :D A wiec tak, następny rozdział za jakiś czas, nie wiem dokładnie kiedy, ale zaglądajcie wytrwale, moze coś się znajdzie ;D Jeżeli były jakieś literówki czy inne błędy, to przepraszam, ale komputer, na którym piszę, nie jest w najlepszym stanie, więc nie mogę od niego tyle wymagać (wiecie, jestem na wakacjach :D Czy mam tu czytelników ze Śląska? :D ). A w następnym rozdziale: Jakich jeszcze problemów narobi Orna? Kto stoi po jakiej stronie? Czy można zaufać osobom, których dotychczas miało się za przyjaciół? Jak liczne tajemnice wpłyną na bohaterów opowiadania? Czy dojdzie do rozpadu? Czy agencja, dla której pracuje Marlenka naprawdę ruszy im na pomoc w krytycznym momencie? Może nie wszystkiego, ale większości dowiecie się w najblizszym czasie. Do zobaczenia! ;D