Harry był na wieży astronomicznej. Jeszcze nigdy nie był tak zdenerwowany i wystraszony jak teraz. Prawda, wiele razy się bał, ale zawsze chodziło o kogoś. O Rona, czy Hermionę. O Ginny, Cedrika, a nawet Dudleya, ale nigdy nie martwił się tak o siebie. Nawet wtedy na cmentarzu. Bał się, ale to była całkowicie inna sytuacja. Teraz jest inny i zapłaci za czyny, które popełnił.

Zabił Pansy Parkinson.

Wcześniej zabijał śmierciożerców. Dwie gnidy opuściły świat, ale Pansy nie była winna. Nie była jedną z nich. To ta żaba! Ona ją wykorzystała! To przez nią Pansy nie żyje! To przez nią musiał zabić niewinna osobę! Mógł pomyśleć wcześniej, teraz to już nic nie da. Nie ma, co gdybać.

To koniec. Miał zabić starego Goyle'a, a zabił Parkinson. Nie różni się od śmierciożerców, chociaż jednak jest inny. Musi coś zrobić. Może go nie znajdą?! Cholera! Znajdą go! Gdy tylko wyjdzie na jaw, że uczennica Hogwartu została zamordowana, a na pewno tak będzie... Sprowadzą aurorów i przyjdzie zakon... Przyjdzie szlonooki.

Cholera, on wszystko odkryje. Musi pozbyć się różdżki Clarka. Tak, żeby nikt nigdy jej nie znalazł.

Zniszczyć? Nie, nie może. On był wtedy w gabinecie, jest też początek roku. Kto wtedy używa zaklęcia niszczącego? Wszyscy psia mać! To Hogwart! Musi ją zniszczyć! Ale chwila... Pansy zostanie znaleziona u Dolores... Może... Może uda się zrzucić na nią winę? Podłożyć jej różdżkę? To nie mugole, nie będą sprawdzać odcisków jak w jakimś filmie kryminalnym. Ale czy mają jakieś podobne do tego magiczne wykrywacze? Dlaczego nigdy o tym nie myślał?

Jeśli mają coś takiego to dowiedzą się, że zabił też Macnair'a i Crab'a. Różdżkę trzeba zniszczyć.

Wyciągnął ją z szaty i cisnął o ziemię. Nawet z połamanej da się wydobyć informacje. Musi zostać z niej tylko proch, nic więcej. Wycelował w nią swoją, z piórem feniksa. Klątwa cisnęła mu się na usta, ale... Nie potrafił jej wypowiedzieć.

Dlaczego musi być taki słaby?! To proste zaklęcie.

— Dramatyzujesz, Harry — odezwał się nagle cichy głos i ujrzał samego siebie opierającego się o barierki balkonu. — Straciłeś kontrolę i już się poddajesz? Naprawdę jesteś taki słaby?

— Chrzań się!

— Wiesz, że nawet, jeśli przybędą aurorzy, to ciężko im będzie cię wytropić. Pansy została uduszona, jest wiele klątw o takim działaniu. A ta, którą ją uraczyłeś służy głównie do samoobrony, czy łapania ludzi lub zwierząt. Znalazłeś dla niej nowe zastosowanie. Wydaje mi się, że wcześniej nikt na to nie wpadł.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Że jesteś krok przed nimi.

— Żaba zezna, że zawołała mnie na szlaban — zauważył i kucnął tuż przy kradzionej różdżce.

— I zezna, że podała jej wielosokowy, bo bała się o własne życie i zamiast niej umarła uczennica? Nie wydaje mi się.

— Jest wiele wymówek. Może powiedzieć, że mieliśmy szlaban razem, albo cokolwiek innego!

— Poniosło Cię Harry, za dużo sobie wyobrażałeś. Miałeś zabijać tylko śmierciożerców.

— Kiedy to ustaliliśmy? — zapytał bystrze patrząc w zielone oczy należące do jego ,,kopi".

Ten milczał. Odsunął się od barierek i podniósł różdżkę. Obracał ją w palcach i z zamyślonym wzrokiem wpatrywał się w jej czubek. W końcu wziął głęboki oddech i odrzucił ją na podłogę jak wcześniej Harry.

— Wiedziałem. Jest dla Ciebie zbyt wcześnie, zbyt szybko. Uczucie nietykalności zawróciło ci w głowie. Mogłem poczekać — brzmiał jakby przepraszał, ale Harry nie chciał słuchać.

— Nie jest za wcześnie! Dobrze o tym wiesz zrobiłem, co kazałeś i sam pozbyłem się Crab'a.

— Co zrobiliśmy z ciałem Macnair'a?

Harry zamyślił się próbując przypomnieć sobie tamten dzień. Wszytko było zamglone, nic dziwnego, był wtedy w szoku. Jednak dobrze wiedział, co się stało tamtego dnia. Jak mógł o tym zapomnieć?!

— Spaliliśmy. — przypomniał sobie — Doszczętnie. Został tylko... Proch.

— A ciało Crab'a?

Jak mógł być taki głupi?! Ma rację, to uczucie nietykalności, władzy, potęgi i wyższości wzięło górę nad wszystkim innym! Mógł wszystko zaplanować! Myślał, że zaplanował.

— Zostało na ulicy — jego głos zatrząsł sie bardzo zauważalnie i zachwiał się, gdyby nie jego towarzysz, z pewnością by upadł. Jego twarz pobladła, a własna różdżka prawie wypadła z dłoni. W głowie krążyła setka myśli. Widział wizję, jak zamykają go w Azkabanie. Zawiedzione spojrzenia ludzi, którzy są dla niego rodziną. Nie może na to pozwolić.

— Nie możesz panikować, Harry. Jeśli spanikujesz i stracisz kontrolę, to obaj wylądujemy w Azkabanie.

— Przez ciebie! — krzyknął. W tej chwili był bardzo daleko od opanowania.

— Możliwe, ale to nie ja zabiłem Pansy. Żaba będzie Cię obserwować. Nie mają dowodów, że ty rzuciłeś zaklęcie, żadnych świadków. Nie zareagują tak szybko jak z dementorami. Nie ważne, co kto im powie.

To trochę go uspokoiło. Może on wie, co mówi? A jeśli się myli? I tak nie będzie gorzej.

— Łatwo ci mówić. To nie ciebie będą ścigać i śledzić na każdym kroku.

— Wstrzymaj się Harry. Wątpię, czy Umbridge jest całkowicie pewna, że to ty zabiłeś uczennice. A jeśli jest... Zabijesz ją. I tak miałeś to zrobić.

— Ona nie da się zaskoczyć, przez nią to zrobiłem! Jest przebiegła.

— Więc ty musisz być bardziej. W twoich żyłach płynie Ślizgońska krew. Odnalazłeś i zabiłeś dwójkę śmierciożerców.

— Bo obaj byli na świeczniku! Jeden kat, a drugi przemytnik! Sam mi to wyjaśniłeś! To ty kazałeś mi to robić i to ty mnie zmieniłeś! Podążałem za twoimi wskazówkami!

Coś kazało mu to mówić. Chciał się wyżyć, wyładować i wywrzeszczeć. A najlepiej na samego siebie.

— Zostaw mnie. Jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni. Odejdź!

— Co!? Wytworem wyobraźni?! Teraz to przesadziłeś. Nazywać mnie, twojego wybawcę, wytworem wyobraźni? Nie jesteś aż tak szurnięty, żeby mieć schizy.

Serce Harry'ego zatrzymało się na krótką chwilę. Jeśli ten ktoś nie jest wytworem jego wyobraźni, to... Kim jest? Jest taki jak on. Identyczny. Ale nie jest wytworem wyobraźni? Nie jest zjawą? Jak to?

— Myślałem, że..

— Nie jesteś za dobry w myśleniu, przyznajmy to. Najprostszymi słowami jestem odbiciem twojego prawdziwego ja, a w każdym razie, pewnej części ciebie. Prawdziwy ty jesteś szlachetny, honorowy i odważny, a ja jestem przeciwieństwem.

— Co mam robić? — zapytał. Był już kompletnie zdezorientowany i zdesperowany. W jego głowie nie pojawił się żaden logiczny pomysł. Tak wiele myśli wirowało mu w głowie, że trudno było już ułożyć normalne zdanie. To zbyt wiele.

— Zachować zimną krew, przyjacielu. A co innego możesz zrobić? Wytrzymać i nie dać się złapać. To twoje priorytety. Jeśli będzie trzeba, usuń przeszkody, jeśli sytuacja będzie nie do uratowania, uciekaj. Wszystko po to, by nie dać się złapać.

Rozumiał te słowa. Czuł to samo. Myślał, że wolność ucieknie mu przez palce, ale tak się nie stanie. Nie pozwoli na to, musi o siebie walczyć. A jeśli nie dla siebie to dla przyjaciół. Gdyby się dowiedzieli, to by go znienawidzili, to na pewno.

Hermiona by się odsunęła, Ron by odszedł. Ginny nie spojrzałaby już w oczy swojemu dawnemu wybawcy. Syriusz czułby się zdradzony, Remus tak samo. Dumbledore byłby załamany. Zawiódłby wszystkich! Nie może się tak stać. Musi walczyć o to, by żyć dalej. Ale musi też odebrać kilka innych żyć.

To popieprzone.

Nagle wstał gwałtownie chowając skradzioną różdżkę w kieszeń szaty. Słyszał odgłosy stóp. Ktoś wchodzi. To aurorzy. Cholerna żaba! Nie powinien nic robić! Są już blisko. Podszedł do barierek. Może i tym razem stanie się jakiś cud? Hipogryf, albo testral? Błagał, żeby zachciało się któremuś przelecieć tuż obok najwyższej wieży.

Są kilka stopni stąd.

— Harry! — cofnął się gwałtownie od barierek, zdając sobie sprawę jak bardzo był przechylony. To nie aurorzy. To Ron i Hermiona!

Ron natychmiast do niego podbiegł i nie widzieć czemu, odepchnął go jak najdalej od balkonu. Chyba myślał, że chce skoczyć.

— Co ty odwalasz?! — wrzasnął.

— Harry, co się stało?

Zadawali pytania, a Harry po prostuj na nich patrzył. To byli jego przyjaciele. Martwili się o niego, bo w pierwszy dzień szkoły ominął połowę lekcji i zniknął na kilka godzin. Żadne nie wiedziało o jego kłopotach. Zachowaliby się całkowicie inaczej.

— Jak mnie znaleźliście? — zapytał z leciutkim uśmiechem. Ogarnęło go poczucie szczęścia.

— Mapa Huncwotów, stary. Gdzie byłeś? Martwiliśmy się. Wszyscy o tobie gadają.

— Co gadają? — nutka paniki w jego głosie była chyba dobrze słyszalna, bo oni wymienili spojrzenia.

— Żartujesz, prawda? O tym, co powiedziałeś jej na obronie. To o mrocznym znaku — wyjaśnił, a on poczuł ulgę.

— Wiele osób poszło z tym do Dumbledore'a, żeby wyjaśnił sprawę.

— I co?

Ron skrzywił się, a Hermiona opuściła wzrok.

— Okazało się, że jest czysta. Niestety.

Harry teraz najchętniej wydarłby się tak głośno, by usłyszał go cały Hogwart i okolice, ale to nie możliwe. Nie ma tak wytrzymałych strun głosowych.

— Wracajmy do wieży.

Po drodze Hermiona robiła mu wykłady na temat jego dzisiejszego zachowania. Faktycznie nie powinien uciekać z tylu lekcji, ale miał dobry powód. Nie ma też alibi i... Malfoy. Tak, spotkał Draco Malfoya, który z pewnością stanie się o wiele bardziej wrogo nastawiony niż wcześniej.

Był wieczór, a dormitorium Gryfonów tętniło życiem, jak zwykle. Jednak, gdy tylko wszedł, wszystko ucichło. Nikt z nich nadal nie wierzył, że Voldemort powrócił i uważali go za kłamcę, chcącego zwrócić na siebie uwagę. Obwiniali go o śmierć Cedrika Diggory'ego. Może, kiedy przyniesie im głowę Voldemorta na srebrnej tacy to uwierzą? Cóż, fajny pomysł, musi go kiedyś wykorzystać. Głowa Lucjusza odesłana do Knota na srebrnym talerzu opłaconym za łapówki i z jedzeniem, za które muszą płacić biedniejsi urzędnicy. To prawie poetyckie.

W dormitorium pierwszym, co zrobił było wskoczenie pod zimny prysznic. Od jutra musi się uspokoić. Parkinson nie żyje, a on nie może po sobie dać poznać, że zauważył jej zniknięcie.

Rano obudził się pierwszy. Nocny koszmar nie dał mu dłużej pospać. Spakował wszystko, co potrzebne na dzisiejsze lekcje i wyszedł. Wielka sala była jeszcze praktycznie pusta. Tylko kilka osób w niej było. Same ranne ptaszki, a w tym Cho Chang. Dziewczyna, która mu się podoba, a raczej podobała, bo nie ma już na nią czasu. Ma inne zajęcia, ale nadal musi udawać normalnego studenta magii. On otrząsnął się po śmierci Cedrika, a raczej otrząśnie do końca po zabiciu Glizdogona i Voldemorta, jego zabójców. Ciekawe czy i ona się w miarę otrząsnęła do tego czasu.

Chyba nie. Jej oczy są zaczerwienione, a w dłoni ściska chusteczkę, jakby był to jej kupon na życie. Biedna dziewczyna. Minęło trochę czasu, podczas, którego zajrzał do książki od transmutacji i eliksirów, nie wierząc w to, co robi. Snape dostałby zawału, gdyby to widział. Potter uczący się w wielkiej sali na oczach wszystkich. Ciekawe, jaki zgryźliwy komentarz by wymyślił na tę wyjątkową okazję?

Uczniowie zaczęli się schodzić, za chwilę dziewiąta. Jako pierwsza dołączyła do niego Ginny.

— Cześć Harry — powiedziała nadal jakoś półsennie.

— Cześć Ginny — odpowiedział i rozejrzał się. Nagle wszędzie pojawili się uczniowie, a on odchylił się na ławie i spojrzał w zaczarowany sufit. Było pełno chmur, które z każdą chwilą wydawały się być jaśniejsze. Nie wiedział ile w nie spoglądał, ale z zamyślenia wyrwał go głos przyjaciół.

— Mam nadzieję, że dzisiaj nie znikniesz jak wczoraj — powiedziała Hermiona, a on uśmiechnął się w odpowiedzi.

— Na Merlina, ale jestem głody. — Ron zawsze musiał powiedzieć coś swojego — I do tego mamy dzisiaj eliksiry... Mam nadzieję, że nie stracimy żadnych punktów.

— Ja też — burknął Harry, ale dla niego punkty były bez różnicy.

— Harry — zaczęła Hermiona. — Straciłeś wczoraj pięćdziesiąt punktów...

— Siedemdziesiąt — przerwał jej. — Snape odjął mi dwadzieścia.

Przez chwilę wyglądała jakby chciała go rozszarpać. To jej pierwszy rok, jako prefekt, a nie potrafi upilnować przyjaciela. Z pewnością będzie to przeżywać przez następne dni. Teraz jednak naprawdę się odpaliła. Mówiła jakby nie robiła przerw między słowami, ale to, dlatego, bo była zdenerwowana. Mógłby jej powiedzieć, że odrobi te punkty, ale wtedy musiałby przerwać jej monolog, który całkiem dobrze brzmiał w tłumie. Ktoś się kłócił, ktoś rozmawiał przyciszonym głosem, ktoś prowadził normalną konwersację ,a Hermiona nawijała monolog. Piękne.

Mieli już wstawać, by wyruszyć na pierwszą lekcję. Harry już się podnosił z ławy, gdy nogi zesztywniały jakby od jakiegoś zaklęcia. To nie możliwe! Jego mózg krzyczał wszystkie przekleństwa i klątwy, jakie sobie przypomniał, ale szok był zbyt wielki. Co się dzieje?! To przecież nienormalne! Ręce zacisnęły się na blacie stołu, oczy rozszerzyły się do granic. To niemożliwe.

Dlaczego wszystko stało się takie popieprzone? Czy to jest prawdziwe, czy tylko oczy płatają mu figle? Nie jest w stanie tego określić. To, co widzi przechodzi właśnie jego logiczne myślenie.

Pansy Parkinson.

Widział pieprzoną PANSY PARKINSON!

— Harry? Nic ci nie jest? — i to na tyle z gry pozorów. Gdyby żaba to widziała... Na szczęście jej nie ma. Ale jest Pansy. Jak to możliwe, przecież ją zabił. A może nie? Może tylko straciła przytomność?

Przestań! Była zimna, bez pulsu! MARTWA! Bez życia. To nie może być ona.

To... Uzurpatorka.

Żaba jest sprytniejsza niż myślał. Czeka na jego błąd.

To popieprzone.

— Już idę — powiedział Ronowi i ruszył za nimi, ukradkiem spoglądając na Ślizgonkę.

To niemożliwe.

Przez wszystkie lekcje, jakie tego dnia mieli ze Ślizgonami bacznie ją obserwował. Pozwolił nawet Snape'owi go gnoić, bo nie chciał stracić punktów i jeszcze w miarę jasnego umysłu. Pansy wydawała się normalna, jak zawsze. Oczywiście, jeśli ktoś taki jak ona może być normalny, to musiał przyznać, że zachowywała się naturalnie.

W drodze na salę OPCMu miał nadzieję, że ta żaba się nie pojawi, jednak wszystkie jego nadzieje rozpadły się niczym domek z kart. Ta żaba żyje i ma się dobrze. Pansy również żyje i nie widać, by łykała wielosokowy. Nie spuszczał z niej oczu nawet na chwilę. Co tu się u diabła dzieje?!

Pansy żyje, żaba też. Nikogo nie brakuje, jego klasa i klasa Ślizgonów są całe. Malfoy rzucał mu nieprzyjemne spojrzenia, Pansy spoglądała na Draco, jak zawsze. Nic się nie zmieniło?! Więc kogo tam zabił? Kto udusił się pod jego zaklęciem? Żaba zachowuje się zwyczajnie, ale to może być maska, by go zmylić i zaatakować, gdy będzie nieuważny. Ale teraz wyostrzył wszystkie swoje zmysły. Musiał śledzić Parkinson ile się da. Przez czety godziny nie napiła się tylko wody, wielosokowy odpadał. Gdy Barty, jako Moody go pił, wszyscy to widzieli. Pansy nadal była sobą.

Kim ona jest? To naprawdę ta dziewczyna, czy jej siostra bliźniaczka? Nie łykała wielosoku, tego był pewny. Może się dowiedzieć jeszcze w jeden sposób. Mapa Huncfotów.

— Musisz się dowiedzieć. — Pojawienie się jego drugiego ja w klasie do OPCM, było więcej niż zaskakujące, ale zdusił to w sobie i spojrzał na niego. — Może to Pansy, może nie. Jednak ona żyje, a ty nie masz pojęcia, co się dzieje. To szansa na odzyskanie kontroli. Wykorzystaj ją, ale ostrożnie. I... Nie daj się ponieść. Obudziłeś coś w sobie i nie daj temu zawładnąć. Zacznij od sprawdzenia Pansy. Ale dyskretnie, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

Zjawa zniknęła tak szybko jak się pojawiła.

— Przypominam o szlabanie, Potter. — rzekła nauczycielka, gdy wychodził. Nie odpowiedział jej tylko zamknął drzwi do klasy. Wszyscy kierują się na piętro, a Ślizgoni do lochów. Nie może za nią iść.

Przez kilka następnych dni uważnego obserwowania nie odkrył nic, o co powinien się martwić. Co noc bał się, że rano obudzi się i wyjdzie z wieży w obstawie aurorów, ale tak się nie stało. Zamiast do Azkabanu, szedł na lekcje. A wtedy mógł obserwować Pansy.

— Hermiono, pomożesz mi? — zapytał z uśmiechem i podał jej swoje wypracowanie z eliksirów. Siedział nad nim całą noc.

— Jeśli myślisz, ze napiszę to za Ciebie... — zaczęła, ale zamilkła widząc zapisany cały akrusz. — Harry, ty to napisałeś? — zapytała, gdy skończyła i westchnęła.

— Tak! — odpowiedział uśmiechając się szeroko w geście tryumfu. W końcu coś mu wyszło.

— Wiesz... To jest... To naprawdę ty? — wydawała się zdezorientowana.

— Tak, co myślisz?

— Lepiej napisz to jeszcze raz. Snape nie przyjmie takiego wypracowania. Wszystko tutaj pomieszałeś. — Harry w tym momencie stracił siły na cokolwiek. Całą noc starał się nie myśleć o Pansy i żabie, więc wziął się za coś trudnego i to spartaczył. Chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.

Oddał wypracowanie Snape'owi, nie chciał pisać nowego, a z tego dostanie przynajmniej P, mimo że wszystko pomieszał. Jakoś to będzie, Hermiona pewnie dramatyzuje, bo ma zbyt wysokie wymagania dla takich rzeczy. Teraz tylko wypracowanie na transmutację i zaklęcia. Będzie ciężko.

Do tego czasu w ogóle nie czuł, że szkoła się zaczęła, ale teraz to w niego uderzyło niczym rozpędzony pociąg. Mógł się uczyć zamiast planować jak wymknąć się ze szkoły i dorwać Goyle'a. Musi poprawić te wszystkie oceny i odzyskać prawie sześćdziesiąt punktów. Dziesięć zdobył dzisiaj na zaklęciach i pięć na transmutacji, ale to mało. Do tego musi śledzić Parkinson i iść wieczorem na prawdziwy szlaban do Umbridge.

Do wieczora jakoś przeżył... W bibliotece razem z Hermioną, która dała mu przez ten czas, co najmniej setkę wykładów, jaki powinien być wzorowy uczeń. Powinna mówić to Ronowi, bo to on został prefektem, a nadal zachowuje się jak dziecko. Harry tylko zabija ludzi.

Tego wieczora zatrzymał się przed gabinetem żaby. Tutaj kogoś zabił i znowu tutaj jest. Mówią, że sprawca zawsze wraca na miejsce zbrodni. Zapukał i wszedł. Żaba siedziała przy biurku kładąc na nie kartkę i pióro, które już widział.

— Witam panie Potter. Chciałabym, by coś pan napisał.

Czy to deja vu? Czy tylko kolejny omam? Ona się nim bawi. Ta kobieta jest chora. Ale on też. Może nawet jest jakimś tam psychopatą mordercą. Z pewnością jest na to nazwa. Ale ona to po prostu suka.

Jednak on musi zachowywać się normalnie. Przez jakiś czas będzie potulnym uczniem.

— Oczywiście, pani profesor.

Gdy skończył szlaban na jego dłoni widać było małe, białe blizny ułożone w napis ,,Nie będę opowiadał kłamstw."

Szkoda, że bazyliszek nie żyje.