David ubrał się i zszedł do holu; oparł się o blat recepcji, obserwując ludzi. Kwadrans później przez obrotowe drzwi wszedł drobny Azjata. Miał na sobie dosyć luźne, wiszące w kroku spodnie i czarną koszulkę z obrazkiem komiksowego ducha i wielkim czerwonym napisem BOO; na jego nadgarstku połyskiwała srebrna bransoletka. David ruszył w jego stronę.

- Cześć ci, Lee – rzucił na powitanie; Japończyk wyraźnie się rozpromienił.

- Hej. Gotowy jesteś? Żartuję, widzę, że tak. Ja nieco mniej, ale nie mów szefowej, jak chodzę ubrany po cywilnemu, okej, stary?

- Pewnie, ani słowa. Będę milczał jak grób.

Lee okazał się być posiadaczem czerwonego Chevroleta Camaro, który lśnił jak nowy. David gwizdnął na widok samochodu, a jego towarzysz ulokował się błyskawicznie za kierownicą. Po chwili jechali ulicą.

- Musiałem wyrwać się z Lalek. Świetny klub, ekstra muzyka. Kiedyś cię tam zabiorę. Szefowa mówiła, że chcesz zajrzeć do Mason, nie? Paskudna sprawa. Mnóstwo krwi.

- Sprawdziliście BioLabs?

- Taa, to firma farmaceutyczna. Zbankrutowali jakieś pół roku temu. Ktoś wytoczył im proces. Podobno eksperymentowali na ludziach. Nic im oczywiście nie udowodniono, ale prawnicy kosztowali ich fortunę.

- Zdarza się. – Dłoń Davida zacisnęła się na jego kolanie. Znajomy ból przeszył całe ramię.

- Jesteśmy – mruknął wreszcie Japończyk.

Zostawili auto zaraz pod blokiem, ale Lee nie był zbyt zadowolony.

- Daj mi klucze i możesz zostać – rzucił David, zgadując jego obawy. – Pilnuj tego cacka.

- Dzięki, stary. Rządzisz. To numer osiemnaście. Czwarte piętro. Masz gnata?

- Nie noszę. To długa historia – mruknął wymijająco.

- Weź. – Lee podał mu pistolet. – Na wszelki wypadek. I krzycz, gdyby coś.

- Skoro tak. – Sięgnął po broń lewą ręką i schował ją za pasek spodni. – Dzięki.

Wszedł do bloku przez na wpół wyrwane z zawiasów drzwi i ruszył na górę po schodach. Na wysokości drugiego piętra miał już lekkie kłopoty z oddychaniem, a po wejściu na czwarte musiał na chwilę przytrzymać się ściany, bo pociemniało mu w oczach. Przeklął głośno, nie mogąc trafić kluczem w zamek, ale kiedy uderzył pięścią ze złości w odrapane drewno, drzwi ustąpiły, otwierając się. W środku panowały ciemności; podobnie jak na klatce, gdzie rozbita żarówka przypominała uschniętego kwiatka na cieniutkiej łodyżce kabla.

Zawahał się. Od pięciu lat nie był w podobnej sytuacji i chyba zapomniał, jak to wszystko idzie. Praca negocjatora trzymała go z daleka od miejsc jak to; wchodząc gdzieś od razu widział tych złych i ich broń. Teraz wszędzie panowały ciemności. Może powinien wrócić jednak po Lee? Niemal roześmiał się; dzieciak był od niego dużo drobniejszy i niższy, no i miał na sobie ten dziwaczny, kiczowaty t-shirt. Ale z pewnością obie dłonie sprawne, jasną głowę i co najwyżej listek witaminy C w kieszeni. Przełknął ślinę, a potem dobył pistolet lewą ręką i przeszedł pod policyjną taśmą. Ostrożnie wszedł do mieszkania.

Od razu to poczuł. Ten zapach. Zapach z laboratorium pod magazynem, zapach Miny. Samą śmierć cuchnącą chemią i krwią. Skrzywił się. Starał się przypomnieć sobie rozkład mieszkania Mason ze zdjęć, ale nagle coś usłyszał. Jakby trzask. Ale nie taki, jaki wydaje nadepnięta gałązka. Trzask pękającej pod skórą kości.

Spojrzał pod nogi, a potem ostrożnie ruszył przed siebie; odbiło mu się wypitym winem. Zatrzymał się na końcu korytarzyka; po lewej miał pokój tonący w ciemnościach. Znowu usłyszał cichy trzask.

- Ma-ma-mamo... – Usłyszał wyraźnie jakby jęk; zmrużył oczy. To, co wcześniej wziął za zwalisty fotel, drgnęło lekko. Mrożący krew w żyłach zapach zrobił się intensywniejszy. Kilka trzasków i zgrzytnięcie; David wstrzymał oddech. Ciemny kształt zaczął się podnosić, zdawał się wypełniać powoli całą wolną przestrzeń. I wtedy usłyszał, jak to coś mocno wciągnęło powietrze w nozdrza. Już wiedziało, że nie jest samo.

Uniósł broń i wystrzelił dwa razy, a potem rzucił się do ucieczki. Adrenalina wypełniła całe jego ciało, które wcześniej tak straszliwie zobojętniało na wszystko po alkoholu i przeciwbólowcach. Wybiegł na schody, słysząc ogłuszający rumor w mieszkaniu Mason. Nie zatrzymał się; płuca zaczęły palić go żywym ogniem. Nagle usłyszał zgrzyt gniecionej barierki tuż obok siebie. Uderzenie cisnęło nim o ścianę, ale od razu podniósł się na nogi. Coś warknęło; strzelał na oślep, modląc się, żeby Lee zjawił się jak najszybciej. Znowu poczuł cios; tym razem coś ostrego zryło jego plecy. Potknął się, upadając. Nadal miał w dłoni broń; usiadł i wycelował.

Potężny kształt odbił się od ściany i przycupnął na barierce schodów; przy wpadającym przez okno świetle ulicznych lamp David wyraźnie widział porastające stwora futro, a raczej sierść. Usłyszał warczenie. Duży pies.

- Dave?! – Dobiegł go gdzieś z dołu głos Lee.

- Tutaj! – odkrzyknął. Stwór nadstawił uszu, zerkając w bok i David nie zawahał się: wycelował w jego pierś i naciskasnął spust. Potwór zaskomlał, zeskakując z balustrady. Ostatnim wysiłkiem oderwał się od ziemi i wyskoczył przez okno tuż nad głową mężczyzny. David okrył głowę ramionami; szkło posypało się niczym upiorny deszcz, a zaraz po tym potężny łomot poniósł się dookoła głośnym echem. Na półpiętro wbiegł Lee.

- Jesteś cały?! O, cholera. Co...

- Pomóż mi – syknął David i Japończyk pomógł mu wstać. Wyjrzeli przez okno.

- O, kurwa. – Lee miał oczy jak spodki, bo oto jego piękny wóz przypominał wygnieciony wrak, na którym leżało drobne, nieruchome teraz ciało.

- Inaczej bym tego nie ujął.

- Co to było?! Krwawisz, stary! Szefowa mnie zabije. – Wyciągnął telefon. – Zabije mnie!

David ostrożnie ruszył w dół po schodach, a Lee pomagał mu iść, rozmawiając przez komórkę. Po chwili obaj usiedli na krawężniku obok samochodu, którym przyjechali. Lee niemal płakał. David czuł, jak krew spływa po jego plecach i wsiąka w materiał spodni. To się nie spierze, pomyślał gorączkowo. Kurde, najlepsze dżinsy.

Szara furgonetka zahamowała z piskiem opon i Lwica już biegła w ich stronę. Pomogła Lee zapakować Davida do samochodu, wykrzykując szybko rozkazy. Ruszyli dopiero, kiedy zjawiło się drugie, takie samo auto.

- Nasi technicy się zajmą tym... czymś – zapewniła Davida kobieta; jakiś mężczyzna zaczął rozcinać jego koszulę.

- Ma głębokie rany, szybko traci krew... Zbyt szybko!

David miał wrażenie, że mówią o kimś innym, bo on sam czuł się całkiem nieźle.

- Uśpij go. – Usłyszał stanowczy głos Lwicy. Chciał zaprotestować, ale poczuł ukłucie w ramię i sekundy później nastała ciemność.