Dlaczego…? Dlaczego? Do jasnej cholery, dlaczego? Gdy tylko wyczuł zapach tej gnidy w okolicy Ikebukuro pożegnał się z Tomem i pobiegł wiedziony instynktem. Dlaczego wrócił? Dlaczego teraz? Dlaczego nie wcześniej? Dlaczego trzymał go teraz w ramionach…?

Do magazynu wbiegł z zamiarem pozbycia się informatora raz na zawsze. Szybko jednak zdał sobie sprawę z tego, że coś się nie zgadza. Objął wzrokiem całe pomieszczenie. Przy samym wejściu leżało kilka osób, głównie mężczyzn i to dość masywnych, z głębokimi ranami po cięciach nożem. Głębiej było jeszcze kilku, którzy zawzięcie wymachiwali kijami i łomami, wykrzykując przy tym co chwilę zlepki bezsensownych słów, między którymi co chwilę przewijało się jedno nazwisko:

-Moriarty…!

Wszyscy mieli na sobie coś czerwonego.

Heiwajima szybko dostrzegł czarną kurtkę z futerkiem i niemal równie szybko poczuł jak ogarnia go wściekłość. Nawet przez chwilę nie miał wątpliwości, co zaszło. Po prostu WIEDZIAŁ, co powinien zrobić, albo raczej: kogo trzeba było w tej sytuacji sprzątnąć. Cóż… mógł powiedzieć tysiące złych rzeczy o informatorze z Shinjuku i znaleźć tyleż samo powodów, by w końcu go zabić. Miał jednak pewność, że nie mógł współpracować z Moriartym. Nie mógł. Był psychiczny, okrutny i bezczelny. Ale w tym jego szaleństwie była metoda, była jakaś popaprana logika, był jakiś poziom, do którego nigdy by się nie zniżył. No i kochał ludzi. Im byli ciekawsi tym bardziej ich kochał. Im więcej rozrywki mogli mu zapewnić, tym bardziej chciał by jak najdłużej żyli. Moriarty był inny, dla niego śmierć była zwieńczeniem „rozrywki". Absolutnie nie było takiej opcji żeby ta dwójka mogła stać po tej samej stronie. Mogli się sobą nawzajem uprzejmie interesować, ale współpraca doprowadziłaby do wzajemnej destrukcji.

Prawdopodobnie właśnie dlatego, gdy odzyskał panowanie nad swoją furią, podnosił z ziemi nieprzytomnego bruneta. Przez chwilę rozważał, czy nie powinien zadzwonić po karetkę albo policję, ale doszedł do wniosku, że nie byłby w stanie wytłumaczyć sterty „czerwonych" niezbyt żywych ludzi.

Zebrał w sobie resztki swoich nadludzkich sił i pobiegł w stronę najbliższego szpitala. Na szczęście nikt nie okazał się na tyle pomysłowy, by zatrzymać zakrwawionego blondyna w stroju barmana z równie zakrwawionym brunetem na rękach. Dzięki temu bez większych problemów udało mu się dotrzeć na miejsce.

Jego pojawienie się wywołało niemałe zamieszanie. Oczywiście najpierw zapadła śmiertelna cisza. Dziesiątki oczu, należących do lekarzy, pielęgniarek i pacjentów, utkwione były w nim i w tym, co zostało z informatora z Shinjuku. Najpierw postanowił cierpliwie poczekać, aż ktoś raczy go „obsłużyć", ale gdy zauważył strużkę śliny cieknącą z rozdziawionych ust zszokowanej staruszki, nie wytrzymał i ryknął:

- Pomoże mi ktoś wreszcie, do cholery?

Reakcja była błyskawiczna. Izaya został przeniesiony na salę operacyjną, a samym Shizuo zajęła się sympatyczna pielęgniarka w średnim wieku, która okazała się na tyle domyślna, by nie zadawać żadnych pytań. W ramach wdzięczności blondyn postanowił na nią nie powarkiwać, tylko posłusznie znosić wszystkie jej zabiegi. Dużymi czarnymi oczami wypatrywała na jego ciele kolejnych okaleczeń, z których na szczęście żadne nie nadawało się do zszywania. Na szczęście nie dlatego, że blondyn nie lubił być zszywany, ale dlatego, że tłumaczenie kobiecie, iż nie jest mu potrzebne znieczulenie bezsensownie zakłóciłoby tę cudowną ciszę. Nie odezwali się do siebie nawet wtedy, gdy zaprowadziła go na korytarz dwa piętra wyżej i posadziła naprzeciwko przeszklonej ściany. Wnętrze pomieszczenia było przesłonięte zielonkawym parawanem, nie zapytał się jednak, co jest w środku.

To było pocieszające. Skoro kazała mu czekać, to stan tej gnidy musiał być całkiem niezły i lekarze już kończyli go naprawiać. Pocieszające? Cholera! Mógł go tam zostawić i dać mu zdechnąć, ale… No właśnie. Ale. Dlaczego ludzie Moriarty'ego chcieli zabić informatora? Czy miało to coś wspólnego z jego siecią przestępczą? A może raczej było to związane z…

Trzech chirurgów wyszło z sali, a pielęgniarka odsłoniła parawan, dzięki czemu Shizuo mógł zajrzeć do środka. Jeden z lekarzy podszedł do blondyna, który spojrzeniem dał mu do zrozumienia, że nie ma ochoty na rozmowy.

- Stan pana przyjaciela… - przerwało mu głuche warknięcie. – Znajomego? Cóż, tego człowieka, którego pan przyniósł, jest zaskakująco dobry. Miał tylko złamaną rękę i skręconą kostkę. Ma też poobijane żebra i głowę, ale na szczęście to nic poważnego. Dostał silne leki przeciwbólowe i jest przytomny. Jeśli chce pan do niego wejść… Nie musi pan, oczywiście, jeśli pan nie chce…

- Zapłacił wam już? – przerwał mu Shizuo.

- Słucham? Co ma pan na myśli? – zapytał zbity z tropu mężczyzna.

- Więc wam zapłaci. W najlepszym wypadku. Za milczenie. Może też was szantażować. Róbcie, co wam każe. Niedługo może być…

- Należycie do Dollarsów? – wyszeptał lekarz, nachylając się nad blondynem. W momencie, gdy ich spojrzenia się spotkały, wszystko stało się jasne. Mięśnie mimiczne drgnęły na twarzy chirurga. Wyprostował się i odszedł. Żadnych zbędnych pytań. Dla niego wszystko było już jasne. A przynajmniej na tyle jasne, by Heiwajima miał pewność, iż jego śmiertelny wróg trafił w dobre ręce.

1