Rozdział trzeci
Uzdrowiciele przysłani przez synów Feanora przyjechali dopiero późnym rankiem. Strażnicy, uprzedzeni przez Fingona, wpuścili ich bez zwłoki i wskazali drogę do domu Fingolfina, zatrzymali natomiast towarzyszącego im Amrasa. Najmłodszy z synów Feanora miał dość rozsądku, by usłuchać i nie nalegał, ale też nie był w stanie wrócić do domu. Odszedł nad jezioro, gdzie poprzedniego dnia czekali z braćmi na Maglora i tam uwiązał konia do drzewa. Miał stąd dobry widok na bramę, tak że gdyby starszy brat czy którykolwiek z uzdrowicieli opuszczali obóz, z pewnością by ich nie przeoczył.
Godziny mijały, a Alcarino nie wracał, po Maglorze nie było nawet śladu. Amras kręcił się niespokojnie po wybrzeżu, dopiero letnia ulewa skłoniła go do szukania schronienia między drzewami. Siedział tam z kapturem nasuniętym głęboko na twarz i obserwował ruch przy bramie. Dzień jednak przeszedł w wieczór, pochmurne niebo wypogodziło się, odsłaniając błyszczące gwiazdy, a Amras wiedział równie mało jak w chwili przybycia.
Być może brak wiadomości był dobrym znakiem. Alcarino po drodze próbował go przekonać, że w tej chwili raczej niewiele może się szybko zmienić, a jeśli Maglor będzie mógł przekazać braciom nagłe wieści, to będzie to raczej śmierć Maedhrosa niż cokolwiek innego. Może więc powinienem się cieszyć, że Alcarino nie wraca, bo jego wiedza na nic się już nie zda, rozmyślał ponuro Amras, spędzając bezsenną noc między drzewami. Niemniej, gdy nastał świt, a Maglor nie przekazał mu nic, najmłodszy z braci nie potrafił dłużej czekać.
xxx
Fingon polecił, by wszystkie sprawy związane z synami Feanora kierować bezpośrednio do niego, bez kłopotania ojca, więc to on pierwszy usłyszał, że strażnicy zatrzymali przy bramie któregoś z najmłodszych braci. Pospieszył ku bramie; chciał po drodze zabrać i Maglora, by ten był w razie czego rozjemcą, ale rzut oka przez niedomknięte drzwi do pokoju rannego kazał mu porzucić ten pomysł. Maedhros półleżał na młodszym bracie i nie było siły, która zabrałaby teraz Maglora od niego. Fingon poszedł sam.
Przy bramie powstało już spore zamieszanie, bo syn Feanora do spokojnych nie należał, a i wartownicy nie obeszli się z nim zbyt łagodnie. Dopiero na widok kuzyna rudzielec przestał się szamotać, a strażnicy puścili go. Uwolnioną rękę przycisnął do brzucha, drugą sięgnął do twarzy i otarł niedbale krew lecącą z nosa i rozbitej wargi, ale wbił w Fingona niecierpliwe spojrzenie.
– Co z Maitimo? – wypluł z siebie pytanie. – Nie chcę kłopotów, chcę tylko wiedzieć, co z Maitimo – powtórzył niemal błagalnie, wpatrując się w Fingona, jakby chciał w nim wypalić dziurę wzrokiem.
Fingonowi zrobiło się go prawie szkoda, gdy tak stał samotnie pomiędzy strażnikami, ale rozkaz ojca pozostawał rozkazem, a młodszy kuzyn właśnie go złamał.
– Nie powinno cię tu być – zauważył sucho. – Już raz dostałeś ostrzeżenie. – Jak widać, od poprzedniego ranka determinacja jednego z bliźniaków wzrosła na tyle, że spróbował wślizgnąć się do obozu wuja. Problem tkwił w tym, że nawet gdyby chciał wmieszać się między elfów, rude włosy zdradzały go na odległość. Fingon zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, który z bliźniaków przed nim stoi.
– Pitya czy Telvo? – zapytał spokojnie; już dawno nauczył się, że nie było sensu próbować zgadywać.
W odpowiedzi rudzielec zachłysnął i zakrztusił się krwią wciąż cieknącą mu z nosa, a na Fingona spojrzał tak, jakby zobaczył upiora. Zreflektował się jednak zaraz i odpowiedział, nieco niewyraźnie z powodu puchnącej wargi.
– Telvo. Amras – dorzucił nieoczekiwanie sindarińskie imię.
– Wracasz do domu. – Fingon chwycił go za ramię i pociągnął ku bramie.
Amras poszedł za nim bez słowa sprzeciwu, pokasłując tylko co jakiś czas i zerkając tęsknie przez ramię. Fingon także milczał, póki nie znaleźli się przy drzewach nad jeziorem, gdzie najmłodszy syn Feanora zostawił wierzchowca.
– Maitimo? – zapytał Amras po raz trzeci, gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu straży. – Ja muszę wiedzieć, Findekano.
– Nie jest gorzej niż było – odparł Fingon. – To dobra wiadomość – dodał, bo dopiero teraz najmłodszy syn Feanora patrzył na niego, jakby miał się zaraz rozpłakać. – Choć mam wrażenie, że chcesz, by mu się pogorszyło – powiedział ostrzej.
– Co?! – Telvo, akurat szukający czegoś w sakwie przy siodle, poderwał z oburzeniem głowę. – Oczywiście, że nie!
– Więc dlaczego robisz wszystko, by mój ojciec uznał, że wasza obecność powoduje zbyt wiele kłopotów i wyrzucił również Makalaure? – zirytował się Fingon. – A Makalaure jest jedyną osobą póki co, która jest w stanie uspokoić trochę Maitima, żeby spał i się nie rzucał. Valarowie, czemu wy wszyscy musicie być tacy uparci?
– Dziwisz się? – Amras przez ułamek sekundy wyglądał na niemal rozbawionego. – To jest pierwsza sensowna rzecz, jakiej się dowiaduję od wczoraj – wytknął. – Kano nie mógł posłać chociaż słowa?
– Chyba nawet nie wie, że tutaj jesteś. Ja też nie wiedziałem, póki nie próbowałeś dostać się do środka – przyznał Fingon, obserwując młodszego kuzyna.
Amras zaskakiwał go. Syn Fingolfina pamiętał go głównie jako dzieciaka, nim poszli z ojcem na wygnanie, a potem nie miał wiele do czynienia z bliźniakami. Stojący przed nim elf został zmuszony do dojrzenia w szybkim tempie, bo opanowywał emocje zaskakująco szybko jak na temperamentnych synów Feanora, a jednocześnie momentami sprawiał wrażenie niedorostka, zwłaszcza gdy z błyszczącymi oczami wypytywał o najstarszego brata. Najwyraźniej też przestali być z Pityą tak nierozłączni, jak byli kiedyś, bo Amras był tu zupełnie sam.
– Ja muszę wiedzieć – powtórzył z naciskiem rudzielec.
– Nie proś mnie, bym cię wpuścił, bo będę musiał odmówić.
– Ale nie odmawiaj nam wieści. – Tym razem Amras przyjął to spokojniej; najwyraźniej starczyło mu usłyszeć, że Maedhros żyje.
Fingon uległ i streścił dość szczegółowo wydarzenia ostatniej doby. Amras stał i słuchał, bezwiednym ruchem rozmasowując wykręcony przez straże nadgarstek.
– Jedź do domu, przekaż to braciom – zakończył Fingon. – Jesteś cały? – zapytał zdawkowo, widząc jak kuzyn się krzywi. – Nie chcę, żeby twoi starsi bracia wysnuli jakieś błędne wnioski i uznali, że i Maitimo może być tu zagrożony.
– W porządku – zbył go chłodno Amras i wskoczył na siodło. – Mówiłem ci już, że nie chcę kłopotów.
– Zamierzasz tu wracać? – spytał Fingon, nie dziwiąc się zupełnie, gdy kuzyn tylko kiwnął głową. – Przywieź dla Kano jakąś koszulę. I nie chcę cię tu widzieć wcześniej niż jutro w południe.
Amras skinął mu jeszcze raz głową i popędził przed siebie, a Fingon zawrócił do obozu, mając nadzieję, że kuzyn domyje się choć trochę, nim dojedzie do braci.
– Coś się stało? – przywitał go pytaniem Maglor, gdy Fingon wszedł cicho do pokoju rannego. – Zdawało mi się, że chciałeś mnie zawołać?
Maedhros spał spokojnie, z głową opartą o brata. W połowie opróżniona miska świadczyła o tym, że Maglorowi udało się wlać w niego przynajmniej trochę zupy.
– Straże zatrzymały Telvo, jak próbował się do was dostać – wyjaśnił Fingon i przysiadł w nogach łóżka. – Odesłałem go do domu z wiadomościami dla twoich braci – dodał i streścił, co wydarzyło się przy bramie.
– Powinienem był się tego spodziewać. – Maglor nie był w najmniejszym stopniu zdziwiony. – Ciężko go będzie utrzymać na dystans, zwłaszcza jego, zwłaszcza od Maitima.
– Byłem przekonany, że kręcą się przy obozie razem. Pogryźli się o coś? – zagadnął Fingon; nie musiał precyzować, że ma na myśli drugiego bliźniaka.
Maglor przymknął na moment oczy, ochronnym ruchem przygarnął bliżej śpiącego brata.
– Pitya nie żyje – powiedział głucho. Odruchowym już gestem starał się rozluźnić zaciśnięte palce brata; to była jak dotąd jedyna oznaka życia oprócz powtarzanych w majakach próśb o skrócenie cierpienia.
Fingon spojrzał na niego, zaskoczony. W jego oczach Maglor widział obawę, co też takiego może usłyszeć.
– Ojciec podejrzewał o spiski nie tylko wuja i was – odparł gorzko. – Wietrzył zdradę również między nami. Maitimo chciał odesłać statki, ledwie wysiedliśmy, ale wtedy wyszło, że ojciec od początku nie zamierzał tego zrobić. Pokłócili się wtedy jak nigdy – urwał, przez chwilę wpatrując się w twarz brata, szukając najmniejszej reakcji. Liczył, że przywołają go z powrotem, a przecież mówił o zdarzeniu wciąż budzącym żywe emocje. – Maitima wyniosło wtedy z obozu, nie wiem, gdzie się pałętał, chyba poszedł ochłonąć... Spaliśmy, a ojciec nocą podpalił statki ze wszystkim, co zostało w ładowniach. – Nie wszyscy spaliśmy, sprostował w duchu, ale tego nie zamierzał Fingonowi mówić; czasem się zastanawiał, czy Curufinowi śnił się brat po nocach. – Jeden ze Smyków spał na pokładzie.
– O Valarowie... – jęknął Fingon. – Feanor nie sprawdził, czy nikogo nie ma na statkach?
– Podpalił tamten jako pierwszy – sprostował ponuro Maglor. Dobrze, że młodsi bracia go w tej chwili nie słyszeli, bo niechybnie oskarżyliby go o szkalowanie pamięci o ojcu. Tak jakby mógł czymkolwiek pogorszyć opinię o nim w obozie wuja. – Podejrzewał, całkiem słusznie, że bliźniacy będą chcieli wracać do matki i postanowił im to uniemożliwić. I nie wrócili – prychnął. – A Smyk się więcej do ojca słowem nie odezwał. – Rzeczony Smyk już dawno przestał być dzieckiem, ale jako najmłodszy wśród tylu braci, nadal był odruchowo chroniony.
– Przykro mi.
– Przez ostatnie lata miałem tylko jednego rudzielca – mruknął Maglor do siebie, czułym gestem przeczesał krótkie, spocone kosmyki na czole brata. Dopiero teraz widział tragiczne efekty tamtego desperackiego strzyżenia pod wpływem emocji. Trzeba będzie coś z tym zrobić, jak mu się polepszy. Jeśli mu się polepszy, poprawił się ponuro.
– Zlewa mi się to wszystko – przyznał cicho po dłuższej chwili milczenia. – To była kwestia, bo ja wiem, miesiąca, może ciut więcej – mówił ze wzrokiem utkwionym w Maedhrosie, niemal zapominając o obecności kuzyna; nieśmiała skarga młodszego brata. – Ojciec zapędził się pod sam Angband. Byliśmy na obcym terenie, ale Maitimo udało się go odbić. Krew ojca nie zakrzepła nam jeszcze na rękach, jak przyszło poselstwo – ciągnął gorzko, bardziej do siebie niż do Fingona. Rozsądek podpowiadał, że lepiej zamilknąć, ale to słowa przejmowały kontrolę i Maglor wyrzucał z siebie brzemię, jakie na niego spadło. – Morgoth się poddawał, wiesz?
Fingon parsknął na samą tę myśl, ale Maglor wychwycił jego zaciekawione spojrzenie. Nic dziwnego, jak dotąd nie było kiedy rozmawiać o szczegółach, tak pierwszych dni elfów Feanora w Śródziemiu, jak i przeprawy Fingolfina. Obozy utrzymywały kontakt, który ograniczał się do wymiany informacji na temat zagrożeń. Wuj i kuzyni wiedzieli tylko, że Maedhros został wzięty do niewoli, synowie Feanora usłyszeli od Turgona o śmierci Elenwe.
– I Maitimo podjął tę szyderczą grę, zgodził się na rokowania – kontynuował Maglor, skoro Fingon nie powiedział ni słowa. – Tydzień później dostałem kolejne poselstwo, tym razem z żądaniami nie do spełnienia.
– A próbowaliście... – pytanie Fingona zawisło w powietrzu, niedokończone.
– Myślisz, że nie? – dopiero teraz Maglor uniósł głowę i naprawdę spojrzał na kuzyna. – Zepchnął nas, musiałem się wycofać. Nie mogłem stracić więcej braci – słowa, które powtarzał sobie od chwili, gdy odprawił poselstwo Morgotha, wyrwały się same, jak tłumaczenie desperata.
– Wiem... Przecież to dlatego Turukano tak się na mnie gniewa. – Fingon przysunął się bliżej, szare oczy pociemniały smutkiem. – Przez myśl, że i ja mogłem nie wrócić.
– Kto...? – teraz to Maglor patrzył na niego z niepokojem. – Mówiliście o Elenwe, ale Itaril przecież ... ?
– Nie Itaril – pokręcił głową Fingon. – Arakano poległ w pierwszej potyczce z orkami. Ledwie rozpoznaliśmy ciało.
Maglor tylko potaknął ponuro w milczeniu. Oni nawet tyle nie mieli, gdy spłonęły statki. Amroda pochłonęły ogień i woda, choć może to i lepiej, że oszczędzono im tego widoku; obraz umierającego ojca Maglor miał wyryty pod powiekami i dopiero teraz przyćmił go tragiczny stan Maedhrosa.
– Więc przysięga zagarnęła najpierw najmłodszych westchnął cicho Fingon.
Kuzyni skrzyżowali spojrzenia, porozumieli się bez słów. I oby nie najstarszych.
* O paleniu statków w Losgarze i o śmierci Amroda, o której mówił Maglor, można poczytać tutaj s/11296061/1/Jedn%C4%85-gwiazd%C4%99-mniej
