Vlad spędzał weekend relaksując się nad wypożyczonym tomikiem poezji, z lampką wina na stoliku i usztywnionym nadgarstkiem.

Co nie zmieniało faktu, że za każdym razem, gdy jego wzrok lądował na wymiętolonym krawacie Aleksandra, jego głowę zalewała powódź myśli. (Nie, krawat nie był wygnieciony dlatego, że Vlad użył go do niemoralnych czynów, po prostu był nieuważny i wielokrotnie oparł się o niego, gdy ten spokojnie wisiał przerzucony przez oparcie kanapy).

- Siedzę i siedzę, myślę i myślę, czego naprawdę ci brak~ - zanucił cicho.

- Odpowiedź jest jedna. - Ze stojącego na stole laptopa rozległ się męski głos. - Masażu stóp. Lo antes posible.

- To nie było do ciebie - mruknął Vlad, zerkając na przyciemniony ekran. Gęba Antonia przez internetową kamerkę nie wyglądała tak korzystnie, jak w rzeczywistości.

- Jeśli śpiewasz do siebie o dziewiątej wieczorem, to znak, że musisz skończyć z alkoholem.

- Albo wymienić kumpla na bardziej rozrywkowy model.

- Touché. - Antonio wywrócił oczami, poprawnie interpretując ten komentarz jako koleżeński przytyk, a nie szczerą obrazę. - Może byłbym żywszy, gdybym nie musiał wysłuchiwać ciągnących się w nieskończoność opowieści o twoim nieistniejącym życiu miłosnym.

Aww, Tonio, myślałem, że przynajmniej ty będziesz mnie wspierać. Obiecałeś. - Vlad podniósł się do pozycji siedzącej i posłał w stronę własnej kamerki minę zbitego szczeniaczka.

- To się powoli robi męczące. - Antonio zaśmiał się. - Jesteś pewien, że gonienie za tym kolesiem jest warte twoich, jak i moich, nerwów? Nie zrobiłeś w ostatnim czasie żadnych postępów.

- Czy ty właśnie porównałeś moje bardzo poważne uczucie do jakiejś wieloetapowej gry? - Vlad udał oburzenie, teatralnym gestem przykładając wierzch zdrowej dłoni do czoła.

- Ja tylko jestem realistą. - Antonio wzruszył ramionami.

- Zawsze twierdziłeś, że optymistą - wytknął mu Vlad.

- W tej sytuacji już się nie da.

Vlad westchnął cicho, zastanawiając się, jak bardzo w dupie musiał być, skoro Antonio próbował stać się jego głosem rozsądku i przemawiał jak poważny człowiek. Tak więc Vlad opowiedział mu o tym, co miało miejsce kilka dni temu - jak udało mu się porozmawiać z Aleksandrem przez dwie minuty (bez przerwy!), jak swobodnie czuli się w swojej obecności i o krawacie, który niezależnie od swojej woli stał się wiarygodnym pretekstem do kolejnego spotkania. Antonio przyjął nowe informacje ze sporą dozą entuzjazmu.

- Dobra, cofam to wcześniejsze. Co nie znaczy, że twoja sytuacja przestała być beznadziejna. Jeśli jakoś nie popchniesz tego do przodu, to będzie słabo.

- Och, niech wszyscy przestaną z porównywaniem naszej relacji do standardowego schematu, w którym jedna osoba pcha i naciska, a druga w końcu przyjmuje jego zaloty, by mieć święty spokój. - Vlad nie ukrywał swojego łagodnego zirytowania. - Owszem, nie ukrywam, że liczę na coś więcej, ale jeśli Aleksander będzie chciał mi podarować tylko i wyłącznie swoją przyjaźń, to przyjmę ją z otwartymi ramionami.

- Wow, Vlad, przez chwilę brzmiałeś jak dojrzały człowiek...

Vlad zacisnął usta i pokazał Antoniowi środkowy palec, po czym roześmiał się i przyznał koledze rację. Mimo że stał murem za swoimi słowami, na chwilę ogarnęła go niepewność, że w swoich subtelnych zalotach mógł nieświadomie przekroczyć granicę. To było coś, czego nigdy nie chciał zrobić, bo miał wrażenie, że byłoby to wyrazem braku respektu wobec Aleksandra, a przecież właśnie na obustronnym szacunku budowano głębokie relacje.

- Wiesz co? Właśnie zdałem sobie sprawę, że nigdy nie powiedziałeś mi, dlaczego w ogóle lecisz na tego całego Aleksandra. - Antonio zwrócił uwagę na prawdziwy fakt, nie zdając sobie sprawy, że otwiera samemu sobie drogę do piekła.

Gdy Vlad wziął głęboki oddech i zaczął przez bite pięć minut, bez dłuższej przerwy na oddech, trajkotać o pracowitości, wspaniałości, atrakcyjności, poświęceniu, dedykacji, bezinteresowności, majestatyczności Aleksandra oraz pięćdziesięciu innych cechach, Antonio zapragnął umrzeć. Po raz pierwszy w ciągu swojego przepełnionego nieskończonym szczęściem żywota.

- Poza tym… - Wyglądało na to, że monolog Vlada powoli zbliżał się ku końcowi. - Ma wokół siebie taką przyjemną aurę. Naprawdę trudno jest mi to opisać, ale gdy jestem z dala od niego, mam wrażenie, że nie jestem kompletny. Nigdy wcześniej się tak nie czułem, dopóki go nie poznałem. To chyba znaczy, że jesteśmy sobie pisani.

- Albo poezja uderzyła ci do głowy. - Antonio zaśmiał się przyjaźnie. - A to gadanie o aurach to tylko efekt uboczny twojego zainteresowania nieistniejącymi rzeczami.

- Mówiłem ci, że już z tym skończyłem. - Vlad pokręcił głową. - Odkąd zobaczyłem ducha mniej więcej rok temu, trzymam się z daleka od zjawisk paranormalnych.

- Ducha? - Antonio zmarszczył brwi i nachylił się ku ekranowi z zainteresowaniem. Tej historii jeszcze nie słyszał.

- No, kobietę. Powiedziała coś po rusku i zniknęła - powiedział konspiracyjnym szeptem, jakby bał się, że stworzenie usłyszy i ponownie odwiedzi go w środku nocy. - Suka blyat - dodał, a z dwóch palców i kciuka sprawnej ręki utworzył pistolet, co było nawiązaniem do pewnej, zresztą lubianej przez niego, gry.

- Serio to powiedziała? - Żart nie zrobił na Antoniu żadnego wrażenia.

Vlad wzruszył ramionami. Rozglądał się po pokoju z rozdrażnieniem; jego wzrok skakał od dziwnie zwiniętej zasłony do dziwnie ludzkiego cienia rzucanego przez lampę. Pragnął rzucić się do niej i zapalić, ale to znaczyłoby, że się boi. A każde dziecko wiedziało, że zjawy karmiły się strachem. Chciał jak najszybciej zmienić temat i zapomnieć, że opowiedziana właśnie sytuacja w ogóle miała miejsce. Miał nadzieję, że jego współlokator niedługo wróci, a nie, na przykład, zostanie na noc u swojej dziewczyny.

- Nie mam zielonego pojęcia. To równie dobrze mógł być sen.

- Znając twoją obsesję, to właśnie to.

Zapewnienie Antonia nie było ani trochę przekonujące i Hiszpan zdawał sobie z tego sprawę.

- Skoro teraz przedmiot twojej obsesji się zmienił, może mózg nagrodzi cię snami z Aleksandrem. - Poruszył sugestywnie brwiami.

Vlad musiał się uśmiechnąć. Na taki rozwój wypadków na pewno by nie narzekał.

- W ogóle, pokażę ci, co sobie wypożyczyłem. - Sięgnął po książkę wielkości cegły, z niepokojem rozglądając się po pokoju. Nieswoje uczucie nie opuszczało go ani na chwilę. Zbliżył tytuł księgi do kamerki i poczekał, aż obraz się wyostrzy.

- Serio? - Antonio nie ukrywał swojego zażenowania. - Zmierzch? Będziesz czytać ten chłam?

- Aj, nie bądź taki krytyczny, pewnie sam nie czytałeś, a oceniasz. Emma mówiła, że jest zaskakująco znośny. Poza tym, halo, jest o wampirach! To moje ulubione stworzenia. - Przyłożył książkę do serca i pogłaskał czule okładkę. - Jak przeczytam, to może nawet napiszę recenzję na bloga.

Vlad prowadził literackiego bloga, na którym czasami dzielił się swoją amatorską poezją, a tłumy spamerów chwaliły jego dzieła (choć jedynym, na czym im zależało, było pozyskanie wyświetleń dla swoich własnych stron internetowych, ale Vlad nie był dobrze zaznajomiony z technologią i uznawał ich komentarze za szczere oraz inspirujące). Głównie jednak publikował tam recenzje przeczytanych książek - począwszy od światowych klasyk, a skończywszy na kiepsko wydanych zbiorach opowiadań.

- No tak, ta twoja fiksacja na punkcie wampirów… - westchnął Antonio. - To naprawdę jedyny powód?

- Nie! - Vlad rozchmurzył się nagle, zupełnie jakby tylko czekał na zadane przez Antonia pytanie. - Kiedy, a właściwie jeśli, zejdę się w końcu z Aleksandrem, to będę mógł ci powiedzieć, że to "still better love story than Twilight".

Antonio parsknął śmiechem. Spodziewał się czegoś bardziej...normalnego. Wciąż nie nauczył się, że po Vladzie nie można się spodziewać niczego takiego.

- Rozumiem, że widzisz się w roli Edwarda Cullena… Przykro mi, ale do urody Pattinsona ci daleko. Czy Aleksander wygląda jak Bella?

Vlad zmarszczył brwi, a w jego oczach pojawiła się mieszanina olśnienia i ekscytacji.

- Ej, szczerze mówiąc, to tak...ma super jasną karnację i ciemne wory pod oczami - mruknął, po czym uśmiechnął się triumfalnie. - Mówiłem ci, że jesteśmy sobie PISANI.

- Czy ty właśnie porównujesz swoją relację z Aleksandrem do jakiejś taniej książki? - Antonio udał oburzenie równie teatralną manierą, co wcześniej Vlad.

- Hej! Nie używaj mojej własnej broni przeciwko mnie - powiedział, zirytowany, że wpadł prosto w pułapkę.

- Nie mogłem się powstrzymać.

W momencie, w którym Antonio rozłączył się dziesięć minut później, Vlad odkopał się z puchatego koca i rzucił w stronę włącznika światła, jakby od tego zależało całe jego życie. Może i tak było, bo dopiero gdy był w stanie dostrzec każdy kąt pokoju, poczuł się bezpiecznie. Strachy na lachy, pomyślał, przeklinając w myślach wszystkie paranormalne książki oraz horrory, które w życiu przeczytał.

- Muszę się zrelaksować - westchnął; na szczęście nic mu nie odpowiedziało.

Przymknął powieki, po raz setny odtwarzając w myślach swoją rozmowę z Aleksandrem. Wciąż nie potrafił pojąć, jak bardzo zauroczenie potrafiło obniżać umiejętność krytycznego myślenia. Gdy czytał książki i natrafiał w nich na długie opisy, w których bohaterowie przez kilka minut ekscytowali się zamienionym spojrzeniem bądź przypadkowym dotykiem, zawsze cmokał z zażenowaniem.

Spójrzcie na mnie teraz, pomyślał, resztkami godności powstrzymując się przed zjechaniem dłonią w bokserki, dzieci na maturze mogłyby przytaczać moją historię jako przykład moralnego upadku człowieka.


W poniedziałek i wtorek nie potrafił spojrzeć Aleksandrowi w oczy bez uczucia zażenowania, dlatego też dopiero w środę udał się na przerwie do jego biura, by zwrócić pachnący, świeżo wyprany krawat. Owszem, Vlad był na tyle obyty w kulturze osobistej, że wiedział, iż rzeczy oddawać się powinno w stanie lepszym niż gdy zostały pożyczone.

- Puk, puk - powiedział, otwierając drzwi do biura bez ostrzeżenia.

Aleksander spojrzał na niego spode łba, pochylony nad papierem kancelaryjnym. Tego dnia miał na sobie czarną koszulę, która uwydatniła niemalże dawidową proporcję jego tułowia oraz bioder (według Vlada, oczywiście). A także ciemniejsze niż zwykle cienie pod oczami, tak jakby nie spał dwa dni z rzędu.

- Czego chcesz? - zapytał znudzony.

Vlad pomachał w powietrzu krawatem; Aleksander uniósł pytająco brwi.

- Pożyczyłeś mi go w zeszłym tygodniu.

- Nie przypominam sobie.

Vlad wziął głęboki oddech przez nos. Pewnie zaraz dowiem się, że w ogóle nic nie pamięta z zeszłego tygodnia, pomyślał, bardzo wygodnie.

- Przewieś go przez krzesło. - Aleksander skinął na jedno stojące w kącie pokoju.

Vlad zrobił, jak mu kazano. Wyglądało na to, że obiekt jego zainteresowania był jakiś nie w sobie, nie wiadomo, czy z powodu rocznicy śmierci rodziców Bondevika, czy samego Bondevika.

Zadał sobie pytanie: jak złym partnerem byłbym, gdybym nie podniósł go na duchu w takiej sytuacji?

Następnie sam sobie odpowiedział: bardzo złym.

Zignorował głos swojego wewnętrznego Antonia krzyczący "VLAD NIE". Powinien był go posłuchać.

Zamiast tego podszedł do biurka i, ważąc swoje opcje, w końcu zdecydował się chwycić Aleksandra za rękę. Była zimna jak lód. W tym samym momencie otworzył usta, by zapewnić go, że wszystko będzie dobrze, lecz nie zdążył, gdyż Aleksander wyrwał się spod dotyku zbyt gwałtownie, by Vlada nie zabolało serce. Sekundę później owo serce rozbiło się na sto kawałków, kiedy w pamięci Vlada raz na zawsze zapisało się wspomnienie przerażonej, spanikowanej twarzy Aleksandra oraz nieprzyjemnej aury, którą emanował.

- Proszę, wyjdź. Jestem zajęty.

Formalność w jego głosie była tylko kolejnym gwoździem do trumny.

Jeden krok do przodu, dziesięć do tyłu. Ale dlaczego?


Matthias spędził piątkowy wieczór w towarzystwie Gilberta, a w niedzielę, tuż po porannym joggingu, pojechał na drugi koniec miasta do swoich rodziców, ponieważ ci zaprosili go na tradycyjny duński obiad. Oznajmił im, że zaczął odkładać z każdej pensji pewną sumę, by niedługo kupić sobie jakiś mały, używany samochód. Jego ojciec, fan motoryzacji, pochwalił ten pomysł i zaproponował, że sam z chęcią się dorzuci do ostatecznej ceny. Matka tylko pokręciła nosem, wspominając, słusznie zresztą, że korzystanie z komunikacji miejskiej to świetna forma ochrony środowiska.

Co do reszty tygodnia, wszyscy wokół wydawali się być albo na granicy depresji, albo denerwowali się z byle powodu.

Natalia Bragińska przez całe pięć dni nie odezwała się do Lukasa ani słowem. Matthias zrzucał winę na problemy w związku (wciąż stawiał na romans z Lukasem, ale esemesy pisane ukradkiem pod biurkiem zdawały się temu przeczyć).

Z kolei Lukas wpadł w jakieś dziwne rozdrażnienie; czasami pachniał papierosami oraz załamywał głowę i pocierał skronie, gdy myślał, że nikt nie patrzy. A Matthias ostatnio patrzył nadzwyczaj często. Poza tym, wydawało się, że jego zapas cierpliwości zmniejszył się - gdy we wtorek Matthias nie dostarczył raportu na czas, Lukas wpadł do jego boksu i kazał mu się pospieszyć. Gdy już dostał to, czego chciał, znalazł ze sto błędów i bez ogródek nazwał pracę Matthiasa "odwaloną i niedokładną". Widocznie jednak w każdej legendzie było ziarno prawdy.

Vlad wydawał się mniej skory do komentarzy i żartobliwych uwag, przestał też wymykać się w połowie lunchu. Elizavetta narzekała dwa razy więcej i głośniej niż zwykle, a Roderich drugi dzień z rzędu rozlewał zupę, co nie było w jego stylu. Feliks nie dzielił się plotami, Toris użalał się nad sobą, Tino rzadko się uśmiechał, Berwald zamiast zdrowych sałatek jadał obficie lukrowane drożdżówki.

Czyżby tak objawiała się jesienna chandra w firmie pełnej przeżartych rutyną ludzi?

Matthias wielokrotnie powtarzał im, że powinni zacząć suplementować witaminę C oraz D, ale gdy po raz kolejny odpowiedziało mu sześć par zmarszczonych brwi i podbitych spojrzeń, sam pozwolił melancholijnej atmosferze zatopić go na samym dnie.

Aż do piątku, kiedy cząstkowy powód wszechobecnego uciemiężenia w końcu się objawił w postaci Lukasa Bondevika oznajmującego mu, że po południu odbędzie się zebranie zespołów, a Matthias ma towarzyszyć jemu oraz Natalii jako techniczny.

Aha, to pewnie dlatego wszyscy wyglądali, jakby zaraz mieli iść na ścięcie, pomyślał, przypominając sobie, że coś podobnego miało już kiedyś miejsce w ciągu jego trzymiesięcznej kariery. Tyle że poprzednie zebranie nie pozostawiło po sobie takiego spustoszenia.

Generalnie, Matthias niewiele wiedział na temat tego typu spraw, gdyż główną zasadą w tej pracy było "nie rozmawiać o pracy", z wyjątkiem narzekania na współpracowników i podwładnych. Tak więc nikt nigdy nie wytłumaczył mu, co ma miejsce na zebraniach, w każdym dziale z osobna ani czym dokładnie zajmują się jego koledzy.

Na godzinę przed rozpoczęciem spotkania Matthias udał się wraz z czołowym mechanikiem do ogromnej sali z wielkim, okrągłym stołem zajmującym prawie całą jej przestrzeń.

Tam obaj sprawdzili, czy wszystkie kable są poprawnie podłączone i czy cały system działa bez zarzutu. Działał. Wtedy też Matthias zasiadł przy swoim zaszczytnym pulpicie w kącie sali, zapoznał się z planem zebrania i ułożył w odpowiedniej kolejności wszystkie pliki tekstowe i materiały przysłane na firmowy email przez kilkadziesiąt osób.

Skończył w momencie, gdy pierwsi pracownicy zaczęli przekraczać próg sali i zajmować przydzielone miejsca.

Aleksander oraz Berwald po obu stronach Lukasa i Natalii, Arthur i Francis z kadr, Feliks z działu obsługi klienta, Elizavetta, Roderich oraz Basch Zwingli z księgowości, Ravis Galante ze sprzedaży, Kiku Honda z reklamy oraz Emma z działu badawczo-rozwojowego. Same największe szychy.

Dopiero w takim towarzystwie Matthias zauważył, jak różnorodne narodowo ono jest. Co, pomimo wszechobecnej globalizacji, i tak było dość nietypowe.

Gdy Lukas odchrząknął, wszelakie rozmowy ucichły, a oczy wszystkich skupiły się na jego betonowej masce profesjonalizmu. Lukas opowiadał o statystykach tak nudnych, że Matthias co minutę musiał zmieniać pozycję, by przypadkiem nie zasnąć. Raz został zgromiony wzrokiem, kiedy to przez przypadek otworzył nie tę prezentację, którą powinien.

Tuż potem głos zabrał Aleksander Balakov, zmęczony bardziej niż zwykle, o ile to możliwe, a jego ton odzwierciedlał nudną prezencję. Berwald miał tak ciężki akcent, że aż zjadał niektóre głoski i Matthias miał spory problem ze zrozumieniem go, lecz Lukas pokiwał głową i podziękował za zwięźle przekazane informacje. Następnie każdy przedstawiciel danego wydziału opowiedział szczegółowo o postępach i przeszkodach, którym jego zespół musiał stawić czoła w minionym miesiącu.

W połowie tyrady Bascha, czyjś telefon rozdzwonił się tak głośno, że Aleksander aż się skrzywił.

Ku przerażeniu Matthiasa, telefon należał do Lukasa, który bez względu na przemowę pana Zwingli oraz każdego innego współpracownika zwyczajnie odebrał. Po drgającym kąciku ust Elizavetty i zmarszczonych brwiach Arthura, Matthias zdał sobie sprawę, że to nie była najmądrzejsza z decyzji.

Po pięciu sekundach niezręcznej ciszy na twarzy Lukasa można było dostrzec coś bliskiego żywym emocjom, które Norweg tak rzadko okazywał.

- Szefie? - zapytał Francis, jedyny na tyle odważny, by zadziałać.

Lukas zdawał się w ogóle nie zarejestrować zadanego pytania, gdyż w następnej chwili już stał na nogach i kierował się biegiem w stronę wyjścia. Matthias czuł się, jakby widział tę sytuację w zwolnionym tempie. Nie miał zielonego pojęcia, co się dzieje; był zdezorientowany tak, jak nigdy. Zresztą nie on jeden.

- Lukas! - krzyknęła Natalia, lecz ten już zniknął za drzwiami, które trzasnęły głośno i ciężko.

Nie tracąc ani chwili, kobieta ruszyła za nim.

Wszyscy wymieniali ze sobą albo pytające, albo nerwowe spojrzenia; gdzieś w tyle niektórzy wymieniali świszczące szepty. Tuż potem wszystkie oczy zwróciły się w stronę Matthiasa, który miał cichą nadzieję, że uda mu się wymknąć niepostrzeżenie. Nie tym razem.

Lukas Bondevik chce mnie upupić, pomyślał, z rezygnacją zamykając laptopa.

- No, Matthias, co tym razem wypadło naszemu wspaniałemu szefowi, że postanowił opuścić nas bez słowa?

- Czy to jakiś żart? Czy on zdaje sobie sprawę, ile czasu każdy z nas poświęcił na przygotowanie tego wszystkiego?

- Kto by pomyślał, że szefowie w warzywniakach są bardziej kompetentni niż szefowie elitarnych firm!

- Widziałem, jak kilka razy wyszedł z pracy wcześniej, niż powinien, a teraz to! Myśli, że wszystko mu wolno!

Matthias słuchał tego wszystkiego, zapewniając, że on sam nie wiedział, dlaczego sprawy potoczyły się w ten sposób. Tak bardzo, jak pragnął obronić Lukasa, wiedział, że jego zachowanie w tej sytuacji potrzebowałoby naprawdę solidnego usprawiedliwienia, by uzyskać wybaczenie reszty.

Elizavetta trzasnęła papierami w stół z takim impetem, że wszyscy zamilkli.

- Dajcie spokój. Chodźmy do domu.

- Dobrze mówi! - zawtórował jej Feliks.

- Przecież wszyscy dobrze wiemy, że Bondevik ma nas w dupie. Nie bądźcie tacy zaskoczeni.

- Nie sądzisz, że to trochę za mocne słowa? Nie masz pojęcia, co mu wypadło, a wszczynasz mały bunt - skomentował Arthur Kirkland.

- Mógł coś powiedzieć. Cokolwiek. Ale w końcu są równi i równiejsi.

- Folwark zwierzęcy to wciąż za mocne porównanie - kłócił się dalej Arthur.

- Przestań go idolizować, to może przejrzysz na oczy.

Matthias przysłuchiwał się temu wszystkiemu z zawiązanymi rękoma. Przeczuwał, że za chwilę wszystkie rozmowy ewoluują w podobną kłótnię, a on nie wiedział, jak to powstrzymać. W liceum był niezłym liderem, ale podczas studiów zapomniał, jak się to robi. Kątem oka dostrzegł, jak Aleksander Balakov wymyka się ukradkiem, wykorzystując wszechobecne zamieszanie.

Może to nie najgorszy pomysł, przeszło Matthiasowi przez myśl.

- Jak chccie yść to ydźcie - powiedział Berwald, by jakoś zapanować nad wszystkimi. Jako trzeci z kolei w zarządzie firmy miał taki obowiązek.

Matthias chciał go za to całować po rękach.

Począwszy od Emmy, a skończywszy na Berwaldzie, wszyscy opuścili salę i po chwili wśród czterech kątów na nowo zapanowała cisza i spokój. Matthias, czując się zobowiązany do doprowadzenia pomieszczenia do porządku, został, by wyłączyć z prądu wszystkie wtyczki. Nie rozmontował rzutnika oraz kabli, ponieważ przeczuwał, że to zebranie niedługo zostanie powtórzone.

Wrócił do pustego biura. Przez godzinę siedział na fotelu i nudził się, czekając na powrót Lukasa bądź Natalii. Nie wrócili.

W końcu zebrał się w sobie i wyłączył wszystkie urządzenia z prądu. Nie była to powszechna praktyka, ale zrobił to na wypadek, gdyby po jego wyjściu coś zajęło się ogniem. Wtedy nikt nie kazałby mu płacić rekompensaty, bo zwyczajnie nie potrafiliby udowodnić mu winy.

Wyłączając komputer Lukasa, przyjrzał się wiszącym po jego prawej obrazom. Lodowe pustynie, zorze polarne, ogromne lodowce. Ten człowiek naprawdę musi kochać swoją ojczyznę, Matthias uśmiechnął się.

Spoglądając z progu na skąpane w ciemności pomieszczenie żałował, że nie miał numeru telefonu Lukasa, by móc zapytać, czy wszystko w porządku.